sobota, 20 grudnia 2014

XXIV

Z okazji początku przerwy świątecznej mam dla Was mały prezent - dłuższą notkę. 
Tak, wiem, nic wielkiego, na Gwiazdkę postaram się dodać coś naprawdę długiego, plus może jakiś bonus, jeżeli wena będzie łaskawa. :)
Zapraszam do czytania. Mam nadzieję, że będziecie zadowoleni. 


==================

Lokaj rozejrzał się dokładnie  po wnętrzu pomieszczenia. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało zwyczajnie jednak, kiedy się przyjrzał, zauważył dwie małe dziury, zakamuflowane w ścianach. Dyskretnie wskazał je czerwonowłosej. Natychmiast poderwała się z fotela.
– Dobrze, panie doktorze! – krzyknęła.
– Co ty wyprawiasz? – zdziwił się.
– Jeśli nas obserwują, to chyba ty powinieneś siedzieć na tym krześle? Trudno będzie się z tego wytłumaczyć. – Podeszła do szafki i zaczęła udawać, że robi na niej porządek, przeszukując kolejne szuflady w poszukiwaniu wskazówek.
                Do czasu obchodu zdążyła zajrzeć w każdy zakamarek, podczas gdy kamerdyner odprężał się w siedzisku, pomijając jej herbatę z błogim i jednocześnie złośliwym uśmiechem. Wyraz jego twarzy doprowadzał ją do szału. To on powinien wszystko sprawdzać, tym czasem najlepsze wylegiwał się za biurkiem, podczas gdy ona się męczyła. Bezczelność. Niestety dla dobra przykrywki musiała to znieść, w końcu to był jej własny, niezwykle idiotyczny, pomysł.
– Doktorze Michaelis? Już czas. Proszę udać się ze mną. – Do pokoju, bez ostrzeżenia wszedł ten sam lekarz, który przyprowadził ich do gabinetu.
Dopiero teraz dziewczyna zauważyła głęboką bliznę na jego prawym oku. Wcześniej było to niemożliwe, ponieważ burza kręconych, złotych włosów, zasłaniała praktycznie całą jego twarz. Jak na człowieka, którego niewątpliwie spotkało coś strasznego, zachowywał się dosyć beztrosko. Zbyt beztrosko, jego luźne podejście do manier zaczynało ją irytować, chociaż widziała go dopiero drugi raz. Nie była jedną z tych osób, które za najmniejsze uchylenia chciały ścinać ludziom głowy, jednak nie zapukanie przed wejściem do czyjegoś pokoju, wydawało się lekko przekraczać granice dobrego smaku.
– Oczywiście – odparł z niezwykłym zaangażowaniem, jakby przez cały ten czas nie mógł się tej chwili doczekać.
– Panią też proszę z nami, po drodze pokażę pani pokój pielęgniarek. Siostra przełożona przydzieli pani zadania – zwrócił się do zirytowanej dziewczyny, jednak w jego głosie nie było tej samej sympatii, którą obdarzył lokaja.
Wyczuła niechęć i ogromny dystans, który zdecydowanie nie pasował do lekkodusznego, młodego lekarza.
– Dziękuję – odpowiedziała równie chłodno.
                Mężczyzna zaprowadził ich do drzwi pomieszczenia pielęgniarskiego. Nie zawracając sobie głowy zbędnymi konwenansami, takimi jak przedstawienie nowej pracownicy, zostawił Elizabeth naprzeciwko otwartych drzwi i szybko pognał dalej, ciągnąc za sobą obiekt swojej ekscytacji. Dziewczyna niepewnie weszła do pomieszczenia. Oczy wszystkich zebranych przeszyły ją wrogimi spojrzeniami. Nie rozumiała skąd u nich taka niechęć. Czy to z powodu koloru jej włosów, czy po prostu nie podobało im się, że ktoś z zewnątrz będzie poniewierać się po ich szpitalu? Bez względu na to, o co chodziło, musiała skupić się na swojej misji, by jak najszybciej opuścić to przedziwne, śmierdzące miejsce.
                Niska, krępa kobieta podeszła do szlachcianki, przysuwając swoją twarz niebezpiecznie blisko niej, niemal dotykając jej nosa. Spojrzała prosto w jej błękitne oczy, pełnym pogardy wzrokiem.
– Nie myśl sobie, że będziesz traktowana szczególnie. To nie twój szpital i nie twoje wypaczone zasady. Tutaj wszyscy są równi i uczciwi wobec siebie – mówiła powoli, stanowczo.
Wzbudzała szacunek, a może raczej strach. Z ust śmierdziało jej czosnkiem. Czerwonowłosa zrobiła krok w tył, by nie wdychać nieprzyjemnego odoru.
– Pracujesz z Magdą. Zaczynacie za piętnaście minut – dodała pogardliwie i odwróciwszy się na pięcie, zniknęła w głębi pomieszczenia.
Zdziwiona nieprzeciętnie niemiłym przywitaniem, Lizz niepewnie próbowała wmieszać się w tłum, jednak nieprzychylne spojrzenia kobiet nie odstępowały jej ani na krok. Próbowała nawiązać z pielęgniarkami nić porozumienia, ale żadna nawet nie odpowiedziała na jej przywitanie. Zrezygnowana stanęła pod ścianą, naprzeciwko wiszącego nad drzwiami zegara, i wbiła wzrok w jego wskazówki. Oby chociaż w trakcie prac udało mi się czegoś dowiedzieć.
– Nie przejmuj się nimi. Do obiadu im przejdzie. – Melodyjny, uprzejmy głos dotarł do jej uszu.
Spojrzała na ciemnowłosą dziewczynę o wielkich, zielonych oczach. Wyglądała na niewiele starszą od niej.
– Nie wiem nawet, o co tak naprawdę im chodzi – burknęła pod nosem, spoglądając na jedyną osobę, która zechciała z nią porozmawiać.
– To nic takiego. One uwielbiają plotkować. Monitor widział cię w pokoju doktora Michaelisa, siedzącą w jego fotelu. Dopowiedziały sobie co trzeba i wyszło na to, że masz z nim romans i jedynie dlatego trzyma cię przy sobie – wyjaśniła brunetka, z niewiarygodną lekkością.
Czerwonowłosa patrzyła na nią z lekko otwartymi ustami. Wychodziło na to, że tego typu sytuacje były zupełną normą w tym miejscu, ale nie to ją zaciekawiło.
– Monitor? – zapytała po chwili.
Młoda pielęgniarka zerknęła w prawo, w stronę pełnej książek szafki. Stanęła tyłem do niej i odpowiedziała, konspiracyjnym szeptem:
– Cały budynek jest obserwowany przez tajemniczą osobę, lub kilka osób, nie wiadomo. Nazywamy to zjawisko „Monitorem”. Wie o wszystkim, co się tutaj dzieje, i według własnego uznania dzieli się informacjami z resztą szpitala.
– W jaki sposób?
– Zostawia kartki z maszynopisu w widocznych miejscach lub podrzuca je pojedynczym osobom, to zależy. Z reguły są to zwykłe plotki, które wzbudzają chwilowe oburzenie, ale czasami są to naprawdę poważne rzeczy. To właśnie Monitor wskazał policji trop w sprawie kradzieży leków z zeszłego roku – powiedziała nie kryjąc chwilowego przypływu uznania, co chwila oglądając się przez ramię. – Dlatego ludzie w obawie przed kompromitacją i skandalem zachowują się jak maszyny, unikają wszystkiego, co mogłoby przykuć uwagę, dokładnie uważając na każdy swój ruch, z nadzieją, że nie padną obiektem zainteresowania Monitora. Jednak niezbyt im to wychodzi – zaśmiała się głośniej. – Są też tacy, którzy w ogóle nie przejmują się tymi plotkami i żyją swoim życiem, ale to zdecydowana mniejszość.
– I ty do nich należysz?
– Masz rację. Niewiele mnie to obchodzi. Nie mam też nic do ukrycia. Po prostu jestem sobą. – Jej szczerość wydawała się podejrzana.
Hrabiance ciężko było uwierzyć w słowa zielonookiej, szczerość powoli stawała się luksusem bliskim wyginięcia, a ludzie, którzy ją posiadali – zagrożonym gatunkiem.
– Codziennie pojawia się kilka nowych informacji, więc nie martw się, do obiadu nikt już nie będzie pamiętał o twoim domniemanym romansie – dodała, klepiąc dziewczynę w ramię.
– Nie obchodzi mnie to, co o mnie myślą, długo tutaj nie zabawię – odpowiedziała, ostentacyjnie odsuwając się do niej, urażona samym domysłem, jakoby miała przejmować się czczym gadaniem znudzonych kobiet rządnych ekscesów. – Jak ten cały Monitor obserwuje wszystkich na raz? Przecież szpital jest ogromny.
– Nikt tego nie wie, ale ma swoje sposoby. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby kłamał. Wszystko co nam przekazuje jest prawdą, a jeśli czyjaś tajemnica lub pomyłka nie została od razu rozpowiedziana, to znaczy, że jest w tym jakiś cel.
– Rozumiem. Ktoś musi się nieźle bawić. – Nastolatka skrzyżowała ręce na piersi i zaczęła się zastanawiać. W takim razie, jeżeli uda nam się odkryć tożsamość tego kogoś, może  dowiemy się, kto zabija ludzi.
– W każdym razie, jestem Magda. – Brunetka wyciągnęła dłoń w jej stronę. – Będziemy dziś razem pracować.
– Tak – odpowiedziała wyrwana z przemyśleń i delikatnie uścisnęła jej rękę. – Lizzy .
 – przedstawiła się zażenowana.
~*~
– Doktorze Michaelis, co pan sądzi o naszej nowej metodzie? – Złotowłosy lekarz, emanujący ogromnym entuzjazmem, zaczął skakać wokół swojego nowego obiektu kultu.
Sebastian wiedział, że jego przykrywka była dobra i dawała mu wiele możliwości, by węszyć po szpitalu, ale uwielbienie, jakim darzyli go medycy było wręcz nienaturalne. Sama jego obecność wywoływała poruszenie wśród personelu.
– Bardzo pomysłowe wykorzystanie surowców, jestem pod wrażeniem – odpowiedział, siląc się na pochwałę, która w gruncie rzeczy była zbędna.
