poniedziałek, 8 grudnia 2014

XX

Ogłoszenia:
Szczęśliwie dobrnęliśmy do dwudziestego rozdziału. W związku tym mam Wam do przekazania kilka informacji:
1. Od dziś notki będą się pojawiać nieco rzadziej, myślę, że dwa razy w tygodniu. Chcę zabrać się za pisanie książki, czeka mnie mnóstwo pracy nad błędami, natręctwem przyimkowym i całą masą innych rzeczy. Poza tym, rozpoczęłam drugi projekt i chciałabym poświęcić mu trochę czasu. Jak dotąd, notki pojawiały się, gdy napisałam co najmniej pięć nowych stron (obecnie drugiego tomu), to musi się zmienić, chociażby dlatego, że napisanie pięciu stron pochłania znaczeni więcej czasu, niż poprawienie kilku błędów i kliknięcie "opublikuj". Dodatkowo zbliża się sesja (nie, żebym się nią przejmowała), wypadałoby powoli zacząć przynajmniej zbierać materiały. Oczywiście nie martwcie się, na pewno nie porzucę bloga i pewnie niedługo się okaże, że jestem zbyt uzależniona i notki znów będą co drugi dzień. :P
2. Pewnie część z Was zauważyła tajemniczą kartę, nazwaną "Backstage Stories". Już tłumaczę. W akcji opowiadania są niedopowiedzenia, dziury, przeskoki czasowe. Nigdy nie byliście ciekawi, co dzieje się w tych nieprzedstawionych momentach? Jeśli kiedykolwiek Was to zastanawiało, możecie zostawić komentarz na BS. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że odpowiem na Wasze pytania, uchylając rąbek tajemnicy. Serdecznie zapraszam! :) Na razie jest tak króciutki tekst, żeby pokazać Wam, o co mniej więcej chodzi.
3. Założyłam twittera, więc gdyby ktoś z Was chciał mnie śledzić, albo być przeze mnie śledzonym, wysyłajcie zaproszenia: https://twitter.com/Namisiaa

Chciałabym również zachęcić Was do zajrzenia na bloga mojej koleżanki ze studiów. Opisuje na nim mangi, które miała przyjemność kupić i czytać. Zachęcam serdecznie każdego fana M&A.
http://sweet-pool.blogspot.com/

To wszystko. Miłej lektury! :)

===============================


Gdy obudziła się tego ranka, nie mogła przewidzieć, co nastąpi, chociaż powinna się tego spodziewać. Prędzej, czy później musiało do tego dojść. Do nieuniknionej konsekwencji zdarzeń. Każdy dzień zwłoki był jedynie złudnym błogosławieństwem. Nikt nie powinien tracić dzieciństwa w ten sposób. Nie w tym wieku.
Niewyobrażalny żal rozchodził się po udręczonej duszy dziewczyny, gdy złotowłosa kobieta, odziana w czerń wypowiedziała nieodwracalne zdanie.
– Przyjechaliśmy po chłopca. – Jego beztroskie życie zakończyło się tak trywialnymi słowami.
– Co się stało?
– Hrabia Julian i jego żona zostali brutalnie zamordowani kilka dni temu. – Skrzekliwy, obojętny głos kobiety. Chłopiec przybiegł akurat, gdy to mówiła. W najgorszym momencie. Nie tak powinien się o tym dowiedzieć. Nie ten wyzuty z emocji ton miał towarzyszyć mu do końca życia, przypominając ten tragiczny dzień bolesnym echem. Jego oczy zalały się łzami, wtulił się w osłupiają dziewczynę. Pochyliła się i wzięła go na ręce, mocno tuląc do piersi. Bolało. Nie spodziewała się, że to będzie aż takie trudne.
– Co stanie się z chłopcem? – zapytała po chwili łamiącym się głosem, z trudem powstrzymując łzy.
Sebastian stał obok niej, z beznamiętnym wyrazem twarzy. Patrzył na nią ukradkiem, obserwując jej reakcję.
– Rodzina przejmie obowiązek opieki nad nim – odparła niewzruszona kobieta. Jak możesz być tak nieczuła. Co z ciebie za potwór?
– Rodzina, czyli ty? – warknęła bezczelnie.
– Wypraszam sobie! – odpowiedziała oburzona, podniesionym głosem, którego nieprzyjemny skrzek wzbudził z dziewczynie drgawki. A więc jednak posiadasz emocje, narcystyczna dziwko.
– Ktoś taki jak ty, nie powinien mieć prawa nawet zbliżyć się do tego dziecka! – krzyknęła hrabianka, przyciskając do siebie płaczące dziecko. – Wynoś się stąd!
– Panienko. – Lokaj podszedł do niej i nachylił się, delikatnie dotykając ramion roztrzęsionej nastolatki. – Proszę się uspokoić.
Elizabeth podniosła głowę i spojrzała na niego pełnym smutku wzrokiem.
– Seba… – szepnęła, dławiąc się powietrzem.
– Najmocniej przepraszam za zachowanie mojej pani. Ta tragiczna informacja bardzo nią wstrząsnęła. Proszę mi pozwolić przygotować bagaż panicza Thimoty’iego – zwrócił się do kobiety i ukłonił.
Prychnęła z kpiną i wzruszyła ramionami, po czym odwróciła się na pięcie i weszła do karety.
– Sebastian… – Wciąż ogarnięta rozpaczą, dziewczyna chwyciła za rękaw męskiego fraka. – Nie zapomnij o jego pozytywce – poprosiła.
Kiwnął głową i zniknął wewnątrz posiadłości.
                Gdyby mogła, zatrzymałaby go przy sobie. Los, jaki zgotowało przeznaczenie był zbyt okrutny dla tak małego dziecka. W jednej, krótkiej chwili cały jego przepełniony miłością świat, pękł jak mydlana bańka. Dziecko nigdy nie powinno dorastać bez miłości. Otoczenie, w którym będzie żyć… Jeśli wszyscy wokół będą jak ta paskudna kobieta, co się z nim stanie?
                Pogrzeb odbył się dwa dni później. Przez ten czas hrabianka nie mogła się na niczym skupić. Włóczyła się jak cień, prawie w ogóle się nie odzywała. Nie potrafiła jeść, czas spędzała siedząc w fotelu swojego gabinetu, pogrążona myślami. To, co czuła, gdy straciła rodzinę. Czy on czuł to samo? Dlaczego nie mogła go uchronić od okrucieństw tego świata. Jej ukochany kuzyn. Złotowłosy promień światła w mrocznym życiu. Dlaczego nie potrafiła obronić tego, co było jej tak drogie? Gdy ujrzała chłopca tamtego dnia, nie był już sobą. Radosny blask w jego oczach znikł, pozostawiając głęboki, pożerający duszę smutek. Patrząc na smutną twarz i drobne ciało odziane w czerń, widziała swoje odbicie. Ten sam ból, ta sama pustka, niepewność. Choć tak młody, w jednej chwili przestał być dzieckiem. Dzieciństwo wydarte z niego siłą przez szpony śmierci, która pozostawiła po sobie jedynie niemożliwe do zaleczenia rany. Niewyraźny cień uśmiechu pojawił się na jego zmęczonej płaczem twarzy, gdy podeszła do niego i otuliła kochającymi ramionami.
– Timmy, tak bardzo mi przykro – wyszeptała w jego maleńkie ucho.
– To nie twoja wina, Lizzy – odpowiedział chłodno. Dojrzały ton głosu pięciolatka zmroził jej serce. Nie był już beztroskim dzieckiem. Już nigdy nim nie będzie.
– Pamiętaj, możesz do mnie przyjechać, kiedy tylko będziesz chciał – dodała cicho, czując jak głos niknie w gardle. Chłopiec odsunął się.
– Dziękuję.
~*~
                Słońce szykowało się do snu, leniwie znikając za horyzontem. Chłodny wiatr rozwiewał czarną suknię do kostek, którą miała na sobie. Zadrżała i schowała dłonie w rękawach płaszcza. Patrzyła na dwa proste, marmurowe nagrobki z wytłoczonym nazwiskiem. Szkarłatne włosy zakrywały jej twarz, na której malował się smutek. Od kilku minut wpatrywała się w kamień, nie mogąc zmusić ciała, by ruszyło z miejsca. Czuła się winna. Ten ród jest naprawdę przeklęty. Zacisnęła dłonie na rękawach okrycia.
– Żałujesz? – Zapytał stojący za nią demon.
– Nie – Odparła sucho. – To było nieuniknione.
– Więc czemu wciąż tu stoisz?
– Współczuję mu. Wiem jak boli strata rodziny, to wszystko.
– Jesteś pewna? Współczucie jest oznaką słabości – Mówił spokojnie.
– Zamknij się. Dziecko straciło ojca, to tragedia, obok której nie wypada przejść obojętnie. To mój obowiązek, jako członkini tej przeklętej rodziny, by oddać hołd jej zmarłemu członkowi –wyjaśniła krótko.
– Rozumiem.
Kamerdyner popatrzył w twarz szlachcianki z kpiącym uśmiechem. Prowokował ją.
– Nie żałuję niczego, co zbliża mnie do osiągnięcia celu. Zrobię wszystko, co niezbędne. Nie ma znaczenia kogo będę musiała zabić, zrobię to. Zniszczę każdego z nich, bez wahania, rozumiesz? Nie ulegnę wątpliwościom. A ty, zawsze będziesz stał u mego boku, gotowy wypełnić każdy mój rozkaz. To jest twoje przeznaczenie, demonie. W tej chwili istniejesz tylko po to, bym mogła się zemścić. Dlatego rozkazuję ci, nigdy mnie nie zdradzisz – powiedziała pewnie.
Sebastian uśmiechnął się pod nosem i przymknął oczy. Ukląkł przed panią i wypowiedział dobrze znane słowa.
– Yes, my lady.
– Ludzie, nie zważając na  więzi, zerwą każdą nić łączącą ich ze światem. Odrzucą szczęście, które posiadają w imię ideału, do którego dążą. Przewrotni i głupi, a jednak mają siłę, by brnąć do przodu. Dlatego ludzie są tacy interesujący.
– Wracajmy do domu, Sebastianie. – Zdecydowanym krokiem ruszyła z miejsca, wymijając służącego. – Ten rozdział został już zamknięty. Spoczywaj w spokoju, Hrabio Julianie Roseblack.
~*~
Zabiłeś ich.
Tak.
Zabierz mnie stąd.
Yes, my lady.
Zimno. Jestem taka zmęczona, muszę odpocząć. Wziął mnie na ręce, dobrze. Nie mam siły iść. Jego ciało jest przyjemnie ciepłe. Myślałam, że demony są zimne i okropne. On jest taki piękny i uratował mnie. Dziękuję ci! Dziękuję. Teraz mogę ukarać tych ludzi, mogę zniszczyć ich wszystkich. Nie pozwolę, by ktoś więcej przeżył to, co ja. Nigdy. Zrobi to dla mnie, pomoże mi. W zamian chce tylko duszę. To niedużo za uratowanie mi życia, spełnienie marzenia o zemście. Czemu ludzie tak bardzo boją się demonów? Wcale nie są straszne, ten jest całkiem miły. Ludzie są gorsi. To oni mnie zranili, nie on.
Panienko, dokąd chciałabyś się udać? – Ma taki delikatny, miękki głos. Nie rozumiem, o co mu chodzi. – Panienko?
Chce mi się spać. Nie mam siły.  
Rozumiem, pozwól więc, że zabiorę cię w miejsce, gdzie będziesz mogła odpocząć. Niedaleko jest gospoda, na pewno znajdzie się wolny pokój.
Nie! Nie chcę. Zostańmy tu. – Proszę. Nie każ mi nigdzie iść, nie teraz. Boję się ludzi. Nie chcę ich widzieć. Po prostu bądź tu.
Ale tutaj niczego nie ma. Jak zamierza panienka odpocząć? – Czemu się dziwisz? Mam ciebie, obronisz mnie.
Ty tu jesteś. Rozkazuję ci bronić mnie za wszelką cenę! – A teraz przytul mnie mocno i pozwól zasnąć. Chociaż na chwilę.

