środa, 14 stycznia 2015

XXXI

Wyświetlanie mi spadło, mówcie o co chodzi, bo się nad tym głowię, a nic specjalnego na myl mi nie przychodzi. Aż tak poziom spadł? :P

Mam nadzieję, że dzisiejsza część będzie się Wam podobała.

PS Rysunek Elizabeth w trakcie - właściwie chcę narysować kilka i zobaczyć, który będzie najlepiej pasował. Mam też projekt (ciekawie to brzmi w oblicz moich marnych umiejętności plastycznych Oo) rysunku postaci, która pojawi się w drugim tomie. 
Backstage także później. Gorączka i inne takie skutecznie demotywują do tworzenia czegokolwiek. A jak już mam coś zrobić, to niech będzie zrobione najlepiej, jak potrafię. Inaczej nie warto nawet zaczynać (to w końcu nie pracka na zalke na studiach :P)

====================

                Młoda szlachcianka siedziała wewnątrz powozu, z niezadowoleniem poprawiając co chwilę rękawy zimowego płaszcza, by dać lokajowi do zrozumienia, jak bardzo nie podobało jej się, że musi mieć go na sobie. Demon obserwował jej zachowanie z uśmiechem na ustach, po raz kolejny dostrzegając małą dziewczynkę, która tkwiła w jej wnętrzu.  Pomyślał, że ona już nigdy się nie zmieni.
– Co właściwie chce panienka robić w Londynie? – zapytał.
– Odwiedzimy nowy sklep, który otworzyliśmy, ten w zachodniej części miasta. Potem pojedziemy do pasażu handlowego. Jeanny, Thomas i Tai potrzebują nowych ubrań – wyjaśniła, ciesząc się, że udało jej się wymyślić pretekst, byle tylko gdzieś się ruszyć.  
– Rozumiem – odparł krótko.
                Inspekcja sklepu przebiegła bez najmniejszych problemów, nie zajęła wiele czasu. Idealnie udekorowane wnętrze zachęcało nowych klientów, którzy oczarowani uprzejmością obsługi zostawali w butiku niemałe pieniądze. W związku z tym, że wszystko działało zgodnie z założeniami, nie było sensu, by spędzili tam więcej czasu, niż było to konieczne. Hrabianka pochwaliła pracowników i opuściła lokal, zadowolona z jego sukcesu.
W galerii handlowej spędzili już znacznie więcej czasu. Wybranie nowych ubrań dla służby nie zajęło wprawdzie nawet godziny, jednak zbliżające się święta zdążyły zapoczątkować sezon zakupów, któremu nastolatka nie potrafiła się oprzeć. Z płomykami ekscytacji w oczach biegała od jego sklepu, do kolejnego, za każdym razem wynosząc ze środka, co najmniej jedno pudło lub torbę, które po chwili lądowały w, coraz bardziej zapełnionych, dłoniach kamerdynera. Zimowe promocje, okazjonalne stroje i dziesiątki nietypowych ozdób, których posiadanie sprawiało jej niesamowitą frajdę, nieodparcie kusiły ze sklepowych wystaw. Brunet widział, że wydawanie pieniędzy na zbędne bibeloty i świąteczne słodycze sprawiały jej niewiarygodną przyjemność, dlatego cierpliwie znosił niekomfortową sytuację wiernie dotrzymując jej kroku.
Wśród mnóstwa paczek znalazło się kilka prezentów gwiazdkowych dla służby, w tym także dla Sebastiana, co skrzętnie próbowała przed nim ukryć. Nie było to zbyt trudnym zadaniem, ponieważ widziała, jak bardzo nuży go zakupowy szał. W milczeniu nosił za nią toboły, beznamiętnie spoglądając w przestrzeń, zapewne błagając w duch, by wreszcie skończyła. Ani razu nawet nie zaszczycił spojrzeniem żadnego z pakunków.
W pewnym momencie dziewczyna zatrzymała się tak gwałtownie, że idący tuż za nią demon, nieomal na nią wpadł.
– Panienko? – zapytał, spoglądając na nią zza ogromnej piramidy pudeł, oklejonych różnokolorowym papierem.
Patrzyła jak zahipnotyzowana na stojącą na wystawie drewnianą łódkę, Arkę Noego.
– Poczekaj tu – rozkazała po chwili i wbiegła do środka sklepu.
Demon obserwował przez szybę, jak jego pani, energicznie gestykulując, tłumaczyła coś sprzedawcy. Ten, wysłuchawszy jej w skupieniu pełnym profesjonalizmu, podszedł do okna i zabrał drewnianą zabawkę sprzed okna. Chwilę później, Elizabeth wyskoczyła ze sklepu z wypiekami na twarzy, tuląc do siebie pudełko oklejone błękitnym papierem.
– To Arka Noego firmy Funtom. Podobno były tylko trzy takie. Tomoko o niej marzyła – wyjaśniła podekscytowana, widząc jego pytający wzrok.
Mężczyzna zaśmiał się pod nosem.
Gdyby tylko wiedziała…
– Wracamy – zarządziła i ruszyła w stronę wozu.
Gdy do niego doszli, Sebastian zapakował wszystkie zakupy i pomógł dziewczynie wejść do środka. Usiadła i dopiero spoglądając przez szybę zdała sobie z czegoś sprawę.
– Zrobiło się ciemno… – Zdawała się niebywale zaskoczona swoim odkryciem.
Przez cały zakupowy szał, zupełnie nie zwróciła uwagi na mijający czas. Światło wystaw sklepowych i ulicznych latarni sprawiało, że na ulicach było jasko jak za dnia. Dopiero, kiedy oddalili się głównej trasy otaczający miasto mrok stał się dla niej dostrzegalny.
– To prawda, powinniśmy wracać.
– Chciałabym pojechać w jeszcze jedno miejsce – wyjaśniła mu i podała woźnicy adres.

