sobota, 14 lutego 2015

Tom 2, III

Z okazji Walentynek życzę wszystkim obchodzącym wszystkiego najlepszego. Wszystkim nie obchodzącym też, a co tam!
Dziś znów rysunek na końcu.
Zaczęłam się bawić tuszem i stalówkami, ale efekt wczorajszej zabawy wrzucę do następnej notki, ponieważ nie pasuje do dzisiejszego dnia. Na razie macie standardowy bazgroł, który miał ociekać sweetaśnością, ale nie wyszło, bo jest mojego autorstwa xD
Zapraszam do czytania i komentowania :)

==================

– Na początek Tai i Thomas zbudują dwudziestu strażników tuż przy bramie wjazdowej. W tym czasie ja i Jeanny zaczniemy budować mur dzielący strażników od zabudowań. Sebastian zajmie się tyłami. Mamy godzinę, więc musie się spieszyć! Potem powiem wam, co dalej.
– Co dalej? – zdziwił się kucharz.
– Oczywiście! To dopiero początek – wyjaśniła, choć wydawało się oczywistym, że zaledwie dwadzieścia bałwanów od frontu i obstawiony tył to zdecydowanie za mało, by godnie reprezentować posiadłość.
– Każda grupa bierze skrzynię. W środku są marchewki, węgiel i patyki. Bierzcie się do roboty! – krzyknęła, unosząc do góry rękę, w której trzymała jedną z marchewek niczym miecz.
Wszyscy rozbiegli się czym prędzej, by mieć możliwie najwięcej czasu. Kucharz nie był jednak zbytnio zadowolony.
– Czy ona nie przesadza? Nie damy rady zbudować dwudziestu bałwanów w przeciągu godziny… – jęczał pod nosem.
– Skoro panienka Elizabeth mówi, że mamy zdążyć, to zdążymy – pokrzepiał go pełen entuzjazmu brunet.
Mężczyzna popatrzył na niego ze zdziwieniem. Widział ogromną radość w jego oczach na myśl o  uszczęśliwieniu dziewczyny. Ona dała im wszystko: dom, pracę, opiekę, nawet rodzinę. Miał rację, skoro tak powiedziała – na pewno dadzą radę.
– Masz absolutna rację, co ja sobie myślałem! – Teatralnie uderzył się w głowę.
Na jego twarzy pojawił się wielki, szczery uśmiech. Z zapałem zabrał się za tworzenie śnieżnych obrońców.
                W tym czasie Elizabeth wraz z pokojówką zabrały się za tworzenie fortu obronnego. Praca na pozór wydawała się mniej skomplikowana od zadania przydzielonego męskiej części służby, ale wciąż wymagała wiele wysiłku. Na dodatek, mur miał mieć wysokość ponad półtora metra i trzy otwory – po jednym na północ, południe i zachód. Do ich stworzenia i nie zniszczenia przy okazji tego, co stworzyło się do tej pory niezbędna była cierpliwość, którą posiadał jedynie Sebastian i one, choć w ograniczonej ilości.
Ciemnowłosa nie była szalona, zdawała sobie sprawę, jak ciężkie zadanie postawiła przed sobą i służbą. Właśnie dlatego wysłała Sebastiana na tyły, by spokojnie, nie martwiąc się, że go zauważą, mógł trochę poczarować i wybudować wszystko na czas według schematu, który mu wręczyła. Sam demon skończyłby budowę na całym terenie w przeciągu maksymalnie pół godziny, ale cała zabawa polegała na tworzeniu, nie na podziwianiu efektu końcowego. Chociaż nie można było powiedzieć, by oglądanie tak kunsztownego dzieła nie wprawiało w zachwyt. Elizabeth zawsze dumnie oprowadzała gości po ogrodzie pełnym śnieżnych stworów. Uwielbiała błysk podziwu, który migał w ich oczach i zdumienie na twarzach, kiedy prezentowała im główną atrakcję. Wszystko, co teraz budowali było jedynie tłem tego, co miało powstać w samym centrum.  Najważniejszą część zostawiła na następny dzień. Wiedziała, że do jej stworzenia potrzeba będzie całej energii – nie jakichś resztek pozostałych po kilkugodzinnej robocie.
                Po godzinie z kawałkiem prace dobiegły końca. Wszyscy zebrali się przed posiadłością, by wysłuchać kolejnych wskazówek dziewczyny. Sebastian dostrzegł niepokojąco intensywne wypieki na jej twarzy.
– Panienko, dobrze się czujesz? – zapytał troskliwie.
– Tak, czemu pytasz? – zdziwiła się.
Podszedł do niej i pod pretekstem poprawienia czapki i szalika sprawdził jej temperaturę.
– Tak, jak myślałem… – powiedział cicho.
Skrzywiła się czekając aż wyjaśni, o co dokładnie mu chodziło.
– Masz podwyższoną temperaturę. Myślę, że na dzisiaj powinni…
– Nie! – przerwała mu stanowczo. – Nie ma takiej możliwości. Musimy dzisiaj zrobić wszystko, co zaplanowałam. Inaczej nie zdążymy jutro – wyjaśniła zaciskając pieści.
Demon westchnął z rezygnacją widząc determinację na zaczerwienionej twarzy swojej młodej właścicielki. Z jakiegoś powodu nie potrafił jej tego odebrać, chociaż dobrze wiedział, że powinien.
– Jak sobie życzysz, panienko – odparł lekkim uśmiechem, przymykając oczy.
– W takim razie: musimy teraz ustawić kolejne dwa rzędy bałwanów. Po dwadzieścia z każdej strony. Thomas, Tai – bierzecie prawą. Ja z Jeanny lewą. A Sebastian… Ty przygotuj wszystko do jutrzejszej rzeźby.
Pociągnęła pokojówkę za dłoń zanim którykolwiek z zebranych zdążył się odezwać.
Tworzenie śnieżnych kul z każdą następną zaczynało sprawiać coraz większy trud. Powoli opadali z sił. Nie dość, że trzeba było stworzyć wielką, okrągłą bryłę to trzeba było umieścić ją na innej, i tak kilkadziesiąt razy. Niewiele brakowało do końca, kiedy zaczęło się ściemniać. Kucharz wraz z ogrodnikiem zrobili, co do nich należało. Zameldowali się i wrócili do środka budynku. Sebastian dotrzymywał towarzystwa dziewczynom. Blondynka ledwie dawała radę. Była zmarznięta, cała się trzęsła i zasypiała na nogach.
– Panienko, skończmy na dziś. Zapada zmrok, dokończymy jutro – cierpliwie przekonywała hrabiankę, jednak nie dawała za wygraną.
Nie dbając o temperaturę, drapanie w gardle i zmarznięte dłonie, których już prawie w ogóle nie czuła, uparcie kontynuowała.
– Zostały już tylko 3 – powiedziała jedynie podnosząc się z kolan.
Odliczyła kilka kroków do następnego miejsca i zaczęła formować nową bryłę. Pokojówka ruszyła jej śladem, jednak demon powstrzymał ją, dotykając dłonią drżącego ramienia.
– Jeanny wracaj do środka, ogrzej się. Zostanę z panienką – polecił życzliwie.
– Bardzo dziękuję, panie Sebastianie – odpowiedziała, kłaniając się lekko.
Nie tracąc czasu pobiegła do środka.
Sebastian stał nad swoją panią przyglądając się, jak zmusza zmęczone ciało do kolejnych ruchów. Widział, że ledwo daje radę. Właściwie, zastanawiał się, jakim cudem jest jeszcze w stanie podnosić kilkukilogramowe bryły. Nie wyglądała na kogoś, kto czerpie przyjemność z pracy, bardziej przypominała wypruwającego sobie żyły niewolnika, który ze strachu przed chłostą przełamuje kolejne bariery organizmu. Podnosząc kolejną kulę nastolatka upadła, lądując twarzą wprost w twardą i zimną powierzchnię bryły. Z trudem podniosła się i przetarła twarz. Popatrzyła na roztrzaskane resztki i zaczęła formować je od nowa.
– Już tylko dwa – szepnęła, uklepując śnieg.
Podniosła go i ponownie upadła, w ten sam sposób, co poprzednio.
– Panienko! – nachylił się nad nią lokaj chwytając  dziewczynę za ramię.
Wyszarpnęła się posyłając mu groźne spojrzenie. Nie chciała jego pomocy. Musiała dokończyć to, co zaczęła. To była tradycja jej rodziny, od zawsze. Co roku wyglądała tak samo, zmieniała się jedynie aranżacja. Jeśli teraz odpuści zaprzepaści wszystko.
                Denerwowała go irracjonalna zawziętość szlachcianki. Kiedy coś sobie ubzdurała, nie było siły, by ją od tego odciągnąć. Miało to swoje dobre strony, ale ona zwyczajnie nie znała granic.
– Będzie walczyć. Nie odpuści, dopóki będzie w stanie choćby kiwnąć palcem. Ta dziewczyna…
Przewróciła się po raz kolejny. Wiedział, że już dawno powinien przerwać tę niedorzeczną farsę. Robiła sobie krzywdę, a on na to pozwalał. Przyszła pora, by zakończyć to absurdalne przedstawienie.
– Wystarczy – powiedział chłodno, biorąc Elizabeth na ręce.
Bezskutecznie próbowała się wyszarpnąć, c o chwila uderzając go w twarz.
– Sebastian, zostaw mnie! Puszczaj – krzyczała. – Natychmiast mnie postaw, to jest rozkaz!
Przeszedł kilka metrów i posadził wykończoną, zmarzniętą dziewczynę na ławce. Próbowała wstać, ale skutecznie jej w tym przeszkodził napierając dłońmi na ramiona.
– Przemarzłaś – skomentował.
Zdjął płaszcz i otulił nim trzęsącą się, kruchą istotę, która patrzyła na niego zamglonym wzrokiem.
Nie miała już siły się stawiać. Gorączka powoli zaczynała odbierać jej świadomość. Zdołała jedynie wbić wzrok w górę śniegu, która w swej obłej formie, niczym nie przypominała bałwana.
– Zostań tu – powiedział ciepło, lecz stanowczo.
Ani drgnęła. Podążała jedynie wzrokiem za czernią jego fraka. Michaelis klęknął przy bryle i zaczął kształtować ją w pożądany kształt. Po chwili była gotowa. Czując na sobie wzrok Elizabeth stanął w ostatnim, wyznaczonym miejscu, po czym schylił się, by ulepić ostatnie kule. Kiedy się odwrócił, dziewczyna już mu się nie przyglądała. Przysnęła ze zwieszoną głową, lekko przechylając się w bok. Zmęczenie, chłód i gorączka w końcu ją pokonały. Mężczyzna zbliżył się do ławki i podniósł śpiącą hrabiankę, by zanieść ją do sypialni. Z jej ust wydobyło się ciche jęknięcie.
– Jesteś strasznie nieodpowiedzialna, Elizabeth – powiedział spoglądając na zaczerwienioną twarz, kiedy niósł fioletowowłosą po schodach.
Wypieki na jej twarzy przybrały purpurową barwę kontrastując z bladą skórą. Majaczyła, co chwilę unosząc powieki. Bełkotała pod nosem niezrozumiałe słowa. Demon wiedział jedynie, że cokolwiek działo się w jej głowie, strasznie to przeżywała.
                Zdjął z niej przemoczone ubrania i ubrał ją w koszulę. Czule otulił kocem i położył do łóżka, dokładnie opatulając kołdrą. Wciąż nie rozumiał słów wydobywających się z jej ust. Jedynie pojedyncze krzyki świadczyły o tym, jak bardzo się bała, denerwowała i cierpiała, gdziekolwiek znajdowała się teraz jej dusza. Przysunął krzesło do skraju łóżka. Usiadł na nim i wpatrując się w mokrą od potu twarz delikatnego stworzenia, które miał obowiązek bronić, zdał sobie sprawę z tego, jak trudne jest wyzbycie się uczuć. Zawsze zastanawiał się, czemu ludzie byli tacy słabi, dlaczego uporczywie chwytali się emocji, mimo iż sprawiały im ból. Teraz, gdy na własnej skórze poczuł ich ludzką ułomność, zaczynał podziwiać ich wytrwałość. Nieokazywanie uczuć było pestką. Powstrzymywanie ciała przed wykonaniem ruchu, którego pragnęło ze wszystkich sił było niczym w porównaniu z nieokiełznaną chęcią doświadczania emocji, nawet tych najgorszych. Mimo gorzkiego posmaku, sączyła się z nich pewna słodycz. Jedynym do czego potrafił porównać to zjawisko był moment, kiedy pożerał duszę – niezwykłą, piękną. Duszę, która zaznała cierpienia; skąpaną w ciemności, jednak wciąż pozostającą czystą jak oszlifowany diament. Czy naprawdę stawał się ludzki, czy to tylko ten kruchy człowiek tak na niego działał? Nie potrafił przywołać żadnego wspomnienia związanego z uczuciami, które nie wiązałoby się z hrabianką. Nie tego rodzaju. Był moment w jego demonicznym żywocie, który wzbudzał niepokój, czy aby nie zaczynał plugawić się ludzkimi słabościami, ale nie było to aż tak intensywne. Wtedy potrafił się powstrzymać, odsunąć od siebie wszelkie myśli, pozostać idealnym.
Patrząc na drobną twarz dziewczyny, ledwo widoczną wśród licznych poduszek, czuł ból porównywalny do rozdzierania ciała na strzępy jedną z kos shinigami. Pragnął objąć to słabe stworzenie i obronić przed całym światem, nawet przed jej własnymi koszmarami.
                Spędził przy niej prawie całą noc, póki gorączka i koszmary nie przestały trapić jej zmęczonego umysłu odchodząc na dobre. Dopiero wtedy, gdy zaczynało robić się jasno zdecydował odstąpić od jej boku. Miał niewiele czasu, by zająć się obowiązkami, dlatego korzystając z wczesnej pory użył swoich demonicznych umiejętności, by pomóc sobie w pracy. Kiedy skończył, obudził resztę służby i zajął się przygotowywaniem śniadania. W międzyczasie przeczytał kilka artykułów medycznych, by wiedzieć, jak odpowiednio zająć się chorą hrabianką.
Serce demona uderzyło ze zdwojona siłą, kiedy znajomy dźwięk dzwonka dotarł do jego uszu. Poznawał każdy z nich po specyficznie zniekształconych dźwiękach. Różnice były subtelne, niemal nie do wychwycenia dla ludzkich zmysłów, jednak on znał je doskonale.
Przestawił talerze na srebrny wózek i pchając go, skierował się do sypialni nastolatki.
– Czy to możliwe, by ona była… – nagła myśl nawiedziła jego umysł, znikając tak szybko, jak się pojawiła, przerwana wrzaskiem dobiegającym z zewnątrz domostwa. Pozostawiając śniadanie na środku korytarza pobiegł w miejsce, z którego dobiegał dziewczęcy głos.
– Jeanny, co się stało? – zapytał zdenerwowany.
– Pa… Panie Sebastianie! Bałwany – wyjąkała, z przerażeniem patrząc na bezkształtne góry śniegu.
Demon podszedł do jednej z nich i dokładnie przyjrzał się śladom. Uświadomił sobie, czym był niezwykły dźwięk, który w środku nocy zachwiał harmonijną ciszę. 
– Jelenie…  powiedział cicho.
– Jak to możliwe? Przecież wszystkie bramy były zamknięte! – zdziwiła się pokojówka.
Oczy Sebastiana błysnęły przerażającą czerwienią, kiedy zbliżył się do dziewczyny. Zrobiła krok w tył onieśmielona jego bliskością.
– Jesteś pewna, że wszystkie bramy były zamknięte? – Powoli wymawiał przesiąknięte złością słowa.  
Zadrżała niepewnie. Prawdę mówiąc, nie miała pojęcia, czy zamknęli wszystkie wejścia. Z reguły zostawiali to zadanie Taiowi, a przecież przez kilka ostatnich dni nikt nie wychodził poza teren, musiały więc być zamknięte. Chociaż powinni je sprawdzić…
– Ja, ja nie wiem, przepraszam! – krzyknęła, z pokorą pochylając głowę.
Kamerdyner był bliski rozszarpania niekompetentnej służącej na strzępy. Powstrzymywał się jedynie przez wzgląd na swoją panią. Gdyby nie ona, pokojówka wykrwawiałaby się w tej chwili nadziana na ostre kolce bramy, której zamknięcia nie dopilnowała.
Westchnął ciężko i uspokoił się.
– Idź sprawdzić bramy, tylko dokładnie. Sam zajmę się tym bałaganem – polecił jej, rozglądając się po pobojowisku.
Gdy tylko zniknęła z pola widzenia, w mgnieniu oka naprawił wszystkie bałwany. Już drugi raz tego dnia zagrał nieczysto. Nie ryzykował jednak, że któreś ze służących go przyłapie, i tak byli dostatecznie zajęci niekompetentnym niszczeniem wszystkiego na swojej drodze, więc nie postąpił wbrew rozkazowi. Otrzepał rękawiczki ze śniegu i pobiegł do środka – musiał zaserwować swojej pani posiłek.
Zapukał do drzwi, uderzając trzykrotnie. Słysząc głos zza dzielącej ich, drewnianej zapory pchnął klamkę i wprowadził wózek do środka. Szlachcianka siedziała w łóżku. Jej twarz wciąż zdobiły lekkie wypieki. Patrzyła na demona lekko nieprzytomny wzrokiem.
– Dzień dobry panienko. Na dzisiejsze śniadanie przygotowałem jajka sadzone z pietruszką, pełnoziarniste pieczywo oraz starte jabłko z cynamonem. Przygotowałem również malinową herbatę z dodatkiem lipowych liści, ale najpierw będzie panienka musiała wypić to. – Podał jej wysoką szklankę wypełnioną do połowy pomarańczową cieczą.
Nie do końca świadoma tego co robi, posłusznie wypiła sok. Dopiero, gdy całość przepłynęła przez jej gardło, wzdrygnęła się i spojrzała na służącego z wrogim błyskiem w oku.
– To marchewka! Dlaczego dałeś mi coś tak obrzydliwego?!
– Jest panienka przeziębiona. Jeżeli chcesz kontynuować tworzenie zimowych dekoracji, musimy zaopatrzyć cię w niezbędne witaminy. Proszę, zjedz śniadanie. – Zabrał szklankę i postawił przed szlachcianką przenośny stolik z jedzeniem.
Niechętnie pokręciła nosem.
– Powinna panienka zjeść wszystko – pozwolił sobie wtrącić, gdy zaczęła dźgać widelcem żółtko jajka.
Nie odpowiedziała. W ciszy wmuszała w siebie kolejne kęsy zdeterminowana, by zrobić wszystko, byle tylko móc dokończyć swoje dzieło. Michaelis cieszył się w duchu obserwując jej dłoń, co chwilę transportującą jedzenie do ust.
– Sebastian… – powiedziała cicho, przerywając konsumpcję.
– Słucham, panienko?
– Co by się ze mną stało, gdybyś umarł? – zapytała spoglądając na niego.
Więc to o tym śniła? To przez całą noc spędzało sen z jej powiek? Jego śmierć? Świadomość, że ktoś taki jak on dostąpił zaszczytu obecności w jej snach przyjemnie łechtał jego ego. Czuł się podle pozwalając sobie na tę chwilę pychy, pamiętając jak nieprzyjemna była dla niej ostatnia noc. Jego serce uderzyło mocniej rozpraszając falę gorąca po całym jego ciele.
– Kontrakt by zniknął, a ty byłabyś znowu wolna, panienko – wytłumaczył obojętnym głosem. – Przy okazji. Zostało dostarczone z samego rana. – Podał dziewczynie kopertę.
Popatrzyła na pieczęć, po czym westchnęła lekko zawiedziona. Gdy tylko przeczytała zawartość przesyłki radość powróciła na jej twarz. Uśmiechnęła się do trzymanej w ręku, niewielkiej kartki sztywnego papieru.
– Mogę zapytać, z czego się tak cieszysz, panienko? – rzekł z zainteresowaniem.
Eilzabeth szybko schowała list do koperty i włożyła ją do szuflady. Tajemniczo popatrzyła na demona i zaśmiała się promiennie.