– Panienko, pora wstawać.
Dziewczyna leniwie otworzyła oczy. Promienie porannego słońca raziły jej oczy. Ciemna sylwetka demona na tle okna powoli zaczęła się do niej zbliżać. Wyglądał jak anioł. Jakie to ironiczne.
– Czemu mnie budzisz? – jęknęła i zasłoniła oczy kołdrą. – Chcę spać.
– Najmocniej przepraszam, ale niestety ma panienka sporo obowiązków. Przez ostatnie dni zaniedbałaś naukę. Najwyższa pora wrócić do zajęć – wyjaśnił, ściągając z niej materiał. Warknęła zdenerwowana i niechętnie usiadła, krzyżując nogi. Mężczyzna podał jej filiżankę z herbatą.
– No więc, jakie mamy plany na dziś? – zapytała, wdychając przyjemny zapach naparu.
– Na początek, lekcja fechtunku, następnie łacina z panią Rodgers. Popołudniu trening sztuk walki. Sądzę także, że byłoby w dobrym guście odwiedzić najnowszy sklep, który panienka otworzyła. Jego kierownik skarżył się na niegodne warunki pracy.
– Znowu próbują wyłudzić pieniądze? Bezczelne robaki – burknęła.
– W pełni się z panienką zgadzam. – Uśmiechnął się życzliwie.
Gdy wypiła herbatę, ubrał ją w granatową sukienkę do kolan, ozdobioną flokowanymi ornamentami. U góry i u dołu, obszyta była koronkowymi falbanami. Na nogach miała płaskie, czarne buty do połowy łydek. Fioletowy wisiorek, z którym nie rozstawała się, odkąd go dostała, ozdabiał delikatną szyję czerwonowłosej. Kiedy wstała, dokładnie przyjrzał się jej ciału i tajemniczo uśmiechnął.
– O co ci chodzi? – zapytała, czując się nieswojo.
– Wspaniale wyglądasz – odpowiedział melodyjnie.
– Zamknij się.
– Ależ panienko, mówię prawdę. Wreszcie zaczynasz nabierać kobiecych kształtów. – Zaśmiał się, jej zdaniem bezczelnie. Słowa lokaja zawstydziły nastolatkę, obróciła się do niego bokiem, próbując ukryć we włosach czerwieniejące policzki. Była ciekawa, co znaczyły dla niego „kobiece kształty”. Czyżby zaczęły rosnąć jej piersi? Dyskretnie spojrzała na swoją klatkę piersiową, ale nie dostrzegła żadnej, widocznej różnicy. Idiota znowu sobie ze mnie kpi.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Nie ważne zresztą. – Nie wiem, o co ci chodzi, demonie, ale znowu robisz się bezczelny. To dobrze… W gruncie rzeczy.
                Lekcja fechtunku nie należała do ulubionych ćwiczeń nastoletniej hrabianki. Zdecydowanie wolała rozcinanie ciał mieczem lub walkę wręcz, niż dźganie przeciwnika igłą, ale jak powiedział Sebastian, była to jedna z rzeczy, które jako szlachcianka, powinna opanować. Szczególnie tak samodzielna, młoda dziewczyna, na której spoczywały obowiązki należące zazwyczaj do mężczyzny. Skoro postanowiła zatrzymać majątek i zarządzać nim na własną rękę, musiała dorównywać mężczyznom, zarówno pod względem intelektualnym, jak i fizycznym. Zanim demon zorganizował  lekcje, nim nauczyła się wszystkiego, co teraz przychodzi jej z taką łatwością, w szlacheckim świecie nikt nie traktował dziewczyny poważnie. Ludzie szukali okazji, by przechytrzyć ją i przywłaszczyć sobie majątek rodziny Roseblack. Jeszcze gorzej miały się sprawy szlacheckiego podziemia. Zaakceptowanie kobiety na pozycji, którą pragnęła dzierżyć śladami ojca, było oburzające dla mrocznych szlachetnie urodzonych. Musiała nie raz udowadniać swoje kompetencje, nim przestali z niej kpić. Nigdy się jednak nie poddawała, nie ważne, ile razy rzucali jej kłody pod nogi. Ilekroć upadała, podnosiła się i wracała, by pokazać, że jest godna odziedziczonej pozycji. Dzięki wsparciu lokaja w odniosła sukces. Zyskała pogłos i szacunek w obu światkach. Dumnie kroczyła ulicami Londynu, obwieszczając swój triumf. Ilość pracy, jaką włożyła w dążenie do celu, był godny podziwu. Jednak mimo sukcesów nie mogła osiąść na laurach, przyćmić swojej czujności. Ciągłe ćwiczenia i nauka były niezbędne. Dlatego mimo faktu, że trzymana w ręku szpada kojarzyła z wykałaczką, zaciskała zęby i trenowała dalej. Czasem zaskakiwała demona swoją wytrwałością. Pamiętał, jaka była marudna, gdy pierwszy raz się spotkali. Chciało mu się śmiać, kiedy porównywał tamto nieznośne dziecko i dorastającą kobietę, którą się stawała. Powoli dojrzewała, chociaż spora część niej wciąż była dziecinna, to z miesiąca na miesiąc lokaj dostrzegał kiełkującą dorosłość. Idealna, wybuchowa mieszanka dziecięcej energii i zawziętości, połączona z przemyślanymi decyzjami i zmyślnymi krokami. Zdecydowanie warta była jego czasu.
                Niezmiernie denerwująca lekcja dobiegła końca po półtoragodzinnych zmaganiach. Sebastian wiernie towarzyszył dziewczynie przy wszystkich zajęciach, najczęściej po to, by strofować ją za błędy. Szli korytarzem do pokoju, w którym miała odbywać się lekcja łaciny.
– Doprawdy, mogłabym tego nie robić – jęknęła niezadowolona dziewczyna.
– Dobrze wiesz, że nie możesz mieć wiecznie wolnego od zajęć – zganił ją, subtelnie zniżając ton głosu.
Czerwonowłosa popatrzyła na niego z niechęcią i przewróciła oczami.
– Mówiłam o łacinie. To martwy język, tak? Po co uczyć się języka, którego nikt nie używa na co dzień? – narzekała.
– Jesteś czasem strasznie dziecinna, panienko. – Zaśmiał się, zasłaniając dłonią usta.
– Zamknij się! – warknęła i ostentacyjnie skrzyżowała ręce na piersi.
– To prawda, że łacina jest językiem martwym, ale wciąż stosuje się ją, na przykład w medycynie. Przysięgam, że się zdziwisz, jak bardzo może być przydatna – tłumaczył jej z uśmiechem na twarzy, swoim ulubionym, wyniosłym tonem, jak kilkuletniemu dziecku, które nie rozumie, czemu nie może wkładać widelca do gniazdka. Poczuła się urażona wywyższającym tonem jakim do niej mówił, ale miał do tego prawo. W końcu zachowywała się jak kapryśny dzieciak. Jak kiedyś. Ale co mogła na to poradzić? Szczerze nie cierpiała łaciny.
– To może się założymy? – wypaliła nagle, zanim dobrze przemyślała własne słowa. Ich zdziwione spojrzenia nagle się skrzyżowały. Dziewczyna zachichotała niezręcznie w oczekiwaniu na odpowiedź.
– Założymy?
– No tak. Jeżeli masz rację i łacina mi się do czegoś przyda, to wygrasz i zrobię, co będziesz chciał. Jeżeli jednak się pomylisz i wygram ja, to… – zawahała się.
Przecież w każdej chwili mogła rozkazać, by zrobił cokolwiek będzie chciała. Co więc mogłaby dostać w nagrodę?
– To, co? – zapytał, zaintrygowany i pochylił się delikatnie, by lepiej widzieć zmieszany wyraz twarzy nastolatki.
– Nie wiem, daj mi pomyśleć… – Złapała się za głowę. – Wymyślę coś, jak już wygram – mruknęła dochodząc do drzwi.
                Nauczycielka czytała jakiś tekst, oczywiście po łacinie, ale dziewczyna zupełnie nie mogła się na nim skupić. Co chwilę zerkała na stojącego pod oknem, uśmiechniętego lokaja, próbując wymyślić nagrodę. No doprawdy, jak nic może mi nie przychodzić o głowy! To straszne. Może to? Spojrzała na szczeniaka, którego naszkicowała w zeszycie. Nie, to kiepski pomysł. A może to? Wydaje się dobre. Stuknęła kilka razy ołówkiem w rysunek klauna. Nie. Do tego mogę go zmusić w każdej chwili.
– Aaaaaaa! – krzyknęła zirytowana, zupełnie zapominając o obecności nauczycielki, która spojrzała na nią wrogo znad książki i westchnęła z dezaprobatą.
– Panienko Elizabeth. Czy coś nie tak? Nie podoba się panience poemat? – zapytała groźnie, stając nad nią. – Wspaniałe notatki. Skoro uważa panienka, że jest tak doświadczona, iż nie potrzebuje robić notatek, proszę przetłumaczyć ten tekst – powiedziała, kładąc na stoliku dziewczyny kilkustronicowy wiersz.
Hrabianka niepewnie przysunęła do siebie kartkę i zaczęła czytać. Stojący nieopodal Sebastian, trząsł się ze śmiechu, zasłaniając dłonią usta, za wszelką cenę próbował nie wydawać z siebie żadnych odgłosów, by nie narażać się na pełne dezaprobaty spojrzenie Marrie Rodgers. Zabiję cię! Czerwonowłosa westchnęła pod nosem i zabrała się za mozolne tłumaczenie. Głupi język, na co to komu. To będzie miłość, czy kochać? Zresztą, co to za różnica. Mam ważniejsze sprawy! Przestań się śmiać, bo zaraz każę ci kupić mi tego psa!
                Nauczycielka dokładnie sprawdziła niechlujnie zapisane kartki. Poprawiła okulary i popatrzyła na zestresowaną dziewczynę.
– Wspaniale panienko! – zachwyciła się. – Wszystko jest poprawnie – pogratulowała jej. – W takim razie na dzisiaj wystarczy.
Dziewczyna popatrzyła na nią jak na wariatkę.
Wszystko poprawnie? Niemożliwe! Chyba, że… – pomyślała, zerkając na mężczyznę w czarnym fraku. – Drań. Przydatny drań.
Nauczycielka wyszła, pożegnawszy się z uprzejmością. Ciemnowłosa postać momentalnie pojawiła za dziewczyną, by nęcącym głosem szepnąć jej do ucha.
– Wydajesz się nieco rozkojarzona, panienko. – Na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmiech. – Nie przypuszczałem, że wymyślenie nagrody, dla kogoś takiego jak ty będzie stanowić problem. – Zaczęła się kolejna runda gry, tym razem pierwszy ruch należał do niego.
Obróciła się na pięcie, by spojrzeć mu w oczy.
– Nie chodzi o to. Po prostu muszę wymyślić coś odpowiednio upokarzającego i problematycznego. Dla takiego potwora, zwykłe tortury musząc być dziecinną zabawą. Moja nagroda musi być tak upajająca, by wyryć się w twojej pamięci na wieki – odpowiedziała złowrogo, po czym machnęła palcem przed jego oczami, odwróciła się i wyszła z pokoju.
– To może być naprawdę interesujące… – powiedział sam do siebie i również opuścił pomieszczenie, zamykając za sobą drzwi.



piątek, 5 grudnia 2014

XIX

Dziś będzie nietypowo, bo zacznę od małego ogłoszenia:
Przepraszam za ostatnią notkę. Pewnie kilkoro z Was zauważyło, że jej koniec zupełnie nie trzymał się kupy. Kiedy wstawiałam notkę byłam po jakichś trzydziestu-kilku godzinach bez su i nie zauważyłam tego. Poprawiłam już ten błąd, obecnie wszystko powinno się już zgadzać. 

W ramach rekompensaty dzisiaj wrzucam trochę dłuższy wpis niż zwykle. Mam nadzieję, że będzie Wam się podobał.
Jeszcze raz przepraszam!