Piętnaście minut później byli na miejscu, przy wejściu do oświetlonego parku. Tego samego, do którego demon udał się wcześniej z japońską księżniczką.
– No chodź – zawołała go widząc, że stoi sztywno tuż koło drzwi karety, bez najmniejszego zamiaru ruszenia się z miejsca.
– Dokąd?
– No do parku. Przecież nie będę sama po nim spacerować – burknęła zirytowana.
Wydawało jej się, że zapewnienie swojej pani towarzystwa podczas wieczornego spaceru powinni być dla niego oczywiste i zupełnie naturalne. Widząc, jak ociągając się zmierza w jej stronę, przez chwilę zastanawiała się, jak wyglądało jego spotkanie z Tomoko.
Na pewno był dla niej miły i szarmancki. Tak samo, jak dla tych kobiet na balu. I tych w szpitalu… – Poczuła się zawiedziona, chociaż tak naprawdę nie wiedziała, czemu.
Nie spodziewała się po nim żadnego szczególnego zachowania. Mimo tego, że z jednej strony zazdrościła przyjaciółce tej nieoficjalnej, prywatnej relacji, którą nawiązała z nim w ciągu kilku wspólnie spędzonych godzin, z drugiej, nie pragnęła żadnych romantycznych gestów, czy specjalnego traktowania. Sama do końca nie wiedziała, dlaczego tak się czuła, ale nie mogła tego zaliczyć do doznań przyjemnych.
– Najmocniej przepraszam, ma panienka rację. Po prostu myślałem, że…
– To źle myślałeś  – przerwała mu zniecierpliwiona, czekając aż do niej dołączy. Zatrzymał się tuż obok, by po chwili znowu ruszyć równo z nią.
                To było jedno z jej ukochanych miejsce. Przywracało przyjemne wspomnienia z dzieciństwa. Zawsze po zmroku, zawsze razem, wraz z przyjaciółką biegały krętymi uliczkami, ścigając się, która pierwsza dotrze do ich ulubionego, spowitego całkowitą ciemnością miejsca. Czasy, kiedy obie były radosne i beztroskie, kiedy nie miały pojęcia o problemach dorosłego życia. Zawsze przysparzały sobie kłopotów uciekaniem służbie, ale wspaniała zabawa pośród drzew była warta drobnych wyrzutów ze strony rodziców. Krocząc tymi samymi uliczkami, które od lat nie zmieniły się prawie w ogóle, poczuła, że wszystko jest w porządku. Niezadowolenie, które jej towarzyszyło, całkowicie opuściło młode serce, ustępując miejsca spontanicznej radości. Pod wpływem impulsu, chwyciła kamerdynera pod rękę i ciągnąc go za ramię, jak małe dziecko pospieszające rodziców, szybkim krokiem poprowadziła w ukochane miejsce.
Zupełnie pozbawiona światła ławka na uboczu, z której, patrząc pod odpowiednim kątem, można było dostrzec niesamowity widok. Blask lamp w magiczny sposób tworzył iluzję zielonych koron drzew próbujących pochłonąć światło, przy okazji porywając ze sobą obserwatora ich niecnego uczynku.
                Nie opierał się, pozwolił, by go tam doprowadziła. Jej nagły spontaniczny dotyk sprawił mu przyjemność, jednocześnie wzbudzając ekscytującą nutę zaskoczenia. Gest dziewczyny był inny niż zwykle, nieprzemyślany, porywczy i przepełniony pasją. Spojrzał we wskazanym przez nią kierunku. Miała rację. Widok był naprawdę piękny. Ciężko było uwierzyć, że był jedynie wytworem przypadkowego rozstawienia lamp. Chciało się rzec, że jakaś wyższa siła wspomogła projektanta, by sprezentować niesamowite zjawisko jedynie tym zasłużonym, najbardziej spostrzegawczym.  
– Podoba ci się? – zapytała zniecierpliwiona, wiercąc się na ławce.
– Jest naprawdę… Cudowny – Odparł z lekkim wahaniem.
Dziewczyna poparzyła w zachmurzone niebo dostrzegając kilka białych paprochów zlatujących z góry.
– Śnieg? – szepnęła niedowierzając.
Czuła, jak drobne płatki roztapiają się na jej policzkach. Krople wody spłynęły po jej twarzy imitując łzy.
– Pada śnieg! – Podskoczyła z radości.
Demon spojrzał na czerwonowłosą, obserwując jej dziecinny taniec radości. Długie włosy, rozwiewane przez wiatr, co chwila opadały na jej twarz. Nie zwracała na nie uwagi, wciąż kiwając się na boki z szerokim uśmiechem na ustach.
– W rzeczy samej – odezwał się po chwili, spokojnym tonem.
Młoda szlachcianka pląsała wokół ławki, gdy poczuła palący ból, który z siłą większa niż kiedykolwiek zaatakował jej kark. Zgięła się wpół jęcząc po cichu. Świat zawirował jej przed oczami. Czuła coraz gęściej spadające drobinki śniegu, które roztapiały się, nim dotarły do rozpalonej skóry. Miała wrażenie, jakby ktoś wziął metalowy pręt i z całej siły wciskał go w ciało, chcąc pozostawić wypalone znamię, mające znaczyć ją do końca życia.
– Sebastian! – zawołała.
Stał bez ruchu, obrócony tyłem do niej. Zdawało się, że nie docierają do niego żadne słowa. Z trudem podeszła i chwyciła jego rękaw. Odwrócił się energicznie i popatrzył na nią płonącymi czerwonym blaskiem oczyma, przepełnionymi złością.  
– Sebastian…? – powtórzyła niepewnie, cofając się parę kroków.
– Naprawdę jesteś nieznośnym bachorem, czyż nie? – powiedział niskim, przesączonym nienawiścią głosem, powoli idąc w kierunku wciąż cofającej się dziewczyny.
– O co ci chodzi? – Zapytała z trudem.
– Taka pyskata, rozwydrzona i niewychowana. Na dodatek tak niesamowicie słaba. Nic dziwnego, że chcieli zrobić z ciebie coś wartościowego – sączył, zdając się czerpać chorą satysfakcję z raniących słów. – Powinnaś była im na to pozwolić. Nie trzeba było zmuszać mnie, bym ich zabił. I tak nie należę do ciebie. Nigdy nie mógłbym być oddany komuś tak żałośnie słabemu, jak ty. – Każde jego kolejne słowo było jak ostry nóż, zręcznie wbijany w serce tak, by zadać jak największy ból, nim na zawsze pogrąży ją we śnie.
Jakby od dawna zbierał w sobie całą złość, by w pewnym momencie wyrzucić ją z siebie w całości, nie zważając na jej uczucia, chcąc zniszczyć doszczętnie jej psychikę. Jak prawdziwy demon, wniknął w głąb jej umysłu, wyciągając największe obawy i kompleksy, niszcząc ją.
– Dlaczego… Dlaczego tak mówisz? – wykrztusiła, dławiąc się łzami, które niekontrolowanie zaczęły sączyć się z jej oczy.
– Naprawdę jesteś aż tak głupia? – zapytał z niedowierzaniem.
Dzieliło ich zaledwie kilka metrów, gdy nagle rzucił się na nią z całą swoją siłą. Cudem udało jej się odskoczyć. Upadła na ziemię, dotkliwie ocierając kolana. Natychmiast podniosła się i próbując ignorować paraliżujący ból, stanęła pewnie na nogach, wyciągając przed siebie ręce, tworząc blok. Wiedziała, że tak naprawdę jest w jego obliczu bezbronna, ale nie mogła poddać się bez walki, nie mogła nawet nie spróbować.
Ruszył. Serce nastolatki zamarło na moment. Trzymała gardę, czekając na uderzenie. Usłyszała świst. Mocne pchnięcie wytrąciło ją z równowagi. Przewróciła się na plecy, głową szczęśliwie uderzając w miękki trawnik. Popatrzyła w stronę demona. Naprzeciwko stał znajomy, czerwonowłosy mężczyzna, dzierżąc w dłoniach wirującą ostrzami kosę.
– Doprawdy, czy ty zawsze musisz się wtrącać? – warknął na niego Sebastian.
Shinigami uśmiechnął się, ukazując rząd trójkątnych zębów.
– Wybacz Sebuś, ale zważywszy na moją pracę nie mogę pozwolić ci zabić tego dziecka – wyjaśnił. – Przynajmniej na razie – dodał po chwili zastanowienia.
Tocząca się między nimi walka była tak dynamiczna, że dziewczyna ledwo nadążała wzrokiem za kolejnymi precyzyjnymi uderzeniami. Ból wyssał z niej wszystkie siły, nie mogła nawet podnieść się i uciec. Demon blokował broń boga śmierci srebrną zastawą stołową. Żaden z nich nie doznał poważnych ran. Zatrzymali się, dysząc ze zmęczenia i z poważnymi minami zmierzyli się wzrokiem. Nagle wyraz twarzy lokaja całkowicie się zmienił. Pozbawiony furii towarzyszącej mu podczas zaciekłego starcia, brunet wyprostował się i poprawił ubranie.
– Proszę mi wybaczyć, moje zadanie dobiegło końca – rzekł swoim zwyczajnym, kulturalnym tonem i po chwili zniknął w jednej z ciemnych alejek.
Czerwonowłosy mężczyzna podszedł do leżącej na ziemi hrabianki i popatrzył na z kpiną.
– Grell Sutcliff. Czy to nie ty próbowałeś mnie zabić ostatnim razem?
– Och. Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele, maleńka. To, że masz piękne włosy nie oznacza, że cały świat kręci się wokół ciebie – odparł, teatralnie podnosząc głos.
Chwycił ją pod ramię.
– Puszczaj mnie! – wrzasnęła, ostatkami sił próbując wyrwać się z jego uścisku.
– Naprawdę? Nie jesteś w stanie się ruszać, zamierzasz leżeć tu do rana? – Popatrzył w jej oczy.
Musiała przyznać, miał rację. Każdy, nawet najmniejszy ruch, potęgował nieznośny ból sprawiając, że jej ciało nie nadawało się do użytku.
– Dlaczego mi pomagasz?
– Ależ nie! Znowu wyciągasz błędne wnioski, mała. Nie pomagam tobie, pomagam sobie. Jesteś moim biletem na przedstawienie, które zakończy się krwawym deszczem miłości! – krzyknął, drżącym z podekscytowania głosem. – Zabieram cię do domu. W obecnym stanie do niczego mi się nie przydasz. – Po tych słowach zamilkł zupełnie.
Zaniósł ją do karety i zasiadając obok niej udał się w podróż do posiadłości Roseblack. 

sobota, 10 stycznia 2015

XXX

Ostatnia notka ma niesamowicie mało wyświetleń, zastanawiam się dlaczego. Jeśli macie jakieś sugestie dotyczące fabuły, języka, albo czegokolwiek innego - dawajcie znać w komentarzach. 
Jednocześnie chciałam Was poinformować, że do końca pierwszego domu zostało zaledwie trzydzieści-kilka stron. 
Na szczęście drugi ma w tym momencie dokładnie sto dziewięćdziesiąt trzy więc nie muszę robić żadnej przerwy. Chyba, że postanowię pouczyć się trochę do sesji. Zobaczymy.
Chcielibyście zobaczyć rysunek jakiejś postaci? 
Piszcie w komentarzach, może uda mi się coś nabazgrać jak będę mieć trochę czasu.

Mam nadzieję, że notka będzie się Wam podobała.