Nawet bez pochlebnych komentarzy byli w niego zapatrzeni i żadnemu nie przyszło do głowy, że nie jest prawdziwym lekarzem. Bawiła go ta prostota ludzkiego umysłu.
– Proszę dalej. To bardzo ciekawy przypadek rzadkich powikłań po zapaleniu płuc. Pacjent obecnie znajduje się w stanie śpiączki pooperacyjnej, jednak wciąż nie zdecydowaliśmy, co zrobić z nim dalej. Proszę spojrzeć. – Siwy mężczyzna z ciężkimi, grubymi szkłami na nosie, ordynator oddziału, podał demonowi wyniki badań oraz zdjęcia pacjenta.
Sebastian wziął je do ręki i zaczął przeglądać ze skupieniem, teatralnie poprawiając okulary. Trójka lekarzy patrzyła na niego, oczekując na decyzję. Nie miał zielonego pojęcia, co było temu człowiekowi – był wprawdzie niezwykle inteligentny i posiadał podstawowa wiedzę medyczną, ale dokładna znajomość biologii ludzkiego ciała nie była niezbędna kamerdynerowi, dlatego nigdy się w nią nie zagłębił. Czytając niezrozumiałe zapiski zdecydował, że będzie musiał to zmienić.
– Ciekawe… Doktorze Blake – zwrócił się do blondyna. – Jakie działania pan proponuje? – Wybrnął z sytuacji obronną ręką.
Tak jak się spodziewał, młody lekarz, upojony zaszczytem możliwości wystawienia swojej opinii przed znanym autorytetem, wpadł w słowotok. Pozostała dwójka zaczęła z nim polemizować, zupełnie zapominając, że pierwotnie oczekiwali opinii od kogoś zupełnie innego niż oni sami. Zadowolony z siebie, kamerdyner wykorzystał chwilę ich nieuwagi, by dokładnie rozejrzeć się po sali. Znów czuł, że ktoś go obserwuje, jednak tym razem nie wiedział skąd.
– Panowie, uspokójcie się – przerwał dyskusję, która powoli zaczynała się przeradzać w kłótnię, gdy uznał, że w tym miejscu nie dowie się niczego przydatnego.
– Blake, Tatcher, uspokójcie się! – krzyknął ordynator, ukrywając zażenowanie. – Chcecie zostać kolejną nowinką Monitora?
– Przepraszam
– Proszę o wybaczenie. – Uspokoili się, słysząc niejasny demonowi tytuł, chociaż blondyn wydawał się czuć pogardę do wspomnianego „Monitora”. To słowo wzbudziło zainteresowanie Sebastiana. Reakcja lekarzy wskazywała, że był kimś istotnym w ich szpitalnej społeczności.
– Więc, doktorze Michaelis, co powinniśmy zrobić z pacjentem? – Siwy mężczyzna powrócił do pierwotnego pytania.
– Uważam, że zaproponowana przez doktora Tatchera metoda powinna odnieść najlepszy skutek. – odrzekł pewny siebie.
Jego decyzja bazowała jedynie na wieku lekarzy i sposobie, w jaki odniósł się do niego szef oddziału. Wydawało mu się, że darzył go pewną dozą zaufania, dlatego poparcie jego opinii było bezpieczniejsze zarówno dla jego kamuflażu, jak i życia pacjenta.  
                Reszta obchodu wyglądała identycznie. Przy każdym przypadku, trójka podekscytowanych mężczyzn, bardziej niż na samym pacjencie, skupiała się na zaimponowaniu gościowi. Bawiło go to, a jednocześnie przerażało, jak łatwo było zmanipulować cały lekarski światek. Nie świadczyło to najlepiej o ich inteligencji, jak więc musiało się przekładać na zawodowe kompetencje? Nie chciał się nawet zastanawiać. Sama myśl o tym, że którykolwiek z tej, niewzbudzającej zbytniego zaufania, bandy, miałby dotykać gołymi rękami, rozpłatanego na operacyjnym stole, ciała jego pani, wzbudzała w nim odrazę. Obiecał sobie dbać o nią tak, by nigdy nie trafiła pod ten rzeźniczy nóż. Z zebranych przez niego informacji, niezbędnych do odpowiedniego odgrywania swojej roli, wynikało, że niewielki odsetek operacji zakańcza się całkowitym sukcesem – to jest, przeżyciem pacjenta. Za częściowy sukces uznawało naprawienie urazu, nawet jeśli pacjent nie dotrwał żywy do jego końca. Gdyby hrabianka straciła życie, oddała nie w pełni przygotowaną duszę z takiego powodu, nie mógłby sobie wybaczyć.
                Zupełnie inną, zastanawiającą go rzeczą było ciągłe uczucie, nie… Ciągła świadomość tego, że był obserwowany. W każdym pomieszczeniu ogromnego molocha, na każdym korytarzu, ktoś go śledził, jednak robił to tak zmyślnie, że nie potrafił go zidentyfikować. To sprawiało, że musiał uważać jeszcze bardziej niż zwykle na swoje ludzkie zachowania. Wiązało się to z koniecznością jedzenia, picia i udawanie zmęczenia czynnościami, które nie były w stanie pozbawić go energii. Myśl, że będzie musiał stać się jeszcze bardziej podobny do nich, niesamowicie go irytowała. Nie mógł się już doczekać końca dnia, powrotu do posiadłości i zrzucenia ludzkiej maski.
Gdy tylko obchód dobiegł końca, udał się do swojego tymczasowego gabinetu, zaczepiając po drodze jedną z pielęgniarek z prośbą, by przysłała do niego Lizz. Uprzejma kobieta, onieśmielona jego urodą, kiwnęła głową i pobiegła w głąb korytarza. Znużony obowiązkami, wszedł do pomieszczenia, usiadł w fotelu i wyciągnął się.
Na co dzień nie robię sobie przerw w środku dnia. Całkiem przyjemne uczucie. – Luźna myśl wywołała uśmiech na jego twarzy.
Udawanie prawdziwego człowieka, tym bardziej wysoko postawionego, miało także swoje dobre strony.
~*~
– Zaczniemy od rozdania leków pacjentom na tym piętrze. – Zielonooka pchała przed sobą wózek pełen kubeczków z kolorowymi tabletkami w środku. – Jesteś strasznie spięta, Lizzy – zauważyła, widząc jej zaczerwienione, od mocnego ściskania kartek, dłonie.
– Przepraszam. – odpowiedziała, gorączkowo przeglądając listę.
Martwiła się, że popełni błąd, który wyda ją przed młodą pielęgniarką. Teraz, gdy miała pierwszy trop w sprawie Wampira, na dodatek taki, który mógł jej zaszkodzić, musiała dawać z siebie wszystko. Nie spodziewała się jednak, że zwykła rozpiska z lekami dla chorych może być tak skomplikowana. Im dłużej przyglądała się oznaczeniom, tym mniej jej rozumiała. Zbitek cyfr i skrótów, niemal niemożliwych do rozszyfrowania dla kogoś, kto z leków znał jedynie morfinę oraz kilka rodzajów narkotyków, których nielegalną sprzedaż na terenie miasta ukróciła jakiś czas temu, wyglądał niczym starodawne pismo.
– No dobrze, zajmę się tymi po prawej. – Pielęgniarka wzięła do rąk kilka kubeczków i podchodziła kolejno do pacjentów.
Elizabeth stała w miejscu, wciąż próbując rozszyfrować listę. 
– Lizzy, co ty robisz? – zapytała zaskoczona Magda, widząc wciąż stojące na swoim miejscu leki.
– Ja… Przepraszam, nic z tego nie rozumiem – odpowiedziała skruszona.
Na przekór wszystkiemu, czego się spodziewała, brunetka zareagowała jedynie szczerym rozbawieniem.
– Może ty naprawdę masz z nim romans? – Spojrzała na nią tajemniczo.
– Nie, to nie tak, ja… – przerwała. – Prędzej bym sobie strzeliła w łeb!– dodała w myślach, tłumiąc nieodpartą chęć wypowiedzenia tych słów na głos.
– Porozmawiamy o tym przy obiedzie, teraz chodź, wyjaśnię ci to. – Wskazała dłonią trzymaną przez Elizabeth rozpiskę. – Musimy rozdać wszystkie leki przed obiadem. Sama nie dam rady. – Stanęła za czerwoną ze wstydu koleżanką i patrząc jej przez ramię, tłumaczyła jej, jak odczytywać zapisane informacje. Okazało się, że to wcale nie było trudne, gdy ktoś się zlitował i zechciał wyjaśnić.
– Zrozumiałaś?
– Tak, dziękuję – Odpowiedziała z wdzięcznym uśmiechem na twarzy.
– Nie ma za co, chodźmy dalej.
Pośród zdziwaczałego, ponurego personelu, młoda pielęgniarka świeciła przyjemnym blaskiem. Była pełna energii, uprzejmości i ogromnej chęci do pracy. Uśmiech nie zniknął jej twarzy nawet wtedy, gdy jeden z pacjentów zwymiotował na jej uniform. Całym sercem pragnęła nieść pomoc potrzebującym. Cóż za naiwne podejście. Mimo głupoty, jej czyste intencje i ogromna determinacja imponowały szlachciance. Mało było na świecie takich ludzi jak ona, pozbawionych negatywnych uczuć, widzących we wszystkich wokół jedynie dobro. Zrobiło jej się żal pielęgniarki – tacy jak ona wiodą trudne, pełne wyrzeczeń życie, w zamian nie otrzymując nawet pochwały . Poczuła do niej sympatię. Tacy ludzie byli potrzebni światu, dzięki nim dobro jeszcze nie do końca opuściło ten świat. Odrobinę przypominała ją samą, z dawnych czasów, kiedy wiodła beztroskie życie otoczona miłością, życie, które siłą zostało jej wyrwane.
– Kiepska dziś pogoda. Myślisz, że będzie padało? – Zielonooka zatrzymała się na środku korytarza, zerkając przez okno na gęste, ciemne chmury zmierzające w ich stronę.
– Bardzo możliwe – odpowiedziała Lizz, bez większego zainteresowania. – Co za różnica, skoro i tak spędzimy tu cały dzień? – pomyślała po chwili.
                Dziewczyny weszły do kolejnej, ostatniej już sali. Magda była zadowolona z postępów współpracowniczki. Cieszyła się, że miała kolejną okazję do pomocy. W pewnej chwili, do środka pokoju wpadła zdyszana pielęgniarka w średnim wieku, przerywając przyjemną ciszę.