– Dowiesz się w swoim czasie.



środa, 11 lutego 2015

Tom 2, II

Jakoś strasznie mało wyświetleń poprzedniej notki. Tak słabo jeszcze nie było. 
Trochę mnie to martwi/dołuje. 
No, ale nic, jedziemy dalej, może będzie lepiej. 
Na końcu art.

PS Zdałam egzamin językowy :3

==========================

                Płatki śniegu tańczyły na delikatnym wietrze nieustannie od kilku godzin. Świeżo oczyszczone drzewa ponownie zaczęły przybierać białą barwę. Dziewczyna zorientowała się, że właściwie takie bardziej jej się podobały. Postanowiła powiedzieć o tym Sebastianowi przy najbliższej, nadarzającej się okazji, zanim znów każe Taiowi i reszcie zająć się strzepywaniem z nich puchowego płaszcza.
Lekcja, którą prowadził starszy mężczyzna, jak zwykle ją usypiała. Lubiła literaturę, jednak nawet najciekawsza rzecz prezentowana w tak mizerny sposób mogłaby zanudzić człowieka na śmierć. „Kazać Sebastianowi znaleźć jakiegoś ciekawszego nauczyciela.”  – zanotowała na marginesie kartki, na której starała się robić notatki. Jej myśli wciąż krążyły wokół kamienia. Gdzie mógł się podziać? Nie mogła dać sobie spokoju. Wiedziała, że była w stanie w nieskończoność unikać sytuacji, dających demonowi możliwość zorientowania się, że go nie miała. Zbyt dziwne zachowanie wzbudzi jego zainteresowania, a wtedy w mig się dowie.
Lepiej będzie, jeśli powiem mu o tym sama – pomyślała, a raczej tak jej się wydawało.
– O czym? – Zainteresowany ton głosu nauczyciela zwrócił jej uwagę. Podniosła głowę znad kartki i popatrzyła na niego zdezorientowana.
– Słucham?
– Mówiła panienka, że będzie lepiej, jeśli powie mu panienka sama – powtórzył jej słowa.
Zalała się rumieńcem, nie chciała okazać mężczyźnie braku szacunku. Ten jednak nie wydawał się zdenerwowany. Zdawało jej się, że naprawdę chce poznać odpowiedź.
– Zgubiłam coś bardzo ważnego. To był prezent od niego. Nie wiem, jak to się stało. Nie wiem, jak mu o tym powiedzieć. Nie chcę sprawiać mu przykrości – wyjaśniła, otwierając się przed starszym mężczyzną.
Odłożył trzymaną w ręce książkę i podszedł do niej, życzliwie się uśmiechając.
– Lepiej będzie, jeśli powie mu to panienka nim sam się zorientuję. Widzę, że naprawdę to panienkę martwi, on na pewno to zrozumie. Ludzie popełniają czasem błędy, to nieodzowna część naszego życia. Najważniejsze jest to, by umieć się do nich przyznać. – Słowa płynące z jego ust niespodziewanie dodały jej otuchy.
Popatrzyła na niego zaskoczona. Nigdy nie pomyślałaby, że ktoś, kto nie potrafi zainteresować słuchacza nawet dziełami Szekspira będzie w stanie udzielić jej rady, która rzeczywiście jej pomoże.
– Ale zranię go, gdy mu o tym powiem. Obiecałam, że będę zawsze nosić go przy sobie – ciągnęła dalej, zachęcona jego odpowiedzią.
– I dotrzymywałaś tej obietnicy, prawda? Dopóki mogłaś. Nie zostawiłaś go z premedytacją na nocnym stoliku, panienko.
– Ale nie mam go na szyi. Zawiodłam go. Nie chcę, by czuł, że nie może mi ufać nawet z czymś tak błahym…  – szepnęła smutno zaciskając dłoń na piórze.
Mężczyzna, zmarszczył siwe brwi i uśmiechnął się do niej czule. Poczuła, że naprawdę zrozumiał. Ten starszy, nudnawy człowiek, wydał jej się niezmiernie bliski. Po raz pierwszy od bardzo dawna ktoś obcy wzbudził w niej tak pozytywną emocje.
– Ten chłopiec ma wielkie szczęście. Darzysz go szczególnie mocnym uczuciem. Mam nadzieję, że zdaje sobie z tego sprawę i dba o panienkę tak samo, jak panienka o niego – zaśmiał się łagodnie.
Ciemnowłosa popatrzyła na niego ze zdumieniem.
– Szczególnym uczuciem? – powtórzyła niepewnie.
– Rozumiem, że bardzo się tym panienka przejmuje, ale powinniśmy wracać do naszej lekcji. – Odwrócił się i podszedł do stołu, by podnieść książkę. – Niewiele pozostało na tym świecie ludzi, którzy myślą w ten sposób – dodał po chwili, po czym powrócił do odczytywania tekstu.
Była niezadowolona, nie uzyskując odpowiedzi. O jakie uczucie mu chodziło? Przecież ona zwyczajnie nie chciała złamać obietnicy. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego wydawało mu się to takie niezwykłe. Mimo wszystko, dostrzegła w nauczycielu coś nowego. Czuła, że coś ich łączy. Popatrzyła na notatkę na marginesie i kilkoma szybkimi ruchami zamazała ją. Obiecała sobie, że od teraz będzie próbowała skupić się na jego zajęciach – w ramach podziękowania za radę, a właściwie, za samą rozmowę.
                Gdy lekcja dobiegła końca, Sebastian odprowadził mężczyznę do drzwi, podczas gdy Elizabeth wróciła do swojej sypialni, by jeszcze raz dokładnie ją przeszukać. Niestety i tym razem niczego nie znalazła. Nie było wyjścia – będzie musiała przyznać się do błędu. Tak, jak powiedział profesor: będzie lepiej, jeżeli sama mu o tym powie.
– Czemu w ogóle się przejmuję? – zapytała się. – Przecież dla niego to prawdopodobnie nic nie znaczy.
Myśl, która wcześniej do niej nie docierała, rzuciła nowe światło na całą sytuację. Po co miała zadręczać się czymś, co dla demona było jedynie błahostką? Przecież nie wiązał żadnych uczuć z tym przedmiotem, ani tym bardziej z nią.
– Przecież demony nie mają uczuć! – krzyknęła sama do siebie i zaśmiała się pod nosem.
Usłyszała pukanie do drzwi i zamilkła. Mimo wszystko nie była jeszcze gotowa, by wyznać prawdę.
                Kiedy zbliżał się do jej pokoju, zamierzał dumnie oświadczyć, że nie musi przejmować się naszyjnikiem. Korzystając z wolnej chwili, przygotował dla niej identyczną replikę. Zamierzał wyjaśnić, że znalazł kamień w jednym z pokoi, że zapięcie się zepsuło. Wypominałby jej nieuwagę przez kilka dni, a potem oboje zapomnieliby o całym zajściu.
Zbliżał się do pomieszczenia gotowy zapukać, gdy usłyszał krzyk za drzwi. Przepełniony pewnością głos wypowiadający słowa, które wywołały bolesne ukłucie w okolicach klatki piersiowej demona. Zatrzymał się i spojrzał na mieniący się fioletem, zaokrąglony kamień i ze złością wcisnął go w kieszeń. Zaczynał żałować, że pozwolił na to wszystko. Mógł odejść, zniknąć, ale nie zrobił tego. Czemu? Przecież dobrze wiedział jak to się skończy, nie był przecież głupi. Dlaczego w ogóle pozwolił sobie coś poczuć? To była główna przyczyna problemu. Gdyby nie był tak słaby, czy może raczej tak nierozważny, żadna z tych rzeczy niemiałaby teraz znaczenia.
Przeklął w myślach i zapukał, po czym wszedł do środka, choć nie bardzo wiedział, po co. Ujrzał siedzącą na podłodze, chudą dziewczynę. Spojrzała na niego rozpromieniona swoim nagłym odkryciem, przez opadające na twarz, ciemne włosy. Wydała mu się nieprzeciętnie piękna.
– Co robisz, panienko? – wyrwało mu się, za co natychmiast skarcił się w myślach.
– Siedzę na ziemi – odpowiedziała złośliwie. – A co ty robisz?
– Korzystając z chwili wolnego, przyszedłem pomóc wybrać ci kreację na dzisiejszy wywiad – odparł, wymyśliwszy na poczekaniu odpowiedź.
Niezadowolona pokręciła głową. Uświadomiła sobie, że to kolejna sytuacja, która będzie od niej wymagać ukrywania się i nienaturalnego zachowania. Sama myśl napawała ją zniechęceniem. Przez chwilę patrzyła na niego nieobecnym wzrokiem, prowadząc wewnętrzną dysputę z samą sobą. Po chwili podjęła stanowczą decyzję. Skoro tylko ona z nich dwojga czuła, to wszystko zależało od niej. Podniosła się i z zacięciem na twarzy i zbliżyła się, niemal wpadając w jego ramiona. Chwyciła dłonią chustkę i energicznym ruchem ściągnęła ją z szyi.
– Zgubiłam go – powiedziała podniesionym, zdenerwowanym głosem.
Nie tak to sobie wyobrażała. Natychmiast wbiła wzrok w ziemię, czekając na jego reakcję.
Przez chwilę milczał, zastanawiając się, co zrobić. Każda kolejna sekunda niepewności wprawiała dziewczynę w coraz większe zakłopotanie. No niech coś wreszcie powie! Miała wrażenie, że oczekiwanie trwało całą wieczność.
– Zdążyłem zauważyć – odpowiedział z lekkością, która, mimo iż była jedną z najbardziej prawdopodobnych reakcji, wciąż budziła w szlachciance zdziwienie.
Poczuł, że triumfuje nad denerwującym głosem, który szeptał idiotyczne słowa wewnątrz głowy. Gdyby głos ten był niezależną istotą, popatrzyłby na niego z morderczym uśmiechem i chełpiąc się, zakończył jego istnienie.
– Przepraszam, nie chciałam cię zawieść, ja…
– Nie przejmuj się – przerwał jej łagodnie i sięgnął do kieszeni.
Podniosła głowę i spojrzała w jego oczy. Dostrzegła w nich radość, której nie potrafiła uargumentować. Cieszył się z jej błędu? Słabości?
– O co ci chodzi? Czemu się śmiejesz? – zapytała, lekko się czerwieniąc.
Gdyby mógł, powiedziałby jej prawdę. Tę prawdę. Nie dodatkowy powód, wynikający z jego złośliwej, demonicznej natury.
– Znalazłem go w jednym z pokoi poprzedniej nocy. Zapięcie się zepsuło, więc wziąłem go, by je naprawić. Proszę – wyjaśnił, podając jej naszyjnik.
Powiodła wzrokiem po medalionie i naburmuszyła się.
– Kiedy zamierzałeś mi o tym powiedzieć? – warknęła.
Czuła się idiotycznie myśląc o tym, że wiedział od samego początku. Nic nie było w stanie się przed nim ukryć. Tak bardzo denerwował swoją idealnością.
– Gdy przyznasz się, że byłaś nieuważna i go zgubiłaś, panienko – odpowiedział z lekkim, złośliwym uśmiechem i skinął głową.
Nastolatka prychnęła i dokładnie przyjrzała się zgubie. Cieszyła się, że znów trzyma kamień w dłoni, brakowało jej tej fioletowej błyskotki, która teraz zdawał się być pewnego rodzaju ironią. Jakby przepowiedziała przyszłość jej fryzurze – rozbawiła ją ta myśl. Stanęła tyłem do demona i poprosiła, by zapiął łańcuszek. Teraz, gdy ametyst znajdował się tam, gdzie powinien, mogła zapomnieć o całym bezsensownym zadręczaniu się z jego powodu. W pełni mogła skupić uwagę na wywiadzie, a co ważniejsze, na lepieniu bałwanów. Oczyma wyobraźni widziała armię śnieżnych żołnierzy rozstawionych wokół murów posiadłości. Ta wizja wywoływała podekscytowanie na jej bladej twarzy.
~*~
– Zaraz się uduszę! To na pewno konieczne? – narzekała, z trudem wciągając powietrze.
Miała wrażenie, że za chwile jej żebra popękają i poprzebijają płuca. Wizja tak brutalnej śmierci wcale jej się nie podobała. Zawsze widziała siebie zasypiającą w łóżku, albo umierającą od szybkiego strzału w głowę… Wyobrażała sobie wiele rzeczy zdecydowanie przyjemniejszych niż śmierć poprzez zgniecenie wnętrzności.
– W takim razie umrzesz wyglądając naprawdę olśniewająco – odpowiedział rozbawiony jej zachowaniem.
Spojrzała na niego rozwścieczona, zaciskając drobne pięści.
– Nie żartuj sobie ze mnie! Wszystko ściśnięte gorsetem wyglądałoby dobrze w tej kiecce. Ona mogłaby pójść na ten wywiad za mnie! – denerwowała się.
Patrząc w lustro dostrzegała młodą, długowłosą, zapierającą dech w piersiach kobietę, właścicielkę firmy, głowę rodziny. Prawdziwą wysoko postawioną szlachciankę. Z jednej strony podobało jej się to, co widziała, jednak z drugiej bawiło ją, jak łatwo stworzyć pozory. Wystarczyła odpowiednia sukienka, odrobina makijażu i mogła zostać kimkolwiek.