===============

– Kiedy będzie obiad?
– Kiedy będzie pora to Sebastian cię poinformuje. – Tomoko wytłumaczyła chłopcu, zadowolona ze swojej wiedzy. Jej przyjaciółka przysnęła w fotelu, zmęczona intensywnym myśleniem, którego nie potrafiła odpuścić sobie nawet na chwilę. Niech śpi, poukłada sobie wszystko. Może w końcu zrozumie. Uśmiechnęła się pod nosem.
– Ale ja jestem głodny!
– Poczekaj jeszcze trochę – poprosiła go.
 Zegarek wskazywał wpół do czwartej, spodziewała się, że o równej godzinie wszystko będzie gotowe. Jednak gdy uderzenia dzwonu zabrzmiały, obwieszczając nadejście pory obiadowej, Sebastiana wciąż nie było. Odczekała kilka minut i postanowiła obudzić przyjaciółkę. Sama również zaczęła czuć głód.
– Lizzy? Lizzy, obudź się. – Szturchnęła ją nogą.
Dziewczyna przekręciła się w fotelu i jęknęła pod nosem. Leniwie otworzyła oczy i spojrzała zaspanym wzrokiem na zmartwioną minę japonki.
– Hm?
– O której będzie obiad?
– O czwartej, zawsze jest o czwartej. Chyba, że zmienię zdanie – odpowiedziała, ziewając.
– I jesteś absolutnie pewna, że go dziś nie zmieniałaś? – dopytywała ciemnowłosa.
– O co ci chodzi? – jęknęła zirytowana. Przetarła oczy i przeciągnęła się w fotelu.
 Jest piętnaście po czwartej, mały jest głodny – oznajmiła rozespanej koleżance.
– CO?! – Hrabianka poderwała się nagle.
Popatrzyła na przyjaciółkę z ogromnym zaskoczeniem, po czym przeniosła wzrok na tarczę zegara. Miała rację, naprawdę było po czwartej.
– No tak, jest czwarta, jesteśmy głodni
– To czemu nie jedliście? – zapytała ze złudną nadzieją, że jej obawy się nie sprawdzą.
– Sebastian nas nie zawołał, więc nie poszliśmy – odparł zmęczony parolatek.
– Zaraz będzie obiad, poczekajcie chwilę. – Nerwowo podniosła się z fotela i wyszła, trzaskając złowrogo drzwiami. Ciężkim krokiem zmierzała w stronę kuchni.
- Sebastian! – Wrzasnęła, zbliżając się do drzwi.
Lokaj wyszedł jej naprzeciw.
– Czy coś się stało? – zapytał uprzejmie, w ogóle nieświadomy swojego błędu, delikatnie się uśmiechając.
– Ciebie już do reszty pogięło?! Próbujesz zerwać nasz kontrakt? Mam dla ciebie wskazówkę: zabij mnie, bo tego zachowania zwyczajnie nie zdzierżę!
                – Nigdy nie zerwę naszej umowy – odpowiedział, pochylając głowę. Jego beztroska doprowadzała ją do granic wytrzymałości. Czuła, że zaraz wybuchnie.
                – Grasz na moich emocjach, zaniedbujesz obowiązki i kpisz sobie ze mnie?! – wydarła się niemal nieludzko. Echo jej rozwścieczonego głosu rozniosło się po posiadłości. Wzięła zamach i z całej siły uderzyła go w twarz. – Obiad, pięć minut. Policzymy się wieczorem. – Odwróciła się, trzęsąc się ze złości, i ciężkim krokiem ruszyła z powrotem.
Co za kpina. Co za kompletny brak szacunku. Kretyn, idiota! Niech tylko Tomoko pojedzie do miasta. Urządzę mu takie piekło, że będzie błagał o śmierć! – wyklinała w myślach.
Przed drewnianymi wrotami, oddzielającymi ją od gości, wzięła głęboki wdech, przywdziała uśmiechniętą maskę i wkroczyła do środka, na scenę hańby.
– Obiad będzie dosłownie za chwilę. Wybaczcie, to moja wina – powiedziała cierpko, pochylając głowę.
Miała nadzieję, że słyszeli jej krzyku.
– Co się stało? – Tomoko podeszła do niej i zapytała szeptem.
– Nic, błąd logistyczny. Wybacz – odparła chłodno, dziękując w duchu za grube ściany pomieszczeń.
– Nie szkodzi – przyjaciółka uśmiechnęła się wyrozumiale i machnęła ręką.
Kryła go, ze względu na siebie. Przyznanie się do takiej niekompetencji służby było jeszcze gorsze niż to, co czuła w tej chwili. Wstyd, złość, zdrada… Uczucia na zmianę uderzały w nią z coraz większą mocą. Miała wrażenie, że nie wytrzyma, pęknie w środku, a łzy wściekłości zaleją jej twarz. Ciemnowłosa widziała jej ból. Nie wiedziała co się stało, ale cokolwiek to było, naprawdę poruszyło czerwonowłosą przyjaciółkę.
– To jego wina? – zapytała po chwili milczenia.
Hrabianka posmutniała. Ugryzła się w język, by powstrzymać płacz.
 – Nie przejmuj się. Wiesz, że dla mnie ta cała etykieta nie ma, między nami, znaczenia. Jesteśmy przyjaciółkami.
– Przepraszam, wiem o tym. Ja… ja. Po prostu tak mnie zdenerwował. Dlaczego on to robi? Jest tak złośliwy…
– Lizzy, nie rozumiesz… - powiedziała łagodnie i objęła ją ramieniem. Szlachcianka odsunęła się, nawet nie drgnęła.
– Czego nie rozumiem? – mruknęła zrezygnowana. ­– Powinnam się go pozbyć, nie zniosę tego. – Wtuliła się w przyjaciółkę.
Stres bardzo ją osłabiał. Znów czuła niemoc, pieczenie karku i drapanie w gardle. Z trudem powstrzymywała się od kaszlu. Nie chciała dodatkowo martwić przejmującej się nią koleżanki. I tak była dla niej tylko problemem. Nie tak wyobrażała sobie to spotkanie. 
– Przepraszam, nie powinnam. Dobrze, że zostajesz na trochę. Będę musiała ci to wynagrodzić – szepnęła skruszona.
– Nie bądź głupia. Posłuchaj… Nie chciałam ci tego mówić, bo miałam nadzieje, że sama do tego dojdziesz, ale nie mogę patrzeć jak się z tym męczysz. – Hrabianka odsunęła się od niej i spojrzała jej w oczy ze szczerym zdziwieniem. Ciemnowłosa kontynuowała. – On nie robi ci na złość, nie próbuje cię zranić. Gdyby tak było, nie uratowałby cię. Wydaje mi się, że nie rozumie, co się z nim dzieje. Poczuł coś, czego nie umie wyjaśnić. Jest rozkojarzony, próbuje to poukładać. Nie bądź dla niego taka szorstka. Spójrz… – Chwyciła ją za dłoń. – jest cała czerwona. Pomyśl, jak wygląda jego twarz. – Zmierzyła Elizabeth wzrokiem.
– On… On nie czuje – wydukała zszokowana, wpatrując się w drżącą, piekącą dłoń.
Słowa przyjaciółki krążyły wokół niej, zapętlały się, tworząc nieznośną kakofonię w jej głowie. Zachwiała się czując, że zaraz zemdleje.
– Lizzy, usiądź.
– Lizzy, co ci jest? – Przestraszył się chłopiec.
– Nic. To z głodu – wyjaśniła im po chwili milczenia i kilku głębokich oddechach.
~*~
                Słowa wypowiedziane z ogromną nienawiścią, czerwona ze złości twarz. Słyszał bicie jej serca, uderzenia tak częste, że zlały się w jeden raniący dźwięk. Zamarł w bezruchu. Palące igiełki na jego twarzy zdawały się przenikać do krwioobiegu i ranić każdą żyłę. Drżący głos, pozbawiony zaufania. Czy chcę zerwać kontrakt? Nigdy bym tego nie zrobił. Nie potrafiłbym. Panienko…Wybacz mi. Nie jestem godny, by ci służyć. Trząsł się. Po raz pierwszy od setek lat. Przerażające uczucie. Co to jest? Czy tak wygląda smutek? Wzgardzony. Żal? Haniebny. Obrzydzenie? Znienawidzony. Wstyd? Niegodny.
Wiesz, co powinieneś teraz zrobić? – odezwał się głos w jego głowie.
O czym mówisz?  Odpowiedział mu w myśli.
Musisz odejść. Nie zasługujesz na tę duszę.
Nie mogę jej zostawić. Przysiągłem – zaoponował, marszcząc brwi.
I złamałeś przysięgę. Wróć do mnie – kusił delikatny, znajomy ton.
Nie odejdę ­ – szepnął.
Ból, inny niż zazwyczaj. Ból bez krwi, bez widocznych ran. Psychiczny. Ściśnięte serce. OBIAD! Pobiegł. Jedzenie było prawie gotowe. Zapomniał, zamyślił się. Tak żałosny, ludzki błąd. Nie miał czasu. Chociaż miał tego nie robić, skorzystał ze swoich zdolności. Stół wyglądał idealnie, lepiej niż idealnie. Dobiegł pod drzwi i zawahał się. Czuł, że tym razem nie da rady spojrzeć w jej twarz z tą samą obojętnością.
– Obiad jest… gotowy – zająknął się, dostrzegając błyszczące wypieki na jej twarzy. Spojrzała na niego wzrokiem pełnym wściekłości. Z jeszcze większym natężeniem, niż wcześniej. Natychmiast opuścił głowę.
– Dziękujemy. – Tomoko, przerywając ciszę, uratowała ich oboje od nieznośnego stanu zawieszenia.
Poszedł przodem.
– Widziałaś? – Przyjaciółka szepnęła do ucha czerwonowłosej.
– Co? – burknęła zdenerwowana Elizabeth.
– Jego twarz. Widziałaś?
– Nie chcę na niego patrzeć.
– Widziałaś? – naciskała.
– Widziałam… – przyznała w końcu drżącym głosem.
– I co zobaczyłaś?
– Wstyd, żal. Sama nie wiem.
– Odpuść mu – szepnęła księżniczka i delikatnie uśmiechnęła się do przyjaciółki.
~*~
                Atmosfera podczas obiadu nie należała do najlżejszych. Wszyscy odczuwali nieznośne napięcie pomiędzy młodą panią domu, a jej służącym. Wystawny obiad, mimo swego piękna i prostoty zarazem, nie był w stanie rozwiać chmur, zbierających się nad ich głowami. Całkowite milczenie zdawało się uporczywie szturchać każdego z nich. Nieznośne wyczekiwanie na koniec. Nie powinno się jeść w takiej atmosferze, to nie zdrowe dla żołądka.
Lokaj zaserwował deser. Wszyscy odetchnęli z ulgą, widząc na horyzoncie koniec tego mrocznego przedstawienia.
– Co za bezczelność. – Słaby głos dziewczyny przerwał ciszę. Oczy wszystkich zwróciły się ku niej. – Mieć świadomość, że się przeszkadza, a mimo to trwać w miejscu. Żenujące – dokończyła zgryźliwą wypowiedź, kontynuując dźganie jabłkowego ciasta malutkim widelcem.
Nikt nie miał odwagi się odezwać. Jedynie on spojrzał na nią z nutą melancholii, po czym szybko spuścił wzrok, nim zdążyła dostrzec jego nieśmiały gest. Obiad zakończył się w takim samym niezręcznym milczeniu, w jakim się rozpoczął. Hrabianka odeszła od stołu, w ślad za nią podążyła księżniczka. Obie zmierzały do biblioteki. Chłopiec, który nie zdawał sobie do końca sprawy z tego, o co chodzi, w towarzystwie pokojówki, udał się do swojej sypialni na popołudniową drzemkę.
– Chciałam pokazać ci tę żałosną imitację książki, ale nie wiem, gdzie ją odłożył. Powinna stać tutaj. – Czerwonowłosa, pełna pogardy na samo wspomnienie o kamerdynerze, przedzierała się przez kolejne regały. Książka o demonicznej wizji powstania świata wydawała jej się teraz jeszcze bardziej niedorzeczna.
– Co było w niej takiego wyjątkowego? – zapytała zaciekawiona Tomoko, przyglądając się z fotela poszukiwaniom przyjaciółki.
– Właściwie nic. – Zatrzymała się i dotknęła palcami podbródka. – Po prostu zainteresował mnie sposób w jaki była napisana. Jakby nie pisał jej człowiek, a demon.
– Akuma? – zapytała księżniczka, słodkim jak miód głosem.
– Co? – zdziwiła się hrabianka.
– Czyżbyś zapomniała o naszej tradycji? Akuma – demon po japońsku – wyjaśniła.
– No tak. W każdym razie, nie ma jej. Okazuje się, że mój „piekielnie dobry kamerdyner”, jak lubi się nazywać, jest w rzeczywistości piekielnie kiepskim kamerdynerem – burknęła z przekąsem.
Japonka skrzywiła się i westchnęła ze znużeniem.
– Naprawdę przesadzasz, wiesz? Daj spokój z tą książką, usiądź. Musimy porozmawiać.
– Nie mam ochoty więcej słuchać, jak go bronisz. Może ci się podobać, rozumiem to. Ale… – stawiała się. Czemu miała pozwalać komukolwiek oczyszczać jego imię?
– Nie o to chodzi – przerwała jej. Zdenerwowany wzrok japonki przeniósł się z dziewczyny na fotel. Czując się nieswojo, pod naciskiem intensywnego spojrzenia, Lizzy posłusznie usiadła i uśmiechnęła się niepewnie. – Chciałam ci powiedzieć, że odpuszczam go sobie – powiedziała ciemnowłosa, pochylając głowę.
– Dobra decyzja – skomentowała sucho.
– Zmieniłaś się. – Ton głosu przyjaciółki niemal wywołał w szlachciance śmiech. Żałosne uczucie świadomości tego, co straciła nie potrafiło wywołać w niej już innej reakcji, niż sarkastyczny chichot.
– Wiem, przepraszam. Nie chciałam tego, ale nic na to nie poradzę. – W jej głosie było słychać szczery żal. Starała się jak mogła, by zachować to, kim była, bezskutecznie. – Coś raz utracone, nigdy nie zostanie zwrócone… - Jej przesiąknięte smutkiem słowa, wzbudziły niepokój w drobnej brunetce.
– Słucham?
– Ktoś powiedział mi tak tamtego dnia. Wciąż słyszę te słowa w swojej głowie. Przypominają mi o tym, co straciłam. O mnie, której już nie ma. Nie chciałam cię zawieść, ale widocznie nie potrafię być dla ciebie taką przyjaciółką, jak dawniej. – Słowa dotknęły delikatnej duszy księżniczki – Elizabeth próbowała ją odepchnąć.
– Baka! – krzyknęła, dając się ponieść emocjom. – To nie ważne, że się zmieniłaś. Zawsze będziemy przyjaciółkami. Nie próbuj mnie odsunąć, nie pozwolę ci na to. – Po jej policzkach zaczęły płynąć łzy.
Tak straszliwie współczuła jej tego, co musiała przejść. Horror, który ją tak zmienił, czym był? Co się tam wydarzyło? Myślała, że znając całą prawdę umiałaby pomóc, jednak tylko się oszukiwała. Blizny, które te wydarzenia zostawiły na duszy jej drogiej powierniczki, nigdy nie znikną. Do końca życia będą o sobie przypominać. O dniu, w którym poznała jak smakuje piekło.
– Jak zwykle masz rację. Niektóre rzeczy się nie zmieniają – rozchmurzyła się, by pokazać jej, że nie jest aż tak źle. Mimo wszystko, zależało im na sobie. Wciąż są na tym świecie ludzie, dla których jestem ważna. Mały płomyk nadziei. Ratunek.
