sobota, 21 października 2017

Tom V, XXXVI

— Przepraszam, Sebastian, ale ja naprawdę nie potrafię postąpić inaczej. Nie mogłabym żyć, wiedząc, że cię oszukałam. Moja dusza musi należeć do ciebie. Jestem honorowa, mówiłam, że dotrzymam słowa, a ty tyle lat dbałeś o to, żebym nie zmieniła zdania. To twoja wina. Gdybyś nie był taki stanowczy na początku, może byłoby inaczej. Zresztą nie ma znaczenia, kto do tego doprowadził, tak się musi stać, oboje o tym wiedzieliśmy. Zakochiwanie się w sobie było błędem. Przepraszam, że przeze mnie poznałeś całe to cierpienie…
— Nie! Nigdy nie przepraszaj mnie za takie rzeczy, głupia dziewczyno! — krzyknął przejęty demon. Natychmiast zerwał się do pełnego siadu, chwycił ukochaną za dłonie i spojrzał głęboko w jej oczy. — Nie poradzę sobie bez ciebie, ale… — uciął, walcząc ze sobą, by powiedzieć te kilka słów, które miały na zawsze podpisać wyrok na jego miłości. — Ale pomogę ci, bo rozumiem. I nie żałuję żadnej z tych chwil. Możliwość kochania cię i patrzenia na ciebie przez te kilka dni, gdy byłaś szczęśliwa, są zbyt cenne, żebym nawet przez moment pomyślał, że wolałbym tego nie przeżyć. Rozumiesz? Nie wymagaj ode mnie, żebym się cieszył, bo nie kłamię i nie będę ukrywał, że mi źle, ale przysięgam, że ci pomogę, jeśli tego właśnie chcesz. Nie, jako służący, ale jako twój przyszły mąż, którym… nigdy…
— Ćśśśś… Już dobrze, kochanie. W moim sercu zawsze jesteśmy razem — odpowiedziała, nie chcąc zmuszać go, żeby kończył. Sama również z trudem powstrzymywała łzy. Obietnica pięknego ślubu, wspaniałego życia, kochającej rodziny, potomstwa, przyszłości i obserwowania, jak ludzki świat ewoluuje, by ponownie upadać i powstawać od nowa były kuszące i pełne radości, ale nie mogła postąpić inaczej. Oddałaby wszystko, by ukoić ból Sebastiana, ale nie umiała tego zrobić.
— Wracajmy do domu, musisz odpocząć przed jutrem. Ja też muszę, śpijmy dziś razem — poprosił Michaelis, ponownie powracając do siebie.
Mimo ogromu cierpienia, jakie dźwigał na barkach non stop, odkąd poznał decyzję ukochanej, potrafił zrzucić emocje na dalszy plan, zakładając neutralną maskę, której użycie wyćwiczył przez milenia wiernej służby ludziom, których nie obchodziło to, co myślał naprawdę. Jako marionetka w rękach osób, które nie umiały nawet właściwie wykorzystać pełnego potencjału jego umiejętności, nie musiał czuć ani myśleć, miał jedynie robić, czego chcieli, nie zadawać pytań, nie mieć potrzeb i nie sprawiać problemów i te zadania zawsze wykonywał perfekcyjnie. Dopiero Elizabeth sprawiła, że się zmienił, lecz w dalszym ciągu, wkładając w to odpowiednio dużo sił, gdy naprawdę chciał, dawał radę udawać, że było dobrze. A skoro robiła to jego ukochana, on sam nie mógł pozostać jej dłużny.
Wspólnie wrócili do sypialni, kiedy patrzenie w niebo przestało wzbudzać w nich emocje. Kruk wziął ukochaną na ręce i nie wypuścił jej z objęć dopóki bezpiecznie nie wylądowała w łóżku. Przebrał ją w koszulę mocną, a potem rozebrał siebie i przytulił Elizabeth, przykrywając ich oboje kołdrą. Pragnął zasnąć u jej boku tak, jak zdarzyło mu się raptem kilka razy. Uwielbiał to uczucie, gdy jej ciepło i zapach otulały go przyjemną mgiełką, a ciepła pościel dodatkowo koiła zmysły. Nie musiał martwić się o jej bezpieczeństwo, w piekle chwilowo nie groziło jej absolutnie nic tak długo, jak długo była z dala od swojej duszy. Mógł więc pozwolić sobie na tę ostatnią chwilę błogiego relaksu.
Nie sądził jednak, że emocje i stres tak szybko go zmogą. Zasnął w niecały kwadrans, mocno przytulając do siebie nastolatkę, jakby obawiał się, że w nocy zwyczajnie zniknie. Lizz tymczasem wcale nie mogła spać. Wolała podziwiać jego spokojne oblicze, wpatrywać się w piękny wygląd, zapisując go w pamięci, chociaż wiedziała, że tam, gdzie uda się po śmierci, nie będzie już niczego więcej. Jej pozagrobowa przyszłość zagubiła się gdzieś daleko, niczym duch z książek grozy tułając się bez celu po świecie. Nie umiała określić, czy się bała, zbyt wiele myślała o smutku Amona, by porozmyślać o własnych emocjach, ale nawet teraz nie chciała tego robić. Miała inny plan, a szybkie zaśnięcie narzeczonego jedynie upewniło ją w tym, że nie był głupi.
Ostrożnie opuściła łóżku, podsuwając Michaelisowi poduszkę do przytulania, by imitowała ją, dając dodatkowe kilkanaście minut, nim Kruk zorientuje się, że coś było nie tak i się obudzi. Narzuciła szlafrok na koszulę nocną i wyszła z sypialni. W korytarzu na krześle siedział znudzony Samarel, który spojrzał na nią z nieukrywanym zaskoczeniem, otwierając usta, by coś powiedzieć. Elizabeth zasłoniła palcem swoje, powstrzymując go od mówienia i szarpnęła lekko za rękaw, wyprowadzając przed królewski apartament.
— Elizabeth, co tu robisz, nie powinnaś spać? Jutro wyruszacie, musisz zbierać siły — zapytał zmartwiony.
— A ty pójdziesz z nami? Chociaż na początku, odprowadzisz nas? Polubiłam cię — poprosiła lekko zawstydzona.
— Jeśli król nie będzie miał nic przeciwko, odprowadzę was tak daleko, jak będziesz chciała.
— Dziękuję, jesteś wspaniały. Ale teraz… — Spoważniała, zerkając w oczy żołnierza. — Teraz zaprowadź mnie do Anasiego i tamtych dwóch lekarzy, muszę z nimi porozmawiać, póki mam chwilę. Sebastian nie może się o tym dowiedzieć, rozumiesz? To ważne.
— Rozumiem, pani. Dochowam tajemnicy — odparł Samarel, klękając przed przyszłą królową, by pokazać jej, jak poważnie podchodził do tego, co mówiła. Wiedział, że prosiła, by nie traktował jej w taki sposób, ale w tej sytuacji uznał, że zrobienie wyjątku zadziała jedynie na korzyść.
— Nie musiałeś klękać i tak bym ci uwierzyła, ale dziękuję. Wstawaj i prowadź, nie mamy wiele czasu!
~*~
W samotni na zapomnianym niemal przez wszystkich krańcu zamku panował idealny spokój i cisza tak nienaturalna, że niejednego przyprawiłaby o początki szaleństwa, jednak dla Anasiego były o idealne warunki do odpoczynku. Wysłani przez niego pajęczy agenci zbierali informacje o najważniejszych wydarzeniach w mieście, jego główne zainteresowanie – król – oddał się na spoczynek i po raz pierwszy od kilku ostatnich miesięcy mógł sobie pozwolić na kilka godzin odpoczynku. Był już wiekowy i z każdą kolejną rzeczywistością coraz bardziej doskwierały mu starcze przypadłości. Obawiał się nawet, że za kilka tysiącleci jego los dobrnie do końca. Były pierwszym przypadkiem naturalnej, demonicznej śmierci – niewielu pozostało w królestwie pierwotnych demonów, a wszyscy dotąd ginęli w walce.
Jak bardzo odejście w nicość nie wprawiałoby piekielnego skryby w poczucie niepewności, bardzo chciał zapisać się w piekielnej historii nie tylko jako cień, dzięki któremu przyszłe pokolenia będą znały swoje losy, ale również jako ktoś, kto przysłużył się zupełnie nowej wiedzy. Nie planował więc walczyć, angażować się. Byłby nawet gotów przejść na emeryturę, gdyby tylko miał godnego następcę, a po takim nie pozostał nawet ślad. Gdyby brat króla dalej żył – młody Seth byłby idealny do tej pracy, jednak wolał głupio zginąć przez zemstę. Zapewne jeśli poznałby myśli Anasiego na swój temat, zmieniłby zdanie, ale przeszłości nie można było zmienić ot tak, trzeba było się z nią pogodzić.
Często tłumaczył to Amonowi i Sethowi, gdy przychodzili do niego z różnymi problemami. Chociaż jego uczniem był jedynie Kruk, lubił obu chłopców. Przekonanie się do młodszego z braci zajęło mu wiele czasu, lecz nie można było rzec, by śniady, złotooki chłopiec nie wywarł na nim wrażenia ogromem determinacji, który prezentował zawsze, gdy nie mógł doścignąć brata. Ćwiczył trzy razy więcej od niego, a jednak nie był w stanie mu dorównać. Miał za to inne zdolności: doskonale odczytywał emocje ludzi, bez trudu owijał ich sobie wokół palca i rozumiał więcej, niż mu się wydawało. Odrobina ćwiczeń i byłby z niego doskonały piekielny kronikarz, choć żądnemu władzy i pogłosu młodszemu potomkowi króla w głowie były jedynie rozgłos, chwała i bogactwo.
Długo myślał nad tym, kto mógłby go zastąpić, jednak nie udawało mu się przywołać z pamięci nikogo, kto wykazywał odpowiednie predyspozycje. Nie mógł jednak pozwolić na to, by rzeczywistości jego pracy poszły na marne, dlatego nie poddawał się i każdego dnia spędzał chociaż kilka minut nad rozmyślaniem o przekazaniu odpowiedzialności przyszłemu uczniowi.
Tym razem jego rozważania przerwało pukanie do drzwi. Nie spodziewał się usłyszeć go w środku nocy, jednak zaciekawiony machnięciem ręki otworzył zamki, dając tym samym znać niezapowiedzianemu gościowi, że może wejść. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy z wnętrza korytarza wpadła do środka niezwykle poważna kochanka króla i towarzyszący jej żołnierz.
— Co cię do mnie sprowadza, Elizabeth? — zapytał zaintrygowany Anasi.
— Musimy porozmawiać. W samotności — oświadczyła, zerkając sugestywnie na Samarela.
Kiedy żołnierz wyszedł, dziewczyna usiadła w miękkim fotelu, nerwowo stukając w podłokietniki. Anasi potraktował ją w taki sam sposób, w jaki robił to w stosunku do wszystkich swoich wizytatorów. Do wysokich, pokręconych szklanek nalał krwi, która odpowiednio oddawała jego stosunek do gościa i dopiero wtedy, dokładnie przyjrzawszy się nastolatce, pozwolił jej mówić.
— Musisz mi pomóc. Nie mogę przeżyć, bo mojej duszy nie da się pobrać i może wrócić tylko w moje ciało, doskonale to rozumiem. Ale… Skoro moje ciało zawiera teraz moją świadomość niezależnie od duszy, to cokolwiek za nią odpowiada, jest w nim i teraz, prawda? — zapytała pełna nadziei, nieznacznie przysuwając się bliżej kronikarza.
— Cóż, nie mieliśmy wcześniej takiej sytuacji, jesteś człowiekiem. To znaczy: byłaś człowiekiem, w twoim przypadku może być inaczej. Istota demona istnieje gdzieś w jego wnętrzu, ale nie udało nam się odkryć jej lokalizacji.
— Tak jak ludziom nie udało się odkryć lokalizacji duszy, ale to nie znaczy, że ona nie istnieje. Trzeba po prostu być… Lepiej dostosowanym do widzenia jej, prawda?
— Tak, Elizabeth. Właściwie masz rację. To oznacza, że demoniczny substytut duszy może być widzialny dla kogoś innego… Niestety nie wiem, kim ten ktoś mógł być.
— A kolosy?
— Te, które chronią Podwalinę Rzeczywistości? One ą jedynie wojownikami, nawet gdyby coś widziały bądź wiedziały, nie podzieliłyby się tym z nami.
— Dlatego właśnie chcę, żebyś poszedł ze mną do tej dwójki lekarzy. Może oni będą mieli jakiś pomysł. Zrobisz to dla mnie? Wiem, że proszę o wiele, ale… Prawdopodobnie to ostatni raz, kiedy proszę o cokolwiek — odpowiedziała gorzko, ze wszystkich sił starając się zachować zimną krew. Nie sądziła, by wpadanie w rozpacz zrobiło na Anasim jakiekolwiek wrażenie, prędzej zimny profesjonalizm mógłby dać jej większe szanse na sukces.
— Hmmm… — mruknął, zastanawiając się niezwykle poważnie. Jego brwi zsunęły się niemal do nosa, na czole pojawiły się głębokie bruzdy, które delikatnie poruszały się w górę i w dół w miarę, jak informator musiał przeskakiwać z kolejnego argumentu na następny, oceniając, czy opłaca mu się angażować w nowatorskie, i właściwie skazane na porażkę od samego początku, rozwiązanie. — Pójdę z tobą, ale najpierw muszę odwiedzić Amona.
— Ale nie możemy! On teraz śpi, mamy mało czasu. On nie może wiedzieć! Jeśli się nie uda, załamie się jeszcze bardziej!
— Spokojnie, Elizabeth — uciszył ją mężczyzna, kładąc dużą, ciepłą dłoń zakończoną ostrymi szponami na dwójce drobnych, wychudzonych dłoni nastolatki. — Chcę go odwiedzić, by podać mu lek nasenny. Zapewni nam czas do rana. Jeśli mamy coś osiągnąć, potrzebujemy więcej niż kwadrans, rozumiesz? — wyjaśnił spokojnie, wolną ręką wyjmując z szuflady biurka niewielki, fioletowy flakonik ze szkła.
— To bezpieczne?
— Całkowicie bezpieczne, nie musisz się martwić. Nie zrobiłbym krzywdy królowi, zamachy mi nie w głowie. Jestem jednym z pierwotnych, a dotąd ani razu nie próbowałem zdobyć tronu, chyba nie stanowię zagrożenia dla twojego ukochanego — dodał rozbawiony.
— Ale będziesz dla niego wsparciem, gdy mnie zabraknie, prawda? On jest teraz… Dużo bardziej wrażliwy niż był wcześniej. To moja wina, może nie powinnam była się o to starać, nie wiem, nie mam pojęcia, ale prawda jest taka, że będzie potrzebował kogoś po swojej stronie. Samarel to jedno, ale on jest młody, a Sebastian potrzebuje kogoś mądrego i rozsądnego, i doświadczonego, żeby doprowadził go do pionu. Obiecaj, że się tym zajmiesz, nawet gdyby to znaczyło, że musi o mnie zapomnieć.
— Elizabeth, wiesz, że demony nie składają obietnic? — zapytał zaciekawiony Anasi.
— Nie wiem, skąd bym miała? Sebastian i Samarel składali, więc uznałam, że to nie jest aż takie rzadkie. I ty teraz też…
— Tak właśnie na nas działasz — wyjaśnił informator, jednocześnie ucinając temat.
Następnie przygotowali się do wyjścia i ruszyli do sypialni. Anasi wpadł do środka, obudził Amona, krzycząc, że pilnie musi coś wypić, a kiedy ten, zupełnie wyrwany ze snu, nieświadomie zrobił, co mu kazano, zasnął z powrotem i wyglądało na to, że nie będzie o niczym pamiętał. Lizz nie weszła do środka, nie chcąc przypadkiem czego popsuć, ale z przyjemnością słuchała odgłosów dobiegających z sypialni, które doskonale świadczyły o tym, że informator dokładnie wiedział, co robił.
Kiedy wyszedł, razem z Samarelem poszli do innego skrzydła zamku, gdzie w podziemnym laboratorium Forkas i Barakslej próbowali dostosować urządzenie bogów śmierci do potrzeb króla. W dalszym ciągu im nie wychodziło, ale uważali, że byli już bardzo blisko rozwiązania.
Długie, wąskie i lekko zawilgotniałe korytarze nie wzbudzały z nastolatce zaufania. Mrok pomiędzy kamiennymi ścianami rozjaśniało kilka skąpo usytuowanych latarni, a pod sufitem roiło się od ogromnych pajęczyn, jakby nikt od dawna tu nie wyglądał. Kiedy się tak niepewnie rozglądała, stukając obcasami butów z każdą chwilą coraz wolniej, Anasi tłumaczył, że nie ma się czego obawiać. Wiele z eksperymentów przeprowadzanych przez dwóch najzdolniejszych uczonych w królestwie nie nadawało się, by ogłaszać je przed poddanymi. Były w zbyt wczesnym stadium testów albo całe były ogromne kontrowersyjne nawet ja na piekło, dlatego dla bezpieczeństwa ich pracy i spokoju w królestwie pracowali pod ziemią, w laboratoriach, o których wiedzieli jedynie nieliczni. Nawet Samarel nie do końca orientował się w tych okolicach. Wiedział o ich istnieniu i o tym, że przeprowadza się tu różne dziwne badania, ale nigdy nie widział żadnych naprawdę, bowiem jego praca ograniczała się jedynie do strzeżenia drzwi wejściowych do piwnicznych poziomów zamku.