========================

– Przepraszam, panienko. Pomyślałem, że przyniosę ci coś słodkiego. Pomoże ci się skupić. – Sebastian wszedł do środka, trzymając w dłoniach metalową tacę.
Postawił przed nią filiżankę herbaty oraz niewielki talerzyk, w którego centrum znajdował się trójkątny kawałek czekoladowego ciasta z wiśniowym nadzieniem. Dziewczyna popatrzyła sceptycznie na deser, a potem na uśmiechniętego lokaja.
– I skąd ci przyszło do głowy, że będę miała ochotę jeść coś takiego? – W jej głosie słychać było irytację. No właśnie, dlaczego? Czy próbował ją przeprosić, w ten nieudolny, a wręcz nieodpowiedni sposób? Nie. Nagle zrozumiał.
– Mój poprzedni pan miał w zwyczaju spożywać słodkości podczas pracy. Pomyślałem, że może i panience spodobałby się ten zwyczaj – zabrzmiał uprzejmie, mimo szoku, jaki wywołała w nim jego własna, dziecinna wręcz, pomyłka.
– Hmm… – wydała z siebie niejednoznacznie brzmiący pomruk.
Chwyciła małą, srebrną łyżeczkę i nabrała nią kawałek ciasta. Było przepyszne. Jego zdolności cukiernicze były niemal magiczne. Zaskoczona idealną równowagą pomiędzy słodyczą, a kwaśnym posmakiem owocu, wyraz jej twarzy zmienił się z ponurego na niesamowicie odprężony.
– Twój poprzedni pan? – powtórzyła pytająco. – Nigdy mi o nim nie mówiłeś. Właściwie… – przerwała, wkładając do ust kolejny kawałek – miałam ci kazać, byś mi o nim opowiedział, gdybym wygrała nasz mały zakład – dokończyła.
– Nasz zakład? Ten dotyczący łaciny?
– Ta. Miałeś rację, przydała się – przyznała niechętnie. – Wybieraj. Czego ode mnie chcesz?
Demon popatrzył tajemniczo, zbliżając się do niej powoli. Ominął biurko, obrócił ją na krześle przodem do siebie i zbliżył swoje usta do jej twarzy. Serce dziewczyny biło jak oszalałe, poczuła gorąco na twarzy. Przez moment Sebastian trwał w bezruchu, napawając się chwilą.
 Jeśli pozwolisz, panienko, zostawię sobie ten przywilej na później – wyszeptał, uśmiechając się niepokojąco.
Elizabeth z trudem przełknęła ślinę. Nie potrafiła odgadnąć, co takiego może chodzić mu po głowie, jednak mimo niezręcznego uczucia, miała wrażenie, że dzielący ich dystans na chwilę się skurczył. Odsunął się od niej, jednak wciąż stał tuż obok, bacznie jej się przyglądając. Starała się udawać, że przestało robić to na niej jakiekolwiek wrażenie. Włożyła do ust kolejny kawałek ciasta.
– Jeżeli naprawdę tego chcesz, opowiem ci o nim – rzekł po chwili niezręcznego dla dziewczyny milczenia.
– Może chociaż w ten sposób ci to wynagrodzę?
– Naprawdę? – zdziwiła się.
– Oczywiście.
– No dobrze. W takim razie usiądź. – Wskazała mu krzesło naprzeciwko biurka.
– Jeśli pozwolisz, wolałbym zostać w tym miejscu.
– Jak uważasz – prychnęła obojętnie.
– Mój poprzedni pan, nie… Panicz. Był trochę młodszy od ciebie, kiedy zawarł ze mną pakt. Przeżył straszne piekło. Jego rodzinę zabito, a on miał się stać ofiarą złożoną w imię diabła, zabawne. Tak go poznałem. – Uśmiechnął się melancholijnie. – Początkowo był niesamowicie denerwującym szcze… dzieckiem, ale bardzo szybko dojrzał. Przejął rodzinną firmę i obowiązki. W jego drobnym, wątłym ciele ukrywała się potężna dusza. Nie żałuje ani jednego dnia, który spędziłem służąc mu w drodze do jego zemsty. Uwielbiał słodycze, dzięki niemu nauczyłem się wszystkiego, co wiem o cukiernictwie. Właściwie, powinnaś mu podziękować – zauważył, subtelnie spoglądając na resztki czekoladowego ciasta. – Był też okropnym tancerzem, ale zawsze wytrwale dążył do celu, robiąc wszystko, co konieczne, by go osiągnąć, nawet jeśli były to lekcje walca. Kiedy dopełniły się warunki naszego kontraktu, z godnością stanął przede mną, ofiarowując mi swoją duszę. Najcudowniejszy posiłek w całym moim długim życiu, przyćmiewający gorycz, jaką pozostawiło po sobie jego odejście – opowiadał otwarcie, jak nigdy przedtem.
Była jedyną osobą, której o nim opowiedział. Pierwszą, przed którą przyznał, że łączyła go z chłopcem więź, której utrata, nawet w nim wywołała emocje. Mówił z pasją, głosem pełnym słodkiej melancholii. W jego oczach dostrzegła radosny błysk, który spowodował ukłucie w jej sercu.  Zmarkotniała. Spuściła wzrok, który przez cały czas skupiała na jego twarzy.
– Musiał być naprawdę wyjątkowy… – podsumowała z goryczą.
– W rzeczy samej. Nigdy przedtem nie spotkałem kogoś takiego. – Kolejne, bolesne słowa.
– Wystarczy już… – przerwała mu, drżącym głosem.
Cała radość z bliskości, którą dopiero odzyskała, prysnęła jak mydlana bańka, jej serce ogarnęło obrzydliwe, mroczne uczucie. Zazdrość?
                Przez chwile wydawało mu się, że choć odrobinę odpokutował za swoje błędy, jednak widząc jej spuszczone ramiona i pochyloną głowę, słysząc jej przepełniony smutkiem, cierpki głos zrozumiał, że zabrnął za daleko. Powinien ograniczyć się do kilku suchych faktów i szybko urwać konwersacje, ale z jakiegoś powodu, naprawdę chciał podzielić się z nią swoimi myślami. Ponownie poczuł do siebie wstręt. Zamierzał klęknąć przed nią, przeprosić i jak najszybciej odejść, ale wyprzedziła go pytaniem.
– Żałujesz, że teraz musisz służyć mi? – Z trudem wymawiała bolesne słowa.
Popatrzył na nią zaskoczony, zupełnie nie spodziewając się, że właśnie o tym myślała. Czyżby wątpiła w siebie? Czy może w jego oddanie? Czemu nie potrafiła docenić swojej wartości?
– Panienko… – powiedział tonem, który wzbudził w niej drżenie. – Jak mógłbym żałować? Służenie ci to prawdziwy zaszczyt, nie mógłbym być szczęśliwszy oddając swoje życie w inne ręce – rzekł uwodzicielsko, klękając przed nią i kładąc dłoń na piersi.
– Kłamiesz! – Krzyknęła, desperacko spoglądając w jego oczy.
Drżała, czując, że za chwilę nie wytrzyma i zaleje się łzami. Pragnęła być w jego oczach kimś silnym, wyjątkowym, niepowtarzalnym. Nie chciała być dłużej tamtym wystraszonym, nieporadnym dzieckiem, które potrafiło jedynie chować się w jego objęciach.
Demon spojrzał na nią z łagodnym uśmiechem.
– Nie kłamię. Nigdy cię nie okłamię. – Zbliżył się do niej i delikatnie objął dziewczynę ramionami.
– Ale… Przeze mnie nieomal straciłeś życie, przez moją słabość. Jestem żałosna. Jestem… słaba – mówiła coraz ciszej, tonąc w jego silnych ramionach. Tak bardzo jej tego brakowało. Nie pamiętała, kiedy ostatnio trzymał ją w ten sposób. Czuła się bezpieczna. Przyjemne ciepło jego ciała, ogrzewające jej serce. Z każdą sekundą zapominała o smutku i poczuciu winy, w całości oddając się utęsknionej przyjemności. Od dawna nie czuła się tak spokojna, jakby wszystko wokół przestało mieć znaczenie. Zdawało jej się, że rozwiąże każdy problem, pokona każde wyzwanie, dopóki tylko będzie przy niej.
– Jesteś wyjątkowa, Elizabeth – szepnął jej do ucha.
Przez cały ten czas był przekonany, że powodem jej zachowania jest pogarda. Nigdy nie przypuszczałby, że czuje się odpowiedzialna za jego rany. Bawiła go. Mimo tego, jak bardzo się zmieniła, mała dziewczynka, która zaskakiwała go od tych kilku lat, wciąż była obecna i wciąż potrafiła go zadziwić. Tuląc ją do siebie miał wrażenie, że właśnie to przerażone dziecko pociesza po raz kolejny podczas płaczu. Drżące, chude ciało, kurczowo trzymające się jego koszuli, desperacko potrzebujące bliskości, którą jedynie on mógł je otoczyć. Demon, jedyna osoba, której czerwonowłosa ufała na tyle, by pozwolić się dotykać. Z tą różnicą, że teraz nie obejmował już jedenastoletniej dziewczynki. Bezbronna istota, o kruchym ciele, która nieświadomie coraz mocniej przytulała się do jego piersi, była młodą kobietą. Odważną, inteligentną, postępującą zgodnie ze swoją moralnością, silną kobietą, która nie potrafiła dostrzec swojej własnej przemiany.
– Przepraszam – powiedziała cicho i odsunęła się od niego tak, by widzieć jego twarz. – Sam widzisz, wciąż jestem tylko słabym dzieckiem.
– Elizabeth Roseblack, jesteś głową swojego rodu, panią podziemia, właścicielką oddanego demona i jak na człowieka twojej postury, naprawdę jesteś silna. Panienko, nie ma w tobie nic słabego – odparł.
Odsunęła się od niego zupełnie i powróciła do jedzenia ciasta.
– A to, jak to nazwiesz?
– Niech to będzie nasz mały sekret, moja pani. – Uśmiechnął się do dziej życzliwie.
Burknęła pod nosem, czując się nieswojo, a zarazem niezwykle przyjemnie.
– Możesz już iść – poleciła.
To, co wydarzyło się przed chwilą, wydało jej się strasznie niezręczne. Nie chciała przebywać teraz w jego obecności i dawać mu satysfakcję.