Kątem oka zerknęła na stojącego za nią lokaja. Z nim było podobnie. W skórze przystojnego, młodego mężczyzny czaiła się prawdziwa bestia z piekła rodem. Obrzydliwa, przerażająca – tak ją określał. Przypomniała sobie chwilę, gdy po raz pierwszy i ostatni zobaczyła jego prawdziwą postać w pełni. Ten jeden jedyny raz, gdy czarne pióra, zazwyczaj jedynie wirujące w powietrzu, tworzyły ogromne, rozłożyste skrzydła na jego plecach. Kiedy długie pazury, spiczaste buty i czerwone oczy nie były jedynie elementami budzącymi grozę, a całością, która wzbudzała zapierające dech przerażenie, potrafiąc zmrozić krew w żyłach przeciwnika. Ten łagodny wyraz twarzy, który prezentował na co dzień był jego największym życiowym kłamstwem. Ludzka powłoka, którą się posługiwał służyła mu już od dłuższego czasu, stała się jego prawdziwą twarzą – tak przynajmniej twierdził. Nieraz powtarzał dziewczynie, że naprawdę wygląda obrzydliwie i nie będzie godny jej służyć, jeśli jeszcze raz ujrzy go w tym stanie – te same słowa, ilekroć by nie prosiła. W końcu przestała, jednak wciąż zdarzało jej się napomknąć, że lubi widzieć wzbijające się w powietrze, kruczoczarne pierze.
– Panienko, już pora – upomniał ją.
Kiwnęła głową i ruszyła w stronę drzwi.
                Młody mężczyzna w jasnym garniturze stał skrępowany pośrodku przestronnego pomieszczenia, oczekując nadejścia właścicielki firmy, która odnosiła niebywały sukces na rynku. O ubraniach zarządzanej przez nastolatkę marki głośno było już na całym świecie. Chociaż sklepy znajdowały się jak dotąd tylko w trzech krajach Europy zainteresowanie strojami było tak wielkie, iż nawet Chińczycy sprowadzali dla siebie, chociaż drobną część każdej kolekcji. Spotkanie z twórczynią tego niesamowitego interesu miało być przełomem w karierze młodego reportera.
W dłoniach trzymał notes nerwowo ściskając jego brzegi. Kiedy Sebastian zaanonsował swoją panią, dziennikarz podskoczył ze zdenerwowania. Widząc bijący od dziewczyny młodzieńczy blask, poczuł się jeszcze bardziej onieśmielony. Wiedział, że była młoda, nie spodziewał się jednak, iż będzie do tego taka piękna.
                Hrabianka powitała go uroczym uśmiechem. Kiedy podeszła bliżej chciał ucałować jej dłoń, jednak szybka reakcja Sebastiana uniemożliwiła mu nawiązanie fizycznego kontaktu. Była mu za to wdzięczna. Nie chciała nawet myśleć o spoconej dłoni nieznajomego, dotykającej jej skórę. Właściwie, nawet gdyby jego ręce były suche i gładkie wciąż czułaby zimny prąd przebiegający wzdłuż kręgosłupa na samą myśl o kontakcie fizycznym. W dalszym ciągu się z tego nie wyleczyła. Przestawała liczyć na to, że kiedykolwiek jej się uda.
Kamerdyner zaprowadził ich do jednego z salonów. Nie był zbyt duży, za to znajdujące się w nim meble oraz dekoracje, doskonale oddawały wszystkie najlepsze cechy jego pani, które pragnęłaby podkreślić, gdyby tylko była świadoma, że reporter przyglądać się będzie wszystkiemu. Mimo swojej wrodzonej inteligencji brakowało jej jeszcze sporej ilości wiedzy na różne tematy. Jako piekielnie dobry kamerdyner, Sebastian musiał dopilnować, by te braki nie wpłynęły negatywnie na postrzeganie jego pani wśród społeczeństwa.
                Dziennikarz zadawał hrabiance wiele pytań. Duża część z nich w ogóle nie dotyczyła firmy. Zasadniczo ją to cieszyło. Zawsze, gdy padało pytanie dotyczące prowadzenia interesu okazywało się, że nie do końca potrafiła na nie odpowiedzieć i Sebastian musiał ratować sytuację. Nie chciała, w oczach żadnego z nich, wyjść na niekompetentną, ale niewiele mogła poradzić na to, że nie znała całej terminologii. Wiedziała, co zrobić, by zyskać zadowalające ją wyniki sprzedaży – to było najważniejsze. Nazywanie tego w górnolotny sposób wydawało się zbędnym trudem, służącym jedynie połechtaniu swojego ego. Mimo wszystko, po jakimś czasie wywiad zaczął robić się męczący. Lizz chciała odprawić mężczyznę i wreszcie zabrać się za lepienie bałwanów. Pragnęła też zrzucić z siebie gorset i w końcu móc odetchnąć pełną piersią.
– Bardzo dziękuję, jeszcze tylko zdjęcie i będę miał wszystko. – Uśmiechnął się dziennikarz i wyciągnął z torby aparat. – Jeśli mógłbym prosić, by pani kamerdyner również…
– Mam robić sobie zdjęcie ze służbą? – zapytała, udając urażoną.
 Tak naprawdę nie miała nic przeciwko temu, by Sebastian towarzyszył jej na zdjęciu, to na pewno by  go zdenerwowało. Czyżby kolejni ping?
Reporter wzdrygnął się niepewnie.
– Po prostu pomyślałem… No bo, ma panienka naprawdę niesamowitego lokaja i… – zaczął się jąkać.
Ciemnowłosa zaśmiała się i machnęła ręką.
– Żartowałam. Oczywiście, zróbmy to zdjęcie – odpowiedziała, uspokajając go.
Popatrzył zmieszany najpierw na hrabiankę, potem na wyraźnie niezadowolonego służącego. Postanowił nic więcej nie mówić zanim znowu zmieni zdanie. Poprosił, by Sebastian stanął obok fotela, na którym siedziała i zrobił zdjęcie.
– Dostanę jedną kopię? – zapytała po chwili.
– Oczywiście, wyślę ją jutro z samego rana – odparł uśmiechnięty.
Zapakował swoją torbę, pożegnał się i w eskorcie kamerdynera opuścił posiadłość.
W tym czasie Elizabeth pobiegła do swojej sypialni i zrzuciła z siebie suknię. Nerwowo zaczęła wyginać ręce w tył, by dosięgnąć wiązania gorsetu, jednak nie dała rady. Wzięła najgłębszy oddech, na jaki krępujący płuca materiał pozwolił i wydarła się:
– Sebastian! Chodź tu natychmiast!
Jej krzyk usłyszeli wszyscy służący. Młoda blondynka popatrzyła na kucharza z przerażeniem w oczach. Ten uspokoił ją, nie przerywając rozpalania w piecu.
– Jeanny, spokojnie. Na pewno chodzi o gorset.
Pokojówka popatrzyła na niego podejrzanie i zbliżyła się do jego ramienia.
– Skąd możesz to wiedzieć Thomas, czyżbyś podglądał? – zapytała podejrzliwie.
– Nie żartuj! – oburzył się. – Trudno było nie usłyszeć płaczliwych krzyków, kiedy Sebastian „miażdżył” jej wnętrzności.
– Może i masz rację…
– Słyszeliście? Panienka skończyła wywiad – zaśmiał się szczupły brunet, wchodząc do kuchni tylnym wejściem.
Cały był pokryty płatkami śniegu. Otrzepał się i zostawiając mokre plamy na świeżo umytej podłodze, usiadł przy stole. Zawiesił kurtkę na oparciu krzesła i sięgnął do słoika po jedno z ciasteczek, które lokaj upiekł dla nich z samego rana.
– Wypieki Pana Sebastiana są takie pyszne! – zachwycał się, przeżuwając z otwartymi ustami.
Dziewczyna podeszła do niego i uderzyła dłonią w jego rozczochrane włosy.
– Dopiero co tu posprzątałam! – denerwowała się. – Zobacz, cała podłoga jest znowu brudna.
– Aa, Jeanny, przepraszam! Nie pomyślałem! – speszył się, podskakując na krześle.
– Teraz sam to zmyj, a ja zjem ciasteczko – warknęła, wyciągając z jego dłoni nadgryziony smakołyk.
– Miałeś racje, naprawdę pyszne!
– Możecie przestać się drzeć? Próbuję tu rozgrzać piec! – Thomas podniósł głos.
Pozostała dwójka momentalnie ucichła i popatrzyła w jego stronę. Stał pochylony nad otwartymi drzwiczkami zasmolonego pieca, trzymając w ręku miotacz ognia. Odchylił się do tyłu i odpalił go. Głośny wybuch zatrząsnął murami rezydencji. Całe pomieszczenie momentalnie wypełniło się dymem. Pośród krzyków i kaszlu rozległ się wściekły głos. Sebastian stanął w drzwiach pomieszczenia, oczekując natychmiastowych wyjaśnień. Przerażona trójka służących skuliła się na podłodze za krzesłem.
– Próbowałem przyspieszyć rozgrzewanie pieca – nieśmiało wyjaśnił Thomas, drapiąc się w łokieć.
Demon popatrzył na niego morderczo czując, że zaraz nie wytrzyma i rozszarpie na strzępy bezmyślnego kucharza.
– I skąd przyszło ci do głowy, żeby robić to miotaczem ognia?!
– Miałem takiego znajomego kiedyś i on ee… Mówił, że miotacz ognia i dynamit są niezbędne na polu bitwy! – odpowiedział.
Kamerdyner chwycił się za głowę i na chwilę zamknął oczy, by się uspokoić. Przypomniał sobie nie jedną, a kilka sytuacji ze służby w poprzedniej rezydencji. Zastanawiał się, czy ci dwaj kucharze nie byli spokrewnieni. Taka oszałamiająca głupota musiała być dziedziczna. Gdyby była zaraźliwa, świat czekałaby zguba.
– Nie ważne. Posprzątajcie tu, byle szybko – rozkazał stanowczo. – Niedługo będziemy lepić bałwana, do tego czasu ma tu błyszczeć – dodał, lecz jego słowa straciły na powadze.
Brew lokaja drgnęła nerwowo, gdy na twarzy całej trójki pojawiło się rozbawienie. Odwrócił się na pięcie i wyszedł. Musiał w końcu uratować swoją panią przed okrutną śmiercią, jaką szykował dla niej gorset.
Przeurocze – pomyślał patrząc na jej zmagania.
Wiła się krążąc po całej sypialni, jakby miało jej to w jakikolwiek sposób pomóc. Na jego widok uśmiechnęła się z ulgą i bez chwili zwłoki zbliżyła się. Obracając się plecami nakazała mu, by pomógł jej zrzucić znienawidzone ubranie. Chwycił palcami aksamitną wstążkę i delikatnie pociągnął ją do siebie. Gdy tylko zdjął materiał z ciała Elizabeth, ta zaczęła teatralnie nabierać w płuca ogromną ilość powietrza, jakby przez ostatnią godzinę naprawdę nie mogła oddychać. Przyglądał się nawet nie próbując ukryć rozbawienia.
Dziewczyna zarzuciła na ramiona luźną, białą koszulę, na nogi wciągnęła grube rajstopy, po czym ponownie podeszła do kamerdynera, by zapiął guziki. Znów w jej zachowaniu dostrzegł małą dziewczynkę. Trzymając dłonie zaledwie kilka milimetrów od jej ciała poczuł przyspieszone bicie serca uporczywie przypominające niedawne wydarzenia.
Doprawdy irytujące…
– Idź po resztę, idziemy lepić! – rozkazała, chwytając okrycie z wieszaka.
Wychodziła z pokoju, kiedy demon chwycił ją za ramię zatrzymując wpół kroku. Zachwiała się, nieomal na niego wpadając.
– Sebastian! – upomniała go podniesionym głosem.
Twarde spojrzenie szlachcianki zatrzymało się na jego obojętnym wyrazie twarzy mężczyzny.
– Panienko, ile razy musze ci powtarzać, żebyś ubierała się odpowiednio do pogody?
– Tyle, ile będzie trzeba, to w końcu twoja praca, nie? – bąknęła niczym obrażone dziecko.
Niechętnie obróciła się w jego stronę i pozwoliła, by ubrał ją w ciepły płaszcz, owinął szyję szalikiem i założył czapkę. Poprawiła wpadający w oczy kosmyk włosów i wyszła, gdy wreszcie skończył. Podekscytowana zbiegła na dół, do głównego holu. Rozejrzała się po przestronnym pomieszczeniu udekorowanym śnieżnobiałymi kwiatami. Wcześniej nawet nie zwróciła na nie uwagi. Lokaj zadbał o to, by zimę można było odczuć także wewnątrz rezydencji. Podobał jej się ten widok, tworzył niesamowity klimat, który napawał ją dodatkowym optymizmem. Stanęła ze skrzyżowanymi rękami i marszcząc czoło zaczęła przyglądać się drzwiom, za którymi znajdował się korytarz do pokoi służby. Po chwili usłyszała głosy całej trójki. Wkroczyli do holu, opatuleni po same uszy ciepłymi kożuchami. Sebastian dołączył do nich schodząc ze schodów. Miał na sobie długi czarny płaszcz z dwurzędowymi, srebrnymi guzikami oraz czarne rękawiczki.