– Nowa, doktor Michaelis cię wzywa! – wysapała, łapiąc oddech.
Czerwonowłosa spojrzała na nią pogardliwie.
I biegłaś przez cały szpital, żeby mi to powiedzieć i przypodobać się komuś, kto już nawet nie pamięta, że istniejesz? Żałosne… – parsknęła pod nosem.
– Powiedz mu, żeby sam tu przyszedł, jeżeli czegoś chce. Jestem zajęta – burknęła skupiając się na pracy. We łbie mu się poprzewracało!
W Sali zapanowała niezręczna cisza. Obie pracownice wpatrywały się w nią osłupiałe. Dopiero po chwili zorientowała się, że popełniła fatalną gafę.
– To znaczy… Proszę mu powiedzieć, że za chwilę przyjdę – poprawiła się, pochylając delikatnie głowę.
Oburzona kobieta prychnęła pod nosem i bez słowa wyszła.
– Zająć ci miejsce na stołówce?
– Nie trzeba, chodźmy tam razem – odpowiedziała i zaczęła pchać pusty wózek.
– Ale doktor…
– Znajdzie mnie. No chodź, musisz mi pokazać, gdzie jest ta stołówka – Poganiała ją.
Nie widziała potrzeby zgrywania się przed dziewczyną. Po tych paru godzinach, które z nią spędziła wiedziała, że jest tak niewinna i pozbawiona najmniejszej chęci sprawiania ludziom kłopotów, że na pewno nic nikomu nie powie. Zamierzała nawet wyjawić jej podczas obiadu, po co tak naprawdę tutaj jest – przy odrobinie szczęścia jej przykrywka wcale nie musiała ucierpieć, a sprzymierzeniec wewnątrz tej społeczności ogromnie by jej pomógł. Wszystko miała już dokładnie zaplanowane. Wspólny, zbliżający do siebie posiłek, granie osamotnionej ofiary Monitora, głośne miejsce, gdzie ciężko będzie podsłuchiwać rozmowę. To był idealny moment i nie zamierzała porzucać swojego planu z powodu sebastianowej zabawy w lekarza. Poza tym, po raz pierwszy od bardzo dawna poczuła prawdziwy głód. Praca w szpitalnych warunkach wysysała z niej olbrzymie ilości energii. Gdyby demon usłyszał burczenie jej brzucha, prawdopodobnie umarłby ze śmiechu – kolejny dobry powód, by nie pokazywać mu się na oczy.
~*~
Kiedy szła na stołówkę z uśmiechem na twarzy, nie mogąc się doczekać aż coś zje, nie spodziewała się zobaczyć tam czegoś takiego. Z jakiegoś powodu słysząc „obiad”, wyobrażała sobie pięknie przystrojone, idealnie podane potrawy, przygotowywane przez Sebastiana z prawdziwym zaangażowaniem, godnym artysty. To, co zobaczyła, gdy z głośnym plaskiem wylądowało w wyszczerbionej misce, którą trzymała w ręku, wyglądało jak sterta odpadów powstałych w trakcie tworzenia dzieła, które zawisnąć może jedynie w szemranych gospodach. Szarozielona maź, chlubnie nazywana zupą, śmierdziała brudnymi skarpetami. W jej wnętrzu pływały kawałki czegoś bliżej nieokreślonego, prawdopodobnie warzyw, ale nie odważyła się zapytać. W bardzo brutalny sposób sprowadzona na ziemię, wzięła kawałek chleba, by chociaż trochę zapchać żołądek. Razem z brunetką usiadły przy stoliku w samym centrum pomieszczenia.
– Smacznego! – Magda ochoczo chwyciła łyżkę i zaczęła zajadać się wyblakłą breją.
Hrabianka patrzyła na nią z obrzydzeniem. Chwyciła w dłoń swój posiłek i powoli przeżuwała kolejne kęsy.
– Tu możemy normalnie porozmawiać. Więc, co chciałaś mi wcześniej powiedzieć? – zapytała pielęgniarka między kolejnymi machnięciami łyżką.
– Pewnie już zauważyłaś, że nie do końca radzę sobie z pracą.
Pokiwała głową. Trudno było tego nie zauważyć, a zielonooka nie wydawała się tak głupia, by tego nie dostrzec.
– Tak naprawdę jestem tutaj z polecenia królowej. Pracuję nad rozwiązaniem sprawy Wampira, słyszałaś o nim?
– Ten, który wysysa ludzką krew i rozrzuca ciała po całym Londynie? – powiedziała z pełnymi ustami.
– Tak. Dowiedziałam się, że sprawca może być związany ze szpitalem.
– Dlatego doktor Michaelis wziął cię ze sobą mimo tego, że nic nie potrafisz?
Lepiej niż się spodziewałam! – Hrabianka ucieszyła się w myślach. To było prostsze niż przewidywała. – Tak, zgodził się mi pomóc. W ten sposób mogę swobodnie się rozejrzeć. Jeśli mogłabyś zatrzymać to dla siebie…
– Oczywiście. Pomogę ci, jak tylko będę mogła – odparła ochoczo.– Poza tym dobrze, że mi o tym powiedziałaś, po przerwie miałyśmy założyć parę kroplówek. Wyobrażasz sobie, co by było, gdybym ci to zostawiła? – zaśmiała się.
Czerwonowłosa nie widziała w tym nic zabawne, raczej niebezpiecznego, ale także zaczęła się śmiać, by zbliżyć się do niej jeszcze bardziej. Przez resztę posiłku Magda opowiadała jej mało istotne historie z życia szpitala, których Lizz cierpliwie wysłuchiwała udając, że naprawdę ją interesują.
Kolejną opowieść przerwał, krzyk lekarki z końca stołówki.
– Z pacjentką z dziesiątki? Nie masz za grosz wstydu, to jest koniec! – Rzuciła zwiniętą kartkę papieru w twarz jakiegoś mężczyzny i wybiegła z płaczem.
– No i już, kolejna gorąca plotka. – Zielonooka wzruszyła ramionami zupełnie obojętna.
 Szlachcianka zastanawiała się, dlaczego plotki przekazywane przez Monitora w ogóle jej nie obchodziły, za to historie, które sama usłyszała, chociaż także były pewnego rodzaju plotkami, wydawały jej się ciekawe.
                Cała sala zaczęła wrzeć. Ludzie szeptali za plecami mężczyzny. Wstał, cisnął zgniecioną kartkę do kosza i wyszedł, nie mogąc dłużej znieść ich oceniających spojrzeń. Gdy tylko zniknął, Elizabeth podbiegła do śmietnika, pod pretekstem wyrzucenia serwetki, i wyciągnęła z jego wnętrza papierową kulkę. Wróciła do stolika i rozwinęła zdobycz.
– „Doktora Malcolma Bradforda widziano wielokrotnie na spoufalaniu się z pacjentkami. Ostatnio obrał sobie za cel Glorie Bloxam z sali numer dziesięć. Nie ładnie doktorze, co na to pańska żona.” Naprawdę? – Hrabianka z zażenowaniem przeczytała zapisane słowa, które wywołały tak ogromne poruszenie.
– Hm?
– Z powodu takiej bzdury wszyscy poszaleli? T tylko idiotyczna plotka, co kogo obchodzi życie jakiegoś małżeństwa… – burknęła, całkowicie nie rozumiejąc poruszenia personelu.
– W tym miejscu znaczy to ogromnie dużo. Sama tego nie rozumiem, widać oni tego potrzebują.
– Pójdę pokazać się Michaelisowi. Spotkamy się w pokoju pielęgniarskim za 15 minut? – zapytała czerwonowłosa, chowając notkę do kieszeni.
– Dobrze.
~*~
– Lizzy, wzywałem cię ponad dwadzieścia minut temu! – Kiedy przekroczyła próg jego gabinetu, demon wyglądał na zirytowanego. Widząc go, prychnęła pod nosem.
– Chyba ci się naprawdę coś poprzestawiało, jeśli myślisz, że przybiegłabym…
                – Lizzy, uważaj na słowa! – podniósł głos i dyskretnie wskazał jej dziurę w ścianie. Skrzywiła się, ubolewając nad swoim losem. – Wypisz mi na tej kartce listę popołudniowych zadań. – Zadowolony z siebie przesunął papier na skraj biurka.
Ciężkim krokiem podeszła do niego i chwyciła pióro w dłoń. Pochyliła się nad kartką i przeczytała, co było na niej napisane. „Ktoś ciągle mnie obserwuje, nie możemy tu swobodnie rozmawiać.” Przewróciła oczami. „Brawo, geniuszu. Ten ktoś to Monitor. Myślę, że dzięki niemu dowiemy się, kto stoi za atakami wampira. Mam coś dla Ciebie. Dowiedz się o tym wszystkiego, czego zdołasz. Spotkamy się na stołówce w porze kolacji. Jeszcze jedno, umieram z głodu. Zrobiłeś jakiś obiad?”  Wyciągnęła z kieszeni zwiniętą kulkę i podała mu wraz z notatką. Przeczytał jej treść, wstał i otworzył drzwiczki jednej z szafek. Wewnątrz, na zdobionym, porcelanowym talerzu leżał pachnący kawałek pieczonego kurczaka. Podeszła do niego, wyszarpnęła mu z dłoni sztućce i stojąc przed komodą, szybko wcisnęła w siebie pyszne, ciepłe jedzenie.
– Żarcie z tej stołówki to jakaś kompletna porażka – jęknęła, wycierając usta chustką.
– Spodziewałaś się przysmaków? – odparł, zostawiając dla siebie zdziwienie powstałe na widok jej nienawidzącej jedzenia, kruchej pani, która żarłocznie wpychała w siebie mięso.
– Spodziewałam się jedzenia, a nie lepkiej, szarej brei – mówiła, nie ukrywając niezadowolenia. Głodna, niezadowolona dziewczyna, która nie potrafiła się odnaleźć w świecie prostych ludzi –wzbudzała w nim niesamowite rozbawienie.
– Nie wiem jak długo będę w stanie to znosić. Jeszcze ten smród, to straszne.
– Rozumiem, Lizzy, że w domu karmią cię samymi przysmakami z górnej półki? – droczył się.
– Nie są aż takie wyśmienite, ale na pewno lepsze niż to. Doktorze Michaelis. – Ostatnie słowa z trudem przeszły jej przez gardło.
Najwyraźniej demon doskonale się bawił, podczas gdy ona zapracowywała się na śmierć.
– Dobrze, wracaj już do pracy. Nie jesteśmy tu na wakacjach! – polecił jej, ledwo powstrzymując śmiech na widok jej czerwonej z oburzenia twarzy.