~*~
– Do zobaczenia!
– Na pewno! Wyślę po ciebie powóz. Niedługo!
– Będę czekać! – Przyjaciółki przekrzykiwały stukot końskich kopyt. Tak jak zapowiedziała, Tomoko pojechała do Londynu.
– Panienko, proszę wejść do środka, przeziębisz się – poprosił służący. W jego głosie nie było, tej samej co zazwyczaj, nagany.
– Chodź ze mną. – Rozkazała, nawet na niego nie patrząc.
– Oczywiście – odparł najzwyczajniej, jak tylko potrafił. Zaprowadziła go na dach. Kątem oka widziała pytający wyraz jego twarzy. Dlaczego tutaj? Co zamierza? Czerpała z tego okrutną satysfakcję. Wskoczyła na podwyższony murek na samym skraju budynku. Przechyliła się do przodu i rozejrzała.
Zostałaby ze mnie mokra plama.- Uśmiechnęła się do siebie. Stał kilka metrów od niej w ciągłej gotowości, by rzucić się za nią, gdyby postanowiła skoczyć, żeby go ukarać. Tego się spodziewał. Skoczy, bo wie, że jeśli popełni samobójstwo, to jej dusza będzie należeć do niego. Wie, że jeżeli ją powstrzyma, to będzie znała prawdę.
Jak przystało na Głowę rodu Roseblack. – delikatny uśmiech rozświetlił na chwile jego twarz.
– Z czego się cieszysz, demonie? – mówiła spokojnie, wyraźnie podkreślając każde słowo. Odwróciła się przodem do niego. – Wiem, czego się spodziewasz – rzekła, pewna siebie. – Nie zrobię tego. Nie w taki sposób. – Zeskoczyła z podwyższenia i podeszła do niego. – Sam mi to powiesz. Wszystko, o co cię zapytam. Przysięgałeś, prawda? – Nie podobał mu się ton tej rozmowy, ani kierunek, w który zmierzała, jednak pokornie stał, jedynie przyglądając się zdeterminowanemu wyrazowi twarzy swojej pani. – Odpowiedz!
– Przysięgałem – odpowiedział spokojnie.
– To i inne rzeczy, a jednak złamałeś swoją przysięgę, mam rację?
– Tak. – Z trudem udało mu się wydobyć z siebie głos. Ogarnął go niesamowity wstyd i żal. Patrząc na jej rozwścieczoną twarz, napięte mięśnie. Drżała. Nie wiedział tylko, czy z zimna, czy ze złości, która w ten sposób znajdowała, chociaż maleńkie, ujście. Przyznanie się do winy było trudne. Trudniejsze niż się spodziewał.
– Dlaczego? – warknęła. Nie mógł wymusić z siebie słowa. – Dlaczego? – powtórzyła głośniej. Zbliżyła się do niego. Zaledwie kilka centymetrów dzieliło ich twarze. Napawała się jego cierpieniem. Unikalnym obrazem, który zagościł na jego, dotąd obojętnym, obliczu doskonałego lokaja.
– Nie wiem… – wyszeptał, prosząc w duchy, by zakończyła tę rozmowę.
– Zapytałam, dlaczego?! – Uderzyła go w twarz.
– Proszę o wybaczenie. Nie jestem godny miana lokaja rodziny Roseblack – wyrecytował intuicyjnie jedną z regułek.
– Wiem o tym. Seba… Demonie. To jest rozkaz. Odpowiedz mi: dlaczego? – wycedziła przez zęby.
Nie miał już innego wyjścia. Dopóki ich kontrakt był w mocy, musiał wykonać każdy jej rozkaz. Chociaż wiedział, że nawet prawda nie uspokoi jej wijącej się w furii duszy.
– Poczułem coś, czego dotąd nie znałem – wyjaśnił, a ona popatrzyła na niego osłupiała.
- Co? – Mruknęła płytko.
– Nie potrafię tego nazwać. Ale było to powodem mojego zaniedbania obowiązków – odpowiedział z trudem.
Dziewczyna po raz kolejny poczuła ból w karku, osłabienie, drapanie w gardle. Wszystkie objawy równocześnie dopadły jej zmęczony organizm. Zachwiała się niemal tracąc równowagę i przewracając się. Chciał do niej podejść, wziąć w ramiona, zanieść do łóżka, ale gestem ręki zabroniła mu się zbliżać. Zaczęła dusić się krwią, której nie potrafiła wykrztusić. Upadła przelatując przez murek. W ostatniej chwili chwyciła krawędź budynku. Zawisła kilkanaście metrów nad ziemią. W każdej chwili mogła zakończyć swoje życie. Wystarczyło się puścić i poczuć przyjemny wiatr. Demon natychmiast znalazł się na skraju dachu i wyciągnął rękę, by ją chwycić.
– Nie dotykaj mnie – rozkazała, wciąż przesiąkniętym żalem i nienawiścią, głosem.
Uśmiechnęła się. To już nie była jego kara, to było obłąkanie. Nie kontrolowała w pełni tego, co robiła. Jakby była jedynie pasażerem swojego ciała. – Nie waż się mnie tknąć, demonie.
– Panienko, jeżeli ci nie pomogę, zginiesz – odparł, zachowując spokój.
– A ty dostaniesz moją duszę. Tego chciałeś, więc, o co ci chodzi? Pozwól mi spaść – powiedziała z niesamowitą lekkością, spluwając resztkami krwi.
– Nie mogę na to pozwolić.
– Nie masz nic do gadania. Ja decy… - urwała. Przeraźliwy ból karku sparaliżował jej ciało.
–  Nie puszczaj. Nie, nie chcę jeszcze umierać. To za wcześnie. Sebastian! Nie pozwól mi spaść, uratuj mnie! – krzyczała w myślach, jednak żaden dźwięk nie wydobywał się z jej ust. Widziała jak sparaliżowana dłoń luzuje uchwyt. Puściła się. Zaczęła spadać. Z przerażeniem patrzyła, jak demon stoi bez ruchu i otępiale wpatruje się w jej malejące ciało. Proszę, zrób to. Uratuj mnie. Wyglądał jak posąg. Zimny, nieruchomy. To koniec. Przepraszam, jednak byłam zbyt słaba. Wybaczcie mi.
– Elizabeth!!! – Jego przeraźliwy krzyk wystraszył ptaki, śpiące na okolicznych drzewach.
 Zerwały się i z jazgotem przeleciały tuż obok niego. Zamarła. Nie docierały do niej słowa, żadne bodźce nie miały najmniejszego wpływu na jej ciało. Tato? Gdzie jesteś?
– Lizzy! Obudź się. – Bezskutecznie próbował ją ocucić. W końcu objął jej wątłe ciało i przyciągnął do siebie. – Lizzy, proszę cię.
– Seba… stian? – Słaby, ledwo słyszalny, głos sprawił mu niewiarygodną radość. Jeszcze nigdy nie czuł się tak szczęśliwy jak w tej chwili, gdy trzymając zmarznięte ciało swojej pani, odetchnął z ulgą.
– Jestem tu, Elizabeth – wyszeptał.
– Co powiedziałeś? – Jej szept, drżący, pełen oburzenia, sprawił, że się uśmiechnął.
– Najmocniej przepraszam, panienko – odpowiedział, nie potrafiąc pozbyć się radosnego grymasu z bladej twarzy.
Z trudem wyswobodziła się z jego objęcia na tyle, by móc spojrzeć w jego twarz. Zmarszczyła brwi.
– Naprawdę upadłeś tak nisko, jak ludzie. – Uśmiechnęła się niewyraźnie, widząc całą gamę uczuć na jego twarzy.
W duchu wręcz rechotała ze śmiechu. Nigdy wcześniej nie widziała na jego twarzy więcej niż jednej na raz emocji, chociaż i to starannie próbował ukryć. Teraz było ich wiele, tak wyraźnych, że nie mógłby zaprzeczyć istnienia którejkolwiek z nich. Przyglądała się przez chwilę, zastanawiając się, której z nich powinna poświęcić najwięcej uwagi. Fakt, że mogła w nich wybierać, by jej małym zwycięstwem, chociaż wcale tego nie planowała. Zaśmiała się złośliwie, lecz zdawała sobie sprawę, że nie tylko zmuszenie go do ściągnięcia maski i zdenerwowanie go powodowało radosny grymas na jej twarzy. W głębi serca cieszyła się, że to była prawda. Demon obdarzony uczuciami.
– Jesteś nowym początkiem upadku demonów. – Wyszeptała i zemdlała. Początkiem upadku demonów… Niemożliwe!
                – Panienko, skąd o tym wiesz? – szepnął.
Zaniósł ją, wycieńczoną i wyziębioną, do sypialni. Starannie przykrył ją kołdrą i stanął w rogu pokoju obiecując sobie, że nie opuści go, dopóki nie zostanie przez nią zmuszony. Powinien być jej wdzięczny. Nie zdawała sobie sprawy, ale tym, co zrobiła, pomogła mu zrozumieć samego siebie. Teraz już wiedział i mógł coś z tym zrobić. Nadzieja na normalność, znów zapłonęła dla niego z wielką mocą.
                Obudziła się dwie godziny później. W pokoju było zupełnie ciemno. Jej ciało wciąż nie chciało w pełni z nią współpracować. Nie była w stanie nawet usiąść o własnych siłach. Leżała na wznak, przyglądając się baldachimowi, dokładnie studiując każdy jego skrawek. Powoli docierały do niej wspomnienia sprzed utraty przytomności. Gdy nie mogąc się ruszyć, w zupełnej ciszy, mogła wszystko przemyśleć na spokojnie, dostrzegła jak idiotyczne było jej zachowanie. Przesadziła, dała się ponieść irracjonalnym emocjom, których źródła nie potrafiła zweryfikować. Jakby ktoś wpoił jej te emocje, albo wyolbrzymił te, które w sobie miała. Zaczęła się zastanawiać, czy miał tak samo. Jeśli byłaby to prawda, jej reakcja byłaby całkowicie nie na miejscu. Ale to nie było teraz ważne, przynajmniej nie na tyle, by dalej kontynuowała rozmyślania na ten temat. Najistotniejsze było dojście do prawdy.
– Byłeś tu przez cały czas? – Powiedziała cicho, gdy skończywszy analizować sytuację, zdała sobie sprawę, że przez cały ten czas był tuż obok.
– Tak, panienko.
– Pomożesz mi usiąść? – Zapytała z uprzejmości. Mogła zwyczajnie wydać mu rozkaz, ale zasługiwał na rekompensatę. W ten sposób chciała dać mu znać, że już nie jest zła. Może także, że przeprasza…? Nie zamierzała od razu padać mu do stóp, ale miły gest był jak najbardziej na miejscu. Podszedł do niej i pomógł jej się oprzeć na poduszkach. Bezwładne kończyny  chudego ciała, leżały luźno na kołdrze. Próbowała ścisnąć dłoń, ale ledwie poruszyła palcami. Patrzył na nią z troską. Nie wiedział, co mogło być przyczyną.
– Dziękuję. Chyba musimy porozmawiać… - powiedziała szeptem.
Skinął głową, zgadzając się z nią, i usiadł na skraju łóżka, by nie musiała męczyć się mówiąc podniesionym głosem.
– Ja… Przepraszam – wyrzuciła z siebie zawstydzona. Mężczyzna uśmiechnął się do niej serdecznie.
– Nic nie szkodzi panienko. Zasłużyłem na wszelką karę. Wszak zhańbiłem pani ród oraz samego siebie, jako twego służącego. – Chwycił ją za dłoń. Poczuła się nie swojo, i gdyby mogła, wyciągnęłaby ją z ciepłego objęcia gładkich, śnieżnobiałych rekawiczek.
– Nie przesadzajmy, to było piętnaście minut spóźnienia. Gorsze rzeczy się działy i nikt za to w twarz nie dostawał. To było niestosowne. Nie powinnam była tego robić – przyznała się do błędu, z trudem połykając dumę.
Prawą dłonią mimowolnie dotknął swojego policzka. Wspomnienie tamtej chwili ponownie wzbudziło w nim emocję, jednak nie tak silną, jak poprzednio. Nie posiadam takich emocji. Nigdy nie posiadałem. Trzeźwym umysłem zweryfikował informacje. Widział zdecydowana różnicę. Wreszcie mógł myśleć racjonalnie, mimo nowych bodźców, które do niego docierały. Przestały całkowicie pochłaniać jego umysł.
– Nie szkodzi. Zawiodłem cię, miałaś prawo być zła – wyjaśnił, wciąż trzymając jej dłoń. – …Panienko. – Dopowiedział po chwili.
Przez chwilę patrzyła na niego z lekko otwartymi ustami, przypominając sobie, jak wymówił jej imię. Nie była pewna, czy zrobił to naprawdę, czy tylko jej się zdawało, takie zachowanie zasługiwało na reprymendę. Odchrząknęła, podejmując ryzyko.
– W związku z tym…
– Najmocniej przepraszam – powtórzył po raz kolejny, zanim na głos wytknęła mu błąd, którego popełnienie sprawiło mu prawdziwą przyjemność. Wypowiedzenie jej dźwięcznego imienia było jak odświerzający chłodny deszcz letnim popołudniem. Gdyby tylko pozwoliła mu częściej tak się do siebie zwracać.
– Cieszę się, że zrozumiałeś – skłamała. Brak formy grzecznościowej i ta bezpośredniość podobały jej się. Uważała, że powinna być z nim bliżej, a nigdy nie czuła tego lepiej niż w tamtej chwili, gdy ocknęła się w jego objęciach, słysząc jak wypowiada jej imię. Nie mogła tego przyznać, nie wypadało jej to. Przez to jego ciągłe upominanie sama zaczynam sobie mówić, co mi wypada, to okropne! Zaśmiała się w duchu, dostrzegając jak duży ma na nią wpływ, nawet kiedy robi wszystko, by tak nie było.
– Chciałbym o coś zapytać.
– Słucham? – zainteresowała się.
– Prosiłem panienkę, by obiecała mi powiedzieć, jeżeli coś złego będzie się działo z panienki zdrowiem.
– Masz rację, ale chyba widziałeś, co się stało, prawda? I gdzie to pytanie? – nadąsała się.
– Wydaje mi się, że jest coś jeszcze. Prosiłbym, żeby panienka tego nie ukrywała, od tego może zależeć panienki życie – wytłumaczył.
Poczuł, jak jej szczupłe palce zaciskają się wokół jego dłoni. Denerwowała się.
– Jest coś – zaczęła niechętnie. – Znak kontraktu, pali mnie. Od kilku dni. Ostatnio wszystko jest jakieś inne… – wyjawiła skruszona.
Zdawała sobie sprawę, że nie powinna tego ukrywać. Nikt lepiej od samego demona nie mógłby wiedzieć, co mogło być nie tak.
– Czy mógłbym? – zapytał, nachylając się nad nią.
– Mhm.
Odgarnął jej włosy i popatrzył na znamię na jej karku. Pozornie wyglądało normalnie, jednak im dłużej się w nie wpatrywał, tym dziwniej się czuł.
– Wygląda zwyczajnie – rzekł po chwili namysłu.
 To jest twoja opinia, jako eksperta? – zakpiła.
Zrewanżował się złośliwym uśmiechem. Wracała do formy.
– Chciałabym iść spać… – ziewnęła.
– Przynieść panience ciepłego mleka?
– Nie, dziękuję. Po prostu tu zostań – odparła cicho.
Pomógł jej się położyć i otulił ja kołdrą. Stanął w zasięgu jej pola widzenia i zamknął oczy.
– Miłych snów panienko.
– Mhm – mruknęła zmęczona.