Pokłonił się posłusznie i wyszedł.
Minęło sporo czasu odkąd ostatni raz mnie tak przytulił. Brakowało mi tego… Tylko, dlaczego czuję się z tym tak dziwnie? Naprawdę aż tak się odzwyczaiłam? – pytała się w myślach, kończąc kawałek czekoladowego ciasta.
~*~
                Kolejne tygodnie mijały nad wyraz spokojnie. Królowa ani razu nie potrzebowała pomocy ze strony hrabianki. Dziewczyna spędzała czas na nauce, treningach i pracy. Kilka razy spotkała się z przyjaciółką, chociaż wiedziała, że nie powinna tego robić. Zaczynała być znudzona monotonią życia. Odkąd atmosfera między nią i demonem wróciła do normy, czuła się zbyt wygodnie. Rana na jej dłoni całkowicie się wyleczyła, pozostawiając jedynie bladą bliznę, której nie pozwoliła Sebastianowi wyleczyć. Jeszcze nie teraz. Miała przypominać jej o słabości, pchać na przód, w stronę potęgi. Przykładała się do treningów, uzyskując zaskakująco dobre efekty. Powoli zaczynała zyskiwać świadomość swoich instynktownych ruchów, o której tyle jej wspominał. Obiecała sobie, że stanie się wyjątkowa, nie tylko w jego oczach. Sama chciała uwierzyć w swoją niezwykłość, dlatego uparcie do tego dążyła, nie pozwalając sobie na lenistwo.
                Demon wykonywał swoje codzienne zadania, ciesząc się z chwilowego spokoju. Uważał, że jest on potrzebny zarówno jemu, jak i jego pani. Od dłuższego czasu znów był idealnym lokajem, niepopełniającym żadnych błędów. Cieszył się, widząc zaangażowanie, jakie dziewczyna wkładała we wszystko, co robiła. Bawiły go te ludzkie próby dążenia do czegoś, czego nigdy nie mogli osiągnąć, jednak widząc, z jaką powagą do tego podchodziła, darzył ją szacunkiem.  Było oczywiste, że nie będzie w stanie walczyć na równi z istotami nienależącymi do jej świata, ale zaczynała niebezpiecznie zbliżać się do tego poziomu. Fascynowało go, jak wątłe ciało młodej szlachcianki było w stanie zebrać w sobie tyle siły. Kilka razy podczas treningów zdarzyło się nawet, że jej uderzenie sprawiło mu autentyczny ból.
                Przyroda przygotowywała się na przyjęcie zimy. Liście opadły już z drzew, trawa pożółkła. Dzień stawał się coraz krótszy, ustępując miejsca przyjemnej ciemności. Lada dzień można było spodziewać się śniegu. Temperatury znacznie spadły, przez co Sebastian miał na głowie dodatkowy problem – ciągłe pilnowaniu ubioru dziewczyny. Dla niej różnica temperatury była nieznaczna. Wciąż potrafiła wyjść przed posiadłość w samej koszuli nocnej i szlafroku, chociaż w nocy coraz częściej panował mróz. Wielokrotnie napominał ją, by zakładała ciepły płaszcz, ale ona zwyczajnie o tym zapominała. Nie ze złośliwości, czy głupoty, po prostu ten samozachowawczy instynkt był jej obcy.
                Siedziała w swoim gabinecie, bawiąc się figurkami zwierząt, zupełnie ignorując stertę dokumentów leżących tuż obok. Chciała, by wreszcie coś się wydarzyło. Brakowało jej odpoczynku, ale po kilku tygodniach spokoju miała wrażenie, że jest uzależniona od adrenaliny, a jej brak powoli ją zabija. Może zwyczajnie potrzebowała zmiany otoczenia, chociaż chwilowej? Odchyliła się na krześle i szarpnęła złoty sznur, wiszący przy oknie.
– Wzywałaś, panienko? – zapytał lokaj, wchodząc do środka z szarmanckim uśmiechem na twarzy.
Dziewczyna popatrzyła na niego zdziwiona. Miał potargane włosy, nie miał na sobie fraka, a jego koszula była przybrudzona czarną substancją.
– Byłeś rodzinę odwiedzić? – zapytała złośliwie. – Wyglądasz gorzej niż Thomas po „renowacji” kuchni.
Podrapał się po głowie z zakłopotaniem.
– Najmocniej przepraszam za mój niestosowny wygląd. Przygotowywałem obiad i nie wiem, co mnie podkusiło, by poprosić go o upieczenie mięsa – wyjaśnił z rozbrajająco zabawną, zdegustowaną miną.
Hrabianka roześmiała się głośno, wyobrażając sobie, jak to mogło wyglądać.
– Twój błąd – odparła chichocząc. – Nudzi mi się.
– Hm?
– Chciałabym jechać do Londynu, zmienić na chwilę otoczenie. Zostaw ten obiad i zajmij się przygotowaniami.
– Czy chce się panienka zatrzymać w rezydencji miejskiej?
– Nie, to tylko na jeden dzień. Nie lubię tam spać – wyjaśniła i odesłała go machnięciem ręki.
~*~
– Ciekawe, czego Will znowu ode mnie chce. Może wreszcie poprosi mnie o rękę? Och tak! To byłoby wspaniałe! – Długowłosy mężczyzna w czerwonym płaszczu, krzyczał sam do siebie, z ekscytacją stukając obcasami butów o marmurową podłogę korytarza, prowadzącego do gabinetu jego zwierzchnika. – Mógłby mi oddać kosę, stęskniłem się za nią. Przecież nie zrobiłem nic złego. Will, ty okrutniku! – kontynuował swój monolog, nie zważając na ciekawskie spojrzenia mijających go okularników.
Doszedł do białych drzwi, na których znajdowała się złota tabliczka z wytłoczonym nazwiskiem „William T. Spears”. Czerwonowłosy bez pardonu wszedł do środka. Ujrzał siedzącego za biurkiem, schludnie wyglądającego mężczyznę w okularach. Tuż obok niego, oparta o blat, stała jego ukochana kosa.
– Grellu Sutcliff, usiądź proszę. – Brunet odezwał się oficjalnym tonem. Jego zobojętniały wyraz twarzy wzbudził niezadowolenie u podopiecznego.
– Czemu jesteś da mnie taki oschły? – zapytał z urazą.
– Mam dla ciebie specjalne zadanie – odparł, zupełnie ignorując jego pytanie.
Z szuflady biurka wyciągnął grubą księgę i przesunął ją w stronę pracownika, który ziewnął ze znudzeniem na widok opasłego kodeksu.
– Kolejna dusza do odebrania? I co w tym takiego specjalnego… – naburmuszył się.
William poprawił okulary ostrzem swojej eleganckiej, skromnej kosy i westchnął głęboko.
– To nie jest zwykła dusza. Już raz udało jej się uciec przed śmiercią. Od tego czasu długo nie mogliśmy jej odnaleźć. W końcu udało mi się sprostować to haniebne uchybienie, dlatego proszę cię byś się postarał i zebrał ją jak najszybciej – wyjaśnił.
Jasnozielone oczy Shinigami błysnęły zaciekawione.
– Udało jej się uciec przed śmiercią? Co to ma znaczy, Will?
– Pewien, dobrze ci znany, demon maczał w tym swoje palce – odrzekł z odrazą na samo wspomnienie o plugawej istocie, która niejednokrotnie utrudniała pracę Bogów Śmierci, kradnąc im dusze.
Każda kradzież wiązała się z ogromna ilością dokumentów do wypełnienia, a co za tym idzie – z mnóstwem bezpłatnych nadgodzin, których brunet nie cierpiał z całego serca.
– Sebuuuuuuuuuś? – krzyknął Grell, trzęsąc się z podekscytowania. – W takim razie już pędzę! – Chwycił Cinematic Record osoby, którą miał się zając i energicznie poderwał się z krzesła.
– Grellu Sutcliff… Twoja kosa – mruknął chłodno zarządca Shinigami i rzucił mu czerwoną piłę mechaniczną.
Zbieracz chwycił ją i zaczął radośnie wymachiwać jej ostrzem, skocznym krokiem zbliżając się do drzwi.
– Nie zapomnij tylko jej wyczyścić zanim mi ją zwrócisz – rzucił brunet, nieco gasząc zapał podekscytowanego czerwonowłosego.
Jednak tuz po przekroczeniu progu gabinetu Williama, Grell przestał przejmować się jego słowami. Myśli skupił na jednym, na Sebastianie. Biegł korytarzem, stukając obcasami lakierowanych butów, prowadząc ze sobą kolejny monolog.
– Pan Sutcliff wydaje się dziś nieprzeciętnie radosny – zauważył stojący w grupie starszych stażem kolegów, Ronald Knox, świeżo upieczony Bóg śmierci wydziału zbieraczy, kiedy czerwonowłosy przebiegł obok nich, wykrzykując coś o rodzeniu dzieci.
– Najwidoczniej. Pewnie znowu trafiła mu się sprawa, w której bierze udział ten jego demon  – odpowiedział niechętnie jeden ze współrozmówców, jasnowłosy Eric.
– Demon? – zdziwił się blondyn.
Dopiero od niedawna sprawował obowiązki Boga Śmierci. O sławetnych miłosnych podbojach Grella Sutcliffa słyszał co prawda kilka razy, ale nigdy dotąd nie zdawał sobie sprawy z tego, że obiektem jego uwielbienia padł ich odwieczny przeciwnik.
– Sebastian Michaelis. Dziwne, że jeszcze tego nie wiesz. Ten idiota ugania się za nim już od paru lat. Doprawdy, ten facet jest naprawdę spaczony. Nie wiem, jakim cudem udało m się zdać testy psychologiczne. Will, dlaczego my go tu jeszcze trzymamy? – Wysoki blondyn zwrócił się do zarządcy, który pojawił się tuż obok niego. Zachowując swoją zwyczajową, kamienną twarz, Spears spojrzał w oczy niższego rangą Shinigami i odparł:
– Dopóki wykonuje swoją pracę tak, jak należy, jest mi nawet na rękę, że to właśnie on zajmuje się tym… Szkodnikiem. Nie chciałbym być zmuszony osobiście się z nim użerać. – Nuta nienawiści wkradła się w jego zobojętniały ton.