– Pożałujesz tego… – warknęła pod nosem i wyszła z gabinetu. 

środa, 17 grudnia 2014

XXIII

Trochę mi się dzisiaj opóźniło betowanie, szalony dzień. Właściwie, szalony nastrój. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie przenieść tego na jutro, ale mam nadzieję, że mimo wszystko jeszcze będzie Wam się chciało dzisiaj czytać. 
Coś ostatnio ilość komentarzy gwałtownie spadła, a ja tak lubię sobie poczytać... 
Mam nadzieję, że notka będzie Wam się podobała. 



================


Obudziła się, siadając energicznie z krótkim krzykiem. W pokoju wciąż było ciemno. Zapaliła stojącą koło łóżka świecę. Niepokój, który ogarniał ją przed zaśnięciem wciąż nie zniknął, wręcz się pogłębił. Zegar wskazywał wpół do piątej.
– Na pewno już wrócił. Ciekawe, jak mu poszło. I co teraz robi… – Zastanawiała się, przybita uciążliwymi uczuciami.
Była zawiedziona sobą. Po raz kolejny przegrała z własnymi, irracjonalnymi lękami. Jak małe dziecko, biegnące do rodziców w środku nocy, żałośnie potrzebowała go ujrzeć. Bała się, że nigdy nie będzie w stanie pozbyć się tego uczucia, tej oznaki słabości. Walczyła ze sobą, by go nie wezwać. Wstała z łóżka i sięgnęła po szlafrok. Gdy go zakładała, kątem oka dostrzegła, że coś ciemnego opadło na podłogę. Schyliła się i chwyciła miękki przedmiot w dłoń.
– Pióro? – szepnęła zdziwiona. –  Co tu robi pióro Sebastiana? Był tu? W prawdziwej formie?
 Delikatnie dotknęła piórem twarzy. Było miękkie, idealnie czarne i pachniało… ciemnością. Z tym właśnie kojarzył jej się ten zapach. Przyjemny, delikatny, jednocześnie przytłaczający i niepokojący. Ciemnością i delikatną, różaną nutą. Postanowiła je zatrzymać.
– Czyżby dowód na to, że naprawdę o mnie dba? – zaśmiała się w myślach i wsunęła pióro do kieszeni wiszącego przy drzwiach płaszcza.
Denerwujące uczucie niepokoju zniknęło. Może przez to, że teraz wiedziała, że na pewno tu jest, a może, dlatego że był w jej pokoju, by sprawdzić, czy wszystko było w porządku. Zatroszczyć się o nią. Nie chciała przed sobą przyznać jak się z tego cieszyła. W głębi serca wciąż była rządnym miłości dzieckiem. Mimo tego, iż dobrze zdawała sobie sprawę, że w jej życiu nie ma miejsca na to uczucie. Każda osoba, która stanie się zbyt bliska jej sercu, zostanie skazana na cierpienie. Poczucie winy z powodu przyjaciółki i kuzyna było wystarczającym brzemieniem. Życie chłopca zostało już zrujnowane. Kiedy przyjdzie kolej na Tomoko? Prędzej czy później, w jakiś sposób ją zrani. Jeśli nie w ciągu życia, to poprzez śmierć. Dlatego tamtego dnia obiecała sobie, że nie pozwoli nikomu więcej się zbliżyć. Nie była warta cudzego żalu. Osoba pozbawiona przyszłości, nieposiadająca planów. Po co wylewać łzy dla kogoś takiego? Gdyby jej życie potoczyło się inaczej, nie spędzałaby całych dni na prowadzeniu firmy, wypełnianiu rozkazów Królowej i planowaniu zemsty. Gdyby jej życie potoczyło się inaczej, chodziłaby do szkoły, zakochiwała się w chłopcach, jak każda dziewczyna w jej wieku. Jednak los wyznaczył dla niej inną ścieżkę. Krętą i niebezpieczną. Nie miała wyjścia, musiała dostosować się do sytuacji. Zapomnieć o dotychczasowym, beztroskim życiu. Dorosnąć i ponieść konsekwencje swoich decyzji. Dotrzymać złożonej przysięgi i z godnością opuścić świat.   
Nie wezwała go. Z uczuciem lekkości na duszy, wróciła do łóżka. Do samego rana, póki nie przyszedł jej obudzić, nic nie przerwało jej odpoczynku. Ani razu nie przebudziła pełna obaw, nie nawiedził jej żaden koszmar. Ostatnie parę godzin było prawdziwie kojące.
Kiedy obudził ją z samego rana była w cudownym nastroju. Nawet ból karku, który znów zaczął jej doskwierać, nie był w stanie zniszczyć pogodnego nastawienia.
– Dzień dobry panienko. Na dzisiejsze śniadanie przygotowałem…
– Dzień dobry Sebastianie – przerwała mu, pełna energii. – Śniadanie, wiem. Nie ważne. Mów, czego się dowiedziałeś! – krzyknęła zniecierpliwiona, upijając odrobinę herbaty, którą jej podał. – Co to, pomarańcza z cynamonem? Na śniadanie?
– Pomyślałem, że przyda się panience mała odmiana – wyjaśnił uprzejmie.
Elizabeth popatrzyła na niego podejrzliwie.
 – Jesteś dziś w bardzo dobrym humorze – zauważył.
– Dobrze spałam. Miło, że zauważyłeś – odpowiedziała radośnie.
Była dla niego niecodziennie sympatyczna. Zaczął zastanawiać się, czy nie knuje czegoś za jego plecami. Mimo wszystko, postanowił nie zawracać sobie tym głowy. Najważniejsze było to, że na jej twarzy pojawił się szczery uśmiech. 
– No, ale mów już!
– Tak jak panienka poleciła, zbadałem wszystkie poszlaki. Znalazłem jedno miejsce, które może mieć jakiś związek z tymi sprawami.
– Tylko jedno? Jakie? – zdziwiła się.
– Szpital świętego Bartłomieja.
– Hm? – mruknęła, przechylając głowę w bok.
Nazwa placówki niewiele jej mówiła.
– Wszystkie ofiary wampira leczyły się tam w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Ponadto, ciała znaleziono w promieniu półtora kilometra od szpitala. Co więcej, ślady farby znalezione na ubraniach kilku ostatnich ofiar są tej samej produkcji, co farby używane obecnie przy renowacji pomieszczeń budynku, w którym mieści się klinika. Remont zaczął się 2 tygodnie temu, wtedy też znaleziono ślady pierwsze ślady substancji na ciele ofiary – wytłumaczył dokładnie.
Przez cały czas przysłuchiwała się w skupieniu, analizując każde jego słowo.
– W takim razie musimy udać się do tego szpitala. Jeśli jednak mamy niezauważenie przeszukać to miejsce, potrzebny będzie kamuflaż… – stwierdziła po chwili namysłu.
– Zajmę się tym. Proszę się nie martwić i w spokoju skończyć śniadanie – odpowiedział, zerkając na nietknięty posiłek.
– Gdy tak mówisz, dopiero zaczynam się martwić – zaśmiała się niepewnie i zaczęła dłubać widelcem w talerzu.
~*~
– Poważnie?! – Młoda hrabianka krzyknęła z ogromnym zaskoczeniem, wysłuchawszy planu lokaja. – Nie ma mowy, nie założę tego – warknęła, rzucając na podłogę strój, który jej wręczył.
– Ależ panienko, sama mówiłaś, że potrzebujemy przebrania – odpowiedział, udając zdziwienie, z trudem powstrzymując śmiech.
– I miałam rację, że zostawianie tego tobie, to naprawdę beznadziejny pomysł. Poza tym, co ty w ogóle wiesz o medycynie? Nakryją nas, gdy tylko tam wejdziemy!
– Wiem wystarczająco, by udawać lekarza. Przez dzień czy dwa... – odparł, wyraźnie urażony.
 Dziewczyna westchnęła głęboko i usiadła na łóżku, zakładając nogę na nogę. Skrzyżowała ręce na piersi i pochyliła głowę w dół.
– Naprawdę uważasz, że to się uda? – zapytała spokojnie.
– Zapewniam cię, że tak.
– Dlaczego mam być pielęgniarką? – mruknęła naburmuszona.
– Pielęgniarką i prywatną asystentką – poprawił ją, unosząc do góry wskazujący palec prawej dłoni. – Niestety jest jeszcze panienka za młoda, by być lekarzem, to nie byłoby wiarygodne.
– Masz racje. – Skrzywiła się. – Niech już będzie. – Machnęła ręką.
Mężczyzna podniósł przebranie z ziemi, otrzepał je i zaczął ją przebierać.
 – Załatwiłeś wszystko?
– Oczywiście. Dzisiejszego ranka, w szpitalu Świętego Bartłomieja wraz ze swoją uroczą asystentką, zjawi się znany chirurg, doktor Michaelis. Wszyscy zostali już powiadomieni. Wystarczy, że przez cały dzień będę ich chwalił, a w wolnej chwili dokładnie rozejrzymy się po tym miejscu – wytłumaczył, zadowolony z siebie, zapinając guziki bluzki.
– Czyli twoja wiedza medyczna ogranicza się do „będę ich chwalił”? – zaśmiała się złośliwie.
– Ludzie to proste istotny. Jesteście rządni poklasku i niebywale zuchwali. Nawet nie wiesz, jak dużo można zdziałać dając wam to, czego pragniecie. Wystarczy kilka słów, a jesteście w stanie przymknąć oko na wszystko. To doprawdy zabawne. I niezwykle głupie. – Uśmiechnął się w swój typowy, demoniczny sposób.
Dziewczyna prychnęła pod nosem. Doskonale znał się na mamieniu ludzi, tego można było się spodziewać po demonie. Kłamca doskonały.
– Strasznie to niewygodne. I wyglądam w tym paskudnie – stwierdziła z niesmakiem, szarpiąc pielęgniarski kostium.
Prosty, biały uniform z nieprzyjemnego materiału niskiej jakości, mimo nowości, posiadał typowy szpitalny zapach. Musiała związać włosy w kok, ze względów higienicznych był to wymóg, nijak nie poprawiający jej samopoczucia.