Kiedy wszyscy się zebrali, hrabianka zarządziła wymarsz. Ustawiła wszystkich w rzędzie pod murem budynku i, instruując ich jak generał podczas wojny, przedstawiła dokładny plan i rozmieszczenie bałwanów. Zawsze podchodziła do tego niezwykle poważnie, tym jednak razem przeszła samą siebie.


sobota, 7 lutego 2015

Tom 2, I

Kilka osób dało znać, że nie chce przerwy, kilka osób zagłosowało w ankiecie, którą niezgrabnie udało mi się umieścić. Postanowiłam więc, że przerwy nie będzie, ale prawdopodobnie w którymś momencie notki zaczną pojawiać się raz w tygodniu - nie wiem kiedy, raczej nie w przeciągu najbliższego miesiąca, ale istnieje kiedyś taka ewentualność.
Bez zbędnego biadolenia:
Oddaję w Wasze ręce pierwszy rozdział drugiego tomu + art na samym końcu. Nie jest najlepszy i nie do końca oddaje to, co chciałam przedstawić, ale na razie brakuje mi umiejętności, żeby narysować lepiej. Zdjęcia są dwa, na drugim lepiej widać kolory. 
Miłej lektury i dziękuję za wszystkie miłe słowa. ;)

========================

Śnieżny puch otaczał mury ogromnej posiadłości niedaleko Londynu. Ogromny teren, otoczony, pokrytym bielą, lasem tworzył kameralną atmosferę tego urokliwego miejsca. Na pozór wydawało się opustoszałe, nie mieszkała w nim żadna wielopokoleniowa rodzina, jednak nie dało się powiedzieć, by to miejsce było oazą spokoju. Tętniące życiem, za sprawą trójki roztrzepanych służących oraz ich nastoletniej pani, właścicielki tej wielkiej rezydencji, głowy rodziny Roseblack – panienki Elizabeth – i jej wiernego kamerdynera, czasami zdawała się bardziej przypominać park rozrywki. Ciągłe krzyki i wybuchy każdego by przekonały, że nie było to miejsce przeznaczone do odpoczynku. Na szczęście, ściany budynku były wystarczająco grube, by tłumić większość niepokojących dźwięków.
                Szlachta dzieliła się na dwa rodzaje. Pierwszy z nich – uwielbiający towarzystwo i wszelakie bale, spędzał możliwie najwięcej czasu w swoich rezydencjach w mieście, uczęszczając na wszelkie wydarzenia. Szlachetnie urodzeni traktowali je jako rozrywkę i okazję do ubicia interesu. Drugi rodzaj zamożnych anglików cenił sobie spokój, przebywając na terenach podmiejskich, gdzie tworzyli w swych posiadłościach muzea zbieranego przez wszystkie generacje dobytku. Elizabeth Roseblack nie należała ściśle do żadnej z grup. Co prawda, wolała mieszkać pod miastem otaczając się względnym spokojem, jednak dbanie o dzieła sztuki nie należało do jej kręgu zainteresowań. Najbardziej ceniła sobie możliwość stronienia od ludzi, którzy przytłaczali ją swoją obecnością, nudzili rozmowami i denerwowali powierzchownym zachowaniem. Lubiła zaszyć się w swoim gabinecie lub w bibliotece i zagłębić się w lekturze. Biblioteka była jedynym miejscem, które liczyło się dla niej pod względem ilości zebranych arcydzieł. Często spędzała też czas wraz ze służbą, przeważnie uprawiając sport. Grali w baseball, piłkę nożną, rzadziej w krokieta. Dziewczyna odbywała sporo lekcji, które miały na celu zapewnićenie jej obycia i odpowiedniej wiedzy, niezbędnej szlachciance. Ćwiczyła także wszelakie sztuki walki. Od szermierki po zwyczajne, brutalne mordobicie – wszystko, by była w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwo, gdyby u jej boku zabrakło wiernego lokaja.
To on dbał o wszystko, poczynając od zaserwowania jej porannej herbaty, poprzez troszczenie się o terminarz zajęć, spełnianie obowiązków, naukę, na wieczornej kąpieli kończąc. Mężczyzna wiecznie miał pełne ręce roboty. Jego pani nie należała do ludzi pokornych, bez słowa skargi wypełniających swoje powinności . Uwielbiała spać do południa i zarywać noce, beztrosko błąkając się ciemnymi korytarzami ogromnego domu. Przysparzała mu wielu problemów. Czasami czuł się jak jej ojciec, a nie służący. Z biegiem lat zdążył jednak przywyknąć do trudnego charakteru dziewczyny, co więcej, odnajdywał w nim sporo pozytywów. Była uparta i zawzięta, ciężko było ją do czegokolwiek zmusić. Jeśli coś sobie postanawiała, żadna siła nie była wstanie powstrzymać jej od osiągnięcia celu. Cechowała ją również ponadprzeciętna inteligencja, dziedziczna w rodzinie od wielu pokoleń. Zdawała sobie z tego sprawę i często wykorzystywała zdolności, by dodatkowo denerwować czarnowłosego mężczyznę.
Prowadzili zawziętą grę złośliwości, subtelnie ukrywaną pod pozorami kulturalnych stosunków, jakie panować powinny pomiędzy panią, a jej służącymi. Mimo bliskości, jaka niepodważalnie między nimi istniała, dającej się zauważyć nawet postronnym obserwatorom, uparcie tworzyli między sobą dystans. Demon zawsze powtarzał nastolatce, że nie powinna spoufalać się z podwładnymi i chociaż nie przestrzegała tej zasady w stosunku do ogrodnika, kucharza i pokojówki, dbał o to, by między nimi panowała profesjonalna atmosfera. Z biegiem czasu z coraz większym trudem.
 Przez ostatnie miesiące wydarzyło się wiele rzeczy, które bezpowrotnie zmieniły jego stosunek do młodej hrabianki. Czy żałował? Trudno było jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Jak z każdą rzeczą – taki obrót spraw miało swoje plusy i minusy. Gdyby wszystko było tak proste i ograniczało się jedynie do tego, co myśli na ten temat… Wiele rzeczy uległo zmianie, na pozór nie wydawały się jednak widoczne. Zdawał sobie sprawę z ciążącego na nim brzemienia, które musiał samotnie dźwigać każdego dnia. Godził się z tym. Obowiązkiem kamerdynera jest spełnianie rozkazów i zachcianek swojej pani, dbanie o jej szczęście i komfort. Bez względu na to, jakich rzeczy nie dotyczyłoby to w jego przypadku, musiał trzymać się zasad.
Stał przy kuchennym oknie obserwując trójkę podwładnych, którzy głośno komentując swoje poczynania, usiłowali odśnieżyć kolejne drzewo. Gdyby sam się za to zabrał, wszystkie drzewa od dawna byłyby odśnieżone, jednak cóż byłby z niego za lokaj, gdyby całą pracę wykonywał sam? W końcu jednym z obowiązków dobrego kamerdynera było zlecanie pracy podlegającej mu służbie. Nie mógł o tym zapominać, choć czasami miał ochotę wyrzuć całą trójkę za ogrodzenie i wreszcie mieć święty spokój. Ciągłe renowacje kuchni tak bardzo weszły już w jego krew, że był w stanie robić to z zamkniętymi oczami. Listę zakupów wiecznie wypełniały wzmianki o nowej zastawie stołowej, przyrządach kuchennych, meblach, sztućcach. Cóż… Musiał przyznać, że ostatni punkt pojawiał się tam z jego winy. Co mógł na to poradzić? Noże i widelce były niezwykle poręczną bronią, szczególnie te ze srebra wysokiej próby.
Przełożył talerz ze śniadaniem na wózek i mijając go, dołączył do służących przed posiadłością.
– Nieźle wam idzie – zakpił patrząc na chwiejąca się, ludzką piramidę.
– Prawa? Jeszcze tylko tamte. – Młody brunet wskazał ręką rząd drzew ciągnący się wzdłuż murów ogradzających posiadłość.
Widocznie nie zrozumiał ironii. Demon westchnął i jednym kopnięciem w pień zrzucił cały śnieg prosto na ich głowy.
– Panie Sebastianie, to było niesamowite! – przemówiła jedna z zasp.
Po chwili wyłoniła się z niej blondwłosa dziewczyna. Otarła twarz i podniosła się z ziemi. W ślad za nią podążyły kolejne góry śniegu.
– Sebastian, może sam byś się tym zajął, skoro tak dobrze ci to wychodzi? – zapytał cwany kucharz, krzyżując ręce na piersi.
Michaelis popatrzył na niego złowrogo, dając do zrozumienia, że takie rozwiązani nie wchodzi w grę. Thomas zamierzał się kłócić, jednak zanim zdążył ponownie otworzyć usta głośny krzyk, dobiegający ze środka budynku, całkowicie odwrócił od niego uwagę demona.
– Sebastian! – donośny głos dziewczyny odbijał się echem w całym domu.
Mężczyzna bez chwili zwłoki pobiegł do sypialni swojej pani, przy okazji zabierając ze sobą śniadanie. Skoro się obudziła, będzie musiała zjeść – po co miał chodzić dwa razy? Wiedział, że nie groziło jej żadne niebezpieczeństwo, dlatego pozwolił sobie nadłożyć kawałek drogi.
– Sebastian, co to jest?! – wrzasnęła, patrząc na niego z przerażeniem, kiedy otworzył drzwi jej sypialni.
Popatrzył na nastolatkę trzymającą w dłoniach pasmo swoich, długich do połowy pleców, włosów. Cała była poczochrana, a na jej twarzy malowało się osłupienie i strach. Z trudem opanował śmiech. Zakrył usta dłonią, odchrząknął i zapytał:
– Czy coś nie tak, panienko?
Jej wielkie, błękitne oczy wpatrywały się w niego niczym w kosmitę. Machnęła parę razy ręką, w której trzymała pukiel włosów pewna, że służący zrozumie przesłania. On jednak wciąż patrzył na nią z rozbawieniem, zdając się w ogóle nie zauważać problemu.
– Zgłupiałeś, czy oślepłeś? – zapytała zdenerwowana.
– Czuję się doskonale, jeśli o to chciałaś zapytać… – droczył się.
Mrugnęła parę razy i popatrzyła w lustro, przez chwile zastanawiając się, czy jej się nie przewidziało. Były tam, nijak nie wyglądając na złudzenie – fioletowe, błyszczące w świetle słońca, długie włosy. Jej włosy. Musiały być jej, bo czyje inne miałaby na głowie? Ponownie obróciła się w stronę rozbawionego lokaja.
– Powiedz, że też to widzisz – zabrzmiała niemal błagalnie.
Widząc ogarniający nastolatkę strach, nie mógł dłużej się nad nią znęcać. Przeszedł parę kroków i staną tuż za nią, spoglądając w jej odbicie w lustrze. Zmarszczył czoło i wydał z siebie charakterystyczne chrząknięcie.
– Rzeczywiście, wyglądają trochę inaczej – powiedział spokojnie.
– Trochę inaczej?! One są fioletowe! – krzyknęła do lustra.
Odeszła od niego i nadąsana usiadła na łóżku. Cieszyła się, że nie miała omamów wzrokowych, ale nagła zmiana koloru włosów była tak szokująca, że nie miała pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Skąd ten kolor wziął się na jej głowie? Czy to miało jakiś związek z kontraktem? Czy ten kolor w ogóle jej się podoba? Masa pytań zaczęła pojawiać się w jej biednej, małej głowie koloru dojrzałego bakłażana. Demon, z delikatnym uśmiechem na twarzy obserwował przez chwilę wewnętrzne zmagania hrabianki. Bawiła go jej nieświadomość, zaskoczenie i to, jak kręciła nosem, próbując wyciągnąć jakiś konstruktywny wniosek. Niestety im dłużej się starała, tym bardziej czułą się zagubiona.
– Wyjaśnisz mi to jakoś, czy będziesz tak stał i się ze mnie nabijał? – zapytała niezadowolona.
– Nie wiem, co się z nimi stało, za to mogę cię zapewnić, że ci w nich do twarzy – odparł z błyskiem w oku.