Młody Ronald przysłuchiwał się jego słowom pełen sceptycyzmu, jednak nie zamierzał podważać słów zwierzchnika, miał on tendencję do przydzielania nadgodzin tym, którzy mu podpadli, a blondyn miał cały grafik zapchany nocnymi balangami, których nie zamierzał ominąć. 

środa, 7 stycznia 2015

XXIX

Dziś trochę później - powrót na uczelnie, herbatka i herbaciane zakupy zabrały trochę czasu. Dodatkowo przyszła pora, żeby po kilku godzinach ulgi, ból oczu powrócił w całej okazałości, straszliwie mnie rozpraszając. Mam nadzieję, że w notce nie będzie błędów - starałam się wyłapać wszystkie, ale mogłam jakieś pominąć. Będę wdzięczna za ich wytknięcie :)
Na końcu notki wrzucam Wam mój rysunek (poglądowy xD) przedstawiający Tomoko. Nie wiem kim postać jest w oryginale, wzorowałam się na jakimś randomowym obrazku z grafiki wujka Googla.
Mam nadzieję, że powrót do szkoły nie był dla Was zbyt uciążliwy. 
Miłej lektury.

=====================

 Weszła do sypialni. Frak i szlafrok zrzuciła na podłogę, po drodze do łóżka. Wśliznęła się do niego i przykryła kołdrą po same uszy. Spodziewała się, że nie wyzna jej żadnego uczucia, to było tak boleśnie oczywiste, że samo zadawanie pytania wydało się teraz całkowicie pozbawione celu, ale nie to było najgorsze. Sposób, w jaki ją zignorował sprawiał największe cierpienie. Żałowała, że w ogóle się do niego odezwała.
                Sebastian wszedł do sypialni dziewczyny przez to samo okno. Zamknął je szczelnie i zaciągnął bordowe zasłony, po czym kierując się w stronę drzwi, zebrał leżące na podłodze ubrania. Założył frak, a wierzchnie okrycie Elizabeth powiesił na oparciu krzesła, stojącego naprzeciwko toaletki.
– Dobranoc, panienko – powiedział do niej, gasząc świece.
Liczyła jego kroki, czekając aż w końcu zniknie i pozwoli jej zatopić się w kolejnej fali złości i rozpaczy. Chwycił za klamkę i pociągnął ją stanowczo, pchając drewniane drzwi. Nagle zatrzymał się i błyszczącymi w ciemności, płomiennymi oczami, spojrzał przez ramię na wystający spod śnieżnobiałej pościeli, samiutki czubek głowy swojej nastoletniej pani.
– Tak… – szepnął cicho i wyszedł.
Nie miał pewności, czy słyszała jego słowa, właściwie nie obchodziło go to. Nie wypowiedział ich dla niej, zrobił to dla siebie. Przyznał sam przed sobą, że choćby ignorował to uczucie najusilniej jak tylko potrafi, to wciąż nie będzie mógł się go pozbyć. Już od dłuższego czasu to czuł, ale nigdy nie miał chwili, by spokojnie zastanowić się nad swoimi myślami. Teraz, gdy przez ostatnie parę dni nie robił absolutnie nic innego poza zgłębianiem odmętów umysłu, zdał sobie sprawę z tej okropnej prawdy. Zależało mu na niej. Jemu, demonowi żyjącemu tak długo, że sam zaczynał się gubić w obliczaniach. Zależało mu na tej niezwykłej ludzkiej dziewczynie, której przysiągł służyć. Uczucie, które napawało go lękiem i odrazą, ale również… Dawało mu radość i ukojenie.
                Szedł korytarzem w kierunku kuchni. Miał dużo pracy. Wreszcie był w stanie wrócić do swoich obowiązków. Bezczynne leżenie i błądzenie po najciemniejszych zakamarkach własnej psychiki nie służyło mu najlepiej. To, z czego zdał sobie sprawę sprawiało, że zaczynał wątpić w swoją demoniczną bezwzględność. Czyżby zaczynał mięknąć? Może przez ostatnie lata rzeczywiście spędził zbyt wiele czasu z ludźmi, wpajając sobie ich zachowania, wartości i reakcje? Może stały mu się tak bliskie, że sam zaczął je odczuwać? Próbował wybić sobie z głowy te odrażające myśli.
Może w ogóle nie warto z tym walczyć, ani nawet rozmyślać na ten temat? – Myśl, jak objawienie, rozbrzmiała w jego głowie.
Żałował tylko, że dopiero po tych kilku dniach, które bezpowrotnie go zmieniły – chociaż do tego nie był jeszcze gotów w pełni się przyznać. Wszedł do pomieszczenia i rozejrzał się dokładnie. Jego prawa brew zaczęła drżeć ze złości, jaką wywołał w nim widok pobojowiska, które zastał. Chociaż tak naprawdę, czego mógł się spodziewać, zostawiając posiadłość w rękach niekompetentnej służby na dłużej niż parę godzin? Powinien się cieszyć, że budynek nie runął w gruzach. Westchnął zrezygnowany, zdjął z ramion wełniane okrycie i mruknął do siebie, zakasując rękawy koszuli.
– To będzie długa noc…
~*~
                Hrabianka miała problem, by zasnąć. Nękały ją uciążliwe myśli.
Czy on powiedział „tak”, czy tylko mi się zdawało? A nawet, jeśli, to o co mu chodziło? – Męczyła się wiedząc, że teraz i tak już się tego nie dowie, a przecież nie pójdzie i go nie zapyta. Przecież, mimo wszystko, był jej kamerdynerem. Służącym, z którym nie powinna się spoufalać, chociaż ostatnimi czasy zdawało jej się, że nieco odpuścił w tej kwestii. Może po prostu była tak niereformowalna, że poddał się w kwestii dbania o jej maniery?
Jedna myśl ciągnęła za sobą kolejną, ale żadna z nich nie przynosiła ze sobą odpowiedzi. Coraz to nowe pytania, spędzające sen z powiek, torturujące jej zmęczony umysł. Dopiero po dłuższym czasie zorientowała się, że każde z nich dotyczyło demona. Przez ostatnie dni był jedynym tematem jej wewnętrznych rozterek, zaczynało ją to irytować.
Po co ja się w ogóle nad tym zastanawiam, co mnie to obchodzi?  Przecież to nie ma żadnego znaczenia. – Przywoływała się do porządku. – Ale, o czym miałabym myśleć? Przecież nie o przyszłości... – Jej własne myśli postanowiły prowadzić z nią dyskusje, której nie potrafiła zaoponować. Nad czym mogłaby się zastanawiać kilkunastoletnia dziewczyna, która nie miała przed sobą żadnej przyszłości? Plany, marzenia… To nie było dla niej. Co prawda nie znała dokładnej daty swojej śmierci. Pewnie gdyby tak było, zwariowałaby – jej zdaniem, właśnie dlatego ludzie nigdy nie będą znać dnia swojej śmierci. Nie byliby w stanie budzić się każdego dnia i normalnie funkcjonować wiedząc, że każdy dzień zbliża ich do tej konkretnej daty. Mimo to, nie widziała najmniejszego sensu w układaniu sobie życia. Miała narzeczonego, którego szczerze nie znosiła, ale nie obchodziło ją to, w końcu nigdy nie będzie musiała za niego wyjść. Miała kuzyna, którego nie mogła przygarnąć pod swój dach, bo nie wiedziała, ile będzie w stanie się nim opiekować. Miała przyjaciółkę, którą powoli, z ogromnym bólem serca, musiała od siebie odepchnąć, by cierpiała najmniej, jak to możliwe, gdy jej dni dobiegną końca. Miała służbę, nieporadną, jednak dającą z siebie wszystko każdego dnia. Miała też kamerdynera, własnego demona – jedyną istotę, która znała jej tajemnicę – a jednak nie mogła podzielić się z nim swoimi uczuciami. Nie żałowała swojej decyzji; lat, które mogłaby przeżyć, gdyby inaczej sformułowała swoją prośbę. To, co się stało, nigdy nie będzie mogło zostać zmienione, jednak… Irytujące było to że oprócz dokładnego analizowania, co działo się pomiędzy nią i Sebastianem, właściwie nie miała innych powodów do rozmyślań.