– Przykro mi, ale to jest konieczne – przeprosił.
Sięgnął dłonią do kieszeni i po chwili założył na nos dziewczyny okulary z grubymi, czarnymi oprawkami.
– Kpisz sobie? – Zadrżała, widząc swoje lustrzane odbicie w jeszcze gorszej odsłonie.
– W ten sposób ciężej będzie panienkę rozpoznać. Proszę mi wierzyć, jest panienka dosyć rozpoznawalną osobą, nie powinniśmy ryzykować.
– Masz rację, ale to okropne. I raczej niewiele zmieni, ale niech będzie, ostatecznie. – Niechętnie zaakceptowała poszerzające jej drobną twarz, tandetne szkiełka. – W co ty się ubierzesz? – zapytała zaciekawiona.
Lokaj odwrócił się do niej tyłem, zdjął frak i na jego miejsce założył biały kitel. Odsłonił lewe ucho i również założył okulary – tego akurat mogła się spodziewać. Były nieodłączną częścią każdego przebrania demona. Czy to nauczyciela, czy lekarza. Zdecydowanie miał do nich słabość. Odwrócił się do niej, uśmiechnął lekko i dotknął opuszkami palców delikatnej ramki okalającej błyszczące szkła. Spojrzała na niego osłupiała. Nawet jako lekarz musi wyglądać tak idealnie?
– Ten motyw z okularami staje się nudny. Masz jakiś fetysz na tym punkcie? – zadrwiła.
– Właściwie… – zamyślił się, wspominając pierwszy raz, kiedy miał je na sobie. – Kiedyś ich nie cierpiałem. Ciężko było się przyzwyczaić do patrzenia przez zbędny kawałek szkła. Parowały, mokły, brudziły się. Ale nie uważasz, że wyglądam w nich dostojnie i inteligentnie? – zapytał radośnie, wysuwając podbródek do przodu.
– Wyglądem nie nadrobisz pustki w głowie… – zaśmiała się pod nosem.
Popatrzył na nią niezadowolony i ściągnął okulary z twarzy. Zawisły na jego klatce piersiowej, utrzymywane na subtelnym, srebrnym łańcuszku.
– Za chwilę musimy ruszać. Nie możemy się przecież spóźnić.
– Racja, idziemy – rozkazała i ruszyła w kierunku drzwi, po drodze wpychając do kieszeni leżący na komodzie pistolet. Na wszelki wypadek warto zachować ostrożność.
~*~
Majestatyczne mury najstarszego angielskiego szpitala. Miejsce pracy jednych z najwybitniejszych lekarzy Europy. To tutaj pracowali dniami i nocami, by ratować ludzkie życia, udoskonalać swój kunszt i tworzyć lekarstwa na śmiertelne choroby. Niezaprzeczalnie jeden z najtrudniejszych zawodów, rzadko nagradzany zwycięstwami, za to usłany morzem porażek, płaczu i cierpienia. Nie jeden nie wytrzymał tej presji i porzucił drogę w imię łatwego bogactwa. Jedynie ludzie o prawdziwie silnej psychice mogli odnieść sukces. Dziewczyna podziwiała ich. Czuła, że byli do niej podobni. Odrzucali swój strach, emocje i słabości, całkowicie poświęcając się osiągnięciu zamierzonego celu.
– Może jednak wymyślimy coś innego? – Stojąc w idiotycznym stroju pielęgniarki przed olbrzymim budynkiem, hrabianka zaczęła wątpić w ich plan.
Zbyt dużo zmiennych, których nie byli w stanie przewidzieć, mogło pokrzyżować ich plany. Jednak kamerdyner uspokajał ją i zapewniał, że wszystko pójdzie po ich myśli.
– Musimy iść panie… Siostro Elizabeth. – Pociągnął szlachciankę za dłoń, prowadząc w stronę wejścia.
– Se-sebastian! – krzyknęła, ciągnąc za sobą ciężką walizkę.
Jako jego asystentka zobowiązana była pomóc mu z bagażem. Musieli zachowywać pozory. Ciężka torba, wypełniona, właściwie sama nie wiedziała czym, boleśnie wbijała się w jej szczupłą dłoń.
– Doktorze Michaelis – poprawił ją, otwierając drzwi.
– Ty… – warknęła, jednak nie dane było jej dokończyć.
Przekroczyli granicę dzielącą świat zwykłych śmiertelników, z wiecznie wrzącym kotłem medycznych problemów. Wielki hol, utrzymany w jasnych, pastelowych barwach, wypełniony był mnóstwem szpitalnego personelu, krzątającego się pomiędzy kaszlącymi, rannymi i umierającymi ludźmi. Gwar i ciągłe nawoływanie lekarzy sprawiało, że młodej hrabiance zaczęło kręcić się w głowie. Charakterystyczny szpitalny zapach wzbudzał w niej obrzydzenie. Z całym szacunkiem, jakim darzyła lekarzy, nienawidziła miejsca ich pracy właśnie ze względu na ten odór. Gdyby był to jedynie zapach śmierci, nie byłoby problemu. Woń śmierci, desperacji, mnóstwa związków chemicznych oraz środków czystości był już zbyt intensywną mieszanką.
– Doktor Michaelis? – Mężczyzna w białym kiltu, z szerokim uśmiechem na twarzy, podszedł do nich i wyciągnął rękę w kierunku demona.
Ten skinął głowa i uścisnął jego dłoń.
– To moja asystentka, siostra Elizabeth – przedstawił szczupłą towarzyszkę.
Lekarz przyjrzał jej się podejrzliwie. Przez chwilę martwiła się, że się zorientował, jednak po kilku sekundach uśmiech powrócił na jego twarz. Podał jej dłoń i z miejsca zaczął opowiadać jakieś medyczne ciekawostki, które dla takich ludzi jak on musiały być niewiarygodnie interesujące. Przynajmniej tak jej się wydawało, widząc, z jaką pasją i zainteresowaniem Sebastian wsłuchuje się w jego opowieść. Sama ledwie powstrzymywała się, by nie zasnąć na stojąco, wlokąc się kilka metrów za nimi, podczas gdy prowadził ich do tymczasowego gabinetu. Jedynie torba, która powoli zdążyła przyprawić ją o odciski utrzymywała jej umysł we względnym skupieniu.  
– Dobrze, rozgośćcie się tutaj. Doktorze, za godzinę robimy obchód, byłbym zaszczycony, gdyby pan do nas dołączył. Pańska asystentka może również zacząć za godzinę – powiedział, otwierając przed nimi drzwi do małego, przytulnego pomieszczenia.
– Zacząć, co? – Hrabianka stanęła bliżej Sebastiana i szepnęła lekko zaniepokojona. Spojrzał na nią znacząco, nie odpowiadając.
– Serdecznie dziękujemy. Towarzyszyć panom w obchodzie, będzie dla mnie zaszczytem – podziękował uprzejmie.
Mężczyzna wyszedł, zostawiając ich samych.
– Czy temu kompletnemu idiocie wydaje się, że będę wymieniać ludziom nocniki?! – wrzasnęła na lokaja, gdy tylko drzwi zamknęły się za ubraną w kitel postacią.
– Proszę się uspokoić. Sama panienka mówiła, że zrobi wszystko, by pozbyć się tego, co martwi Królową, prawda? – zauważył złośliwie.
Przyglądał się zaczerwienionej twarzy swojej pani, wyraźnie dobrze się bawiąc. Patrzenie na jej złość zawsze wprawiało go w dobry nastrój. Szczególnie, gdy w taki dziecinny sposób ją wyrażała.
– Pożałujesz tego… – burknęła, rozsiadając się w fotelu za biurkiem. – Przygotuj herbatę.
- Yes, my lady. – Lokaj bez chwili zwłoki zabrał się za przygotowywanie naparu.
Czerwonowłosa siedziała w miękkim fotelu, trzymając nogi na biurku i czytała zostawione w szafce notatki, Mimo tego, że wynajęci przez Sebastiana nauczyciele byli najlepsi w swoich fachu, to nie posiadali na tyle rozległej wiedzy medycznej, by przyswojenie jej, w jakikolwiek sposób pomogło dziewczynie zrozumieć, o co dokładnie chodziło autorowi tych przemyśleń. Denerwowało ją, że nie może tego rozszyfrować. Do uszu kamerdynera dobiegały jej niezadowolone pomruki i westchnienia. Uśmiechnął się pod nosem.
– Co to za bełkot, nic z tego nie rozumiem! – jęknęła zawiedziona i zasłoniła oczy kartkami.
– Proszę się nie martwić, nie musisz tego wiedzieć – wytłumaczył, stawiając przed nią filiżankę.
– Ale to mnie strasznie denerwuje! – odparła. – Na dodatek jest tu mnóstwo łaciny. Nie, żeby była mi niezbędna, bo i tak bym nie wiedziała, o co chodzi, ale to irytujące.
– Proszę wypij herbatę, uspokoisz się, panienko – powiedział, zabierając zapiski z jej dłoni. Z poważną miną pełną zrozumienia, przejrzał je z ostentacyjną pobieżnością. Hrabianka pociągnęła łyk herbaty i prychnęła pod nosem.
– Wytłumaczysz mi, o co tam chodzi? – zapytała zdegustowana, widząc jego zmarszczone brwi.
Wyglądał, jakby analizował opisane informacje. Co chwila teatralnie kiwał ze zrozumieniem głową, złośliwie się przy tym uśmiechając. Uwielbiał ją denerwować.
– Sebastian? – warknęła.
– Nie mam pojęcia. – Popatrzył na nią z beztroskim wyrazem zadowolenia.
– Wyglądałeś, jakbyś to rozumiał! Nie kłam! – oskarżyła go.
– Właśnie na tym polega ta gra, o której ci mówiłem. Muszę tylko wyglądać, jakbym rozumiał i chwalić ich, powinnaś zrobić to samo – wyszeptał przebiegle, zbliżając się do niej. –  Chyba ktoś nas obserwuje.
– Też mi się tak wydawało, ale… Jak? 