Machnęła ręką i głośno jęknęła, po czym podniosła się z łóżka, by ponownie stanąć przed lustrem. Dokładnie przyjrzała się ciemnofioletowemu kolorowi, który w słońcu błyszczał wrzosowymi refleksami. Unosiła pasemka do góry i puszczała, by bezwładnie opadały na ramiona. Obróciła się jednym bokiem, potem drugim, a następnie tyłem. Niepoważny wyraz twarzy kamerdynera zaczynał  wzbudzać w niej coraz większą irytację.
– Naprawdę myślisz, że wyglądają dobrze? – zapytała z nutą niepewności w głosie.
– Tak sądzę. Nie spodziewałem się jednak, że coś takiego, jak kolor włosów wzbudzi w tobie tyle emocji, panienko. Czy nie mówiłaś, że wygląd ma drugorzędne znaczenie? – odparł prowokująco/
Elizabeth zalała się rumieńcem. Zmarszczyła brwi i wydęła usta.
– Bo jest drugorzędna, po prostu mnie to zaskoczyło – burczała pod nosem. – Skoro mówisz, że wyglądają dobrze, to niech tak będzie. Chciałabym tylko wiedzieć, skąd one się w ogóle wzięły. Czy to ma jakiś związek z kontraktem?
– Najprawdopodobniej – odpowiedział wymijająco.
Bardzo dobrze zdawał sobie sprawę, że podjęta przez nią decyzja będzie niosła ze sobą pewne konsekwencje. Poza oczywistą, możliwe było kilka drobniejszych, ale nigdy nie przeszłoby mu przez myśl, że zmieni się jej kolor włosów. Ten obrót spraw wcale go nie zmartwił, nowy odcień zdecydowanie bardziej pasował do burzliwego charakteru dziewczyny. Oddawał prawdziwy urok jej duszy – niebezpieczny, tajemniczy, zarazem czysty i niewinny. To jego zdaniem reprezentował ten kolor, od zawsze. Gdyby wierzył w przeznaczenie, pewnie dostrzegłby w zmianie pewną prawidłowość jednak, jako demon nie łudził się, że takie zabobony istnieją naprawdę.
                Dziewczyna zrezygnowała z dalszych pytań, widząc, że nic z niego nie wyciągnie. Cokolwiek wiedział na ten temat, nie był skory do dzielenia się informacjami.
– Ciekawe tylko, jak ja to wytłumaczę ludziom? – zastanawiała się, idąc w stronę okna.
– Mógłbym coś zasugerować? – zapytał.
– Tak?
– Szlachcianka o twojej pozycji społecznej nie musi tłumaczyć się ze zmian w swoim wyglądzie. Pewnie nikt nawet nie będzie cię o to pytać, a jeśli zapyta… Wystarczy, że popatrzysz na tę osobę tak, jak teraz patrzysz na mnie. – Mrugnął do niej. – Wtedy temat pójdzie w niepamięć.
– Nie wiem, czy powinnam ci podziękować, czy cię zatłuc. Nieważne. Przygotuj mi jakieś ubrania. Co w ogóle mamy dzisiaj w planach? – zmieniła temat.
– Po śniadaniu lekcja literatury, po obiedzie spotkanie z przedstawicielem gazety. Chce przeprowadzić z tobą wywiad – referował.
– Gazeta? – podniosła głos. – Będą chcieli robić zdjęcia… – mruknęła niezadowolona.
Po chwili dotarło do niej, że tak naprawdę nie miało to znaczenia. Tak, jak mówił Sebastian – nie musiała się z niczego tłumaczyć. Pewnie nikt nawet nie będzie pytać. Po prostu musiała zaakceptować zmianę, na którą nie miała żadnego wpływu i skupić się na istotnych rzeczach. Zbliżający się wywiad  miał być jej pierwszym. Dotąd była zbyt młoda, by samodzielnie reprezentować firmę, jednak niedawne urodziny wprowadziły ją w wiek do tego odpowiedni.
Podeszła do okna i zaskoczona, energicznie nabrała powietrza w płuca.
– Śnieg? – powiedziała cicho.
Mężczyzna przerwał przygotowywanie ubrań i wychylił się zza skrzydła szafy.
– Spadł niedawno – wyjaśnił.
– Wiesz, co to oznacza? – zaśmiała się z podekscytowaniem klaszcząc w dłonie.
Wzruszył ramionami i powrócił do swojego zajęcia. Podbiegła do niego i stając na palcach pochyliła  się, by spojrzeć mu w twarz.
– Jak ten pismak sobie pójdzie, to wszyscy ulepimy ogromnego bałwana! – oświadczyła przyciszonym, uwodzicielskim głosem przymykając oczy.
Wiedziała, że nie tolerował takie zachowania – wspólnej zabawy pani ze służbą – jednak każdego roku, pod jej ogromnym naciskiem, na to jedno musiał się zgadzać. Dawno temu pogodziła się z tym, że niewidoczna zasłona, która ich oddzielała, nie opadnie. Że nie będzie grał z nimi w piłkę, chowanego, czy cokolwiek innego, z uśmiechem na twarzy czerpiąc z tego przyjemność. I akceptowała to. Nie mogła przecież zmuszać go do robienia czegoś wbrew sobie, przynajmniej nie cały czas i nie w stosunku do tak nieistotnych spraw. Upierała się jedynie przy bałwanie. Kiedy była dzieckiem, każdego roku, kiedy tylko pojawił się pierwszy śnieg wraz z rodzicami, guwernerem i pozostałą służbą wychodzili do ogrodu, by lepić całe armie śnieżnych grubasów. Podtrzymywanie tej tradycji przywoływało przyjemne wspomnienia beztroskiego życia, było częścią niej, jak daleko sięgała pamięcią. Pragnęła kontynuować zabawę, czcząc poprzez nią pamięć o kochającej matce, stanowczym i spontanicznym ojcu. O małej czerwonowłosej dziewczynce, której wiecznie towarzyszył uśmiech. Bez względu na to, co się wydarzyło zawsze będzie ich córką, zawsze będzie dziedziczką rodu Roseblack, który właśnie tak świętował nadejście zimy.
                Mężczyzna westchnął ciężko i podszedł do łóżka. Elizabeth pobiegła za nim i z gracją usiadła na skraju materaca. Nie interesowało ją, w co zostanie ubrana, zapomniała także o niespodziewanej zmianie. Jej myśli w całości skupiły się na bałwanie.
Lokaj popatrzył na zadowolony wyraz jej twarzy czując przyjemne ciepło przechodzące przez całe jego ciało. Lubił widzieć szczery uśmiech na jej twarzy, nawet wtedy, gdy wywołanie go kosztowało bruneta sporo nerwów i wysiłku. By dać szlachciance chwilę szczęścia, warto było się poświęcić, chociaż ten raz na jakiś czas. Bez względu na wszystko, świat się nie skończy, gdy pomoże jej zbudować śnieżnego potwora. Tak samo, jak nie skończył się w zeszłym roku.
Dziewczyna pochyliła głowę, kiedy dłoń demona dotknęła kołnierza jej koszuli. Nagle zorientowała się, że na jej szyi brakuje ametystowego wisiorka, który dostała od niego na urodziny. Wzdrygnęła się nerwowo i przesunęła w tył. Sebastian poczuł nieprzyjemne ukłucie, za które momentalnie się zgani. Zdawał sobie sprawę, o co jej chodziło. Dziwił się, że dopiero teraz zauważyła brak naszyjnika, jednak jakiś uporczywy głos w jego głowie, próbował przekonywał, że to nie był prawdziwy powód jej nagłego odsunięcia się.
–  Już ci nie ufa. Już nie możesz jej dotknąć, straciłeś szansę.– Słyszał wewnętrzne echo swojego umysłu.
Próbował odgonić myśli, które niewiele miały wspólnego z prawdą. Nie rozumiał, skąd wzięło się w nim to typowo ludzkie powątpiewanie. Gardził sobą za to, jak słaby się przy niej stał. Patrząc w lustro nie widział bezwzględnego, logicznie analizującego fakty demona. Ten, którego sylwetkę dostrzegał obecnie był piekielnym wynaturzeniem, miękką imitacją krwiożerczej bestii. Cieszył się tylko, że był jedyną osobą, która dostrzegała tę zmianę, bowiem na pozór zachowywał się raczej normalnie.
– Co się stało? – zapytał troskliwie, cofając dłoń.
Dziewczyna spojrzała na niego spłoszona. Nie chciała się przyznać, że zgubiła medalion. Był dla niej bardzo ważny i obiecała, że zawsze będzie mieć go przy sobie. Nie chciała złamać obietnicy, zawieźć wiernego lokaja.
Odchrząknęła i uśmiechnęła się niewyraźnie.
– Sama się dzisiaj ubiorę – wyjaśniła. – Zanieś śniadanie do jadalni, za chwilę przyjdę – dodała po chwili.
Służący skinął głową i posłusznie wyszedł z pokoju, pchając przed sobą srebrny wózek z posiłkiem. Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, dziewczyna zaczęła nerwowo przeszukiwać sypialnię. Przetrząsnęła cały pokój, jednak nigdzie nie znalazła medalionu. Była na siebie niesamowicie zła. Przez cały ten czas pilnowała go, ciągle miała na sobie. Cieszyła się, że Sebastian coś jej podarował, ten niepozorny kamień stał się dla niej szczególnie ważnym symbolem wzajemnego zaufania i jej przywiązania do lokaja. Jak więc mogła go tak po prostu zgubić? Gdyby chodziło o cokolwiek innego, poprosiłaby, żeby przeszukał posiadłość. Jeśli w niej był, na pewno by go znalazł. To był jednak urodzinowy prezent od samego mieszkańca piekła, od jej demona. Co by o niej pomyślał, gdyby dowiedział się, że była tak nieuważna i go straciła? Wyśmiałby ją, zapewne i stwierdził, że nie dba o to, co ma.
Zrezygnowana usiadła na łóżku i przebrała się. Straciła cały zapał do życia, zgubienie prezentu strasznie ją przybił. Nawet kreacja, którą Sebastian dla niej wybrał nie była w stanie zmienić przytłaczającego uczucia smutku i żalu, który poczuła. Niedbale związała włosy, przewiązała szyję chustką, by choć trochę opóźnić moment, gdy dowie się o wisiorku, i zeszła do jadalni.
Kiedy wkroczyła do środka, zdziwiony wzrok lokaja zawisł na granatowym kawałku materiału, nieumiejętnie przewiązanym przez jej kark. Zignorowała spojrzenie i w ciszy usiadła przy stole.
– Na śniadanie przygotowałem delikatny omlet z warzywami – poinformował ją, ani słowem nie odnosząc się do nietypowej dekoracji jej ciała.
Chwyciła sztućce i powoli zaczęła jeść. Nie dość, że jedzenie z reguły było dla niej przykrym, przywracającym okrutne wspomnienia obowiązkiem, to podły humor i przytłaczające spojrzenie lokaja dodatkowo obrzydzały posiłek. Wmusiła w siebie połowę omletu. Odsunęła krzesło i obróciła się w stronę lokaja.
– No już, wyduś to z siebie – rozkazała.
Demon podszedł do niej i delikatnie pochylił się, by dokładnie przyjrzeć się chustce.
– Nie wiedziałem, że zaczęłaś podążać za modą, panienko – skomentował złośliwie.
– Nie muszę ci się z niczego tłumaczyć – burknęła pod nosem.
– Pozwól chociaż, że ją poprawię – powiedział, wyciągając ręce w jej stronę.
– Nawet nie próbuj mnie dotykać! – podniosła głos odchylając się od niego, cudem powstrzymując się przed utratą równowagi.
Złośliwy głos w głowie Sebastiana znów zaczął powtarzać swoją mantrę.
– Już nie możesz jej dotknąć – powtarzał, niemal się z niego śmiejąc.
Coraz bardziej zaczynała przerażać go myśl, że mogła to być prawda. Czy możliwe było, by tak bardzo unikała jego dotyku jedynie z powodu głupiego medalionu?
– Jak sobie życzysz – odparł krótko i wrócił na swoje miejsce.
Dziewczyna westchnęła z ulgą. Poprawiła szal, podniosła się z krzesła i bez słowa wyszła, zostawiając go sam na sam z niedojedzonym posiłkiem.
Nie powinienem się tym przejmować – tłumaczył sobie, przekładając naczynia na wózek, czując jak myśli godzą zażenowaniem w jego dumę. – Te irytujące myśli. Te całe… uczucia. Najwyższa pora, bym o nich zapomniał.