                Kiedy otworzyła oczy, zorientowała się, że w pewnym momencie udało jej się zasnąć, ponieważ całe pomieszczenie skąpane było w promieniach słońca. Nie czuła się wypoczęta. To na pewno miało związek z intensywną pracą jej umysłu, a także z faktem, że odkąd wróciła do posiadłości, niczego nie jadła. Żyła na przesłodzonej herbacie i wodzie, a teraz, gdy obawa o samopoczucie demona przestała całkowicie absorbować jej myśli, uczucie osłabienia zaczynało dawać się jej we znaki.
– Dobrze spałaś, panienko? – zapytał uprzejmie kamerdyner, gdy dostrzegła go stojącego koło okna.
Usiadła i podrapała się po głowie, tworząc we włosach jeszcze większy kołtun.
– Wystarczająco.
– Na śniadanie przygotowałem tradycyjną włoską sałatkę, do tego świeżo upieczone bułeczki. Dzisiejsza herbata to panienki ulubiony Earl Grey – przedstawił jej menu i podał filiżankę. Widział błysk w jej oczach, gdy do jej nozdrzy dotarł przyjemny zapach naparu.
Popatrzyła na porcelanę, próbując powstrzymać uśmiech radości, który cisnął jej się na usta i upiła odrobinę napoju. Codzienna rutyna, która zazwyczaj wprawiała ją w znudzenie, teraz napawała nieopisanym szczęściem. Przyjemny smak, doskonale wyparzonego naparu z idealną ilością cukru smakował niczym kawałek nieba. Uśmiechnęła się błogo, delektując się utęsknionym arcydziełem tajemnej sztuki parzenia herbaty. Lokaj ze skupieniem przyglądał się chudym rękom czerwonowłosej, anemicznie trzymającym filiżankę. Postawił przed nią stoliczek ze śniadaniem. Ssanie w żołądku, które poczuła na widok smakowicie wyglądającego jedzenia było czymś nietypowym, rzadko odczuwalnym, dlatego nie wiedziała, jak nie dać go po sobie poznać.  Chwyciła za widelec, udając, że wcale nie ma ochoty na włoskie danie i powoli zaczęła konsumować. Cała gama smaków, które przygotował dla niej tego ranka, wprawiała ją w niesamowity nastrój. Jakby naprawdę się za tym wszystkim stęskniła. Demon odczekał parę minut, dając dziewczynie tę chwilę beztroskiego szczęścia, po czym zapytał poważnym głosem.
– Dlaczego nic nie jadłaś? – Szlachcianka spojrzała na niego zaskoczona. Przecież Jeanny przysięgała, że nic mu nie mówiła…
Zdenerwowany wyraz twarzy kamerdynera wprawił ją w zakłopotanie. Nie chciała, by dowiedział się, jak silny wpływ miała na nią jego absencja.
– Masz podkrążone oczy, jesteś odwodniona. Na dodatek twoje obojczyki wystają bardziej niż ostatnio, to samo z rękoma. Widać ci kości, panienko. Proszę mnie nie okłamywać – dodał po chwili, kiedy otwierała usta, by odpowiedzieć.
– Masz rację – przyznała z goryczą. – Gdy ty wylegiwałeś się w łóżku, czy jak tam odpoczywają demony, zostałam na łasce kulinarnych umiejętności Thomasa. Spodziewałeś się czegoś innego? – burknęła z obrażoną miną, chociaż w duchu cieszyła się, że zabrzmiała aż tak autentycznie.
Na dodatek jej wyjaśnienie było niezwykle logiczne – kłamstwo idealne. Właściwie nie kłamstwo, przykrywka. Przecież Thomas naprawdę był beznadziejnym kucharzem, lokaj nie mógł wymagać od niej, żeby przez trzy dni jadła spaleniznę. Sebastian z dezaprobata pokręcił głową.
– Tyle mojej ciężkiej pracy poszło na marne – westchnął, patrząc wymownie na jej kościstą dłoń.
– Tak bardzo mi przykro – odparła ironicznie i wróciła do jedzenia.
– Po tylu dniach głodówki musisz być strasznie słaba, inaczej nie jadłabyś śniadania z taką chęcią. Nie ma sensu, by przeprowadzać dzisiaj trening. Proszę pozwolić mi przenieść go na po jutrze.
– Jak uważasz – rzuciła chłodno, skupiając się na doskonałej mieszance smakowej.
W ciszy kontynuowała posiłek do czasu, aż nie ujrzała dna talerza, czego nie zwykła oglądać zbyt często. Zdumiony jej apetytem, Sebastian uśmiechnął się pod nosem. Dziewczyna dostrzegła wyraz jego twarzy i zarumieniła się lekko. Przypomniało sobie jedno z pytań, na które desperacko chciała poznać odpowiedź.
– Sebastian… Śniło ci się coś? – zapytała niepewnie, wbijając wzrok w trzymany w ręce widelec.
– Śniło mi się? – powtórzył zdziwiony.
– Jeanny mówiła, że spałeś przez cały dzień – wyjaśniła zaciskając dłoń na sztućcu. – Mówiłeś, że demony nie mają zwyczaju sypiać, dlatego byłam ciekawa, co mogłoby się śnić komuś takiemu, jak ty.
– Dlaczego interesują cię moje sny? – rzekł tajemniczo, na jego ustach pojawił się złośliwy uśmiech.
– Przed chwilą ci powiedziałam. Unikasz odpowiedzi? – Naburmuszyła się.
– Oczywiście, że nie. Moje sny, tak samo, jak każda część mniej, należą do ciebie.
– No więc? – ponagliła go.
– Śniłem o wspaniałej uczcie, jaką sprezentowała mi twoja dusza, moja pani. – Klęknął przed nią, kładąc dłoń na piersi.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech spełnienia na samo wspomnienie o wyczekiwanym posiłku. Poczuła się nieswojo, jednak zaryzykowała i przewracając oczami w geście niezadowolenia, zadała kolejne pytanie.
– Chciałbyś mnie zabić i już teraz dostać swoją nagrodę?
– Pytasz, czy chcę złamać zasady naszego kontraktu? – Spojrzał głęboko w jej oczy. Zadrżała. – Oczywiście, że nie. Jesteś moja panią, i zgodnie z umową, zobowiązany jestem służyć ci dopóki nie otrzymasz swojej zemsty. Tak, jak mi rozkazałaś, ja nigdy cię nie okłamię, nigdy nie zdradzę, nie opuszczę. Będę wiernie trwać u twego boku, jako twój pionek, towarzysząc ci w drodze do osiągnięcia celu. Czyżbyś mi nie wierzyła? – powiedział z typową dla siebie lekkością, zupełnie nie współgrającą z poważnymi słowami, które wymawiał.
Żaden człowiek nie byłby w stanie z taką beztroską mówić o poświęceniu swojego życia drugiej osobie. Człowiek – w tym właśnie tkwił podstawowy błąd jej rozumowania. Mimo tego, iż wiedziała, że nie może mierzyć demona ludzką miarą, nie potrafiła oceniać go inaczej. Nie znała demonów, ich sposobu myślenia i zwyczajów. Nie wiedziała, czy dla nich wszystkich tego typu wyznania były czymś zwyczajnym. Z taką prostotą poświęcić lata swojego istnienia w służbie przedstawicielowi gatunku, który go intrygował, i którym zarazem gardził. Był to poziom oddania, którego nie potrafiła w pełni zrozumieć. Nie jeden na jej miejscu, brzydziłby się tą istotą, nazywał zwierzęciem, gotowym zrobić wszystko, w pogoni za zaspokojeniem pierwotnej rządzy, ale ona… Podziwiała go.
– Nie o to chodzi. Wiesz… Coś mi się przypomniało. Młody chłopak o zimnym spojrzeniu powiedział kiedyś mojemu ojcu: „Może po prostu brakuje nam wiary, zrodzonej z miłości i zaufania?” – Uśmiechnęła się do niego rozbrajająco, przymykając oczy.