niedziela, 14 grudnia 2014

XXII

Ogłoszenia:

Dodałam spis treści, żeby łatwiej było poruszać się między rozdziałami. Pewnie byłoby łatwiej, gdyby miały tytuły, ale nie wymagajcie zbyt wiele. Nienawidzę wymyślać tytułów. 

Pod każdym postem dodałam facebookowy widget do lajkowania notki. Mam nadzieję, że będziecie korzystać.

Wymyśliłam także, że notki będą się pojawiać w środy i soboty. Jeśli macie jakieś inne sugestie co do daty publikacji - dawajcie znać. W końcu Wasza wygoda jest równie ważna, co moja.

Miłej lektury! :)

===================

– Ma pan rację, minęło sporo czasu – odpowiedział uprzejmie, zachowując całkowity spokój.
– Kim jest to dziecko? Ostatnim razem, wydawało mi się, że służyłeś chłopcu – zapytał szarowłosy, bacznie przyglądając się nastolatce, okrążając ich.
– Zabieraj te łapy! – krzyknęła, kiedy mężczyzna musnął długimi, czarnymi paznokciami rękawa jej płaszcza.
– W rzeczy samej. Teraz służę nowej pani. Hrabiance Elizabeth Roseblack – przedstawił
 drobną dziewczynę.
– Roseblack… – powtórzył grabarz. – Rozumiem, rozumiem. – Odwrócił się i i tanecznym krokiem zbliżył się do stołu.
Sięgnął do stojącego na nim słoika, wyciągnął ciastko w kształcie kości i wsadził je do ust.
– W jakiej sprawie do mnie przychodzisz, lady Roseblack? – zapytał rozbawiony, chichocząc niepokojąco, z powrotem pojawiając się u jej boku.
Przez chwilę, oszołomiona dziwacznym zachowaniem mężczyzny, nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Nietypowy wygląd i obleśny uśmiech, zdobiący jego trupiobladą twarz wzbudzał niepokojące drżenie w ciele nastolatki. Skarciła się w myślach, wzięła głęboki oddech i odpowiedziała, nabierając złudnej pewności siebie.
– Przychodzę w sprawie ofiar „wampira”. – Ostatnie słowo ledwo przeszło jej przez gardło. Co za idiotyzm. – Wiesz coś na ten temat? – zapytała, nie, oczekując szybkiej i konkretnej odpowiedzi.
– Aaaa, słynny londyński wampir. Tak, słyszałem, co niego. To naprawdę intrygujące. – Uśmiechnął się obleśnie.
Usiadł na jednej z drewnianych skrzyni i założył nogę na nogę, bawiąc się medalionem, przypiętym do ubrania.
– No więc? – pospieszała go.
– Ou, czyżby kamerdyner nie powiedział ci, że moje informacje mają swoją cenę? – popatrzył na nią z udawanym zaskoczeniem, po czym zachichotał pożądliwie.
– W-wspominał coś… – zadrżała, czując na karku powiew zimnego powietrza.
– W takim razie… – Niebezpiecznie zbliżył się do twarzy dziewczyny, naruszając jej prywatną przestrzeń. – Lady Elizabeth, daj mi najpiękniejszy uśmiech! – krzyknął i zaśmiał się tajemniczo, muskając paznokciami kosmyk długich, czerwonych włosów.  
– Jaa, eee, no… – Zaczęła się jąkać, nie mogąc wymyślić żadnej sensownej odpowiedzi.
Powiedział, że trzeba go rozbawić, ale skąd miała wiedzieć, co rozśmieszy kogoś tak dziwacznego? Kamerdyner wspominał, że salonowe żarty go nie zainteresują, a nawet ich nie znała zbyt wile, unikając towarzyskich spędów. Sebastian dotknął jej ramienia i zrobił krok naprzód.
– Panienko, proszę, żebyś na chwilę wyszła. Zajmę się tym – powiedział, bohaterskim tonem.
– Sebastian… – mruknęła, spoglądając na niego niepewnie.
Uśmiechnął się pokrzepiająco, uspokoił ją. Co mogła zrobić? Sama niczego by nie wymyśliła. Skinęła głową.
– Zawołam cię, gdy będzie po wszystkim – dodał, wyprowadzając ją z ciemnego pomieszczenia. Z głośnym hukiem zatrzasną za sobą drzwi. Młoda szlachcianka stała przed drzwiami zakładu pogrzebowego nieprzytomnie wpatrując się w klamkę, nie mogąc otrząsnąć się z niepokojącego, odpychającego uczucia, które ogarnęło ją, gdy tylko zobaczyła ekscentrycznego grabarza.
– Co to ma być… – zapytała sama siebie, drżąc na samo wspomnienie bliskości jego twarzy.
 Spodziewała się wielu dziwnych rzeczy po tym, co opowiedział jej Sebastian, rzeczywistość przebiła nietypowością najśmielsze oczekiwania. – Miał rację, ten człowiek potrafi przerazić… – szepnęła, chwytając się za łokcie.  
                Stała przed drzwiami tak długo, że powoli zaczynały boleć ją nogi. Zastanawiała się, co tak dokładnie robił w środku. Niektóre nawiedzające ją myśli wywoływały śmiech. Inne, wręcz przeciwnie, strach i zgrozę. Gdy zaczęła się poważnie irytować, rozmyślając nad wszystkimi za i przeciw wejścia do środka, drzwi otworzyły się. Sebastian, który nagle wydał się dziewczynie nieprzeciętnie godny zaufania i zwyczajny, uprzejmym uśmiechem i gestem ręki, zaprosił ją do środka.
– Masz szczęście, młoda hrabianko, ten mężczyzna zawsze potrafił mnie rozbawić – jęknął szarowłosy, trącany spazmami rozpaczliwego śmiechu.
– Um… Cieszę się, tak sądzę – odparła, ponownie odczuwając zimny dreszcz niepokoju na plecach. – W takim razie, co możesz mi powiedzieć o ofiarach? – Przeszła do rzeczy, by jak najszybciej móc opuścić to miejsce i niezrównoważonego, śliniącego się człowieka.
Undertaker podszedł do jednej z trumien i otworzył ją, ukazując gościom leżące wewnątrz zwłoki kobiety.
– Za taką cenę… – Powiedział, pożądliwie spoglądając na lokaja. – Powiem wam wszystko, co wiem. Trafiło do mnie kilka ofiar tego wampira. Oprócz śladów kłów na szyi oraz farby na ubraniu, zauważyłem coś jeszcze. Każde z ciał było zupełnie pozbawione krwi. Nie znam się na wampirach, ale nie wydaje mi się, żeby jakakolwiek żyjąca istota była w stanie z taką precyzją spuścić całą krew z człowieka. Tym bardziej, biorąc pod uwagę stan zwłok, musiały zostać pozbawione krwi w bardzo szybkim czasie – wyjaśnił. Wskazał dłonią ślady na szyi nieboszczki. – Wygląda to tak, jakby ktoś z niewyobrażalną siłą wyssał z nich wszystkie soku w ciągu jednej chwili. Te siniaki wokół ran, widzicie je? Nie wyglądają jak typowe ślady wysysania krwi – skończył.
Zamknął wieko i opadł na nie przywierając do drewna brzuchem. Zaparł się na łokciach i z zaciekawieniem przyglądał się czerwonowłosej dziewczynie.
– Nawet nie chcę wiedzieć, skąd wiesz, jak wyglądają „typowe ślady wysysania krwi”. – powiedziała drżącym głosem, krzywiąc się na jego widok.
Zachichotał pod nosem i obrócił się na plecy.
– Dobrze. Dziękuję, Undertakerze – mruknęła pod nosem i machnąwszy ręką, szybko wyszła z budynku.
Stanęła parę kroków od drzwi, pochyliła się opierając dłonie na kolanach i wzięła parę głębokich oddechów. Demon stał obok niej gotowy w każdej chwili przytrzymać ją, gdyby miała się przewrócić. Była blada i chwiała się na nogach, z trudem utrzymując równowagę.
– Miałeś rację. Ten człowiek to prawdziwy dziwak! Mam nadzieję, że więcej nie będziemy musieli tu przychodzić. – Wysapała ciężko, uspokajając się nieco.
Wyprostowała się i odrzucając jego pomoc, weszła do wnętrza powozu.  
– Niestety, z doświadczenia wiem, że nigdy nie kończy się na jednej wizycie… – odpowiedział niezadowolony.
– Właściwie, skąd go znasz? – zapytała udając, że nie słyszała jego złowieszczej wróżby.
Wolała sobie wmawiać, że mimo wszystko jej noga nigdy więcej nie postanie w cuchnącym stęchlizną zakładzie.
– Osoba, z którą poprzednio zawarłem kontrakt, była jego znajomym – wyjaśnił niechętnie.
– A więc to miał na myśli, mówiąc o chłopcu? – drążyła. No dalej, Sebastianie! Powiedz mi coś ciekawego!
–  W rzeczy samej – odparł krótko i beznamiętnie.
Widziała, że nie zamierzał poruszać tematu tajemniczego chłopca, któremu służył. Już nie pierwszy raz przewijał się cieniem przez ich relację, jednak demon nigdy nie zdradził żadnego szczegółu, który pozwoliłby jej zidentyfikować chłopca lub, chociażby dowiedzieć się, co się wówczas wydarzyło, że tak bardzo pragnął zachować te informacje siebie. Wtedy wpadła na pomysł. Jeżeli wygram ten zakład, zmuszę go, by mi o nim opowiedział!
– Co się stało? – Zapytał, widząc triumfalny uśmiech na jej twarzy.
– A nie, nic takiego. Wracajmy do domu. Jestem zmęczona – zaśmiała się, lekceważąco machając dłonią.
– Oczywiście. Gdy tylko dotrzemy, przygotuję panience gorącą herbatę – zaoferował, dając znak woźnicy, by ruszył do londyńskiej posiadłości Roseblack.
~*~
                Posiadłość Roseblack znajdująca się w Londynie była zdecydowanie mniejsza niż ta, w której hrabianka przebywała na co dzień, jednak nie brakowało jej uroku. Wszystko było piękne, czyste, drogie i idealne, podobnie jak główna rezydencja. Oczywiście, o wygląd wszystkiego dbał Sebastian. Raz w tygodniu do jego codziennych zadań należało wysprzątanie całego budynku, w końcu w każdej chwili Królowa mogła wezwać dziewczynę do miasta. Nie godziło się, by musiała przebywać w nieładzie, wśród mebli okrytych grubą warstwą kurzu. Mimo wszystko, nie przepadała za tym miejscem. Zanim przejęła rodzinny tytuł wraz z całym majątkiem, była tutaj raptem kilka razy. Poza wystrojem, ukazującym umiłowanie jej ojca do ciepłych, pastelowych kolorów, nie było w tym miejscu niczego wartego uwagi. Ponad to, znajdowało się w mieście, w ciągłym zgiełku i hałasie.