Dzień dobiegł końca. Zarówno demon jak jego pani wreszcie mogli odetchnąć od przytłaczających emocji. Spokój był tak niespodziewany, że oboje chłonęli każdą jego sekundę. Demon czuł, że problemy zdrowotne hrabianki i palący znak na jej karku mają ze sobą więcej wspólnego niż im się wydaje, a to oznaczało kolejne problemy. 

środa, 3 grudnia 2014

XVIII

– Nie prosiłam cię o pomoc – powiedziała zirytowana. Znów okazała słabość, czuła do siebie obrzydzenie. Dlaczego była tak słaba? Nie potrafiła sobie tego wyjaśnić.
– Panienko, nalegam, żebyś zjadła coś więcej – naciskał, przynosząc z powrotem talerz z bułkami.
Podniosła głowę i spojrzała na twarz służącego. W czerwonych oczach widziała zmartwienie i troskę. Nie wiedziała już, czy bardziej złości ją jej własna słabość, czy jego nieprawdziwe emocje, które tak doskonale odgrywał.
– Przestań udawać, że cię to obchodzi. Nie mogę na to patrzeć – warknęła.
Kaszel, który męczył ją poprzedniego wieczora znowu się pojawił, na szczęście dużo łagodniejszy.
– Nie udaję – odpowiedział krótko.
Może była to wina zmęczenia i choroby, a może po prostu traciła zmysły, ale była przekonana, że mówił szczerze. Jako kamerdyner, miał obowiązek dbać o nią, okazywać zainteresowanie i martwić się o swoją panią, jednak jako demon, zobowiązany był do mówienia prawdy i chociaż wiedziała, że jej nie oszuka, to nigdy do końca nie potrafiła mu wierzyć, ilekroć potwierdzał prawdziwość swoich reakcji. Dopóki sama nie dostrzegła w nim cienia szczerości, były to jedynie słowa. Teraz jednak widziała prawdziwe zmartwienie. Już któryś raz w ciągu ostatnich dni. Chyba naprawdę traciła zmysły.
                Nie posłuchała go, nie miała zamiaru jeść nic więcej i nie zamierzała robić niczego wbrew sobie. Wiedziała, że jej lekkomyślność go denerwuje, ale to tylko sprawiało jej przyjemność, sprawiając, że złe samopoczucie było łatwiejsze do zniesienia. Nie ukrywając niezadowolenia, zabrał jedzenie i wyszedł zapowiadając, że za chwilę wróci z lekarzem. Zamknął za sobą drzwi i poszedł do kuchni. Irytujące. Myśli, których nie mógł się pozbyć. Rozkojarzenie, które utrudniało mu pracę.
~*~
– Wygląda na to, że wszystko z panienką w porządku. Jednak pański kamerdyner wspomniał, że kaszlała panienka krwią. – Lekarz dokładnie obejrzał dziewczynę. – Ponad to, powinna panienka zacząć się lepiej odżywiać.
– Czyli nic mi nie jest, tak?
– Tak. Jednak zalecałbym ostrożność. Jeśli atak kaszlu się powtórzy, proszę przyjechać do szpitala, zrobimy dokładne badania.
– Dobrze. – Kiwnęła głową, w myślach kpiąc z zalecenia. Mężczyzna spakował swoje rzeczy, i w towarzystwie lokaja, opuścił jej pokój. W drodze do wyjścia, zatrzymał go.
– Proszę o nią dbać. Ten kaszel, może być początkiem groźnej choroby. Jeżeli się powtórzy proszę niezwłocznie przyprowadzić pacjentkę do szpitala – powiedział poważnie. Demon skinął głową. – Mówię to panu, ponieważ dobrze ją znam. Nie będzie chciała przyjść, dlatego proszę ją przypilnować.
– Oczywiście. Bardzo dziękuję.
                Sebastian odprowadził doktora, a sam wrócił do pokoju dziewczyny, by jak co dzień, pomóc jej się ubrać. Kiedy wszedł do środka, dostrzegła jego poważną, wręcz zdenerwowaną twarz.
– Coś się stało?
Podszedł do niej z przygotowanym ubraniem i powoli zaczął rozpinać guziki jej bluzki. W milczeniu ubrał ją w zestaw podobny do tego, który miała na sobie poprzedniego dnia. W milczeniu oczekiwała jego odpowiedzi, śledząc każdy ruch jego dłoni. Dopiął ostatni guzik koszuli i pełen powagi spojrzał głęboko w jej błękitne, dziecięce oczy.
– Panienko, obiecaj mi coś… – powiedział cicho.
Zdziwiła się. Nigdy dotąd nie prosił ją o dotrzymanie obietnicy, nie pozwalał sobie na coś tak niestosownego, jednak jego powaga świadczyła o tym, że było to coś ważnego.
– Obiecać ci? – zapytała drwiąco.
– Proszę, obiecaj mi, że jeśli to się powtórzy powiesz mi o tym. – Jego głos zadrżał. Nieznany jej dotąd, urywany ton, wywołał ciarki na jej plecach. Czuła, że ani on, ani lekarz nie mówią jej całej prawdy, inaczej nie brzmiałby w ten sposób.
– Nic mi nie jest. – Odwróciła wzrok, robiąc obrażoną minę. Miała nadzieję, że wymusi tym samym jakieś wyjaśnienia. Nie chciała zapytać wprost, obawiała się tego, co usłyszy. Nie chciała obarczać tym przyjaciółki, która od razu dostrzegłaby, że coś się stało.
– Obiecaj mi – powtórzył, nieznoszącym sprzeciwu głosem. Chwycił rękami jej twarz i odwrócił w swoją stronę. Patrzy na nią zdesperowanym wzrokiem, zupełnie nie był sobą.
– Co ty robisz? Puszczaj mnie! – krzyknęła. Szarpnęła jego ręce i odsunęła się. Zdziwienie, zmieniające się w obawę, które malowało się na jej twarzy, otrzeźwiło go. Co ja wyprawiam?  Popatrzył na swoje drżące dłonie. Czuł, że jego oczy błyszczały złowrogo, zupełnie stracił nad sobą kontrolę.
– Błagam o wybaczenie. Moje zachowanie było niedopuszczalne. – Klęknął przed nią i spuścił głowę. Muszę przestać.
 Usiadła z powrotem na skraju łóżka. Patrzyła na czubek jego głowy. Uczucie złości i przerażenia zmieniło się w smutek, którego nie potrafiła zrozumieć. Skąd się wziął? Dlaczego właśnie to uczucie? Jakby jakaś część niej wiedziała o czymś, o czym ona nie miała pojęcia. Zdawała sobie jedynie sprawę z tego, że dzieje się coś złego. Od ostatnich kilku dni sprawy zaczynały przybierać dziwny obrót. Jego zachowanie było tylko kolejnym dowodem tego, że nie może dalej spychać podejrzeń w otchłań umysłu. Musi zacząć działać.
– Masz rację. To było zachowanie niegodne lokaja rodziny Roseblack. Zawiodłeś mnie – odparła sucho.
Jak mogłem się tak zachować, taka hańba. Zawiodłem moją panienkę. Zawiodłem cię, Elizabeth. Zacisnął usta i podniósł się powoli, jednak nawet przez chwilę na nią nie spojrzał. Nie zasługiwał na to, by patrzeć na jej piękno. Zhańbił ją i siebie. Zawiódł, jako kamerdyner. Ta blizna na jego wizerunku, zostanie przy nim na zawsze, będzie oszpecać go, do końca ich wspólnych dni. Odwrócił się i ciężkim krokiem zaczął powoli iść w stronę drzwi.
– Obiecuję – szepnęła, gdy zamknął drzwi. Chociaż to, co zrobił było niewybaczalne i ciężko będzie jej o tym zapomnieć, jeśli zrobił to z prawdziwej troski, nie mogła zostawić go jedynie z upokorzeniem. Nie chcąc dłużej o tym myśleć, zdecydowała się iść do przyjaciółki i dowiedzieć się w końcu szczegółów jej wczorajszego spotkania z tym nieobliczalnym demonem.