Czekała na jedną z jego poważnych odpowiedzi, dementujących, jakoby którakolwiek z wymienionych przez nią emocji była możliwa do odczuwania przez demona. Zamiast ciętej riposty, lokaj milczał. Jego źrenice znacznie się rozszerzyły. Wyglądał, jakby coś go przeraziło. Wbił wzrok w jej zatroskaną twarz, jego serce biło jak szalone. Nie był w stanie się ruszyć. Znajome słowa, przywodzące na myśl wspomnienia zepchnięte w odmęty umysłu, boleśnie odbijały się echem w rytm jego tętna.
Skąd ona… Jak to możliwe? Dlaczego? Kim jest to dziecko? – pytał sam siebie, nie mogąc się uspokoić.
– Sebas…tian? – szepnęła czerwonowłosa, niepewnie kładąc dłoń na jego ramieniu.
Mimo, że jego oczy skierowane były w jej stronę, wcale na nią nie patrzył. Nie wiedziała, co się z nim dzieje, ale gdziekolwiek teraz był, z pewnością nie była to jej sypialnia.
– Hej, co z tobą? – powiedziała odważniej.
Stan, w jakim znalazł się służący, przestraszył ją. Nie pamiętała, by kiedykolwiek tak wyglądał. Nieobecny, z tym niepasującym do niego wyrazem twarzy.
– Sebastian! – Krzyknęła i uderzyła go w twarz.
Nagły cios wyrwał go z okropnie nieprzyjemnego stanu. Spojrzał na nią otumaniony. Był wdzięczny, że wyswobodziła go z pułapki umysłu. W oczach hrabianki dostrzegł nutę przerażenia.
– Najmocniej przepraszam za swoje karygodne zachowania. – Spuścił głowę.
– Nie, po prostu… To było dziwne – zaśmiała się zakłopotana, jednak poczuła ulgę widząc, że jego twarz przybrała swój zwyczajny wyraz.
Mężczyzna zabrał z jej kolan przenośny stolik i podszedł do szafy, by wyciągnąć z niej ubrania. Wybrał coś, w czym będzie czuła się swobodnie. Pragnął wynagrodzić jej wszystko, co musiała przez niego znieść. Chociaż starała się to ukrywać, dobrze wiedział, że martwiła się o niego. Samolubnie zapadł w sen, by ulżyć sobie w cierpieniu, podczas gdy ona nie mogła wypocząć. Jakież to było zuchwałe z jego strony, nie zachował się jak prawdziwy kamerdyner. Nie postawił jej dobra, ponad swoje. Wypełnił rozkaz, który powinien był zignorować, dla jej własnego dobra. Zawodził. Coraz częściej jego reakcje, których nie był w stanie kontrolować, sprawiały, że jego zachowanie było niegodne lokaja rodziny Roseblack. Dlaczego ani razu do mnie nie zeszła? Uważał, że to była kara za brak należytego szacunku, który powinien jej okazywać. Myśl o zgorszeniu, jakie musiała wobec niego czuć, sprawiała niesamowity ból. Dlaczego w ogóle obchodziło go to, co o nim myślała? Dlaczego przez te kilka dni, z dala od niej, czuł coś, co ludzie nazywali… tęsknotą? Delikatnie ubrał ją w zwiewną, czarno-fioletową sukienkę, posadził z powrotem na łóżku.
Elizabeth pochyliła się w milczeniu, by założyć i zawiązać buty. Chwyciła sznurówki, jednak bandaż na jej dłoni oraz ból, towarzyszący ruszaniu nią, sprawiał, że nie była w stanie uformować kokardki. Mimo tego, ze złością na twarzy, wciąż próbowała sobie poradzić. Widząc nieudolne starania nastolatki, demon chwycił ostrożnie jej ręce i popatrzył w zaczerwienioną twarz.
– Pozwól, że tym razem zrobię to za ciebie. – Delikatnie musnął wargami jej chude palce i zwinnie zawiązał sznurki na podwójna kokardkę. Tak, jak zawsze sama to robiła.
Było jej wstyd. Za wszelką cenę chciała mu udowodnić, że potrafi pokonać, chociaż swój własny ból, jednak ponownie przegrała.
– Zostaw mnie… – powiedziała z goryczą, zaciskając zęby.
– Jak sobie życzysz – odparł i posłusznie opuścił jej sypialnię.
Jak mogłoby mu zależeć na kimś tak żałosnym, jak ja?
~*~
                Przystojny mężczyzna w schludnym ubraniu wszedł do kuchni, by pozmywać naczynia. Oprócz niego, wszyscy pozostali służący jeszcze spali. Okazał im akt miłosierdzia, w końcu zasłużyli sobie ciężką pracą. Wiedział, że mimo tego, iż efekty ich starań pozostawiały wiele do życzenia i z reguły przysparzali mu jedynie więcej pracy, zawsze robili wszystko, co w swojej mocy, by uszczęśliwić jego panią. Tym razem, w szczególności na wypoczynek zasłużyła sobie pokojówka, która przejęła większość jego obowiązków względem panienki. Zdawał sobie sprawę, że dla kogoś tak zwyczajnego i niekompetentnego jak ona, musiało być to nie lada wyzwanie. Na dodatek, każdego dnia, równo co cztery godziny przychodziła do jego sypialni, martwiąc się i próbując mu pomóc. Doprowadzało go to do szału, ale dla człowieka, taki rodzaj zainteresowania byłby przyjemnością. Skoro młoda hrabianka wymagała od niego, by w oczach wszystkich był człowiekiem, tak też musiał zareagować na pomoc blondynki. Tego dnia postanowił ich nie budzić. Poczekać, aż sami wstaną i zlecić im jakieś lekkie prace – w ten sposób zamierzał okazać swoją wdzięczność.
                Kiedy skończył pracę w kuchni, zabrał się za uprzątanie pokoi. Miał przed sobą jeszcze sporo sprzątania, chociaż już w nocy nie próżnował. Liczył na to, że powrót do rutyny odwiedzie go od myśli plamiących jego demoniczny honor. Starał się wyrzucić z głowy, wciąż powracające, uczucie samotności, którego doświadczył. Przez te kilka dni, posłusznie leżał w swoim łóżku, po raz pierwszy spędzając na nim więcej niż kilka minut. Z nadzieją oczekiwał wizyty czerwonowłosej. Za każdym razem, gdy do jego uszu docierało pukanie, czekał, wstrzymując powietrze, by zobaczyć jej twarz, jednak t nigdy się nie wydarzyło, utwierdzając go w przekonaniu, jak bardzo zaczęła nim gardzić. Chociaż nigdy nie szczędziła mu złośliwości, nie były one tak mocne, bardzo rzadko była na niego wściekła z naprawdę poważnego powodu. Ponieważ on nie zawodził. Ponieważ wykonywał swoją pracę doskonale, słuchając jej każdego rozkazu. Ponieważ… Był idealny. Bez względu na to, jak dokładnie nie wyczyściłby pokoi, jak przepyszne nie byłoby śniadanie, jego perfekcja, którą uwielbiał się chełpić, przestała być prawdą. Ukrywanie błędów na nic by się zdało, skoro nastolatka potrafiła to dostrzec. Słabość i wahanie, które zagnieździło się głęboko w jego sercu. Nie powiedziała mu tego. Nie zrobiłaby tego… Prawda? Sam już nie wiedział, o czym mogła myśleć. Pragnął zaspokoić swoją ciekawość, usłyszeć brutalną prawdę. Może to pchnęłoby go wreszcie na właściwy tor jednak, jako lokaj, nie mógł pozwolić sobie na tak zuchwałe zaspokajanie własnych potrzeb.
                Późnym popołudniem, po obfitym obiedzie, który przygotował dla niej demon, hrabianka siedziała znudzona w swoim gabinecie, zajmując się nudną, papierkową robotą. Jej myśli krążyły jednak wokół czegoś innego. Dystans, który czuła między sobą i demonem. Dziwne, pogłębiające się uczucie, którego nigdy nie doświadczała, bo chociaż on zawsze stawiał między nimi barierę, wynikała ona jedynie z odgrywanej przez niego roli służącego. Tym razem, ściana ta blokowała ich emocjonalną więź. Obwiniała się z tego powodu, przekonana, że jej słabość tak bardzo go do siebie zraziła. Wzdrygnęła się nagle, słysząc pukanie do drzwi.
– Wejść.