                Siedziała na fotelu przy kominku, pomijając herbatę. Skoro już musiała tutaj być, chciała wykorzystać chwilowy spokój. Sebastian przygotowywał sypialnię oraz rozpakowywał walizki. Za oknami było już zupełnie ciemno, nadchodziła noc. Następnego dnia planowała wcześnie wstać, by jak najszybciej załatwić sprawę i wrócić do domu. Lokaj zszedł na dół, by powiadomić ją o zakończeniu przygotowań.
– Sebastian, mam dla ciebie zadanie – zaczepiła go, gdy zbliżył się do niej i wcisnęła w jego dłoń zapisaną kartkę papieru. Przeczytał treść i schował notatkę do kieszeni.
– Panienko, jesteś pewna, że…
– Tak – przerwała mu. – Dam sobie radę. Tylko się nie obijaj, nie powinno ci to zająć wiele czasu, prawda? Dwie godziny? – Uśmiechnęła się przebiegle.
– Oczywiście. W takim razie natychmiast wyruszam. – Pokłonił się i wyszedł. Czerwonowłosa przez kilka kolejnych minut siedziała w fotelu, przyglądając się tańczącym płomieniom. Każdy z nich wydawał się żywy, wił się i piął w górę, zachłannie okalając trzeszczące rozpaczliwie drewniane polana. Westchnęła, słysząc zegar wybijający jedenastą godzinę. Wstała, rzucając ostatnie, tęskne spojrzenie ognisku i otoczona całkowitą ciemnością panującą na korytarzu, poszła na górę, by się wykąpać i położyć się spać.
                Relaksująca kąpiel pośród zapachowych świec i olejków zawsze działała na nią odprężająco. Lokaj wiedział jak sprawić, by poczuła się lepiej. Bezpiecznie.  Delikatny zapach róż unosił się w łazience, kojąc zmęczone zmysły. Uwielbiała niepokojącą nutę, którą wyczuwała w różanym aromacie. Zamknęła oczy, pozwalając, by przyjemne odprężenie zawładnęło jej ciałem. Sebastian pachniał różami tamtego dnia, kiedy wtuliła się w jego pierś, kiedy po raz pierwszy, odkąd straciła rodziców, poczuła się bezpiecznie. Delikatny zapach bezpieczeństwa, z domieszką ekscytującego niepokoju. Nigdy nie wyznała mu, dlaczego właśnie ten zapach, nie chciała, by wiedział. Bała się, że otwierając się przed nim straci ulotne chwile, gdy pochylając się nad nią, nieświadomie pozwalał odnajdywać w sobie opokę.
W końcu opuściła łazienkę, ubrana w koszulę nocną i szlafrok. Usiadła na skraju łóżka i napiła się wody, ze stojącej na nocnej szafce szklanki. Z górnej szuflady wyciągnęła tomik poezji Poego. Otworzyła go na losowej stronie. Horrory i zjawiska fantastyczne były jej chlebem powszednim, dlatego tak dobrze odnajdywała się w utworach artysty. Tak naprawdę, większość z nich była w stanie recytować z pamięci, jednak lubiła wracać do tekstów na papierze, chociażby po to, by zająć czymś rozbiegane myśli.
Próbowała wmawiać sobie, że nie czuje zmęczenia. Oszukiwała się. Znów ogarnął ją narastający z każdą chwila niepokój. Chciała wierzyć, że to wina ulubionego autora lub wspomnienie wzbudzającego odrazę chichoty grabarza, jednak nie potrafiła unikać oczywistego. Chociaż ciemność i puste pomieszczenie nie wzbudzały w niej lęku, to świadomość, że w całym domu była tylko ona, jedyna świadoma osoba, która nie miała, do kogo otworzyć ust, kogo prosić o pomoc, na kim się wesprzeć, zwyczajnie ją przerastała. Żałosne.  Warknęła na siebie w myślach. Od tamtego dnia bezskutecznie próbowała walczyć z tym irracjonalnym uczuciem, jednak była to walka, której jak dotąd nie potrafiła wygrać. Wybiła północ.
– Sebastian wróci za godzinę… – powiedziała w przestrzeń. – Muszę iść spać, nie mogę dać mu tej satysfakcji – przekonywała się.
Zgasiła świecę i z determinacją otuliła ciało kołdrą. Zamknęła oczy i zaczęła liczyć barany, mając nadzieję, że szybko przeniesie się w krainę sennych marzeń. Nieprzyjemne, towarzyszące uczucie, nie ułatwiało jej zasypiania. Odpłynęła chwilę przed pierwszą, jednak to, co działo się w jej głowie, trudno było zaliczyć do „sennych marzeń”. Koszmary. Za każdym razem, gdy zasypiała sama. Zawsze, gdy wiedziała, że nie ma go w pobliży. Przychodziły, jak sępy do pozostawionych bez opieki zwłok. Rozszarpywały jej psychikę na strzępy, wydzierając z gardeł przerażający skrzek.
Myślałaś, że tak łatwo się mnie pozbędziesz?
Kim jesteś?
Zawsze będziesz pytać o to samo? Już ci mówiłam. Byłam tym, kim ty jesteś teraz.
Wciąż nic mi to nie mówi.
Nie musi. Zrozumiesz w swoim czasie. A na razie… Zostaw go.
Kogo?
Zostaw go, a pozwolę ci żyć dalej. On należy do mnie.
Sebastian?
Myślałaś, że to już koniec? To był dopiero początek. On i tak jest już mój. Przekonasz się o tym, niedługo.
Mylisz się. Teraz należy do mnie. Podpisaliśmy kontrakt. Widzisz?
Tak. Ale czy ty widzisz?
Nie rozumiem
Bądź cierpliwa, już niedługo. Niedługo pożałujesz, że mi go odebrałaś!
~*~
                Sebastian po cichu wszedł do wnętrza budynku i zamknął za sobą drzwi. Popatrzył na kieszonkowy zegarek i niezadowolony pokręcił głową. Było wpół do drugiej, miał spore opóźnienie. Nie mogła jednak winić go za błędy innych. Gdyby to zależało jedynie od niego, już dawno byłby z powrotem. Poprawił ubranie i wszedł po schodach, by do niej zajrzeć. Uchylił drzwi i wkroczył do środka. Leżała otulona pierzyną, nerwowo oddychając.
– Znowu koszmar? – szepnął, zbliżając się do łóżka. Zobaczył leżącą na stoliku książkę. – Tyle razy ci mówiłem, że czytanie Poego przed snem nie przynosi nic dobrego. – Schował kodeks do szuflady.
– Sebastian! – krzyknęła nagle.
Zaskoczony demon popatrzył na jej twarz. Wciąż miała zamknięte oczy.
Nawet we śnie nie potrafisz sobie beze mnie poradzić? – uśmiechnął się pod nosem.
– Sebastian, pomóż mi! – wydarła się ponownie, bardziej rozpaczliwie.
Zaczęła się trząść. Jej płytki, nierówny oddech i przyspieszone bicie serca dudniły w jego uszach. Chęć ukojenia jej nerwów zalała jego ciało i umysł nagłą falą niezrozumienia. Usiadł na skraju łóżka i wpatrywał się w wykrzywioną ze strachu, bladą twarz, przyozdobioną wypiekami.
­­                – Jestem tutaj, nie bój się – szepnął czule, nachylając się nad nią.
– Proszę, uratuj mnie. Sebastian?! Gdzie jesteś? – pytała płaczliwie. Bezradność ścisnęła go za gardło. Nie umiał sobie wyjaśnić, dlaczego tak bardzo przejmował się dziecięcym koszmarem jego pani. Dlaczego bolało go, że nie może obronić jej przed całym złego tego świata?
– Jesteś bezpieczna, nic ci nie grozi – wyszeptał łagodnie. – Wybacz, że nie mogę być tam z tobą. Chronić cię przed twoimi największymi lękami. Chciałbym móc zawsze cię bronić, nawet przed twoją podświadomością.
– Sebastian! – Błagalnie powtarzała jego imię.
Tego, którego potrzebowała. Tego, któremu, jak na ironię, ufała najbardziej na świecie. Denerwował się. Jego oczy błyszczały intensywną czerwienią, rozdzierając ciemność. Pochylił się głębiej, czarnymi włosami muskając jej rozpalone policzki.
– Panienko, jestem tu. To tylko zły sen. – Próbował ją uspokoić, ale nie mogła go słyszeć.
Jej cierpienie wzbudzało w nim złość. Nawet nie zorientował się, gdy jego prawdziwa forma zaczęła ukazywać się pod osłoną nocy. Kilka wirujących w powietrzu piór, jednym ruchem ręki zebrał je i zniszczył. Wziął głęboki oddech i uspokoił się, powracając do normalności, do ludzkiego ciała. Idealnego, niezdeformowanego. Tego, które przywdział lata temu. Twarz, która codziennie budziła jego panienkę i towarzyszyła jej przez cały dzień. Wygląd, który jej ludzki umysł był w stanie zaakceptować. Gdyby zobaczyła jego prawdziwe oblicze, nie zniosłaby jego brzydoty. Nie jeden anioł zwariował na jego widok, co więc stałoby się ze zwykłym człowiekiem? Wolał się o tym nie przekonywać.
– Sebastian! – Przez sen chwyciła go za szyję i zaczęła dusić.
Ściskała niezwykle mocno, jakby naprawdę chciała go zabić. Jakby właśnie walczyła o życie. Sen, który przeżywała musiał być dużo straszniejszy niż te, które miewała zazwyczaj. Chwycił jej dłonie w nadgarstkach i powoli, stanowczo, odsunął od swojej szyi, przyciskając do materaca.
– Panienko, obudź się. To ja, Sebastian, jestem tutaj. Elizabeth, obudzić się, nic ci nie grozi – mówił z przejęciem, ale słowa nie przynosiły efektów.
Pogrążona w głębokim śnie nie dopuszczała do swojego umysłu żadnych bodźców z zewnątrz. Trzymał ją powtarzając po cichu te same słowa. „Jestem tu, obronię cię”.
- Cóż za nieokrzesanie z mojej strony. Zwróciłem się do niej bez należytego szacunku – skarcił się w myślach.
Krzyki jego młodej pani powoli stawały się coraz rzadsze. Oddech wracał do normy.
–Już po wszystkim, nie musisz się bać – powiedział cicho. Poprawił pierzynę, okrywającą jej ciało i wyszedł z pokoju.
Nie mogę pozwolić na to, by sytuacja się powtórzył. – obiecał sobie.