~*~
– Tomoko, to ja. – Czerwonowłosa zawołała przyjaciółkę, gdy po dłuższej chwili oczekiwania nie odpowiedziała na jej pukanie do drzwi.
– Lizzy, wejdź – odpowiedziała radośnie. – Wybacz, nie słyszałam cię.
– To nic. – Machnęła ręką.
Usiadła na łóżku obok przyjaciółki, skrzyżowała nogi i uśmiechnęła się do niej przebiegle. Japonka przyglądała się przez chwilę dziwnemu wyrazowi twarzy Elizabeth, kryjącemu się za maską uśmiechu.
– Co się stało? – zapytała po chwili. Hrabianka posmutniała. Spodziewała się, że Tomoko dostrzeże jej zmartwienie. Chociaż bardzo liczyła na to, że tak się nie stanie była to jedynie złudna nadzieja. Ich połączone dusze dawały im wzajemny dostęp do najgłębszych zakamarków ich umysłów, mogły odczytywać swoje myśli, jak z otwartej księgi z wielką, wyrazistą czcionką – nic nie mogło umknąć uwadze.
– Potem ci powiem, najpierw musisz zdać mi dokładne sprawozdanie z wczorajszej randki. – Z entuzjazmem zmieniła temat.
Ciemnowłosa zarumieniła się, i z maślanym wzrokiem, wpatrywała się w ścianę za plecami koleżanki. Przeniosła się do świata fantazji, by w kółko powielać najcudowniejszy pocałunek jej życia.  
– Tomoko… Tomoko. – Hrabianka trącała ją w ramię, jednak nie dawało to żadnego skutku. – Tomoko!
– Co jest?
– Miałaś opowiadać, a nie gapić się z pożądaniem na ścianę. To wygląda dziwnie, wiesz? – zaśmiała się czerwonowłosa.
– No dobra, dobra, już! Więc, kiedy jechaliśmy do miasta, próbowałam zacząć jakoś rozmowę, ale wszystko wydawało mi się takie proste i zwyczajne, a chciałam zainteresować go czymś niezwykłym, no wiesz. W końcu on sam zaczął rozmowę. Zapytał, dokąd chcę pojechać. Nie miałam pomysłu, ale po chwili przypomniałam sobie o naszym parku, a to przecież wymarzone miejsce na randkę! A, zapomniałam ci powiedzieć… Poprosiłam, żeby mówił do mnie po imieniu. Ma taki cudowny uśmiech. Za każdym razem, gdy wymawiał moje imię myślałam, że się rozpłynę. – Powódź słów podekscytowanej japonki zalała umysł Lizzy. – No i krążyliśmy po parku przez parę godzin, nie wiem dokładnie ile, straciłam poczucie czasu. W końcu usiedliśmy na ławce. Zrobiło mi się zimno, więc dał mi swój płaszcz – opowiadała dalej, podekscytowana. – Wiesz. Sporo rozmawialiśmy także o tobie. Sama nie wiem, byłam trochę zazdrosna, ale to była tylko rozmowa. Zrobiło się już naprawdę zimno. Płaszcz nie wystarczał, wtedy przysunął się do mnie i przytulił mnie. Boże, tak cudownie pachniał. No i wtedy…
– Wtedy co? Opowiadaj! – Elizabeth udawała, że wcale nie wie, co wydarzyło się potem. Nie było ciężko zwieść czujność przyjaciółki, ponieważ w tej chwili, myślami znów była w parku i pewnie nawet nie widziała prawdziwego świata.
– Wtedy ja… Pocałowałam go! Odwzajemnił mój pocałunek. To było takie cudowne! Lizzy, dziękuję ci za to! – Mocno przytuliła czerwonowłosą, która wzdrygnęła się, jednak pozwoliła, by szczupłe ramiona przyjaciółki objęły ją na chwilę. Japonka chciała przeżywać z nią radość, nie mogła jej po prostu odepchnąć, nie ją. Chociaż dotyk jej ciała sprawiał Elizabeth ogromny dyskomfort. Ciemnowłosa powróciła po chwili do realnego świata i zdała sobie sprawę z tego, co robiła. Odsunęła się od przyjaciółki i przeprosiła.
– Nie szkodzi, naprawdę. Cieszę się, że spotkanie było tak udane – odpowiedziała z pewną dozą szczerości. Radość na twarzy skośnookiej naprawdę ją uszczęśliwiała. Żałowała jedynie, że musi znaleźć sposób, by najłagodniej jak to możliwe, zakończyć to uczucie.
–  Teraz powiedz mi, co cię martwi, nie mogę patrzeć jak cierpisz. – Ciemnowłosa zmieniła temat.
–  Ja… Sama nie wiem – przyznała hrabianka. – Chodzi o Sebastiana. On… Ostatnio dziwnie się zachowuje.
–  Dziwnie?
–  Nie wiem jak ci to dokładnie wyjaśnić. Od paru dni jest zupełnie inny – Mruknęła zamyślona. Nawet gdyby mogła powiedzieć jej wszystko, wcale nie byłoby łatwiej. Naprawdę nie wiedziała, co się z nim działo. – Jest moim służącym, więc wiesz, że jest między nami ten dystans. To całe tytułowanie, kłanianie się, kultura.
–  Wiem, czasami mam tego dość…
–  Nie w tym rzecz. Lokaj musi dbać o swojego pana i on to robił od samego początku. Nigdy nie brakowało mi niczego, ale zawsze wiedziałam, że po prostu wypełnia swoje obowiązki. Jednak ostatnio… Zaczęło mi się wydawać, że jego troska jest, no wiesz, prawdziwa. A dziś zrobił coś, czego nie powinien zrobić… –  przerwała, targana sprzecznymi emocjami.
–  Co on zrobił? – Przestraszyła się japonka. Wyraz twarzy dziewczyny nieco ją zaniepokoił.
–  Stracił panowanie nad sobą. Nigdy nie widziałam go w takim stanie. Zawsze jest opanowany, spokojny i nigdy nie zachował się tak niestosownie.
–  Lizzy! Powiedz wreszcie, co się stało! To brzmi, jakby on…
–  Przestań, o czym ty myślisz?! – oburzyła się. – On… Chciał, żebym mu coś obiecała, a kiedy odmówiłam, wybuchł. Dotknął mojej twarzy i spojrzał mi w oczy takim przerażająco zmartwionym wzrokiem. To było okropne. Patrzeć na niego w tym stanie.
–  Lizzy…
–  Nie rozumiem go. Nie wiem, o co chodzi. Martwię się, że… –  ucięła.
O mały włos nie wydałaby ich największego sekretu. Gdyby to zrobiła, naraziłaby ją na niebezpieczeństwo. Zacisnęła pięści.
Japonka widziała ogarniające ją niezrozumienie i niepewność. Chciała ją objąć, ale powstrzymała się. Nie umiała do końca wytłumaczyć przyjaciółce, dlaczego jej lokaj zachowywał się w taki sposób. Nie była nim, tak naprawdę wcale go nie znała. Uświadomiła sobie natomiast, że nie ma sensu starać się o jego względy Po tym, jak się zachowywał poprzedniego wieczora i po tym, co opowiedziała jej przyjaciółka, wiedziała wystarczająco dużo.
–  Chciałabym móc powiedzieć ci więcej, ale… To nic złego, jego zachowanie. Tak działają uczucia.
–  Ale on zachowuje się zupełnie bezsensownie i ta nagła zmiana. Coś jest nie w porządku, wierz mi.
Japonka zaśmiała się pod nosem, patrząc, jak hrabianka próbuje zebrać do kupy wszystkie części układanki. Jednak czerwono włosa nie potrafiła tego zrobić. Nic dziwnego, skoro patrzyła na zły obrazek, ale tego, przyjaciółka nie mogła jej powiedzieć. Do tego musiała dojść sama, w swoim czasie.
–  Słuchaj. Uczucia to takie coś, co z definicji jest irracjonalne. Gdyby można było je zracjonalizować, przestałyby być uczuciami. Stałyby się pospolitą wiedzą, pozbawioną magii. Dlatego nie próbuj tego zrozumieć. W końcu wszystko się samo wyjaśni, kiedy przyjdzie na to czas. Nie zadręczaj się tym – mówiła czule, niczym matka, tłumacząca coś swojej małej córeczce.
W jej oczach Elizabeth była dzieckiem, przynajmniej pod tym względem. Dopiero wchodziła w cały ten świat. Księżniczka cieszyła się, że mogła pomóc jej postawić pierwsze, koślawe kroki na tej pięknej ścieżce.
–  Tomoko… Arigato – szepnęła czerwonowłosa. Na jej twarzy pojawił się szczery, promienny uśmiech. Zapewne jeszcze długo rozmawiałyby na kobiece tematy, jednak ktoś zapukał do drzwi.
~*~
                Stanął na środku kuchni. Uderzył dłońmi o stół z taką siłą, że drewno pękło na pół i z głośnym hukiem uderzyło o podłogę.
 –Dlaczego? Co się ze mną dzieje? Jak mogłem zachować się tak nieprofesjonalnie? Ta dziewczyna. Kim ona jest? Nie mogę pozbyć się tego uczucia. Jest taka nieodpowiedzialna, tak bagatelizować swoje zdrowie. Czy ona nie rozumie, jak bardzo jest słaba? Ludzkie życie jest takie kruche. Nawet drobina ziemi wewnątrz małego skaleczenia może sprawić, że umrze. Nieodpowiedzialne dziecko! Elizabeth, co ona sobie wyobraża? Nie jestem w stanie obronić jej przed wszystkim, czemu nie potrafi tego zrozumieć? Nie mogę obronić jej przed wszystkim… Dlaczego nie mogę tego zrobić? Nie może odejść przed czasem, nie mogę na to pozwolić. – Spuścił głowę i mocno zacisnął powieki. Zobaczył drobne dziewczęce ciało w obdartych, zakrwawionych ubraniach. Dziewczynka leżała skulona na kamiennej podłodze. Plama krwi wokół niej powoli stawała się coraz większa. Zapach jej słodkiej krwi. Chwycił ją w ramiona i delikatnie uniósł jej głowę. Była prawie nieprzytomna, spoglądała na niego zamglonym wzrokiem.
– Zabiłeś ich… – wykrztusiła z siebie z trudem. Jej, sine z zimna usta, wygięły się w ledwie widoczny uśmiech. – Dziękuję.
To wtedy cię poznałem. Wtedy po raz pierwszy zabiłem w twoim imieniu. Obiecałaś mi swoją duszę, a ja oddałem ci swoją moc. Tego dnia przysięgałem bronić cię za wszelką cenę, dopóki nie spełnisz swojego marzenia o zemście. Niewinne, kruche stworzenie o czystej duszy, przepełnione niewyobrażalnym bólem i wściekłością. Jej chęć zemsty, niemal silniejsza niż chęć życia. Ledwo żywa, na granicy śmierci. Myślała tylko o tym, by ich zniszczyć. Wtedy zrozumiałem, że jest wyjątkowa. Po raz kolejny znalazłem duszę, nie… Człowieka, dla którego warto było się poświęcić. A teraz, ten człowiek słabnie w oczach, a ja nie mogę nic z tym zrobić. Czegoś mi nie mówi, ukrywa, co się z nią dzieje. Idiotka! Jeśli nie powie mi prawdy, może być za późno. Nie mogę Cię bronić, jeśli nie znam zagrożenia, Lizzy… Panienko .
– Panie Sebastianie? – Pokojówka weszła do kuchni. Usłyszała hałas i chciał sprawdzić, co go spowodowało. Ciemna aura otaczająca lokaja wzbudziła w niej strach. Nie odpowiedział jej, jedynie spojrzał na nią groźnie przez ramię. Po jej plecach przebiegły ciarki. Powoli wycofała się z kuchni.
– Jeanny, to ty rozwaliłaś kuchnię? Myślałem, że to Thomas – zachichotał brunet, który zjawił się na miejscu, zaintrygowany hałasem.
– Tai… Nie wchodź tam. Pan Sebastian jest strasznie zły.
– No co ty. – Machnął na nią ręką i odważnie wszedł do środka. Popatrzył na stojącego ze spuszczoną głową demona i wzruszył ramionami.
– Nie podobał się panu ten stół? – zapytał ironicznie. W odpowiedzi otrzymał uderzenie zimnym garnkiem w czubek głowy.
– Posprzątajcie tu! – warknął lokaj i wyszedł. Potrzebował samotności. W takim stanie nie mógł normalnie funkcjonować. Przez to wszystko był rozkojarzony i słaby.
~*~
– Lizzy, obiecałaś, że się dzisiaj pobawimy… – Pięciolatek wszedł do pokoju księżniczki.
– W co chcesz się bawić? – zapytała.
– W chowanego.
– Tomoko też może się z nami bawić?
– Tak, ale wy szukacie! – odpowiedział i pobiegł się schować.
– Mi to nawet na rękę. Tomoko, kiedy wyjeżdżasz? – mruknęła czerwonowłosa. Wiedziała, że prędzej, czy później ta chwila nadejdzie, wolała więc wiedzieć już teraz.
– Byłam ciekawa, kiedy zapytasz. Dziś wieczorem jadę do posiadłości w Londynie. Ale zostanę jakiś czas – wytłumaczyła jej.
– Czyli będziemy się częściej widywać. – Hrabianka radośnie klasnęła w dłonie. Obie od dawna marzyły o takiej szansie. O perspektywie spotykania się częściej niż raz na kilka lat. Chociaż jeden krok bliżej do spełnienia ich wspólnego marzenia i wspólnym zamieszkaniu.
– Będę miała mnóstwo roboty, ale… Oczywiście, że tak!
– Dobra, chodźmy szukać Tommiego!
~*~
Chłopiec wyszedł z pokoju księżniczki i zbiegł po schodach. Zastanawiał się, gdzie powinien się schować, by żadna z dziewczyn go nie znalazła. Biegł korytarzem przed siebie, aż dotarł do części prowadzącej do pokojów służby. W jego małej, rezolutnej głowie pojawił się wspaniały pomysł.
Zapukał do pokoju, koło którego stał. Nie usłyszał odpowiedzi, ale nie przeszkodziło mu to w bezceremonialnym wkroczeniu do środka. Delikatnie zamknął za sobą drzwi. Gdy się odwrócił, przerażony zorientował się, że ktoś jednak był wewnątrz. Mężczyzna popatrzył na niego, oczekując wyjaśnień. Maluch cofnął się do tył i oparł plecami o framugę.
– Eee… Ano, mogę się tutaj schować? Bawimy się w chowanego… - zapytał odważnie.
– Oczywiście paniczu Timmy, proszę – uprzejmie odpowiedział lokaj. Wymusił uśmiech i lekko skinął głową, zapraszając go do środka ruchem ręki.
– Dziękuję! Lizzy na pewno mnie tu nie znajdzie! – ucieszył się i wśliznął pod łóżko.
– Muszę wracać do pracy, ale proszę się rozgościć – Dodał demon i po chwili opuścił swoje sanktuarium.
Jeśli zaraz nie wezmę się do pracy, będę miał straszne opóźnienie – pomyślał, spoglądając na wskazówki kieszonkowego zegarka. Za wszelką cenę chciał uniknąć spotkania ze swoją panią. Wciąż zmagał się z myślami. Nie chciał ryzykować, że znów zachowa się tak niestosownie, jednak opatrzność była przeciwko niemu. Zbliżając się do głównego holu, usłyszał jej rozmowę.
– Tomoko, znalazłaś go? – krzyknęła do japonki, stojącej wewnątrz pokoju niedaleko niej.
– Nie, tu też go nie ma. Wychyl się, może czai się w korytarzu – zaproponowała.
– Juuuuż! – Elizabeth podeszła do barierki i gwałtownym ruchem przechyliła swoje ciało na drugą stronę. Do podłogi było dobrych kilka metrów. Bezpieczniej byłoby zejść po schodach, ale wtedy dałaby chłopcu szansę na ucieczkę. Rozejrzała się, jednak nikogo nie dostrzegła. Spróbowała się cofnąć, ale nagłe osłabienie, które przeszyło jej mięśnie, spowodowało, że rozluźniła uchwyt. Całe jej ciało przekoziołkowało przez zabezpieczenie. Spadała. Mocno zacisnęła powieki. Przerażony krzyk przyjaciółki odbijał się echem w jej głowie, w rytm przyspieszonego bicia serca. Poczuła uderzenie, delikatne, amortyzujące. Otworzyła oczy i spojrzała ze złośliwym uśmiechem na jego bladą twarz.
– Pogrywasz ze mną, demonie? – powiedziała cicho. – Było blisko.
– Najmocniej przepraszam. Nie spodziewałem się, że postanowi panienka skakać z balkonu. To było bardzo nierozsądne i straszliwie nie na miejscu – odparował jej atak w grze złośliwości, którą rozpoczęła. Przez chwilę zdawać się mogło, że znów jest między nimi normalnie. Idealnie dopracowane pozory wyglądały tak realistycznie, że żadne z nich nie zdawało sobie sprawy z tego, co tak naprawdę czuje drugie. Postawił ją na podłodze i uśmiechnął się serdecznie.
– Łał, Sebastian! To było niesamowite! – ekscytowała się ciemnowłosa.
Zbiegła po schodach patrząc na niego maślanymi oczami, po czym dokładnie obejrzała przyjaciółkę ze wszystkich stron.
– Dziękuję – odpowiedział dumnie, delikatnie pochylając głowę. – A teraz najmocniej przepraszam, ale muszę wracać do pracy. – Pokłonił się i czym prędzej wyszedł. Mało brakowało. Odtworzył w myślach to, co się przed chwilą wydarzyło. Po raz kolejny zawiódł przez kłębiące się w nim uczucia. Gdyby nie krzyk księżniczki, to mogłoby się skończyć tragicznie. Wiedział, że musi skończyć z tymi idiotycznymi, wewnętrznymi rozterkami.
– Na pewno nic ci nie jest?
– Wszystko w porządku, pytasz czwarty raz… -– Hrabianka zaczęła się irytować.
– Bo się o ciebie martwię. To był istny cud, że cię złapał. W ostatniej chwili! Pomyśl, co by się stało, gdyby go tu nie było.
– Już od dawna byłabym martwa… – mruknęła pod nosem.
– Co?
– Nic takiego. Szukajmy lepiej Timmyego!
~*~
– Timmy, wyłaź! Poddajemy się! – Zmęczone kilkugodzinnymi poszukiwaniami chłopca, dziewczyny postanowiły przyznać mu zwycięstwo. Obeszły całą posiadłość wzdłuż i wszerz, zaglądały w najdrobniejsze zakamarki, jednak nigdzie nie mogły go znaleźć. Weszły do pokoju zabaw i rozsiadły się na fotelach.
– Gdzie on jest, przecież byłyśmy wszędzie?
– Nie wiem, ale jestem strasznie zmęczona. Napisałbym się czegoś – jęknęła ciemnowłosa, rozciągając się na siedzisku.
– Pociągnij za to dwa razy – poleciła jej Elizabeth, wskazując palcem gruby, pozłacany sznur wiszący przy oknie. Tomoko, odchyliła się i zadowolona, że nie musi wstawać, szarpnęła zgodnie z instrukcją.
– Zaraz tu przyjdzie… – burknęła pod nosem.
– Nie wyglądasz na zadowoloną.
– No i nie jestem – szepnęła.
– Zachowuj się naturalnie, tak jak wcześniej – zaproponowała jej japonka. Sama również musiała grać. Zarówno przed nią jak i przed nim. Było coś, o czym musiała zdecydować, co musiała najpierw przemyśleć. Nie dawała tego po sobie poznać – czasami to było najlepsze wyjście.
– Wiem.
                Sebastian z uroczym uśmiechem na rozpromienionej twarzy wszedł do pokoju, pchając przed sobą wózek z zastawą do herbaty.
– Przygotowałem Ceylon, który panienka ostatnio zamówiła, właśnie dotarł – wyjaśnił, podając nastolatkom filiżanki.
Wyglądał i zachowywał się naturalnie. Żaden jego gest, nawet najdrobniejszy, nie zdradzał jego emocji. Był idealny, jak zwykle. Czerwonowłosa poczuła irytację. Zazdrościła mu, że potrafił przejść do porządku dziennego, zignorować to, co wydarzyło się rano. Nie rozmyślać, nie czuć nic, być zupełnie obojętnym. Jego uśmiech wydał jej się jeszcze bardziej pusty niż zazwyczaj.
Czasem zachowuje się jak pełen uczuć porywczy człowiek, a czasem… Jest tak spokojny, opanowany, jakby nie czuł nic. Jakby to wszystko nie miało dla niego żadnego znaczenia. O co mu tak naprawdę chodzi? Cholerny demon, pewnie znów tylko ze mną pogrywa – pomyślała, nieznacznie wykrzywiając usta.
 Życzy sobie panienka czegoś jeszcze? – zapytał.
– Nie –prychnęła pod nosem. Mężczyzna pokłonił się i wyszedł. Zmierzając do kuchni czuł ulgę. Udało mu się zachować kamienną twarz. Postanowił wciąż brnąć w zaprzeczenie tak długo, aż nie stanie się ono prawdą.
A jeśli nie przestanę się tak czuć? Niesforne myśli znów wprowadziły chaos do jego głowy.
 Jedynym światełkiem w tym tunelu niezrozumiałych bodźców był ten drobny sukces. Nie zauważyła, nie dostrzegła jego prawdziwej twarz. Jak wszyscy inni, dostrzegła jedynie maskę. Gdyby było inaczej, nie dałaby mu spokoju. Wciąż wtykałaby mu kłamstwo, szydziła z niego. „Upadłeś do poziomu ludzkiego plugastwa?” – Pewnie tak by powiedziała. Wystarczyło, że sam zaczynał myśleć o sobie w ten sposób.
– Lizzy! Nie znalazłyście mnie! – Piskliwy głos chłopca przerwał panująca w pokoju gier ciszę. Minął stol do bilardu i wdrapał się na kolana kuzynki. Westchnęła i popatrzyła na niego przebiegle.
– Gdzie ty się schowałeś?
– Właśnie mały, szukałyśmy wszędzie!
– Nieprawda. Nie byłyście w pokoju Sebastiana. – Zmarszczył brwi. – Byłem tam przez cały czas.
– W pokoju Sebastiana?! – Krzyknęły równocześnie
. Spojrzały na siebie zawstydzone i wybuchły śmiechem. Hrabianka pogłaskała blondyna po głowie.  Jak mogłam na to nie wpaść?
– Jesteś mistrzem chowanego!
– Tak! – Zeskoczył z jej nóg i zaczął biegać po pokoju, wymachując rękami i radośnie pokrzykując.
Poprawiał jej humor. Szczery śmiech niewinnego dziecka przywoływał dobre czasu. Była wdzięczna za możliwość uszczęśliwiania go. Tak mało było trzeba, by na jego twarzy gościł uśmiech. Potężna dusza w malutkim ciele. Nie ważne, co mówił demon. Dla niej, dusza chłopca, który kochał ją bezwarunkowo była idealna i wartościowa. Darzyła go uczuciem, a ich wzajemna miłość, była jedną z tych rzeczy, które oświetlały jej drogę w chwilach mroku, gdy czuła, że się gubi, że traci to, kim była.