Wiedział, że w tym momencie była to najlepsza decyzja, jaką mógł podjąć. Zepchnięcie w odmęty podświadomości tego, co było niewygodne. Praktyka, której jego pani była mistrzynią. Chciał się wreszcie uwolnić od rozpraszających, wadliwych przemyśleń. 

 Elizabeth po metamorfozie ^^

środa, 4 lutego 2015

XXXVII

Komentarz do notki znajduję się tym razem na samym dole. Nie przeoczcie go :)
Powiem tylko, że musicie mi wybaczyć, ale kompletnie nie potrafię pisać takich scen, jakie znajdziecie w tej notce. Także tego, wybaczcie :P 
Zapraszam do lektury :)

Jak widzicie dodałam także ankietę. Głosujcie, dajcie znać, co myślicie! :)
===================

Wcale nie miał ochoty bawić się z nią w coś takiego. Mimo wszystko, nie mógł spędzić reszty swojego życia na zaspokajaniu jej dziecinnych zachcianek, pozwalając na wszystko ze względu na swoje uczucia.
– No proszę, tylko chwilę! – nalegała.
Przeklął pod nosem. Zrzucił z siebie frak i zakasał rękawy. Co ja najlepszego wyprawiam.
– Jeśli trafię, wracamy do środka – odpowiedział.
Szybko uformował stertę idealnie okrągłych kulek i czekał na jej ruch. Elizabeth wychyliła się zza drzewa ciskając w niego kamieniem oblepionym śniegiem. Bez trudu go uniknął. W odpowiedzi, w stronę dziewczyny poleciała cała seria śnieżek, bombardujących jej ciało z idealną precyzją. Krzyknęła zasłaniając oczy, po czym przewróciła się na plecy. Leżała bez ruchu dopóki do niej nie podszedł. Kiedy się pochylił, zmartwiony, że coś jej zrobił, chwyciła go za rękę i mocno pociągnęła w swoją stronę. Demon stracił równowagę i upadł, lądując w śniegu tu obok czerwonowłosej. Usiadł, potrząsnął głową i popatrzył na nią z dezaprobatą.
– Szkoda, że nie widziałeś swojej miny – zanosiła się śmiechem, z trudem wypowiadając słowa.
Wyraz twarzy Sebastiana złagodniał. Otrzepał włosy z białego puchu i również zaczął się śmiać. Wstał i chwycił szlachciankę za rękę, pomagając jej się podnieść.
– Wygrałem. Pora wracać – oznajmił, psując tym samym zabawę.
Naburmuszyła się znacząco i spuściła głowę, by upewnić się, że wie, jak bardzo była niezadowolona. Mimo tego, była wdzięczna za tę chwile beztroski. Demon był naprawdę wspaniały. Zawsze wiedział, czego pragnęła, i chociaż nigdy by się do tego nie przyznał, w ten, czy inny sposób robił wszystko, by zapewnić jej najlepsze warunki. By z jej twarzy nie znikał uśmiech, a serce biło w rytm szczęścia.
                Wrócili do jej sypialni. Mężczyzna posadził hrabiankę na łóżku i zdjął z niej przemoczone ubrania. Dokładnie wytarł zmarznięte ciało ręcznikiem, założył na nie koszulę i okrył dziewczynę kocem. Zebrał mokre ubrania i zaniósł je do łazienki. Kiedy wrócił, Elizabeth przyglądała mu się z poważnym wyrazem twarzy.
– Zrobisz to teraz? – zapytała, chwytając medalion.
Widział zdenerwowanie na jej twarzy. Chociaż była pewna, że tego chce, myśl o bólu, silniejszym niż też, który czuła kiedyś, stresował ją. Była na niego gotowa, ale jak bardzo się nie starała, nie potrafiła opanować naturalnej reakcji obronnej organizmu.
– Tak – odparł.
Wszystkie mięśnie w jej ciele momentalnie się napięły, kiedy lokaj wypowiedział jedno krótkie słowo. Podszedł do swojej pani i poprosił, by zdjęła z szyi łańcuszek, na którym wisiał się ametyst.
– Podaj mi go – poprosił.
Zdjął rękawiczki i wyciągnął dłoń w jej stronę.
Niepewnie położyła błyszczący przedmiot na jego nagiej ręce. Ścisnął go mocno, zmieniając w pył. Zbliżył się do dziewczyny i prawą ręką objął ją w pasie, przyciągając do siebie tak, by jego twarz znajdowała się tuż przy znaku ich przymierza. Drugą dłoń, wypełnioną wrzosowym, pobłyskującym proszkiem delikatnie przyłożył do jej znamienia. Rozbłysło, kiedy drobinki startego kamienia zaczęły wnikać w skórę hrabianki. Część z nich skierowała się również na jego znak, ale zdawało się, że w ogóle tego nie czuł.
Szlachcianka krzyknęła z bólu z całej siły wtulając się w ciało demona. Czuł, jak drżała w spazmach cierpienia. Światło zniknęło. Powoli oderwał rękę od bladej skóry Elizabeth i odsunął się. Ujął jej podbródek opuszkami palców i ostrożnie podniósł jej głowę. Dostrzegł wdzięczność, ogromną radość, która wypełniała wielkie błękitne oczy. Uśmiechała się.
– Dziękuję – szepnęła prawie niesłyszalnie.
– Odpocznij – powiedział krótko i pomógł jej się położyć.
W tonie jego głosu wyczuwała nutę niepokoju, dziwnego bolesnego zimna niewiadomego pochodzenia, jednak była zbyt słaba, by o to zapytać. Nie minęła nawet minuta, kiedy straciła przytomność, przenosząc się do krainy snów.
Otulił ją kołdrą i przez chwilę patrzył jak zasypia, nie zdając sobie z niczego sprawy. Czuł smutek i radość. Dwie sprzeczne emocje toczyły walkę wewnątrz czarnego serca. Wyszedł z dziewczęcej sypialni i pobiegł na dach, by odetchnąć. Zimny wiatr niósł ze sobą śnieżne płatki, które rozpuszczały się, osiadając na jego twarzy. Patrzył przed siebie, na horyzont, starając się nie myśleć. Nie czuć. Wszystko wróci do normy, wszystko będzie takie, jak kiedyś. Szlachcianka i kamerdyner – zawsze u jej boku, gotowy na poświęcenie. Wszystko będzie jak kiedyś…
                Czerwonowłosa przebudziła się w środku nocy. Potworny ból sprawiał, że nie mogła spać. Nie chciała martwić Sebastiana, dlatego nie wzywała go. Chociaż bardzo pragnęła ujrzeć jego przyjazną twarz, powstrzymała się. Wyciągnęła czarne pióro skrzętnie ukrywane w szufladzie. Opuszkami palców gładziła je czując delikatne łaskotanie. Nim ponownie usnęła, nastał ranek.
Sebastian był tego dnia dziwnie spokojny. Stało się – nie było na to rady – teraz już tego nie zmieni. Nie było sensu dłużej skupiać myśli na czymś, na co nie miało się wpływu. Rutynowa praca i zapewnienie dziewczynie komfortu – to było teraz jego priorytetem. Przyszła pora, by odciążyć służbę. Przez ostatnie dni starali się ze wszystkich sił, dobrze się spisali.
Nim udał się do kwater by ich obudzić, zdążył zająć się wszelkimi rzeczami, które wymagały poprawy. Nie było tego wiele. Kilka zburzonych ścian, parę stłuczonych, porcelanowych zastaw stołowych. Jak na tę niezwykłą trójkę, to była maleńka kropla w morzu kataklizmów, do których zdążyli go przyzwyczaić.
                Przez cały dzień odwiedził Lizz zaledwie trzy razy. Nieprzyjemne uczucia towarzyszące wznowieniu kontraktu wysysały z niej całą energię. Leżała w łóżku czytając książki. On przynosił jej posiłki i herbatę, za każdym razem zadając pytania, które za każdym razem zdawały się dziwniejsze. Dlaczego ciekawiło go, co ostatnio kupiła w Londynie? Przecież był tam z nią, powinien wiedzieć. Poza tym, czy to naprawdę miało jakiekolwiek znaczenie?
                Dwa kolejne dni wyglądały podobnie. Wiedziała, że ból nie będzie przyjemny, ale miała nadzieję, że zniknie w ciągu czterdziestu ośmiu godzin. Teraz jednak, zaczęła się zastanawiać, czy odejdzie kiedykolwiek. Nieprzerwane, silne uczucie, jakby ktoś rozrywał jej ciało od wewnątrz – z każda godziną coraz bardziej wątpiła w to, że ustąpi.
– Sebastian, czy to w końcu przestanie boleć? – zapytała, kiedy przyniósł jej śniadanie. Nie chciała zabrzmieć narzekająco, po prostu była ciekawa.
Podszedł do jej łóżka i klęknął, by przyjrzeć się znamieniu. Wyglądało coraz lepiej.
Jeszcze doba, może dwie. Zapadnie w sen, a gdy się obudzi, będzie już po wszystkim – pomyślał, widząc błyszczące drobinki przemieszczające się pod skórą dziewczyny.
– Już prawie się zagoiło – powiedział łagodnie. – Jeśli chcesz, mogę sprawić, że przez jakiś czas nie będziesz go czuć.
– Nie! – uniosła się. – Chcę czuć mój ból przez cały czas. Po prostu… chciałam wiedzieć – dodała po chwili, ściszając głos.
– Rozumiem. Odpoczywaj. Niedługo będzie po wszystkim. Wrócę z obiadem – odpowiedział nienaturalnie.
Pokłonił się i wyszedł zostawiając ją samą. Czuł dumę i zadowolenie. Jej zacięty wzrok, przekonanie i pewność były tym, co w niej uwielbiał. Miała to w sobie od zawsze, ale z wiekiem te cechy stawały się coraz bardziej widoczne. To była dusza, którą pielęgnował, której pożądał – właśnie w tym wątłym ciele. Poszukiwana przez wszystkie demony, esencjonalna, o głębokim smaku. Jedyne, czego brakowało by była w pełni dojrzała to zemsta, której dokona własnoręcznie. Gdy to się stanie, będzie jego. Sprezentuje mu najcudowniejszy posiłek, nadając swojej śmierci znaczenia. Wciąż cierpliwie czekał na ten dzień – oczekiwanie tylko podsycało apetyt. Każda kropla jej krwi, jej zapach i smak utwierdzały go w przekonaniu, że wysiłek zostanie sowicie wynagrodzony. Nie miało znaczenia, ile jeszcze to potrwa.