Gdy dotarli na miejsce, Anasi zapewnił Lizz, by nie obawiała się, niezależnie od tego, co zobaczy i wkroczył do środka, lekko ciągnąć ją za rękę, gdy napotkał opór. Dziewczyna czuła się strasznie spłoszona w otoczeniu szklanych fiolek, długaśnych, szklanych konstrukcji z palnikami i substancjami, których nie potrafiła odróżnić. Na ścianach wisiały dziwne wzory chemiczne, rysunki przedstawiające ciała demonów, kości, mięśnie, żyły, konkretne narządy w różnych przekrojach. Nie brakowało również instrumentów chirurgicznych, które dla niedoświadczonej nastolatki znacznie bardziej przypominały narzędzia tortur, choć ich sterylność i sam chemiczny zapach czystości, który panował w pomieszczeniu, świadczył o zachowywaniu ponadprzeciętnych, jak na ludzkie standardy, zasad higieny. Mimo wszystko otoczenie całej aparatury, sprzętu i obcowanie z chemicznym zapachem przywodziło na myśl dziewczyny wspomnienia z niewoli. Bała się. Przyszła tutaj, by zawalczyć o szczęście ukochanego, jednak klimat miejsca sprawił, że panika całkowicie ją sparaliżowała. Potrafiła jedynie drżeć i rozglądać się nerwowo, szukając jakiegoś ratunku, poczucia bezpieczeństwa czy czegokolwiek innego, co pomogłoby jej się opanować.