======================
Nie liczyłam ile mi tam wyszło dzisiaj stron, ale zdaje się, że trochę więcej niż zwykle. Wkręciłam się w korektę to poprawiałam. Nic więcej nie piszę, bo jeszcze nie doszłam do perfekcji, i ominięcie jednej nocy tygodniowo, wciąż stanowi problem. Szczególnie jak mam się wysłowić. 
Ja się jąkam jak jestem śpiąca! To straszne.
Miłej lektury. Zapraszam do zostawiania komentarzy :)

poniedziałek, 1 grudnia 2014

XVII

– Wybacz moją zuchwałość, ale nie mogę pozwolić, żebyś się przeziębiła. – Przeprosił i przycisnął ją do siebie. Serce dziewczyny zaczęło walić jak szalone. W jego objęciach poczuła, że nie potrzebuje niczego więcej, była upojona jego zapachem i dotykiem. Bezskutecznie próbowała uspokoić oddech. Podniosła głowę i spojrzała w jego piękne, błyszczące oczy. Nim się zorientował, pocałowała go. Odwzajemnił jej gest i delikatnie dotknął dłonią jej policzka.
– Sebastian… - jęknęła po chwili.
– Słucham? – zapytał jedwabistym głosem, spoglądając na nią z przymrużonymi oczami. Chciała znów zatracić się w pocałunku, jednak wiedziała, nie może sobie na to pozwolić. Zebrała się w sobie, by dokończyć myśl.
– Dziękuję, że zgodziłeś się ze mną spotkać.
– Właściwie, to wcale się nie zgodziłem – odparł.
Poczuła zimne ukłucie w sercu.
– To był rozkaz panienki Elizabeth, jednak cieszę się, że kazała mi się z tobą spotkać – Dodał, przytulając ją do siebie. Pachniała słodkimi perfumami, roztaczając wokół siebie aurę niewinności. Chociaż tak dobrze rozumiała się z Lizz, jej dusza była zupełnie inna. Niedoświadczona, czysta, piękna i słaba.
– Powinniśmy wracać – podniósł się, trzymając dziewczynę w ramionach. Wtuliła się w niego i kiwnęła głową. Gdy wsiedli do powozu, Sebastian wyciągnął zegarek. Była już prawie północ.
– Jest aż tak późno? – zapytała, zauważywszy jego zafrasowaną minę.
– Już prawie północ. Panienka Elizabeth nie będzie zadowolona – dodał poważnym tonem.
– Masz rację… - odpowiedziała. W jej głosie słychać było zrezygnowanie.
Chodź spędziliśmy razem tyle czasu, on wciąż myśli tylko o LIzzy… - odezwał się zazdrosny szept w jej głowie. – Nie. Nie mogę się tak zachowywać. Przecież Lizzy jest jego panią. To normalne, że o niej myśli. – Pokręciła głową, odganiając od siebie złośliwy głos.
~*~
- Panienko, co tutaj robisz? – zapytał zdziwiony Tai, gdy dziewczyna weszła do służbowego pomieszczenia za kuchnią.
Dochodziła jedenasta wieczorem. Odkąd dwie godziny wcześniej położyła kuzyna spać ,nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Snuła się jak cień po ciemnych korytarzach. Jeanny zapaliła wprawdzie świece, ale zrobiła to tak nieumiejętnie, że większość z nich zgasła zanim zaczął ściekać po nich wosk. Kolacja przygotowana przez Thomasa była przypalona i smakowała jak węgiel. Ponadto pustka, którą poczuła, gdy przyjaciółka odjechała z jej służącym, nieznośnie towarzyszyła jej przez cały czas, nie dając o sobie zapomnieć. Zastanawiała się, co robią, dokąd pojechali i czy dobrze się bawią. Sama też chętnie wybrałaby się gdzieś dla przyjemności. Nie pamiętała już, kiedy wybrała się do miasta dla siebie. Gorące źródła wciąż ją kusiły, ale kilkugodzinne wyjście gdziekolwiek byłoby miłe. Tylko, z kim miałaby iść? Ze swoim narzeczonym – wiecznym utrapieniem, z kilkuletnim kuzynem? Westchnęła głęboko i usiadła przy stoliku między pracownikami.
– Nudzę się. Gracie w karty, mogę zagrać?
– Oczywiście, zaparzę herbatę – powiedział pełen entuzjazmu kucharz.
– Dziękuję. O której się kładziecie?
– Za godzinę.
– Dobrze – odparła. Miała nadzieję, że do tego czasu Tomoko już wróci i opowie jej wszystko z najdrobniejszymi szczegółami.
– Gdzie jest pan Sebastian? – zapytała Jeanny.
– Pojechał z księżniczką do miasta – odpowiedziała sucho, lekko się krzywiąc.
– Na randkęęęęę?! – jęknęła podekscytowana pokojówka.
– Tak. – Krótka, stanowcza odpowiedź, mimo emocji, jakie wzbudziła w całej trójce powstrzymała służących od ich okazania, czy zadawania kolejnych pytań. – Grajmy już.
                Nadzieje dziewczyny nie ziściły się. Było już wpół do dwunastej. Służba podziękowała jej za miłą grę – pozwoliła im wygrać w karty niezłą sumę pieniędzy przez swoje zamyślenie – i rozeszła się do swoich pokojów. Tylko ona nie poszła spać… Została sama w wielkiej, pustej posiadłości. Próby czytania książek spełzły na niczym, nie potrafiła się skupić, w dodatku nie mogła znaleźć tej, która zainteresowała ją poprzednio – chciała spisać autora i kupić inny, kompletny, egzemplarz.
Zazwyczaj, gdy nie mogła spać, wzywała kamerdynera, by pod pretekstem herbaty mogła z nim porozmawiać, obojętnie o czym, do czasu aż nie poczuje się znowu senna. Teraz nie miała nikogo, z kim mogłaby porozmawiać. Nie przebrała się nawet w nocną koszulę, bo czuła, że nie da rady zasnąć, dopóki nie wrócą.
Może coś się stało? – pomyślała, jednak po chwili uderzyła się w głowę wewnętrzną częścią dłoni. – Przecież przy nim nic jej nie grozi.
Nie mogła znieść tego denerwującego uczucia, świadomości, że czegoś brakuje. Przypominało jej tamten dzień. Wtedy też włóczyła się samotnie, bez celu, po tych samych korytarzach. Dlaczego właśnie teraz sobie o tym przypomniała? Znużona bezczynnością, założyła na siebie szlafrok i wyszła na dach. Usiadła na jego skraju. Jedną nogę podciągnęła pod brodę, drugą luźno spuściła w dół. Gdyby nagle straciła równowagę, spadłaby. Spojrzała w dół.
Wysoko. Gdybym zaczęła spadać, nikt by mnie nie uratował.
– Czym się tak martwisz? – Usłyszała niewyraźny głos, dobiegający od strony okna jej sypialni. Z tego samego miejsca, gdzie słyszała go ostatnio.
– Martwię się? – szepnęła pod nosem. Rozejrzała się i dostrzegła ciemną, rozmazaną sylwetkę.
– Boisz się, że cię opuści? – zapytała postać opiekuńczym tonem.
– Opuści mnie, kto? – zdziwiła się hrabianka. Ciemny byt zaczął zbliżać się do niej. Nie widziała jego twarzy, jedynie zarys długowłosej, szczupłej sylwetki.
– Boisz się, że odwróci się od ciebie?
– Sebastian? – zapytała sama siebie. Postać stanęła tuż przed nią. Wtedy zdała sobie sprawę, że poza błyszczącymi oczami, była tylko czarną materią, nieposiadającą jednostajnego kształtu, jak duch. – On nigdy mnie nie zdradzi.
– Jesteś tego pewna?
– Zawsze będzie ze mną. Dopóki się nie zemszczę – odpowiedziała. Brzmiała jak zahipnotyzowana. Jej oczy straciły wyraz. Towarzyszące jej uczucie, jakby była gdzieś inaczej, obok swojego ciała, obok swoich emocji, przerażało ją. Nie próbowała jednak się z niego wyrwać, zatapiała się w tym dziwnym stanie coraz głębiej i głębiej.
– A potem?
– Potem odwdzięczę mu się. Oddam mu duszę.
– Chcesz oddać duszę demonowi? – Głos nabierał coraz bardziej złowrogiej barwy.
– Oczywiście. Zasługuje na nią. Chcę dać mu to, na co czeka. Chcę na zawsze stać się jego częścią.
Postać zamachnęła się i uderzyła dziewczynę w twarz. Czerwonowłosa dotknęła opuszkami palców szczypiącego policzka i spojrzała na ciemność oczami pozbawionymi wyrazu.
– Nie musisz tego rozumieć.
– Masz rację! I nie rozumiem. Ale przysięgam ci, on będzie mój! Już prawie jest mój! – krzyczał byt.
Jego głos deformował się z każdą chwilą. Sylwetka zaczęła się trząść, jakby umykała z niej siła, która pozwalała materii trzymać się w zwartej postaci. Hrabianka uwolniła się od rzuconego na nią uroku. Poczuła nagły, ostry ból karku. Dotknęła obolałego miejsca. Palący znak kontraktu oparzył jej dłoń. Zszokowana spojrzała na zaczerwienioną skórę na palcach. Gdy podniosła wzrok postaci już nie było.
– Co tu się stało? – zapytała sama siebie. Zegarek wskazywał kwadrans po północy. Próbowała sobie przypomnieć, co robiła przez cały ten czas, ale przed oczami miała jedynie ciemność. Jakby ktoś skradł jej prawię godzinę życia. Oparła głowę na kolanie i w oczekiwaniu na powrót przyjaciółki i lokaja, wpatrywała się w bramę wjazdową do rezydencji.
Siedzę tu jak skończona kretynka. Chciałabym, żeby już wrócili. Chcę ją o wszystko wypytać. Muszę dokładnie wiedzieć, co robili. Muszę się upewnić, że wybije go sobie z głowy. On należy do mnie! A kiedy się zemszczę zniknie. Co jej wtedy pozostanie? Straci nas oboje, nie mogę na to pozwolić – oszukiwała się w myślach. Tak naprawdę czekała z zupełnie z innego powodu, ale przyznanie się do tego, choćby przed samą sobą, było zbyt wstydliwe.
                Tuż przed drugą, odgłos końskich kopyt przerwał, panującą na terenie posiadłości Roseblack, głuchą ciszę. Hrabianka wychyliła się, by przyjrzeć się zadowolonej dwójce. Sebastian wysiadł jako pierwszy, by pomóc towarzyszce. Pierwszym, co rzuciło jej się w oczy czerwonowłosej, był jego garnitur, okrywający drobne ciało Tomoko. Po chwili, dostrzegła błogi uśmiech na jej twarzy i zrozumiała, że coś poszło nie tak. Poczuła przypływ złości, kiedy błyszczące z zadowolenia oczy demona przeszyły jej ciało.  
­                ­– Zobaczył mnie. Bardzo dobrze. Niech teraz tu przyjdzie i się wytłumaczy!
Podniosła się i zaczęła spacerować tam i z powrotem po krawędzi budynku. Gdy zniknęli jej z pola widzenia, wróciła się do pokoju. Powiesiła szlafrok na oparciu krzesła i usiadła na łóżku. Wielkodusznie, odczekała kilka minut, nim pociągnęła za złoty sznur, by wezwać do siebie demona. Po chwili rozległo się pukanie do drzwi.
– Wejdź.
– Przyniosłem herbatę. Dlaczego panienka jeszcze nie śpi? – zapytał, uśmiechając się życzliwie.
– Nie prosiłam o herbatę, ale niech ci będzie – warknęła. Chwyciła filiżankę w dłoń i popatrzyła na swoje odbicie w jej wnętrzu. Miała potargane włosy i zmęczony wyraz twarzy. Nie podobało jej się to, jak wyglądała.
– Opowiadaj, co narobiłeś. Strasznie długo was nie było, a ona wydawała się zadowolona. Nie wyraziłam się jasno? Zapomniałeś, co miałeś zrobić? – Zbombardowała go pytaniami.
– Schlebia mi, że czekała panienka na mój powrót – uśmiechnął się złośliwie. – Wyraziła się panienka wystarczająco jasno. Zrobiłem dokładnie to, o co poprosiłaś. Byłem dla niej bardzo gościnny, by czuła się komfortowo, oraz byłem sobą. Wszystko zgodnie z panienki instrukcją – wyjaśnił dumny ze swojej przebiegłości.
– Ty idioto! – wrzasnęła na niego.
– Czy coś nie tak? – Udawał, że nie rozumie, powstrzymując rozbawienie.
– Miałeś ją do siebie zrazić, o to mi chodziło… Co narobiłeś? – zapytała spokojniej.
– Robiłem wszystko, by księżniczka czuła się dobrze, zgodnie z rozkazem.
– To nieco zbyt ogólne wyjaśnienie, nie uważasz? – Czerwonowłosa wbiła wzrok w filiżankę.
 Sebastian widział doskonale smutek malujący się na jej twarzy. Wydawało mu się jednak, że będzie odczuwał z tego powodu większą frajdę. Widok przybitej twarzy jego pani, wzbudziła w nim poczucie winy. Co się ze mną dzieje? Bezskutecznie próbował zrozumieć swoje uczucia.
– Byliśmy w parku. W tym, do którego chodziłyście we dwie – odpowiedział, unikając szczegółów. Cała satysfakcja z przeinaczenia rozkazu momentalnie ulotniła się, pozostawiając w nim nieprzyjemny chłód. Nie chciał zdradzać jej szczegółów, zasmuciłyby ją jeszcze bardziej, a on z jakiegoś powodu nie chciał, by tak się stało.