Martwiło go to, co się działo. Wiedział, że przedziwne uczucia, które nim targały, mogą mu zaszkodzić. Zdekoncentrować w najmniej odpowiedniej chwili, doprowadzając do tego, że nie uchroni dziewczyny przed niebezpieczeństwem. W mgnieniu oka mógł stracić i ją i jej duszę, nie mogło do tego dojść. 

czwartek, 11 grudnia 2014

XXI

Przypominam o nowej zakładce, która znajduje się tuż pod nagłówkiem bloga. 
http://czarnarozademona.blogspot.com/p/backstage-stories.html 
Chętnie napiszę coś na Wasze życzenie. ;)


Zapraszam także na bloga jednej z moich koleżanek. Opowiadania o tematyce yaoi. 
http://fafagi-fanfiction.blogspot.com/

Mam nadzieję, że spodoba Wam się nowa część. Czekam na opinie. 
Miłej lektury!

======================


                Lekkostrawny, mało wystawny obiad. Jednodaniowy, składający się z pieczonego kurczaka i lekkiej sałatki warzywnej. Przez chwilę cieszyła oczy tym widokiem. Brakowało jej tych wspaniałych, małych posiłków, które dla przygotowywał tylko dla niej. Zawsze, gdy ktoś przyjeżdżał w odwiedziny, Sebastian przygotowywał wielkie uczty – jak przystało na kamerdynera rodziny Roseblack. Nie wypadało serwować czegoś tak skromnego. Na szczęście teraz, gdy w posiadłości panował względny spokój i nie musiała przejmować się innymi, posiłki podporządkowane były jedynie jej zachciankom. Leniwie zaczęła dłubać widelcem w talerzu.
Towarzystwo miało jednak swoje dobre strony, dostarczało jej, pomiędzy wieloma niedogodnościami, odrobinę rozrywki. Spojrzała na lokaja, który stał wyprostowany z opuszczonymi wzdłuż ciała rękami, przy srebrnym, ruchomym stoliku.
– Sebastian, zaśpiewaj coś.
– Słucham? – zdziwił się.
– No, zaśpiewaj coś – powtórzyła zirytowana, nie spuszczając z niego wzroku.
– Najmocniej przepraszam, ale nie wydaje mi się, żeby…
– Czyżbyś chciał zlekceważyć mój rozkaz? – przerwała służącemu, niecierpliwie stukając palcem o stół.
Mężczyzna odchrząknął i z miną męczennika zaczął wydobywać z siebie dźwięki jednej z jej ulubionych pieśni operowych Purcella. Ping, demonie! Dziewczyna zaśmiała się pod nosem słysząc jego śpiew. Miał przyjemna barwę głosu. Klasnęła w ręce i wróciła do jedzenia. Lubiła od czasu do czasu zaskakiwać go dziwnymi rozkazami, dlatego ciężko było jej wymyślić sobie nagrodę. W każdej chwili mogła zmusić go do czegoś poniżającego i denerwującego, taka nagroda straciłaby swój urok.
– Wystarczy, nie mogę już cię słuchać – jęknęła, gdy skończyła napawać się widokiem niezadowolenia na jego twarzy.
– Panienko Elizabeth! – Do jadalni wpadła zdyszana pokojówka, trzymając w ręce list.
– Co się stało, Jeanny?
– Przyszedł do panienki list, od samej królowej! – wyjaśniła wyciągając w stronę nastolatki drżące dłonie, w których ściskała przesyłkę. Czerwonowłosa skinęła głową na lokaja. Podszedł do zdyszanej służącej, wziął od niej kopertę i otworzył ją.
– Wracaj do pracy – polecił dziewczynie, która bez chwili wahania, posłusznie wybiegła. Sebastian wyciągnął list i przeczytał jego treść. Na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
– Co się stało? – zapytała zainteresowana hrabianka, unosząc głowę lekko do góry, próbując dosięgnąć wzrokiem wypisane na kartce słowa.
– Proszę spojrzeć – odparł tajemniczo, podając jej list. Chwyciła go zdegustowana i szybko powiodła wzrokiem po tekście.
– Wampiry? – mruknęła niepewnie pod nosem. – Coś takiego przecież nie istnieje prawda? – Przeniosła pełne sceptycyzmy spojrzenie na kamerdynera.
– Kto wie. – Uśmiechnął się przebiegle.
– Tak czy inaczej, to oznacza, że musimy wyruszyć do Londynu. Przygotuj wszystko, kiedy skończysz sprzątać po obiedzie – poleciła mu, wstała od stołu i ruszyła w kierunku swojej sypialni.
– A co z panienki popołudniową lekcją? – Zatrzymał ją, zanim wyszła z pomieszczenia.
– Przecież jedziesz ze mną, nie widzę problemu. – Wzruszyła ramionami. – Pośpiesz się, chciałabym tam dotrzeć przed zmrokiem.
– Zrozumiałem. –Demon pokłonił się i zaczął przenosić naczynia na wózek.
~*~
                Tai i Thomas pomogli Sebastianowi zapakować do karety bagaże młodej hrabianki. W tym czasie pokojówka pomagała jej ubrać płaszcz. Dziewczyna wyszła z budynku i zwołała do siebie służących, którzy ustawili się przed nią w rzędzie.
– Wyjeżdżam do Londynu, by rozwiązać sprawę dla Jej Królewskiej Mości. Zostawiam posiadłość pod waszą opieką. Dbajcie o nią. I pamiętajcie, żeby nikogo nie wpuszczać do środka. – poprosiła ich.
Pełni entuzjazmu pokłonili się i pożegnali hrabiankę z serdecznością, życząc powodzenia. Gdy usiadła wewnątrz pojazdu, lokaj podszedł do nich i zmierzył groźnym spojrzeniem każdego z osobna.
– Macie się zachowywać. Nie życzyłbym sobie żadnych problemów, zrozumiano? – powiedział cichym, przerażającym głosem.
– Oczywiście, panie Sebastianie! – odpowiedzieli chórem.
Demon wsiadł do środka powozu, spoglądając na nich przez ramię i dał znak woźnicy, by ruszył.
Siedzieli w ciszy przerywanej odgłosem końskich kopyt, uderzających o podłoże. Przemierzając lasy dziewczyna zdała sobie sprawę, że powoli zbliżała się zima.
Niedługo zacznie padać śnie… - pomyślała, zerkając melancholijnie przez okno. – Kolejne samotne święta.
– Panienko, czy coś cię martwi? – Sebastian przerwał milczenie.
– Dlaczego pytasz?
– Wygląda panienka na niezadowoloną – wyjaśnił, lekko pochylając głowę na bok.
– Po prostu miałam nadzieję odpocząć kilka dni, w spokoju. Jak widać Psu Królowej nie dany jest wypoczynek, nawet jeśli jest kobietą… – mruknęła, nie spuszczając oka z malowniczych widoków za oknem.
– W rzeczy samej. – Uśmiechnął się. – Przed nami jeszcze spory kawałek, może masz ochotę na grejpfruta? – zaproponował, wyciągając owoc z kieszeni prochowca.
Popatrzyła na okrągły owoc z grubą, jasną skórką i twierdząco kiwnęła głową. Śledziła wzrokiem jego zręczne dłonie, z niezwykłą łatwością i gracją, traktujące cytrus nożykiem. Gdy skończył, wyciągnął w jej stronę, ułożone w miseczce ze skórki, ćwiartki owocu.
– Dziękuję. – Powiedziała cicho, chwytając palcami soczysty kawałek.  – Gdy już dotrzemy do miasta, powinniśmy odwiedzić miejsce ostatniej zbrodni i poznać jakieś szczegóły, od tych niedojd z Yardu. – Opracowywała na głos plan działania. – Mam nadzieję, że to wystarczy. W przeciwnym wypadku, będziemy zmuszeni odwiedzić tego człowieka – dokończyła z niechęcią w głosie.
– Masz na myśli jego? – zapytał, równie niezadowolony.
– Mhm – mruknęła. Widziała jego entuzjazm, dorównujący jej własnemu. – Mus to mus.
– Ofiary pozostawiane w ciemnych uliczkach. Jakie to niedbałe – zmienił temat, na nieco przyjemniejszy.
– Masz rację. Gdyby jednak te „wampiry” pozbywały się ciał swoich ofiar, mielibyśmy więcej roboty – zwróciła uwagę. – Chciałabym załatwić tę sprawę, możliwie najszybciej, i wrócić do posiadłości.
– Rozumiem. Ponad to zbliża się zima. Temperatury są coraz niższe. Powinna panienka uważać na swoje zdrowe. – Spojrzał na cienki, czarny płaszcz, który na sobie miała. Była słabowita, z tego, co zdążył zauważyć po rozmowach z nią, było tak od dziecka. Niskie temperatury, deszcze i chłodny, pojawiający się znikąd wiatr nie były jej sprzymierzeńcami. Miała jednak ten niezwykle denerwujący zwyczaj ubierania się wbrew pogodzie. Notorycznie marzła, mimo, że ciągle powtarzał, by ubierała się cieplej. Wprawdzie, dzięki jego zapobiegliwości rzadko chorowała, ale byłby rad, gdyby nie musiał wiecznie jej pilnować. Była to jedna z rzeczy, których nie robiła umyślnie, ani złośliwie. Po prostu jej ciało reagowało na temperaturę inaczej. Rzadko odczuwała chłód, dopiero po długich godzinach wystawienia na oddziaływanie niskich temperatur, zaczynała czuć dyskomfort. Mimo, że jej percepcja była zaburzona, organizm wychładzał się i był podatny na konsekwencje tak samo, jak każdy.
– Zamknij się. Wcale nie jest zimno – warknęła.
Nie cierpiała, kiedy zwracał na to uwagę. Nie była małym dzieckiem. Potrafiła zdecydować, w co się ubrać, by nie marznąć. Ciągłe moralizujące wywody na temat słabego zdrowia i jego bagatelizowania, jakby jej ojcował były zwyczajnie zbędne.
– Nic niezwykłego, panienko – zaśmiał się. – Za pozwoleniem. – Zdjął rękawiczkę i górną częścią dłoni dotknął jej policzka.
Obróciła głowę, by na niego nie patrzeć. Robi to specjalnie, żeby odegrać się za obiad. Czyżby „pong”?
– Tak jak się spodziewałem… - zaczął, zakładając z powrotem rękawiczkę. – Jesteś wychłodzona. Nim dojedziemy do miasta możesz się przeziębić – kontynuował, ojcowskim tonem. Wstał, zdjął z siebie płaszcz i okrył nim szczupłe, dziewczęce ramiona. – Proszę, nie zdejmuj go dopóki nie dojedziemy, panienko.
– Znowu to robisz! – Warknęła na niego, nabzdyczając się, jednak posłusznie chwyciła końce płaszcz i skrzyżowała je na piersi.  
– Jestem kamerdynerem rodziny Roseblack, byłoby hańbą, gdybym nie dbał o zdrowie swojej pani – odparł dumnie, pochylając głowę, by ukryć złośliwy uśmiech.
– Jak chcesz. I tak nie jest mi zimno – ucięła rozmowę, biorąc do ust kolejny kawałek grejpfruta. Oparła głowę o okno i spoglądała przez szybę na zostające w tyle drzewa.
~*~
– Proszę bardzo.
– Co to jest? – Dziewczyna popatrzyła sceptycznie na trzymany przez uśmiechniętego demona kawałek granatowego materiału.
– Pozwoliłem sobie zabrać jesienny płaszcz panienki. Proszę zakładać, no już – pospieszał ją, potrząsając ubraniem.
Zacisnęła pięści, gotowa zacząć na niego krzyczeć, jednak coś w głowie kazało jej przestać. Cichy głos podpowiedział, by uległa jego prośbie.
W końcu robi to dla mojego dobra… – westchnęła i zrezygnowana wsunęła dłonie w rękawy wełnianego okrycia.
Było miłe w dotyku, i ciepłe. Na dodatek wcale nie było ciężkie, i z tego, co pamiętała, zawsze wyglądała w nim doskonale. Tak dawno nie miała go na sobie, że zupełnie zapomniała, jaki był wygodny. W końcu Sebastian nieźle się nagimnastykował, żeby go dla niej zdobyć, nie mógł być nieprzyjemny, ani szorstki.
Jak na kogoś, kto nie przywiązuje zbytniej wagi do swojego stroju, jesteś bardzo wybredna. – Przypomniała sobie jego słowa, kiedy wrócił z zapakowanym w karton płaszczem, zupełnie przemoknięty po całodniowym krążeniu po mieście w środku ulewy. – Haha! – zaśmiała się pod nosem.
Demon popatrzyła na nią pytająco.
– Nic, nic. – Machnęła ręką. – Coś mi się przypomniało. Możemy już iść? – Uśmiechnęła się, przechylając głowę.
– Oczywiście – odparł uprzejmie.
                Mimo, że powoli robiło się ciemno, wokół miejsca zbrodni wciąż zbierali się rządni wrażeń przechodnie. Niektórzy przybyli tu specjalnie, by zobaczyć na własne oczy zwłoki lub samo miejsce zbrodni. Inni, zainteresowani zbiorowiskiem, zatrzymywali się, by dowiedzieć się, o co chodziło. Kobiety odciągały zainteresowane dzieci. Mężczyźni na głos komentowali wydarzenia. Niektóre słowa grubiańskiego mieszczaństwa wzbudzały odrazę młodej hrabianki. Wraz ze służącym przecisnęli się pomiędzy gapiami. Oficer londyńskiej policji, trzymając notes w dłoni, skrupulatnie zbierał zeznania od jednego ze świadków, który znalazł ciało.
– Przepraszam panienko, ale takie młode damy nie powinny przebywać na miejscu zbrodni – odezwał się jeden z niższych rangą przedstawicieli władz.
Podszedł do niej i pochylił się. Czerwonowłosa prychnęła pod nosem i minęła go, traktując jak powietrze.
– Znacie już jakieś szczegóły? – zapytała stojącego plecami do niej oficera. Krótko ścięty, wąsaty mężczyzna odwrócił się w jej stronę.
– Roseblack… Spodziewałem się ciebie – powiedział pogardliwie, na co odparła pełnym zadowolenia uśmiechem.
– Nic dziwnego, skoro jak zwykle nie potraficie sobie poradzić z robotą – odpowiedziała.
Wyszarpnęła notes z jego dłoni i podała lokajowi. Policjant zawył protestująco.
– Powiedz mi, co wiesz. Spieszę się  – zażądała.
– Nie muszę ci niczego mówić.
– Racja – mruknęła, dotykając podbródka opuszkami palców ­– ale wydaje mi się, że to bardzo zasmuciłoby Jej Wysokość. – Uśmiechnęła się uroczo, machając u przed oczami kopertą z królewską pieczęcią.
Bezsilny oficer westchnął głęboko i w zrezygnowaniu opuścił ramiona.
– Wiemy jedynie, że ciała ludzi zaatakowanych przez, tak zwane wampiry, pozostawiane są w ciemnych uliczkach, w różnych dzielnicach miasta. Wydaje się, że ofiar nie łączy nic oprócz śladów na szyi, uznawanych za rany po kłach  – wyjaśnił ciężko, drapiąc się po wąsach.
– Tylko tyle? – Zamrugała z niedowierzaniem. – Przez ten czas nie dowiedzieliście się niczego więcej?
– Ty…– warknął. – Jest coś jeszcze – przyznał niechętnie. – Na ubraniu kilku ofiar znaleziono ślady błękitnej farby.
– Rozumiem. Sebastian?
– Tak?
– Zapamiętałeś zeznania świadków?
– Oczywiście – skinął głową, kładąc dłoń na piersi.
– Doskonale, idziemy – rozkazała mu i podążyła w stronę powozu.
Demon oddał notes niezadowolonemu policjantowi, ukłonił się i ruszył za swoja panią.
                Wsiedli do wnętrza karoty. Czarnowłosy służący w skrócie przedstawił hrabiance informacje, które zebrał przeglądając policyjne notatki. Nie było tego wiele. Ciągle powtarzał się ten sam schemat – ślady na szyi, ciemne uliczki i ślady po farbie. Zrezygnowana Elizabeth złapała się za głowę, jęcząc ze złości.
– Chyba nie mamy innego wyjścia. – Popatrzyła na demona.
Oboje wiedzieli, dokąd muszą się udać. Chociaż osobiście nigdy tam nie była, to z opowieści lokaja wynikało, że ani miejsce, ani jego właściciel nie należeli do najprzyjemniejszych.
– To tu? – zapytała sceptycznie, gdy wysiadła z wozu.
Spojrzała na przekrzywiony szyld widniejący nad drzwiami zaniedbanego budynku.
– „Undertaker”? Mówisz poważnie? – jęknęła z niedowierzaniem.
– Niestety tak… – odpowiedział niezadowolony.
– No dobra, miejmy to już za sobą.
– Proszę poczekać. – Zatrzymał ją, gdy chwytała klamkę. – Zanim wejdziemy do środka musisz o czymś wiedzieć… – przysunął się do niej i wyszeptał coś do ucha.
– Że co?! – krzyknęła zaskoczona. – Teraz naprawdę rozumiem, dlaczego tak źle wspominasz to miejsce.
Weszli do środka. Wewnątrz małego zakładu pogrzebowego panowała mroczna atmosfera. Jedyny źródłem światła, anemicznie rozjaśniającym pełne trumien pomieszczenie, była świeca przyklejona do czaszki, stojącej na biurku w głębi pomieszczenia. Nieprzyjemny zapach stęchlizny sprawiał, że Elizabeth miała problemy ze swobodnym oddychaniem.
– No i gdzie on jest? – zapytała zniecierpliwiona, rozglądając się wokół.
Skrzypnięcie drewna przyciągnęło jej wzrok do jednej z trumien. Z wnętrza powoli wyłonił się mężczyzna z podłużną blizną na twarzy. Miał na sobie czarną szatę do ziemi, ze zdecydowanie zbyt długimi, zwisającymi prawie do samej podłogi, rękawami. Większą część jego twarzy zasłaniała ciemnoszara grzywka sięgających za pas włosów. Młoda hrabianka cofnęła się w tył, uderzając plecami o ramię towarzysza. Demon asekuracyjnie chwycił jej rękę w łokciu.
- Dawno się nie widzieliśmy, kamerdynerze. Naprawdę, bardzo dawno…  mówił powoli, kładąc wyraźny akcent na ostatnie słowo.
Podszedł do nich i popatrzył mu w oczy. 

.