sobota, 14 października 2017

Tom V, XXXV

Nie zapytała więc. Uznała, że w takiej sprawie może mu zaufać. Po jego zachowaniu odniosła wrażenie, że przyjął do wiadomości jej decyzję i chociaż nie musiała szukać oznak niezadowolenia, bo doskonale wiedziała, że wcale nie podobało mu się to, co planowała, doskonale sobie z tym radził. Albo tak dobrze udawał. Nie chciała się upewniać, z jakiegoś powodu czuła, że to tylko bardziej ją dobije, a sama ledwo dawała radę wziąć się w garść.
Po śniadaniu Sebastian pomógł jej się ubrać w kolejną wyzywającą kreację, która właściwa była na wydarzenie takie jak igrzyska. Wolałaby założyć coś z większej ilości materiału niż kilka pasków, do których poprzyszywano półprzezroczyste kawałki innego, które ledwie cokolwiek zakrywały, ale nie oponowała. Odkąd się zmieniła, nie przeszkadzał jej kontakt fizyczny, czuła się bardziej pewna siebie i doskonale wiedziała, że z obiektywnego punktu widzenia podobała się mężczyznom. Nigdy dotąd nie przyznawała tego nawet przed sobą, nie starała się podkreślać swoich atutów ani zdobywać za ich pomocą przewagę, ale teraz, gdy już niewiele miała do stracenia, odważyła się na to. Postanowiła nawet sprawdzić, jak wiele mogłaby dzięki temu osiągnąć, mając do dyspozycji wielkie sypialniane łóżko i swojego narzeczonego, który w chwili obecnej uchyliłby jej nieba, byle tylko nie chowała urazy za jego kolejne kłamstwo w dobrej wierze.
— Sebastian? — zapytała nieśmiało, wcześniej klękając na łóżku z dłońmi opartymi na materacu przed sobą, by lepiej wyeksponować piersi. — Trochę mi zimno, wiesz? — dodała, gdy demon nie odwrócił się na sam dźwięk swojego imienia.
Pozwoliła, by włosy luźno opadały na jej ramiona, plecy i klatkę piersiową, przysłaniając nieco niewielkie, krągłe piersi, by jeszcze bardziej spotęgować efekt, który planowała osiągnąć. Gdy Kruk wreszcie się odwrócił, trzymając w dłoniach kolejny prześwitujący kawałek materiału, którym chciał zapewnić jej nieco więcej ciepła, zamarł, wpatrując się w ukochaną z lekko rozchylonymi ustami.
Nigdy wcześniej tak nie robiła, nie próbowała go kusić, nawet nie starała się wyglądać seksownie. Amon cenił sobie te nieliczne chwile, gdy przypadkiem, zupełnie nieświadomie, udawało jej się przyjąć taką pozę, która momentalnie wywoływała ucisk w jego kroczu, ale nie sądził, że kiedyś uda mu się doświadczyć czegoś równie pięknego, jak tym razem. Elizabeth była ideałem, spełnieniem jego marzeń w każdym calu. Drobną, delikatna, blada, nieśmiała, o wielkich błękitnych oczach i uśmiechu, który potrafił rozgrzać jego serca. Przez moment, kiedy tak chłonął ten mistyczny widok, poczuł zazdrość na myśl o tym, że ktokolwiek inny miałby zobaczyć ją w tym stroju, w tej pozie, z tym lekkim grymasem na ustach…
— Elizabeth, co to znaczy? — zapytał niepewnie, przysiadając się do niej na kraju materaca.
— Nic. Po prostu byłam ciekawa, jak zareagujesz. Skoro niedługo mam umrzeć, uznałam, że mogę tego spróbować chociaż raz. Teraz trochę żałuję, że nie robiłam tak częściej, pewnie byłoby mi dużo łatwiej przekonać cię do wielu rzeczy, ale to takie nie w moim stylu, że zwyczajnie bym nie potrafiła inaczej — odpowiedziała otwarcie, dzieląc się z narzeczonym swoimi przemyśleniami.
Nie porzuciła jednak ani roli, w którą się wcieliła, ani planów, które pragnęła zrealizować. Z kocią zwinnością podeszła do niego na czworakach, oparła się o jego bok i delikatnie położyła rękę na jego kolanie, przesuwając ją powolutku w stronę krocza, w miarę jak coraz bardziej się do niego przysuwała.
— Wybacz, naprawdę mi chłodno. Nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli posiedzę tak przez chwilę, prawda? — zapytała, zerkając na niego wielkimi oczami. Oblizała usta, przesunęła rękę o kolejne kilka cali, a kiedy Sebastian nie wytrzymał i chwycił ją w ramiona, sadzając sobie na kolanach i przyciągając, by ją pocałować, zaparła się na jego piersi na wyprostowanych rękach i zadziornie spojrzała mu w oczy. — Nie przesadzasz? Chciałam tylko, żebyś mnie ogrzał — zapytała z nutą wyrzutu w głosie.
— Wybacz, kochanie, ale wyglądasz tak pociągająco, że nie mogłem się powstrzymać. Pozwól, że ogrzeję cię w taki sposób, dobrze? — poprosił, śmiejąc się po cicho z lekkim zażenowaniem.
Odgarnął włosy nastolatki do tyłu, by móc dokładnie jej się przyjrzeć, a potem ujął delikatnie podbródek Elizabeth i złożywszy pocałunek na jej ustach, przytulił ją mocno i począł poruszać rękami w górę i w dół, by naprawdę przekazać jej trochę ciepła.
— Nie chcesz iść na igrzyska, o to chodzi?
— Nie ma znaczenia, czy chcę na nie iść. Jestem narzeczoną króla piekła, to mój obowiązek. Dlatego pójdę, niezależnie od tego, co naprawdę myślę, a tym się z tobą specjalnie nie podzielę, bo nie chcę, żebyś wiedział, jaki mam do tego stosunek. Mogę, prawda?
— Oczywiście, że możesz. Ale gdybyś przyznała, że nie chcesz, po prostu pozwoliłbym ci zostać i nie musiałabyś się męczyć — odparł rozbawiony jej szczerym wyjaśnieniem i szlachetnym powodem decyzji o wzięciu udziału w piekielnym wydarzeniu.
— Pewnie tak. Ale muszę dodać otuchy temu, który dla mnie wygrał, prawda? A dziś jest już ostatni dzień, sam mówiłeś. Potem wyruszymy na tę tajemniczą wycieczkę, a potem odbierzesz mi życie na zawsze. Solidny plan, podoba mi się. Przejdźmy więc do realizacji — odparła optymistycznie i zeskoczyła z kolan Sebastiana, obracając się wokół siebie i tańcząc po sypialni, póki radosnym pląsem nie znalazła się pod drzwiami.
— No chodź, zaraz się zacznie. Królowi nie wypada się spóźniać, jak to będzie wyglądało?
— Właściwie król jest jedyną osobą, której wypada się spóźnić, ale wiem, co masz na myśli. Już idziemy, tylko wezmę ulubioną krew, żeby umilić sobie czas w loży.
— A jaka to twoja ulubiona krew? — zapytała zaintrygowana, na powrót podbiegając do Sebastiana.
Wtedy oczy demona rozbłysły, a lekko uchylone usta obnażyły ostre kły. Wokół nich zrobiło się ciemno. Czarna mgła smagała skórę Elizabeth chłodem, wszystko oprócz nich zniknęło, jakby nagle znaleźli się gdzieś poza czasem i przestrzenią, gdzie nigdy nie powinni trafić.
Amon odkrył szyję nastolatki i pocałował ją delikatnie. Następnie oblizał, wprawiając nastolatkę w lekkie drżenie, by w końcu przebić skórę kłami i począć ssać najpyszniejszą z krwi, jakiej przyszło mu smakować. Uwielbiał ją, szalał na jej punkcie, a ona, jakby z wdzięczności za jego wierność, dalej smakowała dokładnie tak samo, mimo że dusza dziewczyny – która w dużej mierze wpływała na smak życiodajnej cieczy płynącej w jej żyłach – opuściła ciało już jakiś czas temu. Nie pojmował, jak to było możliwe, ale wcale nie musiał tego rozumieć. Zwyczajnie cieszył się tym, co było mu dane, bo na nic więcej nie mógł już liczyć.
— Ach, więc o to chodziło… — zaśmiała się Lizz, mocno chwytając Sebastiana za ręce, bo odchylona w tył cały czas miała wrażenie, że za chwilę się przewróci. Na szczęście Kruk trzymał ją tak, że nie było nawet o tym mowy, a puścił dopiero wtedy, gdy zaspokoił swoje pragnienie.
— Może też masz ochotę? Służę uprzejmie.
— Nie trzeba. Jak będzie mi się chciało, to napiję się na miejscu. Chodźmy już, bo zaraz naprawdę się spóźnimy! — poganiała go.
Ostatecznie udało im się dostać na arenę w samą porę. Pierwsza grupa walczących dopiero wychodził na pole bitwy, a trybuny nie zdążyły nawet dobrze się zapełnić. Jedynie służący biegali tam i z powrotem, roznosząc napoje, przekąski i małe dawki narkotyków, by umilić gościom oglądanie zmagać wojowników.
Sebastian wraz z narzeczoną przywitał zebranych, poinformował, że to ostatni dzień walk otwartych, że na inne trzeba będzie zakupić bilety i że tego wieczora wybiera się w podróż, w związku z czym przez kilka najbliższych dni nie będzie w stanie przyjmować demonów w sprawach zmian w królestwie. Niektórzy nie wydawali się z tego powodu zbytnio zadowoleni, jednak większość rozumiała, że Amon miał również inne ważne sprawy. Odkąd został królem, pracował w pocie czoła na to, by jak najszybciej polepszyć sytuację mieszkańców piekła. Dzięki pomocy wiernego Anasiego i gruby doświadczonych doradców udało mu się zmienić już to, co najbardziej niszczyło dotychczasowy system, jednak w dalszym ciągu miał przed sobą mnóstwo pracy, by naprawić to, co jego zdaniem było najgorsze – całkowite wyparcie emocji – jednak nad tym musiał jednak popracować.
Co więcej, im dłużej myślał o tej zmianie, zastanawiał się nad tym, co czuł i co poczuje, gdy jego ukochana odejdzie z tego świata, zaczynał wątpić, czy rzeczywiście powinien się tym zajmować. Chociaż decyzja jego ojca wydawała się tchórzliwa, samolubna i całkowicie sprzeczna z dobrym interesem demonów, czując wyżerający serce ból, Amon zaczynał dochodzić do wniosku, że jego ojcu nieświadomie, a może tylko poza jego prywatną świadomością, zdołał uchronić podwładnych przed trudem akceptacji faktu, że wszystko wokół, z wyjątkiem demonów, przemijało. Nawet anioły dożywały naturalnego końca swego życia, choć to potrafiło trwać rzeczywistości. Jedynie demony nigdy się nie zmieniały. Osiągały fizyczny wiek, który dla danej jednostki był optymalny, i zamierały w nim na całą wieczność, mogąc uciec od beznadziei codzienności jedynie dając się zabić i tylko przez innego demona, anioła bądź boga śmierci. Nie był pewien, czy usposobienie sobie, w jak tragicznej sytuacji w rzeczywistości się znajdowali, na pewno było dobrym wyjściem. Dlatego też postanowił odłożyć podjęcie tej decyzji. Najpierw chciał pogodzić się ze śmiercią Elizabeth, stwierdzając, że jeśli zdoła to przejść, będzie mógł dopiero zastanawiać się, czy gotować podobny los wszystkim innym demonom.
Walki wyjątkowo się ciągnęły. Na początku wystąpił demon, któremu Lizz życzyła powodzenia, dlatego przez cały ten czas bacznie przyglądała się walce, pokrzepiając swojego wojownika i ciesząc się wraz z resztą kibicujących, gdy udawało mu się pokonywać jednego za drugim przeciwnikiem. Doszedł nawet do finału, co więcej, wygrał go! Ale po jego odejściu reszta walk nie była już w stanie wzbudzić większych emocji ani w Elizabeth, ani w Sebastianie. Oboje siedzieli i uśmiechali się wtedy, gdy było trzeba, wiwatowali, gdy robili to inni i nawet z daleka można było uznać, że doskonale się bawili, jednak wcale tak nie było. Chociaż nawet przed sobą starali się udawać, że doskonale się bawią, w rzeczywistości marnowanie czasu na walki, podczas gdy ich wspólny czas dobiegał końca, było zbyt bolesne i trudne, by mogli o nim zapomnieć.
Dopiero wieczorem, gdy część oficjalna dobiegła końca, udało im się opuścić lożę. Amon chciał zaprowadzić ukochaną do sypialni, żeby odpoczęła po całym dniu, ale Lizz zaciągnęła go na zamkowy dziedziniec, żeby wspólnie mogli podziwiać niebo. To piekielne wyglądało zupełnie inaczej niż ludzkie, jakby piekło było planetą, która znajdowała się za drugim końcu wszechświata. Żadne z błyszczących punkcików nie wydawały się nastolatce znajome. Patrząc w niebo czuła lekki niepokój i przeszywające kości zimno, a jednocześnie takie obcowanie z potęgą sprawiało, że nabierała pokory do wielkości świata, na którym miała szansę żyć.
— Opowiesz mi o gwiazdach? Nigdy wcześniej ich nie widziałam. Chciałabym wiedzieć, jak się nazywają, czy któraś z nich też wskazuje drogę. Którą lubisz najbardziej i czym jest tamta mała, która lśni intensywnym fioletem. Nie wiedziałam, że są fioletowe gwiazdy.
— Bo to nie jest gwiazda. To nienazwana planeta, która znajduje się w takim miejscu, że odbijając od siebie światło daje takie właśnie złudzenie. A może naprawdę jest fioletowa? Ciężko powiedzieć. Nie jestem astronomem, nie wiem, jak wygląda z bliska.
— Ale jest piękna. Chciałabym móc podziwiać ją częściej — westchnęła zachwycona nastolatka.
Przez głowę Sebastiana przeszła myśl, która sprawiła, że znacznie się rozpogodził. Zdążył już nawet ułożyć plan i zastanowić się nad szczegółami, chociaż uznał, że w samotności zajmie się tym raz jeszcze, by mieć pewność, że o wszystko odpowiednio zadba.
— Widzisz tamtą dużą, trochę ponad tą fioletową? — zapytał, wskazując pazurem punkcik na niebie.
— No widzę. Co z nią?
— To taki nasz odpowiednik waszej Gwiazdy Polarnej. Nazywa się Kelopez i widać ją na niebie bez względu na wzajemne ustawienie się słońc przez całą dobę. Ona wyznacza piekielne południe, dlatego ten kierunek jest u nas głównym. Trochę inaczej niż u ludzi, ale tak już się przyjęło i sprawdza się od zarania dziejów. Pierwsi ludzie zaczęli korzystać z kierunków świata zaledwie trzy rzeczywistości temu. Wcześniej radziliście sobie w dużo dziwniejszy sposób — opowiedział, podśmiewając się pod nosem, na co Lizz przewracała tylko oczami, dusząc w sobie nieprzyjemne uczcie, które ogarniało ją, ilekroć przypominała sobie, że w jej krótkim życiu nie będzie już okazji, że zapytać o to później.
— A jakieś konstelacje? Na pewno jakieś macie, prawda? A znaki zodiaku? A inne zależności… Poopowiadaj mi trochę, naprawdę chcę wiedzieć! — prosiła dalej.
Usiadła na schodkach oddzielających taras od ogrodu i oparłszy ręce za sobą, zadarła głowę i z uśmiechem na ustach przyglądała się rozgwieżdżonemu niebu.
— W piekle pada deszcz? Są tornada, huragany, trzęsienia ziemi i inne kataklizmy? A może to naprawdę jest inna planeta, skoro macie nawet zupełnie inne niebo? Sebastian, wiesz takie rzeczy? Czemu nic mi nie opowiadasz?
— Bo… Może jeśli ci o tym wszystkim nie opowiem, zmienisz zdanie i nie zabijesz się. Może będziesz chciała się tego dowiedzieć tak bardzo, że dasz sobie więcej czasu, a w końcu zrozumiesz, że wolisz żyć u mego boku, porzucając myśl o nakarmieniu mnie… — przyznał gorzko, siadając obok nastolatki ze spuszczoną głową.
Nie miał odwagi, by na nią spojrzeć. Wiedział, że nie powinien był dzielić się z nią takimi myślami. Cały dzień się powstrzymywał, starał udawać entuzjastycznego, a gdy przychodziło co do czego, znów zawiódł. Świadomość końca tych pięknych chwil zwyczajnie za bardzo go przytłaczała. Jedynie, co potrafił robić, to powstrzymywanie się przed tym, by zalać się łzami, a i to przychodziło mu z niewyobrażalnym trudem.
Nagle poczuł na swoim ramieniu delikatny ucisk. Elizabeth przytuliła się, oplotła go ogonem w pasie i pochyliła się, by zerknąć na jego twarz. Widząc łzę, która zebrała się w kąciku oka i powoli zaczynała spływać po policzku demona, starła ją palcem i delikatnie pocałowała narzeczonego.
— Mnie też to boli, nawet nie wiesz jak, ale pamiętaj, że tak miało być od samego początku. To dobra decyzja.
— Nie jest dobra. Zostawisz mnie samego. Znikniesz, a ja będę musiał istnieć nadal, zupełnie sam w tym miejscu, gdzie wszystko będzie mi o tobie przypominać. Będę marzyć o tym, byś wróciła, a to przecież niemożliwe i wiem o tym tak dobrze, że to mnie zwyczajnie zniszczy.
— Nie zniszczy cię, poradzisz sobie…