I tylko jedna myśl wciąż nie dawała mu spokoju, ilekroć spoglądał w zmęczone oczy dziewczyny
~*~
                 Po tych kilku dniach zaczynała mieć naprawdę dosyć. Nieznośny, ostry ból nie opuszczał jej nawet we śnie. Siedziała w ciemnym pokoju, słuchając jak kamerdyner gra na skrzypcach. Przyjemne dźwięki chociaż odrobinę uciszały cierpienie. Ciągle czuła, jak nowy kontrakt scala się z jej duszą, bez względu na to, czy siedziała, leżała, stała… Ból nie ustępowało. Zdawało jej się, że staje się coraz silniejszy i rozprzestrzenia się po całej powierzchni ciała, z każdym kolejnym dniem coraz silniej rozrywając jej wnętrze na strzępy.
– Gdyby powiedział mi wcześniej, że tak to się skończy, kazałabym mu się od razu zabić! – narzekała w myślach, przyglądając się smyczkowi w ręce demona. Była rozgoryczona i wykończona.
– Nie… Przecież wcale tak nie myślę. Po prostu jestem śpiąca – tłumaczyła sobie, nie spuszczając z niego wzroku.
Siedziała po turecku, trzymając między nogami zwinięty kawałek kołdry. Oparła na nim głowę i pozwoliła, by ciepłe łzy zaczęły spływać po policzkach.
– Mam już dość… – jęknęła, pozwalając, by przemówiło przez nią cierpienie.
Muzyka ucichła. Sebastian odłożył instrument, podszedł do łóżka i usiadł na nim, tuż za czerwonowłosą. Zdjął rękawiczkę i delikatnie położył dłoń na symbolu. Ciepło jego ciała sprawiło, że ból powoli zaczął znikać, z każdą chwilą czuła coraz większą ulgę. Lokaj przyciągnął dziewczynę do siebie, nie odrywając ręki od jej karku.
– Już dobrze. – szepnął łagodnie. – Pomogę ci.
Nieśmiało obróciła się przodem do niego i objęła go w pasie. Wtuliła się w silne, męskie ciało, wdychając jego kojący zapach.
– Pachnie tak samo, jak kiedyś – myśl przebiegła przez jej głowę.
Nie wiedziała, czy to była kwestia zmęczenia, czy osłabienia, ale mur, który zbudowała w swoim umyśle, za który wpychała wszystkie niewygodne uczucia, runął nagle, zalewając ją wszystkimi emocjami, które tak uparcie próbowała ukryć. W jednej chwili zdała sobie sprawę ze wszystkiego, co do niego czuła. Zadrżała, czując mocniejsze uderzenie serca. Pragnęła, by czuł to samo. By potrzebował jej, myślał o niej. Wiedziała, że to niemożliwe, by ktoś taki jak on, poczuł coś do zwykłego człowieka – niejednokrotnie jej to powtarzał. Dlatego w pewnym momencie przestała mówić, że go kocha. Dlatego zaczęła tworzyć między nimi dystans zapominając, jaka była na początku. Dlaczego taka była?
Demon nigdy nie obdarzy uczuciem kruchej istoty jaką jest człowiek, niemogącej nawet znieść bólu, który dla niego był niezauważalny.
Chwyciła dłoń, którą odbierał jej cierpienie i odsunęła od swojego karku.
– Wystarczy. Dam radę – powiedziała stanowczo przez zęby, wciąż trzymając jego rękę.
 Chciała móc dotykać jej zawsze, bez przerwy czuć delikatną, gładką skórę swojego opiekuna. Pragnęła by należał do niej nie tylko, jako sługa.
– Panienko – szepnął zdziwiony.
– Dlaczego tak bardzo go to dziwi? Ból jest częścią mnie, nie mam prawa się go wyrzekać.
– Powiedziałam, dość – mówiła łamiącym się głosem.
Setki palących igieł ze zdwojoną siłą ugodziły w jej skórę. Próbowała powstrzymać drżenie, jednak demon wyraźnie czuł czuł, jak każdy mięsień ciała hrabianki kurczy się z bólu. Przycisnął ją do siebie, jakby próbował ochronić przed całym światem. Ich złączone ręce splotły się palcami uniesione na wysokości jej wątłego ramienia.
– Co robisz? – zapytała.
– Wybacz mi, że znowu musisz cierpień. Gdybyś tylko pozwoliła mi go zabrać… – mówił z żalem wprost do ucha. Jego klatka piersiowa przylegała do jej ciała, czuła niespokojne bicie serca lokaja.  
– Czemu? – zapytała cierpko, wiedząc, że nie może spodziewać się odpowiedzi, na którą tak bardzo liczyła. O tym mogła jedynie marzyć we śnie.
– Nie mogę dłużej patrzeć jak się męczysz. Proszę, pozwól mi…
– Nie. – Powstrzymała go, mocno ściskając jego dłoń. – Nie chcę, żebyś mnie puścił – wyszeptała, przyciągając do siebie ich splecione ręce.
Jego nierówny oddech ogrzewał jej policzek. Otworzył usta, jednak nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Jedynie ciche westchnienie po dłuższej chwili odpowiedziało na jej słowa. Tkwili wtuleni w siebie, póki ból nie wyssał z Elizabeth wszystkich sił. Bezwładnie opuściła ręce, i  oddychając z trudem, opadła się na ramie Sebastiana. Chwycił ją w pasie pozwalając, by oparła plecy na jego ręce. Ostatkiem sił podniosła głowę, by spojrzeć w jego oczy. Błyszczały krwistą czerwienią. Uwielbiała ten blask ukazujący odrobinę prawdziwej natury mrocznej istoty. Tak samo jak uwielbiała, gdy ukazywał jej chociaż rąbek swojej demonicznej formy; gdy kruczoczarne pierze wirowało w powietrzu, zwiastując śmierć.
– Proszę, pozwól mi pomóc – nalegał, wpatrując się w nią intensywnie.
Tysiące piór wzbiło się nagle w powietrze otaczając całą sypialnie mrokiem.
– Denerwujesz się? – zapytała zdziwiona. – Dlaczego?
– Naprawdę musisz pytać? – Na jego twarzy dostrzegła cierpiętniczy grymas. – Jeśli ci nie pomogę, możesz zginąć – dodał po chwili.
– Nie wspominał o tym wcześniej. Czyżbym była aż tak słaba?
– Więc pozwól mi umrzeć, tego przecież chcesz. – Uśmiechnęła się z trudem.
Nie wiedziała, jakiej reakcji po nim oczekiwała, jednak to co zrobił, zaskoczyło ją. Chwycił jej dłoń i przycisnął do swojej piersi, spuszczając wzrok.
– Nie pozwolę ci umrzeć – szepnął.
Jego słowa odbiły się echem od ścian skąpanego w mroku pomieszczenia. Dziewczyna chwyciła jedno ze spadających piór i przytuliła je do policzka zamykając oczy.
– W takim razie… Musisz mnie szczerze pocałować – odpowiedziała nieśmiało.
Mocno zacisnęła powieki. Nie chciała patrzeć na jego błagalne spojrzenie. Wiedziała, że to było okrutne z jej strony – zmuszać go do czegoś, czego nie jest w stanie zrobić – ale nie potrafiła się powstrzymać. Czuła, że nie jest w stanie dalej żyć ze świadomością, że nigdy nie odwzajemni jej uczuć. Jeśli zginęłaby z własnej woli, jej dusza dalej należałaby do niego. Dlatego chciała odejść i przestać ranić wszystkich wokół siebie. Chciała dać mu upragnioną nagrodę, na zawsze stając się jego częścią.
– Dlaczego musisz być tak niesamowicie uparta, Elizabeth? – zapytał z ciężkim westchnieniem.
Nim zdążyła odpowiedzieć, poczuła ciepłe wargi, łagodnie składające pocałunek na jej ustach. Wyswobodził dłoń z uścisku i położył rękę na jej karku. Ból powoli zaczął znikać, ustępując miejsca elektryzującej przyjemności, którą dawał dotyk demona. Nie mogła uwierzyć, że to robił. Delikatnie przygryzła jego dolną wargę czując, jak cały drży z rozkoszy. Jej ciche jęknięcie przerwało ciszę, gdy wsunął gładki język do jej ust. Pocałunki stawały się coraz bardziej intensywne.
Czuła, że robił to szczerze. Mimowolne reakcje jego ciała pod wpływem dotyku jej rąk przepełniały zbolałe serce radością. Wszystko wokół niej zdawało się wirować, dotrzymując tempa unoszącym się w powietrzu piórom. Zapomniała o bólu. Cały żal i cierpienie, które nosiła w sercu przestawało mieć znaczenie. Mężczyzna, któremu przysięgła swą duszę był tuż obok, krępując jej dłonie, zachłannie całując szyję. Fala przyjemności przeszyła jej drobne ciało. Nie musiał już dotykać znamienia, cierpienie całkowicie odeszło w zapomnienie. Wszystko, co ją przerażało, zmieniło się w pył, który zmiótł z niej przyspieszonym oddechem. Otworzyła oczy, by na niego spojrzeć, na zawsze wyryć w pamięci wyraz jego twarzy. Krwisty blask tęczówek, rozszerzone źrenice, wpatrujące się w nią z niesamowitą iskrą miłości, której nie spodziewała się nigdy dostrzec w tym głębokim spojrzeniu. Wbił w nią wzrok, jakby także chciał na zawsze zapamiętać tę chwilę. Zdecydowanym ruchem rozerwał jej  koszulę. Powoli wodził czarnymi paznokciami prawej dłoni po wrażliwej skórze. Drugą rozluźnił krawat i ściągnął go z szyi, po czym rzucił za siebie. Szlachcianka chwyciła materiał białej koszuli demona i trzęsącymi się rękami zaczęła rozpinać guziki. Zamknęła oczy, pozwalając mu przejąć kontrolę. Nie myślała już o niczym, była w stanie jedynie chłonąć rozkosz, którą jej ofiarowywał.