– Cały ten czas? Co robiliście?
– Głównie rozmawialiśmy.
– A poza tym „głównie”? – Nie chciała odpuścić.
Demon wiedział, że nie może skłamać. Tego od niego zażądała, gdy zawarli pakt. Sam także brzydził się kłamstwem. Nie miał nic przeciwko manipulacji, jednak oszukiwanie jego pani, nawet bez zakazu, uważał za uwłaczające. Teraz jednak stał przed decyzją. Mógł ją oszukać i sprawić, by nigdy nie dowiedziała się prawdy lub wyznać ją, wzbudzając w dziewczynie złość i zawód. Ostatecznie zdecydował się na prawdę, zgodnie ze swoim obowiązkiem.
– Całowaliśmy się – powiedział niepewnie.
– Że co?! – krzyknęła zszokowana. – Ekh, ekh. Sebastian! Ekh, ekh, jak ja to teraz odkręcę? Ona nie może się w tobie zakochać. Ekh, nie pozwolę, żeby tak cierpiała! – Jej przerywany kaszlem krzyk, brzmiał jak rozpaczliwe błaganie o pomoc.
– Panienko, co się dzieje? – Podbiegł do niej i delikatnie objął.
– Rozstaw mnie, ekh. – Odepchnęła go. – Nic mi nie jest.
– Twój kaszel, jesteś chora?
– Czuję się dobrze. Ekh, ekh, nie wiem, skąd to się wzięło. Poza tym, nie zmieniaj tematu. Przez ciebie muszę znaleźć teraz inny sposób.
– Wybacz, widocznie nie wyraziłaś się jednak dostatecznie jasno.
– Wiem. Mogłam się tego po tobie spodziewać… - powiedziała z trudem, patrząc na niego rozwścieczonym wzrokiem.
Kaszel stał się tak intensywny, że nie była w stanie powiedzieć już nic więcej. Zakryła usta dłońmi. Gdy wreszcie udało jej się wziąć kilka normalnych oddechów, zobaczyła plamy krwi. Nie chciała, by demon je dostrzegł, chciała już pozbyć się go z pokoju. On jednak od razu wyczuł metaliczny zapach.
– Panienko… – Spojrzał na czerwone ślady i zmartwił się. –Z samego rana wezwę lekarza.
– Niech będzie. A teraz idź już. Masz sporo roboty – odprawiła go.
– Yes, my lady. Dobrej nocy. –Pokłonił się i wyszedł z pokoju.
                Ogarniała ją niesamowita wściekłość. Nie tego od niego wymagała. Miał zniechęcić księżniczkę, a zrobił coś zupełnie odwrotnego. Nie wiedziała, czy bardziej złości się na niego, czy na siebie. Był demonem, obłudnym potworem – nic dziwnego, że z nią pogrywał. Powinna o tym wiedzieć, wyrazić się dokładnie, by mieć pewność, że zrobi to, czego oczekiwała. Dlaczego tego nie zrobiła? Co ją tak rozkojarzyło? Miała ochotę pójść za nim i rozszarpać go na strzępy, ale leżąc w łóżku poczuła się niesamowicie senna. Teraz, gdy już mogła spokojnie zasnąć, gdy wszystko było tak, jak być powinno – o ile można tak było nazwać jego karygodne zachowanie – nie miała siły walczyć ze zmęczeniem.
– Lekarza… Przecież powiedziałam mu, że nic mi nie jest – szepnęła pod nosem i zamknęła oczy.
                Szedł w stronę kuchni, by rozpocząć przygotowania do kolejnego dnia. W jego głowie kłębiły się miliony myśli.
Co się ze mną dzieje? Co to za uczucie? Była tak niesamowicie przygnębiona, nie mogłem na to patrzeć. Może trzeba było zrobić to, czego chciała? Moja pani zawiodła się na mnie. Dlaczego tak bardzo mnie to boli? Pragnę tam wrócić, objąć ją i naprawić swój błąd, zabrać jej ból.
– O czym ja myślę? – szepnął sam do siebie. Jego własne myśli zaczęły go przerastać. Nie były to uczucia demona, którym dotąd był, były zbyt… ludzkie.
Zatrzymał się koło pokoju księżniczki. Przypomniał sobie jej drobne ciało wtulone w jego pierś, gładkie usta, tak łapczywie spijające pocałunki. Jednak przed jego oczami nie ukazała się japońska, ciemnowłosa postać. Zamiast niej, trzymał w objęciach niebieskooką hrabiankę w białej, nocnej koszuli. Patrzyła na niego wzrokiem, który przeszył jego ciało chłodem. Chwycił się za głowę i upadł na kolana. Co się ze mną dzieje?!
~*~
                Spokojną noc przeszył krzyk, dobiegający z pokoju jego pani. Natychmiast pobiegł tam i energicznie otworzył drzwi. Dostrzegł skuloną na podłodze dziewczynę, drżącą ze strachu.
– Co się stało? – Podskoczył do niej i położył dłoń na jej plecach. Popatrzyła na niego przez łzy i mocno chwyciła jego ramię, wtulając się w nie. Po chwili, gdy przestała się trząść i uspokoiła oddech, odepchnęła go od siebie. Jej zachowanie sprawiło, że poczuł ukłucie w sercu.  
– Panienko?
– Nie mam ochoty z tobą o tym rozmawiać – powiedziała, patrząc na niego z wrogością. – Właściwie, nie mam ochoty w ogóle z tobą rozmawiać. Wynoś się! – rozkazała. Mężczyzna skinął posłusznie głową i wyszedł. Stanął tuż przed jej drzwiami i wsłuchiwał się w odgłosy po drugiej stronie. Jej przyspieszony puls, ciężkie kroki.
jestem twoim mieczem i twoja tarczą. Pragnę cię bronić, nie pozwolę ci cierpieć. Zrobię dla ciebie wszystko. Możesz nie chcieć mnie widzieć, ale będę tuż przy tobie, gdy znów będziesz mnie potrzebować.
Nie dbał już o to, czy ego myśli są dobre, czy złe. Nie mógł zmienić tego, co się z nim działo. Widok łez w jej oczach, niemal nigdy tego nie widział. Obiecał sobie, że nie odejdzie stąd aż do rana, przypilnuje jej spokojnego snu. Uczucia, które pojawiły się w nim tak nagle. Coś, czego nigdy dotąd nie doświadczał. Dlaczego teraz? Co się zmieniło? Nie potrafił odpowiedzieć na te pytania, może nawet nie chciał. Nie był w stanie niepokoić się o siebie, gdy zaledwie kilka metrów od niego cierpiała jego panienka.
~*~
                Kiedy ludzie mają problem, którego nie potrafią rozwiązać od razu, kładą się spać. Dają odpocząć swojemu ciału i umysłowi, by zebrać siły na walkę z nim kolejnego dnia. Chociaż w snach nawiedzają ich koszmary i dalekie jest to od wypoczynku, dzięki tym nieprzyjemnym marom, często znajdują wyjście.
Sebastian pozbawiony był tego luksusu. Konieczność… Potrzeba ochraniania życia wątłej, samotnej dziewczyny była zbyt silna, by choć na chwilę mógł zrobić sobie przerwę. Każdą sekundę każdego dnia, odkąd zawarli pakt, spędzał na zapewnianiu jej wygód i bezpieczeństwa. Nawet, gdy pozornie był daleko od niej, każdy jego zmysł wytężony do granic, poszukiwał jej. Zawsze wiedział, co się z nią dzieje. Łączący ich kontrakt zjednał ich nie tylko umową. Dzięki niemu był w stanie odnaleźć ją, gdziekolwiek by się nie znajdowała, znał grożące jej niebezpieczeństwo i wiedział, kiedy i jak powinien zareagować. Mogła poprosić go o wiele rzeczy, zażądać, by sam znalazł ludzi odpowiedzialnych za jej cierpienie i pozbył się ich. Mogła prosić o szczęśliwe życie, nieobciążone przerażającymi wspomnieniami, jednak ona pragnęła, by przy niej został. Samotna dziewczynka, która straciła rodziców i przeżyła coś, co nawet jemu wydawało się zbyt okrutne dla tak delikatnej istoty. Ludzie tak bardzo boją się demonów, a nie zdają sobie sprawy z tego, że są od nich gorsi. Gdyby tym nędznym istotom dać siłę, którą dysponował on sam, świat skończyłby się w ciągu kilku tygodni. Przerażone dziecko umazane krwią, które spojrzało na niego wielkimi, zapłakanymi oczami, ukazującymi mu kipiącą ze wściekłości duszę. Nie chciała się do tego przyznać, ale nie tylko chęć wymierzenia sprawiedliwości własnymi rękami zaważyła na jej decyzji. Potrzebowała go. Potrzebowała kogoś, w kim znajdzie oparcie. Wypaczony dziecięcy umysł, który zdolny był zaufać demonowi. Stojąc pod jej drzwiami wspominał tamten dzień. Zaczął dostrzegać zmiany, które zachodziły nie tylko w niej, ale również w nim. Zmiany, których wcześniej nie próbował sobie nawet uświadomić. Zrozumiał, że opieka, którą ją darzył, chęć bronienia jej przed światem i spełnienia jej marzeń nie była już jedynie wynikiem kontraktu. Stała się również jego osobistą pobudką. On, demon Sebastian, pragnął jej szczęścia.
                Dziewczyna obudziła się, jednak sen nie dodał jej sił. Czuła się zupełnie pozbawiona energii. Wspomnienie nocnego incydentu wróciło do niej, gdy tylko pomyślała, by go wezwać. Czuła wstyd. Od dawna nie miała koszmarów. Myślała, że ten okres ma już za sobą, jednak powróciły. Nawet nie pamiętała, co wywołało w niej tak ogromny strach. Usiłowała sobie przypomnieć, ale wszystkie myśli wracały tylko do tej jednej chwili, gdy wbiegł do jej pokoju i zobaczył jej słabość. Nie powinien był wchodzić, nie powinien był tego widzieć. Przecież była silna, już go nie potrzebowała tak, jak kiedyś, nie była już dzieckiem, a jednak kurczowo trzymała się jego ramienia. Strach znikał, im dłużej go dotykała, co jeszcze bardziej ją złościło. Dlatego go odepchnęła, kazała mu odejść. Była zła na siebie, że wciąż, jak parę lat temu, odnajduje w nim ukojenie. Uważała, że to żałosne. Ze wszystkich istot na całym świecie, dla niej oparciem był demon, przed którym bogobojni ludzie chowali się w świątyniach. Myślała, że już go nie potrzebuje, nie w ten sposób, ale myliła się i to sprawiało jej ból.
W końcu zdecydowała się zadzwonić. Nie była głodna, ale miała ogromną ochotę na herbatę. Słysząc szczęk metalowego zamka drzwi, zestresowała się. Bała się spojrzeć mu w oczy, zobaczyć w nich odrazę i zawód. Nie tego oczekiwał po tylu latach, nie taką duszę chciał pożreć. Jego dźwięczny głos brzmiał ze zwyczajną dla niego uprzejmością, jakby nic się nie wydarzyło. Postawił przed nią stolik wypełniony jedzeniem i podał jej filiżankę herbaty. Wciąż nie mogła na niego spojrzeć, w milczeniu wpatrywała się w jedzenie. Słowa utkwiły jej w gardle i za nic nie mogła zebrać się na odwagę, by cokolwiek powiedzieć. Zauważył to. Dobrze wiedział, co czuła, nie wiedząc jednak, jak bardzo się myli. Chociaż nie powie jej tego, nie był rozczarowany, w pewien sposób cieszył się, że wciąż go potrzebuje.
                Dopiła herbatę i zjadła jedną słodka bułkę, po czym odsunęła od siebie stolik. Po śniadaniu powinien ją ubrać, jak robił to zawsze. Nie chciała jednak, by ją dotykał, nie teraz. Czuła, że tego nie zniesie.

– Idź już… – powiedziała słabym głosem. Lokaj zdjął stolik z łóżka i postawił go na wózek. Gdy wychodził, dziewczyna wstała i podeszła do swojej szafy. Za plecami usłyszał głuche uderzenie. Czerwonowłosa leżała na podłodze, ciężko oddychając. Natychmiast podbiegł do niej, wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka.

==========================
Codziennie dowiaduję się czegoś nowego. Dzisiaj w końcu zebrałam się w sobie, żeby zaznajomić się dokładnie z terminem "pauza dialogowa" i wszystkim, co go mniej lub bardziej dotyczy. Okazało się (no nie spodziewałabym się tego, naprawdę...), że źle tworzę dialogi, bo nie robię wcięcia. Mam więc do kolejnej poprawy 100 stron opowiadania. To nic, dam radę! Dzisiejsza notka została betowana, już według nowopoznanych zasad. Ciekawe za ile dni dowiem się, że wciąż coś jest nie tak. 
To chyba tyle na dziś. Postaram się jutro dodać kolejną notkę, późnym wieczorem - jeżeli się uda. Zachęcam do wyrażania swojej opinii w komentarzach, a także do polubienia mojego fanpagea: https://www.facebook.com/pages/Czarna-R%C3%B3%C5%BCa-Demona/881406151879010
oraz odwiedzenia nowego bloga: http://cojapacze-kuroshitsuji.blogspot.com

.