— Skąd możesz wiedzieć? Naprawdę aż tak bardzo chcesz mnie zranić? Aż tak zaszedłem ci za skórę? Nie możesz po prostu mnie znienawidzić i żyć życiem, które ci ofiarowano?!


sobota, 7 października 2017

Tom V, XXXIV

Rodziłam ten rozdział przez prawie dwie godziny w takich bólach, że powinnam dostać nagrodę w postaci KILOGRAMA CZYSTEJ MORFINY (tak się w ogóle da? xD), w ramach zadośćuczynienia za te cierpienia. Nie no, żartuję. Było ciężko, bo byłam strasznie zmęczona, ale się udało i to nawet ze sporym zapasem czasu. Gorzej, że akcja tak bardzo zmierza już ku końcowi, że aż się popłakałam, pisząc ten rozdział. A już od dawna nie płakałam, pisząc to opowiadanie, już się bałam, że się zestarzałam, czy coś xD.

PS Wyznaczyli mi obronę magisterki i tym razem już chyba ostatecznie <3.

Miłego!

======================================

Gdy Samarel przygotował kąpiel, Sebastian zabrał ukochaną z łóżka, umył ją i z powrotem do niego położył. Nie obudziła się, była zbyt wyczerpana, nawet zbladła tak, że nawet jak na demona wyglądała nieco zbyt słabo. Zmartwiony król poprosił o konsultację u Forkasa i Baraksjela, by upewnić się, że wszystko było w porządku. Okazało się, że była tylko nieco odwodniona, a resztę objawów powodował zwyczajnie nadmierny stres. Bo chociaż demony były niezwykle silne i wytrzymałe, nie były odporne na wszystkie dolegliwości, a zdenerwowanie niszczyło tak samo dzieci ciemności jak i ludzi – dlatego też był to kolejny argument dla Beliala, by ze wszystkich sił postarać się wytępić w demonach emocje.
Chociaż powinien był obserwować walki, Kruk postanowił zostać przy Elizabeth i czuwać nad jej snem tak samo, jak robił to tysiące razy przez lata służby dla niej. Kiedy tak siedział w ciemnym pokoju na zdobionym, drewnianym krześle obitym purpurą, przed oczami widział wiele scen, które przywoływały ciepłe uczucia. Nie mógł uwierzyć, jak bardzo ludzie potrafili się zmienić zaledwie w ciągu kilku lat. Dla demonów tylko lata młodości takie były. Bardzo szybko dochodziły do dorosłości, a potem zamierały w niej na wieki, bardzo szybko zapominając o wcale nie tak beztroskiej, jak mogłoby się wydawać, przeszłości. Z Sebastianem nie było inaczej. Jego przeszłość była rozmazana, sądził nawet, że na chwilę obecną Lizz znała ją lepiej niż on sam. Za to doskonale pamiętał jej przeszłość. Długie wieczory spędzone przy powieściach przygodowych, noce spędzone pod łóżkiem w obawie przed burzą, której tak irracjonalnie się bała i nawet teraz, chociaż była starsza, silniejsza i przeszła tak wiele, potrafiła spoglądać trwożliwie w niebo, ilekroć kłębiły się na nim ciemne chmury.
Oboje się zmienili, choć fizyczna zmiana hrabianki sprawiała, że mogłoby się wydawać, iż to właśnie w niej zmiany te były poważniejsze. W rzeczywistości jednak to on – zimny, idealny demon – całkowicie wywrócił swój świat do góry nogami od wpływem ludzkiego dziecka, które zwyczajnie dojrzało. Rozbudziło w nim uczucia, nauczyło, jak wiele może znaczyć obietnica, nie tylko ze względu na to, że wiązała się z nią nagroda. Nauczyła go kochać, dbać o tych, na którym mu zależy, zmotywowała do odbicia tronu. A teraz miał się z nią pożegnać.
Nie wyobrażał sobie tego. Patrząc na wątłą, bladą istotkę, która spała niewinnie pod fałdami pierza, nie był w stanie nawet przez moment wymazać jej ze swojego świata. Na samą myśl o tym czuł, że traci oddech. Był jej tak bardzo oddany, że w głębi duszy czuł, iż nie da rady bez niej żyć i niedługo po jej śmierci sam również pożegna się ze światem. Jednak nie śmiał podzielić się tą myślą z nikim. Nie mógłby obarczyć Lizz tak wielką odpowiedzialnością, nie zasługiwała na to. W ten sposób może nawet udałoby mu się przekonać ją, by żyła dalej, ale cena była zbyt wysoka, a ich szczęście nie mogłoby istnieć dalej, gdyby zachował się tak samolubnie. Dlatego był dojrzały, dawał z siebie wszystko, choć każda komórka jego ciała oponowała przez podjęciem każdej akcji, która zbliżała go do utraty ukochanej.
~*~
— Sebastianie, a dlaczego demony się nie starzeją? Jak to możliwe, że nie umieracie? Umiecie się odmładzać czy co? — wypytywała ruda dziewczynka, próbując zetrzeć ręcznikiem ziemię z twarzy, jednak jedyne, co udało jej się osiągnąć, to całkowite rozmazane brudu na policzkach.
Demon pochylił się nad nią, uśmiechnął delikatnie i pomógł jej się umyć, po czym przeczesał sterczące włosy szczotką, by choć odrobinę je ułożyć. Zawsze prosił, by związywała je do zabawy, jednak Elizabeth z uporem maniaka rozpuszczała je, tłumacząc, jak bardzo uwielbiała czuć wiatr we włosach.
— Opowiedz mi, demonie! Jesteś moim służącym, muuuusiiiiiiisz się słuuuuchaaaać! — ponaglała niecierpliwie.
Michaelis skończył ją myć i przebierać, posadził na łóżku, by założyć i zawiązać jej buty i dopiero kiedy skończył, usiadł na krześle naprzeciwko niej i przerwał milczenie.
— Nie umiemy się odmładzać. Po prostu nasze organizmy działają inaczej niż te ludzkie. Żyjemy długo, jesteśmy silni i obiektywnie piękni, to wszystko sprezentowała nam natura, byśmy mogli spokojnie żyć. W naturze tak już jest, każda istota została stworzona tak, by móc zaspokajać swoje potrzeby, z nami jest podobnie. Nie ma w tym żadnej magii, to czysta nauka.
— To czemu ludzie tak nie mogą? Ja też chciałabym żyć wiecznie! Wtedy mogłabym odkryć cały świat i sprawić, żeby nikt już nie cierpiał tak bardzo, jak my wtedy…
— Nie mogłabyś żyć wiecznie, panienko. Złożyłaś mi obietnicę, pamiętasz? — odparł spokojnie demon, lecz jego serdeczny wyraz twarzy ustąpił miejsca powadze, a intensywny wzrok dwojga czerwonych oczu nieco zmartwił dziewczynkę.
Lizz pomachała nerwowo rękami i odwróciła głowę, udając, że zobaczyła coś niesamowicie ciekawego za oknem. Jej stres zdradzały zaś energicznie poruszające się nogi, które odbijała od materaca, jedynie o pół cala mijając podeszwę bucika z kolanem kamerdynera odzianym we frak.
— No przecież wiem. Mam umrzeć, pamiętam… — mruknęła niechętnie, po czym spuściła głowę, z trudem próbując powstrzymywać łzy. Po chwili zaczęła pociągać nosem, zdradzając swoje uczucia i kiedy dotarło do niej, że służący i tak już się zorientował, rozpłakała się na dobre.
— Panienko, co się stało?
— Nic! Bo ja… ja nie chcę umierać. Jestem za mała, żeby nie żyć i jeszcze nie zrobiłam wielu rzeczy. A ja bardzo chcę! Chcę zobaczyć zachód słońca nad morzem i piramidy i sfinksa i te śmieszne domki w Japonii, o których pisze mi zawsze Tomoko, no i Chiński mur, no i jeszcze tyle innych rzeczy! — wykrzykiwała przez łzy, coraz bardziej trzęsąc się ze zdenerwowania.
Zmieszany demon westchnął ciężko pod nosem. Nie potrafił jej zrozumieć. Uznał, że skoro sama zgodziła się podpisać z nim kontrakt, mając pełną świadomość jego konsekwencji, to w pewnym momencie do tego dorośnie. Ona jednak zachowywała się czasem tak, jak dziecko. To nic, że nim była, Michaelis wymagał od swoich kontrahentów czegoś więcej. Elizabeth jednak nie zdawała się spełniać jego oczekiwań, a ciągnący się od kilku miesięcy pakt powoli zaczynał go zwyczajnie męczyć.
— Ale ich nie zrobisz, bo kiedy się zemścisz i upewnisz, że oni nie skrzywdzą już nikogo innego, pożrę cię. Taką obietnicę sobie złożyliśmy, a na jej potwierdzenie na naszych ciałach pojawił się znak paktu. Dopóki nie zblednie bądź nie zniknie, musimy dotrzymać słowa. Jeśli się wycofasz, zabiję cię od razu — wytłumaczył poważnie, nie przebierając w słowach. Za nic miał sobie przerażenie dziewczynki i jej łzy, nie zamierzał pozwolić jej się wywinąć, w innym wypadku zrobiłoby się o tym głośno i ostatecznie skończyłby z opinią naiwnego kretyna, jakby już nie miał wystarczająco złej opinii w towarzystwie za sprawą Grella Sutcliffa, przez którego w świecie Bogów Śmierci zaistniał jako „Sebastianek”, co niesamowicie uwłaczało jego godności.
— Wiem, że ich nie zrobię! — oburzyła się Lizzy. — I wcale nie mówię, że nie dotrzymam obietnicy, więc tak nie mów! Nie rozumiesz mnie, bo ty nie czujesz i nie wiesz, jak to jest. A mi po prostu smutno, że tyle stracę, to wszystko. I tak oddam ci duszę, bo dzięki tobie w ogóle żyję. I dlatego cię kocham, nawet wtedy, kiedy jesteś taki okropny! — wykrzyczała w twarz demonowi, a potem zeskoczyła z łóżka, pobiegła do łazienki i zamknęła się w niej, by wbiec do wanny, skulić się wewnątrz i wypłakać w spokoju.