                Wiedziała, że to nie powinno się nigdy wydarzyć. Dostrzegła zdziwienie, które na ułamek sekundy padło cieniem na pogrążoną w euforii twarz kamerdynera. Pragnął jej i kochał ją tak samo, jak ona kochała jego. W tej chwili nie myślał o konsekwencjach, zasadach, ani o zdrowym rozsądku. W końcu, oboje poddali się tłumionemu od dawna pragnieniu. Bez reszty, beż żalu, bez wahania. Dwie istoty z dwóch zupełnie odmiennych światów stały się jednością. Coś, do czego nigdy nie powinni doprowadzić wyrwało się z ryz rozsądku brnąc do upatrzonego przez siebie, nieuniknionego celu.

KONIEC...

==============

...Tomu pierwszego, rzecz jasna. 
Tak, jak mówiłam jakiś czas temu - właśnie dobrnęłam szczęśliwie do końca pierwszej części. Właściwie, czuję się z tym odrobinę nieswojo. Niby wiedziałam, że ten moment nadejdzie, niby mam kolejny tom prawie gotowy, a w głowie pomysł na trzeci, ale... No, melancholia, sami rozumiecie. 

Muszę Was także przeprosić - zawiodłam w sprawie zleconego BSa i rysunku. Mam teraz ferie, więc postaram się nadrobić, przynajmniej BSa. Z rysunkiem mam o tyle problem, że chce, by był naprawdę dobry, a do tego potrzeba dobrego wzoru (arta, który spełni moje wymogi:P ), weny, czasu i umiejętności (to ostatnie to największy problem). Dlatego w ramach rekompensaty zamieszczam Sebastiana i małą Elizabeth (przerysowany i zmieniony art, gdyby ktoś był ciekawy).

Sprawa ostatnia:
Zastanawiam się, czy nie zrobić tygodniowej, może nawet dwutygodniowej przerwy między tomami. Wszystko jednak zależy od Was. Jeżeli nie chcecie, żebym ją robiła - dajcie znać w komentarzach. Chciałabym wiedzieć, co myślicie na ten temat (i nie będę ukrywać, że chciałabym zobaczyć ilu osobom zależy, chociaż odrobinę, na tym, żebym pisała dalej :) ).
To chyba wszystko.

Dziękuję za te kilka wspólnych miesięcy. Jest mi bardzo miło, że znalazło się tyle osób (sądząc po wyświetleniach i moich obliczeniach zakładających, że 1 wyświetlenie nie oznacza jednej osoby, oczywiście:P), które śledziły przygody Elizabeth i mam nadzieję, że chętnie będą śledzić kolejne. 



.