Nie była takim głupim i naiwnym dzieckiem, jak mu się wydawało. Po prostu była człowiekiem, a on tego zupełnie nie rozumiał. Dlatego nie pozwoliła mu wejść do środka, chociaż chciała, żeby ją przytulił, bo musiała uporać się z emocjami sama, żeby wiedział, że była poważna.
~*~
Król piekła ocknął się, gdy jego głowa zsunęła się z ręki, którą ją podpierał. Zdezorientowany zdał sobie po chwili sprawę, że zasnął, pilnując spokojnego snu ukochanej. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio coś takiego miało miejsce. Uznał, że musiał być niesamowicie zmęczony i chociaż powinien udać się możliwie najszybciej, by obserwować walki, uznał, że są rzeczy ważniejsze niż jego wsparcie dla walczących o lepsze życie: jego ukochana, serce, które napędzało go do życia.
— Chiński mur, co? — mruknął, uśmiechając się pod nosem, gdy usłyszał w głowie echo stwierdzenia dziewczynki ze swojego snu. — Sporo się zmieniło od tamtego czasu, prawda, kochanie? Wtedy nie rozumiałem, teraz za to rozumiem doskonale. Powinienem był już lata temu zabrać cię na tę wycieczkę — dodał, zwracając się do śpiącej nastolatki.
Wstał i wyszedł z sypialni, zostawiając pod drzwiami wiernie pilnującego jest Samarela, i udał się do nadwornego kucharza, by poprosić o udostępnienie kuchni. Chciał przygotować coś, co smakiem i wyglądem przypomni Elizabeth o dawnych, dobrych czasach. Planował zorganizować dla niej miły dzień, pełny rozrywek i niezwykłości wolnych od problemu wyżerającego substytut jej duszy. Skoro miała go opuścić i była pewna, że tego chce, nie mógł już nic zrobić. Nie warto było zawracać sobie głowy cierpieniem, od którego i tak nie ucieknie. Nie miało również sensu zatruwanie goryczą ostatnich wspólnych chwil, dlatego też postanowił zadbać o to, by ich ostatnie wspólne dni były tak szczęśliwe, by uśmiech do samego końca nie zniknął z jej twarzy. Może wtedy sama zrezygnuje? – łudził się, ilekroć dodawał kolejne pomysły do listy rzeczy, które chciałby z nią zrobić. Szanse nie były zbyt wielkie, ale próbując w ten sposób, ranił jedynie siebie samego, wiedząc, że im więcej dobrych wspomnień zbierze, tym bardziej przytłoczą go, gdy zostanie sam na tym świecie.
Gdy skończył, wrócił do apartamentu i zatrzymał się w garderobie. Chciał sprawić Elizabeth przyjemność, dlatego przybrał ludzką formę i założył jeden z fraków, które nosił w posiadłości. W piekle trzymał ich kilka, wmawiał sobie, że z przezorności, lecz w rzeczywistości zwyczajnie czuł się do nich przywiązany i chciał mieć je w szafie, by przypominały mu o czasach, które stały się dla niego początkiem największego szczęścia.
Ubrawszy się, wrócił do sypialni. Elizabeth wciąż spała, dlatego usiadł z powrotem na krześle i dalej pilnował, by nic nie zmąciło jej spokoju, by mogła odpowiednio wypocząć. Spędził tak trzy kolejne godziny, po których minięciu Lizz powoli zaczęła się wybudzać. Nim jeszcze się ocknęła, jej ogon zaczął poruszać się tam i z powrotem w zupełnie niekontrolowany sposób, jakby żył swoim życiem albo jakby jego właścicielce śniło się coś niezwykle emocjonującego. Reszta ciała pozostawała jednak spokojna, po czym określił, że w rzeczywistości jej umysł wciąż jeszcze był we śnie. Z czasem do ogona dołączyły inne kończyny, już nie tak energicznie, lecz wyraźnie ruchomo, by ostatecznie jedna z dłoni pacnęła nastolatkę w twarz, co ostatecznie wyrwało ją ze snu.
— Uciekaj, nadchodzą czarne kaptury! — krzyknęła, zrywając się do siadu. Widząc pytające spojrzenie uśmiechniętego demona, przetarła oczy, zaśmiała się i zapytała: — Nie masz pojęcia, o czym mówię? Śniło mi się coś… Chyba bardzo głupiego.
— Nie szkodzi. Pilnowałem cię całą noc, by mieć pewność, że odpowiednio wypoczniesz. Przez twoją małą wycieczkę strasznie zbladłaś, musisz zjeść kilka dusz, napić się krwi. Musisz o siebie dbać, jesteś młodym, niedoświadczonym demonem, nie powinnaś szarżować. Choć to moja wina, za co serdecznie przepraszam, kochanie — odparł, w międzyczasie wstając, by klęknąć przed niż z dłonią na piersi i pochyloną głową, jak przepraszał już wielokrotnie. Znajome ruchy sprawiły nawet, że poczuł się jak wtedy, gdy wszystko było jeszcze proste i chociaż właśnie kajał się, błagając o wybaczenie, czuł się szczęśliwy.
— No przecież wybaczyłam… Nie musisz klękać. I w ogóle… Co ty masz na sobie? — odpowiedziała zmieszana, ukrywając lekki uśmiech na za materiałem kołdry.
— Pomyślałem, że byłoby miło na chwilę wrócić do tamtych czasów, z drobną różnicą, nie sądzisz, kochanie?
— Więc teraz będziesz mnie nazywał kochaniem zamiast panienką? To całkiem urocze… Wiesz, myślałam, że będziesz zły — przyznała, zrzucając z siebie pościel.
Wstała z łóżka, podała Sebastianowi rękę, by pomóc mu wstać i przytuliła się mocno, oplatając go nie tylko rękami, ale też ogonem. Znajome ciepło i zapach jego skóry w połączeniu ze specyficzną wonią fraka, który na sobie miał, przywróciło jej kilka miłych wspomnień, które rozgrzały serce. Miała być wściekła i zła, miała się od niego odsunąć, licząc na to, że tak obojgu będzie łatwiej znieść rozstanie, a jednak zwyczajnie nie umiała tego zrobić, za bardzo go kochała.
— I przygotowałeś śniadanie! Ale… Przecież ja nie mogę tego zjeść, to ludzkie — dodała, gdy kątem oka w jej oczy rzuciła się srebrna taca zastawiona ulubionymi potrawami – nielicznymi, które przez lata w ogóle dawał radę w nią wmusić.
— W takim razie spróbuj, kochanie. Przyniosę tylko stolik, wracaj do łóżka — poprosił, przesuwając się w stronę materaca, by posadzić na nim ukochaną. Sięgnął po stolik, rozłożył go przed nastolatką i zastawił posiłkiem, wręczając Elizabeth widelec.
Fioletowowłosa przyglądała się z zaciekawieniem jego gestom. Każdy z nich wyrażał absolutną pewność, podobnie jak ton głosu i mimika twarzy Amona. Nie rozumiała jednak, jak miałby to osiągnąć. Gdyby przez noc zmienił ją w człowieka, w co szczerze wątpiła, bo w końcu nie wiedział, gdzie znajdowała się jej dusza, nie miałaby ogona. A skoro on, podobnie jak wyostrzone zmysły, dalej jej nie opuściły, oznaczało to tylko, że skądkolwiek miał to jedzenie, musiał włożyć mnóstwo pracy, by je zdobyć i odpowiednio przygotować.
Chwyciła więc widelec i ostrożnie nadziała na niego odrobinę zawartości niewielkiej salaterki, w której na pierwszy rzut oka widziała zwykłe, ludzkie warzywa, lecz im dłużej się w nie wpatrywała, tym lepiej dostrzegała, że to, co jej zaoferował, było jedynie podobne do jedzenia, które znała. Włożyła zawartość widelca do ust i dokładnie gryzła każdy kawałek, skupiając się na pojedynczych smakach składników oraz na tym, który tworzyły połączone. Wydawało jej się, że doskonale znała ten smak, jakby naprawdę jadła jedną z nielicznych sałatek z tuńczykiem, których przygotowywanie Michaelis opanował do perfekcji, byle tylko móc odpowiednio zadbać o swoją podopieczną.
— Co to jest? Smakuje jak sałatka z chleba — zapytała, kiedy uznała, że sama nie zdoła już niczego wymyślić.
— Sałatka z chleba jest pod paterą, żeby nie wyschła. Mam też ciasteczka owsiane i korzenne, herbatę i kilka innych przysmaków — opowiedział podekscytowany.
— Widzę, ale… Jak to możliwe? Przecież demony nie czują smaku ludzkiego jedzenia, a jedzenie demonów nie smakuje jak ludzkie, sam mówiłeś. Więc jak udało ci się to zrobić?
— Jestem piekielnie zdolnym kamerdynerem, nie pamiętasz?
— Piekielnie dobrze to ty się wykręcasz od wyjaśnień, Sebastian. Po prostu powiedz — odpowiedziała nieco zirytowana, złośliwym komentarzem wprawiając Michaelisa w szczerą radość, znów poczuł się tak, jak za dawnych czasów, do których wróciłby wraz z nią, gdyby tylko miał możliwość.
— Spędziłam kilka godzin w kuchni w zamku. Mamy tutaj największą kolekcję przypraw i produktów spożywczych. Z pomocą kucharza udało mi się odtworzyć kilka dań najwierniej, jak tylko umiałem. Dlatego właśnie ten posiłek jest taki byle jaki. Wszystkiego po trochu, przepraszam — wyjaśnił, lekko pochylając głowę.
— Żartujesz? To najlepszy posiłek, jaki dla mnie przygotowałeś! Żadnego zmuszania, żadnych paskudztwo, tylko to, co lubię! Dziękuję. Po tym, jak się zachowałam…
— Nie próbuj przepraszać. Skłamałem. Powinienem być wdzięczny, że w ogóle chcesz ze mną rozmawiać. Śniadanie to tylko początek, dziś wieczorem, kiedy oficjalna część igrzysk dobiegnie końca, zabieram cię na wyprawę!
— Wyprawę?
— Nie pytaj, po prostu mi zaufaj — poprosił, uśmiechając się tajemniczo, na co dziewczyna jedynie prychnęła, nie chcąc mówić na głos tego, co oboje wiedzieli.


sobota, 30 września 2017

Tom V, XXXIII

Rozdziału miało nie być, bo sobie obiecałam, że jeśli nie będzie 200 wyświetleń co najmniej, to nie będę się zmuszać, ale miałam paskudny nastrój i dobrze mi się wylewało żale w opku, więc rozdział powstał. Nie wiem, jak będzie z przyszłym tygodniem, bo naprawdę ostatnio mam za dużo stresu na głowie, żeby się skupić na pisaniu i już tylko wrodzona grafomania trzyma Różę przy życiu chwilowo. No i moja miłość do pisania. A co z przyszłym tygodniem? Zobaczymy, to generalnie zależy od Was, jak będą wyświetlenia, będę miała większą motywację, chociaż znając mnie, to rozdział pewnie i tak się pojawi, bo ja zwyczajnie nie umiem tego olać, a kłócić się ze sobą nie lubię xD.
Anyway, praca magisterska Waszej autorki przeszła pomyślnie sprawdzenie przez antyplagiat, a co za tym idzie jestem o krok bliżej do obrony. A ona będzie pod koniec października. I wtedy będę magistrem. Osiągnę coś, co obiektywnie można uznać za warte uznania <3.

Miłego! :*

===================================

— Może widziałem, może nie widziałem — odpowiedział złośliwie Samen, spluwając krwią pod nogi Amona. Jego całkowity brak szacunku nie wyprowadzał jednak Kruka z równowagi. Po jego zachowaniu poznał, że doskonale wiedział, o kim mówił, być może więc miał również pojęcie, dokąd poszła.
— Mogę zabić cię szybko, niemal bezboleśnie, albo powolnie w ogromnym, agonalnym cierpieniu, decyzja należy do ciebie.
— Skoro tak zginę, to już nie ma znaczenia, nie uważasz, królu? — kpił dalej Samen.
— No cóż, jak uważasz. I tak ją znajdę, a ty baw się z pieskami — oświadczył stanowczo Michaelis. Uniósł rękę, dając zwierzętom znak, by z powrotem zabrały się za demona, a sam ruszył dalej, nie oglądając się za siebie, gdy do jego uszu zaczęły docierać opętańcze krzyki rozrywanego na strzępy nieszczęśnika. Znalezienie Lizz było jego priorytetem, nie zamierzał tracić ani chwili w obawie przed głupstwami, jakich mogłaby się dopuścić jego zdenerwowana ukochana.
Gnając ponad nagimi szczytami kamiennych gór, cały czas rozglądał się bacznie za błyskiem wrzosowych loków i jakąkolwiek humanoidalną sylwetką, jednak w dalszym ciągu nie udało mu się odnieść sukcesu. Czuł jednak, że jest coraz bliżej, a kiedy na jednym z płaskich szczytów dostrzegł czerwony płomień, który spokojnie poruszał się w tę i we w tę dźwigany na plecach jednego ze smoków, był pewien, że właśnie tam znajdowała się jego ukochana.
I nie mylił się. Gdy tylko wylądował, smok skłonił się przed nim, rozpoznając w dorosłym demonie swego przyjaciela z dawnych lat. Sebastian przywitał się z nim, wyciągnął rękę, by pogłaskać podgardle stworzenia, po czym zadał mu pytanie. W odpowiedzi ostry grot ogona wątłym płomyczkiem wskazał demonowi kierunek, a gdy zaczął podążać za drogowskazem, w końcu dotarł do niego znajomy głos, o kilka tonów wyższy niż zazwyczaj, co było dla niego sygnałem, iż nastolatka musiała bawić się z młodymi, nie było mowy, by pieściła się w taki sposób z Samarelem, nigdy nie zwykła nawet dzieci traktować w tak pobłażliwy sposób, ten przywilej należny był jedynie zwierzętom, które zawsze ceniła na ich szczerość i dobroć, nie zmąconą zazdrością i zachłannością jak w przypadku istot podobnych do niej i do niego.
— Elizabeth… — zaczął słabo, widząc przed oczyma pochyloną nad smoczątkiem nastolatkę, które długie włosy opadały luźno z ramion, zawisając swobodnie tuż nad ziemią, skąd młode zwierzątko podgryzało je namiętnie, piszcząc i podskakując z zadowolenia.
Gdy go usłyszała, całe jej ciało momentalnie się napięło, płynne ruchy stały się nerwowe i sztywne, wyraz twarzy momentalnie spoważniał, a głos powrócił do swojego zwyczajowego tonu, może nawet odrobinę niższego, lecz Michaelis nie miał całkowitej pewności, przemawiało przez niego zbyt duże zdenerwowanie, by mógł skupić się na rozpatrywaniu takich detali.
— Michaelis. Co tu robisz? — odpowiedziała i pogłaskawszy smocze dziecko, podniosła się i stanęła naprzeciwko ukochanego, na którego widok momentalnie zrobiło jej się słabo.
Mroczki przed oczami uniemożliwiały jednoznaczne określenie, w jakim był stanie, ale nie musiała nawet dobrze go widzieć, by po niepewnym tonie głosu poznać ciężar poczucia winy, który świadczył o tym, że zdążył domyślić się, co pchnęło nastolatkę do tak drastycznego kroku jak ucieczka w nieznane czeluści piekieł.
— Chyba musimy porozmawiać. Chcę ci wyjaśnić. To nie było zwykłe kłamstwo, miałem dobry powód.
— Nie musimy rozmawiać. Obiecałeś, że będziesz mówił prawdę bez względu na wszystko, a ty ponownie złamałeś dane mi słowo. Nie mam ci już nic do powiedzenia, zresztą nawet nie umiałabym ci uwierzyć ponownie — przyznała nad wyraz spokojnie, choć w jej głosie nietrudno było wyczuć złość. Prawą ręką nerwowo skubała materiał przybrudzonej sukienki, lewą zaś zaciskała w pięść, rytmicznie napinając i rozluźniając palce, jakby w ten sposób odliczała sekundy dzielące jej pięść od spotkania z twarzą ukochanego. Nie mogła nawet myśleć o nim w ten sposób. Nic, poza szorstkim „Michaelis” nawet nie zdołałoby przejść przez jej gardło.
Zszokowany Sebastian począł powoli iść w jej stronę. Silny wiatr rozwiewał jego włosy i poły bufiastej koszuli narzuconej niby niedbale na obcisłą bluzkę z długim rękawem, która przylegając do ciała, eksponowała napięte mięśnie demona. Oboje byli spięci, wściekli, przerażeni i smutni, lecz tym razem tylko on mógł szukać ukojenia w ramionach Elizabeth. Dziewczyna nie była w stanie spojrzeć na niego w taki sposób, zdradził ją zbyt wiele razy, zawiódł zaufanie o jeden raz za dużo, przestał się liczyć, nienawidziła go.
— Więc nie rozmawiajmy, ale mnie wysłuchaj — poprosił, podchodząc bliżej, by wyciągnąć w jej stronę rękę. Lizz jednak cofnęła się o krok, jasno dając do zrozumienia, iż nie życzy sobie nawiązywania z nim jakiegokolwiek kontaktu fizycznego.
— Masz minutę, mów — oświadczyła twardo.
— Anasi podpowiedział, bym ci o tym nie mówił. Kiedy sam się dowiedziałem, było już zbyt późno, by odzyskać duszę bez zabijania cię. Zasugerował, żebym poczekał, dał ci czas, żebyś oswoiła się z nowym życiem, pobyła szczęśliwa… Mieliśmy nadzieję, że coś wymyśli albo że zdołam cię przekonać, żebyś odpuściła. Dla mnie jesteś ważniejsza niż ta dusza, nie musisz tego robić. Elizabeth, błagam, nie rób tego — opowiadał coraz bardziej zdesperowany, lecz hrabianka pozostawała nieugięta. Wciąż patrzyła na niego tym samym surowym wzrokiem, lecz w jej wnętrzu szalały sprzeczne emocje. Chciała wrzeszczeć, płakać, zabić go, pobić, przytulić, kochać się z nim, a w końcu wpaść wtulona w niego do zimnego oceanu i opaść na samo dno, by odejść w ramionach ukochanego, zostając na zawsze zapomnianą przez wszystkich.
— Nie jestem szczęśliwa i nie odpuszczę. Ta obietnica to wraz z tobą fundament mojego życia. Ty zawiodłeś, ale mam jeszcze ją. Więc to zrobię, już i tak żyję na pożyczonym czasie, który do mnie nie należał.
— Anasi powiedział mi… To przez Enepsignos. Oddała swoje życie, bym powstał z martwych, nim królewska moc przejdzie na archanioła, ale odprawiła rytuał, gdy pożerałem twoją duszę, dlatego przeżyliśmy oboje…
— I dlatego spędziłam w nicości wieczność, zapoznając się z twoim życiem. Wiesz, że pamiętam twoje dzieciństwo lepiej niż swoje? I tak wiele z niego nie rozumiem, ale dzięki temu znam cię tak dobrze, że ja… Ja nawet nie potrafię cię teraz nienawidzić, bo wiem, jak cię to zabija! To straszne, nawet nie mogę się wściec! Nienawidzę cię, Sebastian! Nienawidzę cię całym sercem! — wrzasnęła, bo chociaż z początku udawało jej się kontrolować emocje, w końcu pękła pod ciężarem nadmiaru bólu, który odczuwała. Jednak kiedy doszły do tego również odczuci Michaelisa, nie wytrzymała.
Zamachnęła się i uderzyła Kruka w twarz. Echo głośnego plaśnięcia popłynęło z wiatrem, sprawiając, że spokojny dotąd Samarel, który nasłuchiwał rozmowy zza skalnej półki, wyszedł z kryjówki i stanął nieopodal, by interweniować w razie konieczności.
— Nienawidzę tego, że mnie okłamałeś! Tego, że mnie kochasz! Tego, że mimo wszystko jesteś dla mnie tak ważny, że nie umiem nawet naprawdę się od ciebie odciąć! Doskonale wiedziałam, że mnie tu znajdziesz, byłeś tu z Sethem, poznałeś tamtego smoka! — krzyczała dalej, wyprowadzając kolejne ciosy, póki Sebastian nie chwycił jej dłoni w nadgarstku, nim zdołała uderzyć go ponownie i nie obezwładnił jej, więżąc w żelaznym uścisku.
— Wybacz mi, Lizzy, błagam cię. Zapomnij o kontrakcie, o duszy. Mamy szansę wieść szczęśliwe życie… — błagał, padając na kolana.
Wtulając się w nastolatkę, począł ruszać się w przód i w tył, łkając po cichu i pozwalając, by jego łzy wsiąkały w cienki materiał sukienki, jeszcze bardziej działając na emocje Elizabeth. Bo skoro zawiodło już wszystko inne, nie pozostało mu nic innego, jak tylko błagać, by go nie opuszczała.
— Nie mogę. Muszę to zrobić.
— Nie zostawiaj mnie, proszę. Wszystko, co przeszedłem, o co walczyłem, było dla ciebie. Jeśli odejdziesz, to straci sens, ja stracę sens!
— Oddam ci swoją duszę — upierała się dalej. — Ale… Jeszcze nie teraz. Poczekam do końca igrzysk, a potem wspólnie wybierzemy się na poszukiwania duszy. Bo wiesz, jak ją znaleźć, prawda? Potrafisz to zrobić? — dopytywała, starając się wyswobodzić z jego uścisku.
Słysząc jej stanowczość i plany na najbliższą przyszłość, które jednoznacznie dawały do zrozumienia, że mówiła poważnie, Amona opuściły wszelkie nadzieje. Wiedział już, że nie zdoła jej przekonać w żaden sposób, pozostała mu tylko ślepa wiara, iż w obliczu śmierci spanikuje i zrozumie, że nie warto skreślać przyszłości z takiego powodu. Poluzował uścisk, uwalniając z niego ukochaną, a w tym geście dostrzegł metaforę jej śmierci, która ubodła go tak bardzo, że zdołał jedynie żałośnie westchnąć, spuszczając głowę i pozwalając, by siarczyste łzy zalewały jego policzki, raz po raz zostawiając po sobie zacieki i coraz szerszą, wilgotną plamę na ciemnym, kamiennym podłożu.
— Nie płacz. Sebastian, słyszysz? Nie płacz, bo ja też będę — poprosiła nastolatka, delikatnie dotykając dłonią policzków Michaelisa. — Ja też nie chcę umierać, ale nie mogę tak po prostu zignorować wszelkich zasad rządzących tym światem, obietnicy, którą ci złożyłam. Doskonale o tym wiesz. Chcę cieszyć się z tobą tymi ostatnimi chwilami. Chcę odzyskać swoją duszę, oddać ci ją i odejść w spokoju, wiedząc, że chociaż ten raz, jeden jedyny, ostatni raz, pozostałeś szczery.
— Przysięgam ci… Obiecuję, że już nigdy… — uciął, dławiąc się łzami. Jakież „nigdy”, kiedy jej życie skończy się, nim zdążę odetchnąć? Jak mam na to pozwolić, nie mogę dopuścić do jej straty. Nie mogę żyć bez niej. Może powinienem zamknąć ją w lochu? Czy ja w ogóle mam prawo to robić? Czy mogę decydować o jej przyszłości? — Kocham cię. Pokażę ci najpiękniejsze piekielne krainy, zapewnię najlepszy stosunek, uraczę cię najpyszniejszymi potrawami. Zrobię wszystko, żebyś tylko była szczęśliwa. Nawet jeśli mnie zostawisz.
— Nie zostawię. Przecież zawsze będę żyła w tobie, będę częścią tej wspaniałej osoby, którą jesteś. Tak cudownej, że ja… że nawet gdy bardzo chcę, zwyczajnie nie mogę cię nie kochać — odparła, nie wytrzymując emocjonalnego napięcia i sama również zaczęła płakać, po krótkiej walce z wewnętrznym samozaparciem, które jedynie cudem jeszcze stawiało się głosowi serca, wtulając się w niego.
Wtedy poczuła, że właśnie tutaj należała. Jakby jej przeznaczeniem było znalezienie się w jego ramionach, w które pasowała tak, jakby sam Amon powstał właśnie po to, by ją tulić, odganiając całe zło.
— Samarel, nie stój tak nad nami. Jesteś przecież bezpieczny… — wydusiła nastolatka, kiedy w ciepłych objęciach ukochanego zdołała nieco dojść do siebie.
— Ty powiedziałeś jej prawdę? — Sebastian zerwał się na równe nogi, skupiając wzrok dwojga intensywnie czerwonych oczu w twarz przerażonego żołnierza.
— To prawda, panie. Błagam o wybaczenie, jednak nie mogłem okłamać przyszłej królowej…
— Jesteś oddanym przyjacielem, doskonałym wojownikiem — odparł Kruk, podchodząc do Samarela.
Gdy wyciągnął do niego rękę, brunet zadrżał i odruchowo zamknął oczy, spodziewając się bolesnego ciosu, podobnego do tego, którym Elizabeth uraczyła Amona, jednak po chwili uznał w ogromnym zaskoczeniem, że zamiast bólu docierało do niego jedynie przyjemne ciepło i lekki nacisk na ramieniu, a wyraz twarzy króla złagodniał i zaczął wyrażać coś pozytywnego. Coś, czego niedoświadczony Samarel nie potrafił nazwać, lecz dla Lizz i Sebastiana oczywistym było, iż emocją okazywaną przez samego króla demonów stała się wdzięczność i duma.
— Dobrze się spisałeś. Zasługujesz na awans. Dziękuję, że jesteś tak wierny wobec mojej ukochanej. Twoja przyjaźń to prawdziwy skarb — dodał podniosłym tonem, by na koniec objąć zdezorientowanego generała w uścisku pełnym ciepła i pozytywnych emocji.
— Sebastian… Wracajmy do domu. Jestem zmęczona — poprosiła nastolatka, podchodząc do pary przytulających się mężczyzn.
Czuła się niesamowicie wycieńczona całym stresem, który niosła ze sobą sytuacja, w której się znalazła. Porywisty wiatr i szare niebo, które towarzyszyły jej od kilku godzin również nie działały najlepiej na jej stan fizyczny. Teraz, gdy emocje powoli zaczęły opadać, do głosu doszło zmęczenie i jeszcze zanim Amon odsunął się od Samarela, Elizabeth zemdlała, w ostatniej chwili zostając powstrzymana przed upadkiem przez generała i króla na raz.
— Wracajmy do domu, kochanie — mruknął Sebastian, biorąc ją na ręce i składając delikatny pocałunek na jej czole.
— Samarel, otwórz portal. Muszę ją wykąpać i rozgrzać. Strasznie zmarzła. Nie powinieneś pozwalać jej wychodzić w takim stroju.
— Oczywiście, przepraszam, panie. To się już więcej nie powtórzy — odrzekł żołnierz, kłaniając się przed królem.
Rozejrzał się uważnie i upewniwszy się, że w okolicy nie było nikogo, kto w ostatniej chwili mógłby wpaść za nimi przez portal prosto do zamku, otworzył przejście, puszczając Amona przodem i przeszedłszy sam, zamknął je za nimi.
— Przygotuj gorącą wodę, różany olejek, zapachowe świeczki i rozgrzej w łazience. Ja z nią zostanę, przebiorę, ogrzeję… Zrobisz to dla mnie?
— Oczywiście, panie. Jaki twój uniżony sługa zrobię wszystko, o co tylko mnie poprosisz, łącznie z poświęceniem życia w imię twojej sprawy — odparł generał, recytując jedną z typowych regułek, po czym wstał i poszedł do łazienki, by wykonać rozkaz.
Sebastian został w sypialni sam z ukochaną. Położył ją ostrożnie na łóżku i korzystając z piekielnej magii, zmienił zwiewną sukienkę w gruby sweter i spódnicę, w których mogła się nieco ogrzać. Szczelnie przykrył ją kołdrą i usiadł na skraju materaca, wpatrując się w jej drobną twarz otoczoną burzą fioletowych włosów idelanie komponujących się z czernią pościeli i bladą skórą nastolatki.
Była taka drobna i delikatna, wyglądała tak niewinne, mimo wszystkiego, co przeszła. Mimo ogromnej siły, jaką dysponowała, inteligencji i całego mnóstwa bagażu doświadczeń i emocji, w dalszym ciągu w jego oczach była efemerycznym stworzeniem potrzebującym opieki i uwagi. Tak bardzo stroniła od bliskości ludzi, w całości oddając się tylko jemu, a on śmiał nazywać się idealnym służącym, zawodząc na każdym kroku. Nie pojmował, skąd w dalszym ciągu czerpała siłę, by go kochać. Jak silna musiała być jej miłość, że dalej się od niego nie odwróciła. Wiedział zaś, że bez względu na to, jak słaba i żałosna nie byłaby w oczach innych, dla niego na zawsze zostanie najniezwyklejszą, najsilniejszą i najwspanialszą istotą, jakiej kiedykolwiek przyszło stąpać zarówno po świecie ludzi jak i wyklętej ziemi piekielnej.


sobota, 23 września 2017

Tom V, XXXII

Cóż, minął już prawie miesiąc szkoły, a wyświetlenia opowiadań tak samo kiepsko jak było. Nie wiem, od czego to zależy, pewnie powinnam znowu zrobić reklamę, ale wiecie co? Nie chce mi się tak walczyć o te całe fejmy i uwagę, zmęczyło mnie to już. Historia i tak powoli się kończy, więc będzie co ma być. Jak wyświetlenia dalej nie będą przekraczały 200 to zwyczajnie skończę historię szybciej i tyle, przyda mi się przerwa.

Miłego! :*

============================

Wspomnienia, które Sebastian odtwarzał w głowie z taką lubością, uśmiechając się raz po raz nad swoim wspaniałym dzieciństwem i smucąc się, że nigdy już nie wróci do tych czasów, przerwał mamrot jednego ze służących, który ze strapioną miną pochylał się nad królem, próbując mu coś przekazać.
— Hm? — mruknął demon, skupiając wzrok na ściągniętych brwiach lokaja.
— Panie, dowiedzieliśmy się, że pańska… narzeczona opuściła zamek wraz z Samarelem.
— Jak to opuściła zamek?! — krzyknął Amon, nerwowo zrywając się z siedziska. — Dokąd się udali?
— Jak donoszą pająki Anasiego, gdy widziano ich ostatnio, kierowali się w stronę Smoczego Wulkanu.
— Wulkanu? Co oni mogliby tam robić? Nieważne, muszę iść — odpowiedział nie mniej zdenerwowany.
Podszedł do balustrady, pozdrowił zebranych i przeprosił ich za to, że musi opuścić igrzyska. Obiecał jednak wrócić na wieczór, prosząc, by wszyscy walczący dawali z siebie wszystko ku chwale piekłu i jego własnej, po czym w akompaniamencie salw entuzjastycznych okrzyków opuścił lożę i pędem pobiegł do sypialni, szukać jakichkolwiek wskazówek dotyczących celu podróży ukochanej.
Obawiał się najgorszego. Nie miał pojęcia, jak miałaby się dowiedzieć prawdy, ale znał Elizabeth na tyle dobrze, by wiedzieć, że bez powodu nie narażałaby siebie na niebezpieczeństwo i jego na zbędny stres. Skoro jednak zdecydowała się postąpić w ten sposób, coś musiało się stać, a że w jej życiu istniało obecnie tylko jedno zagrożenie, które mogło wywołać na tyle silne emocje, jasnym było, że prawda wyszła na jaw.
W pokoju nie znalazł żadnych wskazówek. Niedbale porzucona piżama i kilka pogniecionych dokumentów walających się po podłodze było dla niego znakiem, że opuściła sypialnię w pośpiechu, jednak niczego ponadto nie zdołał się dowiedzieć. Postanowił więc ruszyć w stronę, w którą zmierzali, gdy widział ich ostatnio, plując sobie w brodę, że zbyt długo zwlekał z wyznaniem prawdy, ponownie stając się w jej oczach bezdusznym kłamcą nie zasługującym na uczucie, którym go obdarzyła.
Gnał pędem ze wszystkich sił, unosząc się na ogromnych, ciemnych skrzydłach ponad zabudowaniami, ponad lasami, do których z taką czułością wracał myślami jeszcze kwadrans wcześniej. Rozglądał się na wszystkie story, czasem nawet nawoływał, ale nigdzie nie widział ani Lizz, ani jej wiernego towarzysza, z którym notabene musiał poważnie porozmawiać o oddaniu i wypełnianiu rozkazów, które ten winien spełniać ze względu na priorytet dyktowany rangą wydających je demonów.
Nienawidził tego, że łączący go z dziewczyną kontrakt stracił moc. Wyblakłe tatuaże, które każde z nich nosiło na skórze, stały się niczym więcej, jak bliznami przypominającymi o dawnych czasach. Bezużyteczne, szpetne, obnażające ich słabości. Były niczym, nie potrafiły już wskazać mu drogi, naprowadzić na ukochaną, by miał szansę uchronić ją przed złem i niebezpieczeństwem, ku któremu niechybnie zmierzała. Cokolwiek planowała, Michaelis wiedział, że początkujący w nauce o ludzkości Samarel zwyczajnie nie posiadał odpowiedniej wiedzy, by zażegnać problem i ukoi strudzone serce nastolatki. Trucizna tocząca jej krew za sprawą zdrady ukochanego była zbyt silna, by ktoś nie wyedukowany w tajnikach ludzkiej psychiki mógł w jakikolwiek sposób pomóc, nie wspominając o nakierowaniu nastolatki ku decyzjom, które w afekcie nie prowadziły jedynie do samozagłady.
Elizabeth tymczasem doszła nieco do siebie. Z jej twarzy zniknęły rumieńce, a po łzach został jedynie blady zaciek na prawej skroni, którego Samarem nie ważył się ścierać, nie chcąc przekraczać swoich kompetencji. Kroczył wiernie u boku fioletowowłosej, drobnej demonicy, która nerwowo uderzając ogonem, z wyprostowaną sylwetką i zadartą głową brnęła przed siebie w stronę dymiącego wzgórza, nad którym unosiły się zacienione sylwetki istot, które pragnęła spotkać.
Chociaż z zewnątrz wyglądała spokojnie, w jej sercu toczyła się największa z wojen. Sebastian – Amon – jej ukochany, któremu ślubowała wierności i który przysięgał, że już nigdy nie splami ust kłamstwem, rozmawiając z nią nawet na najbardziej błahe tematy tego świata, po raz kolejny ją zawiódł. Nie sądziła, że to było możliwe, że jeszcze kiedykolwiek zaryzykuje ich miłość i całą relację w imię utrzymania jakiegoś idiotycznego sekretu, jednak demon nie umiał wyzbyć się samego siebie, stając na wysokości zadania, nawet jeśli wiedział, że było to jedynym, czego potrzebowała, by zaznać spokoju.
— Elizabeth, proszę, zastanów się jeszcze. Porozmawiaj z nim, wyjaśnijcie to, na pewno miał dobry powód… — przekonywał zdruzgotany Samarel, z każdą kolejną milą coraz dotkliwiej odczuwając konsekwencje decyzji, którą podjął. Nie sądził, że przyniesie taki skutek, spodziewał się raczej, że wyznanie prawdy stanie się pretekstem do rozmowy, w której oboje dojdą do jedynego słusznego wniosku: zapomnienia o sprawie i życia w szczęściu, jak dyktował zdrowy rozsądek.
— Nie chcę z nim rozmawiać. Chcę zobaczyć tego smoka, spojrzeć do wnętrza wulkanu i… Nie mam dalej planów, coś wymyślę — odpowiedziała, ani na chwilę nie zwalniając tempa.
Szła równym tempem, krokiem tak pewnym, jakby znała te okolice jak własną kieszeń. Początkowo nie zdawała sobie z tego sprawy, ale po jakimś czasie, gdy po raz kolejny instynktownie wiedziała, którą ścieżkę wybrać, by wraz ze skalną półką nie osunąć się po stromym zboczu, zrozumiała, że to właśnie nie kto inny jak jej narzeczony czuwał nad nią nawet tutaj, służąc wspomnieniami ze swego życia, które umysł nastolatki przetwarzał w niewyjaśniony dla niej sposób, podpowiadając rozwiązania, których znajomości nie była nawet świadoma.
Dzięki temu udało jej się bezpiecznie dostać prawie na sam szczyt. Jeden zakręt i około półtorej mili marszu dzieliło ją od dotarcia na miejsce, jednak bierny dotąd Samarel nagle poczuł się w obowiązku chronienia jej i zaszedł dziewczynie drogę, stanowczo odradzając dalszą podróż.
— Co jest niebezpieczne? Przecież to smoki, nasi sojusznicy.
— Nie znają cię, mnie też w zasadzie nie znają. Zaatakują.
— Czemu? Demony też rzucają się na każdego, kto zjawia się u piekielnych wrót, nie pytając, kim jest i czego chce? — zapytała Lizz z kpiną w głosie.
— Nie robią tak, ale patrz — odparł, wskazując dłonią niewielkie, wątłe stworzonko, które na półprzezroczystych, słabiutkich skrzydłach próbowało dolecieć na skałkę nieco ponad ich głowami. — Mają młode, ich ochrona jest priorytetem.
— Nie zrobię im krzywdy, poznają, to zwierzęta — zaparła się nastolatka, a w dowód swoich dobrych intencji zbliżyła się powoli do smoczego maleństwa i lekko podbijała je dłonią do góry, pomagając zwierzęciu dosięgnąć celu.
Młody smok, zatrzymawszy się wreszcie na pełnym gruncie, odwrócił się w jej stronę i oddychając z wysiłkiem, wydał z siebie kilka pisków, którymi momentalnie zwrócił na siebie uwagę kołującego wysoko ponad ich głowami dużego osobnika. Smok zionął ogniem, machnął ogonem i ruszył w ich stronę wyhamowując tuż naprzeciwko Samarela, który własnym ciałem chciał ochronić wybrankę króla przed ranami, których niechybnie oczekiwał. Ku jego ogromnemu zdziwieniu, smok jednak nie zaatakował. Patrzył na nich podejrzliwie, drapiąc pazurami twarde podłoże, jednak cierpliwie wysłuchiwał pisków swego potomstwa, trwając we względnym spokoju.
— Opowiada jej o tym, że pomogłam mu się tu wdrapać — wyjaśniła rozczulona Elizabeth, wyłaniając się zza pleców żołnierza.
— Skąd to wiesz? Nawet nie znasz dobrze xerfickiego!
— Wiedziałeś, że słowa odgrywają w przekazie rolę mniejszą niż pięćdziesiąt procent? Najważniejsza jest gestykulacja, mimika i ton głosu, a te potrafimy odbierać intuicyjnie, jeśli się postaramy. To znaczy, że nie muszę go rozumieć, żeby wiedzieć, jakiego rodzaju przekaz nadają. Młody się cieszy, matka jest sceptyczna, ale nie widzi w nas wrogów.
— Jesteś bardzo spostrzegawcza, nieznajoma. — Dotarł do nich głos, w ślad za którym po chwili dołączył jakiś obdartus z kaprawym wzrokiem.
— Semen, dalej się tu włóczysz? Wygnali cię — burknął Samarem, a na pytające spojrzenie Lizz, dodał: — Semen był kiedyś moim kolegą z drużyny, ale zdezerterował i został wygnany. Plotki mówiły, że krąży po okolicy, ale nie chciało mi się wierzyć, wydawał się na to zbyt dumny.
— A twoja urocza nieznajoma, to kto?
— Elizabeth Roseblack, były człowiek, obecnie demon, narzeczona… króla Amona — odpowiedziała pewnie, choć z każdym słowem traciła entuzjazm, zdając sobie sprawę z tego, jak niepewna stała się jej pozycja i przyszłość za sprawą jednego zdania wypowiedzialnego przez Samarela.
— Ach, obiad króla, to ty! — parsknął śmiechem nieznajomy. Odgarnął z czoła ciemne włosy klejące się do potu na usmolonej skórze, po czym pokłonił się przed nastolatką, wyszczerzając nierówne zęby i skupiając na niej spojrzenie soczyście granatowych oczu.
— Nie jestem żadnym obiadem króla, jestem autonomiczną jednostką, która właśnie postanowiła zrobić to, co trzeba — oświadczyła, unosząc się dumą.
— Samen, wynoś się stąd. Niedługo znajdzie nas król, a jeśli cię tu zobaczy, tym razem urwie ci głowę. Bez niej ciężko ci będzie samemu na tym odludziu.
— Nie strach, chłoptasiu. Nawet nie wiesz, ile można się nauczyć, licząc tylko na siebie. Nie straszne mi górskie potwory ani nawet ten wasz cały król. Władza w tym świecie to kpina, nie będę się jej podporządkowywał. Król powinien służyć ludowi, nie swojemu widzimisię.
— Amon jest królem, czasy Beliala już dawno minęły. Nie słyszałeś? — zdziwił się Samarel.
— Amon? Ten, którego trudno było nie pomylić z dziewczynką za dzieciaka? Kto by pomyślał, że naprawdę coś osiągnie. Cóż, jego boję się jeszcze mniej, więc chętnie pocze… — uciął, kiedy drobna, koścista piąstka zanurzyła się w jego brzuchu.
Elizabeth uderzyła go z całej siły, następnie oplotła ogonem szyję nieznajomego i warcząc na niego niczym dzikie zwierzę, zaczęła okładać go pięściami, zmuszając, by cofał się, póki nie uderzył plecami w kamienne zbocze za sobą. Dziewczyna uniosła go za szyję do góry, cały czas mierząc wściekłym wzrokiem paskudną twarz wykrzywioną w uśmiechu pełnym kpiny.
— Jesteś narzeczoną czy ochroniarzem tego pedała?
— Możesz nazywać go, jak ci się podoba, ale oboje doskonale wiemy, że nie masz z nim szans. W przeciwnym wypadku już dawno wróciłbyś do królestwa, żałosny robaku. Skończ więc wygadywać bzdury i wynoś się stąd, bo psujesz mi radość z ostatnich chwil życia — wycedziła przez zęby, a kiedy Samen próbował coś odszczeknąć, zamachnęła się i zrzuciła go ze skalnej półki wprost na sam dół, po czym ponownie skupiła się na smoku.
Wiedziała, że tak samo, jak ona nie rozumiała smoczego języka, tak matka malucha mogła nie rozumieć jej, ale usłyszawszy od Sebastiana, że smoki są niezwykle inteligentnymi istotami, postanowiła skorzystać z tego samego rodzaju przekazu, który pozwolił jej zrozumieć intencje zwierzęcia. Przedstawiła się, skłoniła i podała powód swojej wizyty, skupiając się znacznie bardziej na tonacji i ruchach, niż samych słowach, które w gruncie rzeczy mogły być zupełnie przypadkowym zlepkiem sylab, lecz ludzki umysł znany był z tego, że tak mocno wiązał słowa z emocjami, że wymawiając odpowiednie znacznie łatwiej było osiągnąć pożądany efekt.
W efekcie dziewczynie udało się podejść do smoka, kiedy ten nie zobaczył w niej niebezpieczeństwa. Maluch chętnie wskoczył na jej ramię i zaczął ciekawsko chodzić po nastolatce, zaglądając we wszelkie zagłębienia materiału, pomiędzy pasma falowanych włosów, by ostatecznie wepchnąć się w dekolt Elizabeth, delikatnie rozgrzewając jej skórę od swojej, która jeszcze nie zdążyła pokryć się płomieniami. Mały smok potrafił jedynie zionąc gorącymi płomieniami, ale w obecnej sytuacji nie widział potrzeby, bowiem dziewczyna wydała mu się sympatyczna.
Bliskość zwierząt i spełnienie jednej z zachcianek nieco uspokoiło Lizz. Samarel odetchnął z ulgą i przysiadł na kamieniu nieopodal dużego smoka, by cały czas mieć oko na sytuację. Liczył na to, że kiedy znów zostanie z hrabianką sam, uda mu się przekonać ją do powrotu lub chociażby do tego, by porozmawiała z Amonem i spróbowała znaleźć jakieś wyjście. W końcu to z jego winy dowiedziała się o kłamstwie, czuł się więc odpowiedzialny za ponowne pojednanie zakochanych w tej trudnej sytuacji.
~*~
Sebastian gnał przed siebie, starając się rozpoznać po otoczeniu jakieś oznaki demonicznej obecności, jednak jego młoda pani pilnie słuchała go przez te wszystkie lata i wraz z Samarelem doskonale potrafiła zacierać za sobą ślady. Z każdą kolejną milą, która nie niosła ze sobą żadnych wskazówek, Kruk coraz bardziej pogrążał się we wściekłości na nieposłusznego żołnierza i w strachu o zdrowie i bezpieczeństwo ukochanej.
Wyrzucał sobie również, nie przez tyle czasu nie miał odwagi wyznać prawdy. Gdyby zrobił to sam, nim Samarel poznał prawdę, choć nie wiedział, jak to się mogło stać, sprawy pewnie potoczyłyby się inaczej. Tymczasem on liczył na to, że będzie miał zbyt wiele szczęścia. Że jakimś cudem uda mu się znaleźć sposób, by wszystko naprawić lub zwyczajnie nigdy o tym nie wspomni, a sprawa ucichnie i Lizz na zawsze będzie przy nim. Był samolubny, nie chciał się z nią rozstawać, chociaż dobrze wiedział, że dla nastolatki dotrzymanie tej jednej obietnicy znaczyło więcej niż samo jej życie. I właśnie dlatego, że tak dobrze o tym wiedział, nie potrafił odebrać jej szczęścia. Był w kropce, musiał podjąć niemożliwą decyzję, a konsekwencje każdej z nich byłyby równie opłakane. Skoro tak dobrze o tym wiedział, to czemu akurat w obecnej sytuacji czuł się tak źle? Nie miał pojęcia, lecz zaczynał domniemywać, że jakaś potężna siła, silniejsza niż demony, silniejsza niż sam Bóg i moc podwaliny rzeczywistości, robiła wszystko, byle tylko nie dać mu szansy na szczęśliwe zakończenie.
Lecąc, pogrążał się coraz bardziej w czarnych myślach, dopóki z mroku odmętów własnej świadomości nie wyrwał go krzyk. Gdzieś pomiędzy skałami jakiś poraniony demon kuśtykał nerwowo, starając się uciec przed bandą dzikich piekielnych wilków, które obrały go sobie za cel. Sebastian dopiero po chwili rozpoznał w nim dawnego wygnańca, samozwańczego samotnika, który nie akceptował swojego losu. Samen był zaś jednym z tych nielicznych przypadków zbrodniarzy, wobec których Kruk w pełni zgadzał się z decyzją ojca. Nie warto było go zabijać ani trzymać w lochach, jedno i drugie zbyt szybko dałoby mu ukojenie. Lepiej było go wygnać, zmusić do samotnego życia z dala od innych bez możliwości opuszczenia piekła w poszukiwaniu posiłku.
— Samen! Czyżby wreszcie karma cię dopadła? — zapytał złośliwie z ogromną satysfakcją w głosie, lądując za wilkami, stawiając się na miejscu ich pana.
Zwierzęta odwróciły się na moment, lecz po chwili zignorowały króla. Wyczuwały, że był ważną postacią w królestwie. Znak, który krył się pod skórą Sebastiana, emanował specyficznym rodzajem mocy, który nieobcy był wszystkim w królestwie. Samen nie miał zaś tyle szczęścia. Gdy tylko ślepia krwiożerczych bestii ponownie skupiły się na nim, ruszyły do boju i poczęły rozrywać ciało nieszczęśnika, podczas gdy król przyglądał się widowisku z nieukrywaną radością. Sadystyczny obraz nie tylko go satysfakcjonował, koił również nerwy i na moment pozwolił oderwać się od problemów.
— Wystarczy, chcę go jeszcze przesłuchać. Potem jest wasz — rzekł Amon, przywołując wilki do porządku.
Zwierzęta posłusznie porzuciły ofiarę i rozbiegły się, otaczając dwójkę demonów, by obserwować, co miało nastąpić, zaś Kruk podszedł powoli do wygnańca i kucnąwszy przed nim, uniósł dłonią jego podbródek, zmuszając demona, by spojrzał mu w oczy.
— Elizabeth Roseblack, widziałeś ją?



.