Tomoko

sobota, 3 stycznia 2015

XXVIII

Dzisiaj stosunkowo krótko, bo niestety bolą mnie oczy ("zgaga oczu" :P) i nie jestem w stanie zbyt długo ślepić w tekst na ekranie. Mam nadzieję, że zrozumiecie. 
Dodam tylko, że OCZY SIĘ ŚMIEJĄ - to zostało naukowo udowodnione, to nie logiczny błąd tylko wykorzystanie wiedzy! ^^
Mam nadzieję, że kolejna porcja mhrocznego angstu Was nie zrazi. Życzę miłej lektury :)

===================

                Przestronne pomieszczenie udekorowane było jedynie regałami ustawionymi pod ścianami, przepełnionymi antycznymi przedmiotami kolekcjonerskimi. Oprócz tego, koło okna z szerokim parapetem, otoczonego bordowymi firanami, znajdował się jedynie nieduży kominek. Hrabianka stanęła na środku pomieszczenia, zamknęła oczy i wzięła kilka głębokich oddechów. Po chwili otworzyła je, przyjęła pozycję wyjściową i zaczęła wyprowadzać w przestrzeń serię ciosów. Odtwarzała w głowie przebieg ostatniego treningu, dając z siebie wszystko próbowała naśladować ruchy, które jej zaprezentował. Mimo tego, że ćwiczyła już od dwóch lat, wciąż nie była wystarczająco silna by się obronić, by obronić jego…  Chociaż wiedziała, że nigdy by jej o to nie poprosił, chciała czuć, że jest w stanie zrobić coś więcej, niż wskoczyć między niego, a przeciwnika, w formie żywej tarczy. Popatrzyła na swoja dłoń i prychnęła ze złością. Nie zważając na ból i krwawienie kontynuowała trening brnąc w coraz bardziej skomplikowane serie ciosów. Z coraz większą siłą, intensywnie przelewała w uderzenia złość i odrazę do samej siebie. Wyobrażała sobie, że rani samą siebie, za wszystkie błędy, które doprowadziło do tej sytuacji. Za każde wahanie, każde uczucie strachu, które przeszyło jej serce. Czuła, że za słabość musi ponieść karę. Jej winy nie mogą zostać zapomniane.
Nagle przed oczami ujrzała czerwonowłosego Shinigami. Stał wspierając rękę na biodrze, uśmiechając się do niej obleśnie. Krzyknęła obłąkańczo i rzuciła się w jego stronę. Chciała go rozszarpać, sprawić mu ból. Taki sam, jaki czuł Sebastian, gdy kosa Boga Śmierci rozrywała jego ciało. Postać zniknęła nim zdążyła jej dotknąć. Zdyszana, ociekająca potem, pośliznęła się w biegu na kroplach własnej krwi i boleśnie upadła na zimną posadzkę. Stęknęła z bólu. Po jej policzkach zaczęły płynąć gorzkie łzy. Nie miała siły dłużej ich powstrzymywać. Pozwoliła, by rozpacz pociągnęła ją na samo dno. Była słaba – czy nie tak właśnie postępowali słabi ludzie? Poddawali się, rozpaczając nad swoim losem, nie próbując robić nic, by go zmienić?
– Dlaczego to zawsze kończy się w ten sposób? Czemu jestem taka bezużyteczna? –zapytała się w myśli. – Jaki sens ma dalsza walka, jeśli za każdym razem przegrywam z własnymi ograniczeniami?
– Właśnie, poddaj się. W końcu udowodnisz mu, że na niego nie zasługujesz. – Usłyszała za plecami znajomy, ginący pośród własnego echa, głos.
– Czego ty do cholery chcesz? – warknęła rozwścieczona, odwracając się. Ciemna, niewyraźna plama zadrżała z rozbawienia.
– Czuję to! Czuję, jak staje się mój. Dzięki tobie, żałosna dziewczynko, będzie należał już tylko do mnie! – zaśmiała się i zniknęła, pozostawiając po sobie jedynie niepewność w sercu Elizabeth.
– Lizz, co się stało? – Zdenerwowana pokojówka wbiegła do pokoju.
Spojrzała na swoją panią, ze łzami w oczach klęczącą w niewielkiej kałuży własnej krwi. Podbiegła do niej, pomogła wstać i zaczęła prowadzić wycieńczoną nastolatkę do sypialni. Dziewczyna wyszarpnęła się jednak, nie mogła znieść dotyku służącej. Mimo tego, że jej ufała, nie potrafiła się przełamać. To była kolejna ze słabości, z którymi nie potrafiła walczyć. Tylko dwie osoby na tym świecie mogły ją dotknąć… Tylko mały, złotowłosy chłopiec i on. Demon, do którego należała jej dusza.
Wraz z Jeanny weszły do sypialni, z której blondynka zaprowadziła Elizabeth prosto do łazienki. Hrabianka na skraju wanny i wpatrywała się tępo na opatrywaną dłoń. Blondynka cały czas coś do niej mówiła, ale nie była w stanie skupić się na słowach. Jedynie zdenerwowany ton głosu służącej docierał do jej uszu, boleśnie przypominając o rzeczywistości, której nie potrafiła zaakceptować. Ciągle powtarzała w głowie słowa wypowiedziane przez cień. Napawały ją lekiem.
– Lizz, słyszysz? Musisz uważać na tę rękę… – Dziewczyna pochyliła się nad hrabianką.
– Przepraszam – odpowiedziała, wyrwana ze swoich przemyśleń. – Nie mów nic Sebastianowi, dobrze? – poprosiła smutno, przygryzając dolną wargę.
– Nie powiem, ale nie rób tak więcej. Martwimy się o ciebie. – Popatrzyła na nią troskliwie.
 Czerwonowłosa skinęła głową.
– Księżniczka Tomoko dzwoniła. Przyjedzie po jutrze, żeby cię odwiedzić.
– To dobrze. Co z Sebastianem? – zapytała, ignorując słowa pokojówki.
– Bez zmian. Leży w swoim pokoju. Nie wiem, czy w ogóle wstał od wczoraj z łóżka – wyjaśniła, nie potrafiąc ukryć zmartwienia.
– Ale jest przytomny, to najważniejsze – odparła hrabianka, uśmiechając się niemrawo.
Nie wiedziała, czy próbuje pocieszyć siebie, czy pokojówkę. Na dodatek złość spływająca na nią, za każdym razem, gdy Jeanny nie była w stanie w pełni usatysfakcjonować jej swoimi odpowiedziami, stawała się coraz trudniejsza do okiełznania. Wiedziała, że to nie winna dziewczyny, ale w tym, co jej przekazywała brakowało informacji. Tyle pytań chciała mu zadać, poznać tyle szczegółów. Nawet gdyby poprosiła ją, by go zapytała, na pewno by nie odpowiedział. Zakazała mu ujawniać się przed innymi ludźmi.
Jeanny widziała, że jej pani nie jest zadowolona z tego, co mówiła. Żałowała, że nic więcej nie mogła zrobić, chociaż bardzo chciała. Nigdy nie była blisko z Sebastianem. Był dla niej jedynie przystojnym, nieco przerażającym, szalenie kompetentnym zwierzchnikiem, przed którym opowiadała za wszelką, usłaną porażkami pracę. Był także częścią rodziny, którą tworzyli w piątkę. Ale on tego nie odczuwał, co do tego nie miała żadnych złudzeń. Zawsze tworzył ogromny dystans między sobą, a pozostałymi służącymi, nawet w stosunku do Lizz, mimo serdecznych uśmiechów i rzetelnej opieki, wydawał się chłodny. Mimo tego, dla nich był członkiem rodziny, nawet kiedy wiedziała, że nie zacznie się zwierzać żadnemu z nich. Dlatego, chociaż wiedziała czego pragnęła czerwonowłosa, nie wypytywała go. Szanowała jego decyzję.  Więź, jak łączyła go z Lizz, silna mimo pozornego chłodu i specyficzna, nie potrzebowała posłańca.
– Wiem, że cię zawodzę – powiedziała skruszona.
– Jeanny, to nie tak…
– Nie szkodzi, rozumiem. Staram się jak mogę, ale chyba naprawdę będzie lepiej, jeżeli sama do niego pójdziesz i o wszystko zapytasz – przerwała swojej pani. Po chwili uśmiechnęła się i dodała. – Na pewno się ucieszy.
– Nie. Tak jest dobrze… – Pomieszczenie wypełnił pełen żalu głos młodej szlachcianki.
~*~
Było już dobrze po północy, kiedy dziewczyna zdecydowała, że musi się przejść. Bezsensowne leżenie na łóżku nijak nie przybliżało jej do snu. Doskwierający ból karku pojawiał się coraz częściej i zdawał się być coraz silniejszy. Snuła się w zupełnej ciemności po długich, ciemnych korytarzach posiadłości, pogrążona w depresyjnych myślach. W domu panowała całkowita cisza, służący prawdopodobnie już spali. Zatrzymała się na środku korytarza, dostrzegając docierające spod drzwi światło. Podniosła wzrok i zorientowała się, że podświadomość doprowadziła ją do miejsca, w którym chciała się znaleźć.
Będzie lepiej, jeśli sama do niego pójdziesz. – Przypomniała sobie słowa pokojówki.
Przez chwilę stała w miejscu, prowadząc wewnętrzną walkę pomiędzy uczuciami i rozumem. Wzięła głęboki wdech i zdecydowanym ruchem chwyciła klamkę. Światło, które widziała przy podłodze nagle znikło. Opuściła drżącą dłoń i cofnęła się kilka kroków, opierając plecy o zimną, szarą ścianę.
– Co ja robię, nie mogę tam wejść… – szepnęła, przywołując się do porządku.
Zacisnęła zdrową dłoń i wróciła do swojej sypialni.
                Wciąż nie mogła zasnąć. Ból karku wciąż nie dawał jej spokoju. Zaczęła się martwić, że ciemna postać, którą ostatnio widywała, jej niezrozumiałe słowa oraz ten ból mają ze sobą związek. To, co mówiła o odebraniu jej Sebastiana, wzbudzało w niej ogromny lęk. Na samą myśl, że mógłby odejść, jej serce przyspieszało z przerażenia. Dwie doby, tylko tyle go nie widziała, jednak z trudem znosiła każdą kolejną godzinę. Jakby ktoś wyrwał jakąś cząstkę niej. Bez demona przy swoim boku była niekompletna. Stracić go? Nigdy wcześniej nie zastanawiała się nad tym, co właściwie ich łączyło. Przyjmowała to, że ciągle był u jej boku i uznawała za pewnik. Nie przeszło jej przez myśl, że to mogłoby się zmienić. Ta stabilność była jej kotwicą w tym świecie, jedyną rzeczą, która pomogła pozbierać się małej, przerażonej dziewczynce po horrorze, który przeżyła. Wsparła się na nim, by stanąć o własnych siłach, ale teraz zrozumiała, że nigdy do końca tego nie zrobiła. Nigdy nie puściła go i nie ruszyła samodzielnie. Wciąż kurczowo się go trzymała. Czuła, że nie jest w stanie kroczyć ścieżką swojej zemsty bez niego, nie tylko, dlatego że był jej siłą. Był również fundamentem, na którym odbudowała swoje życie. Fizycznie potrafiłaby sobie poradzić, nauczyć się gotować, dbać o swoje obowiązki i lekcje, jednak emocjonalnie była od niego uzależniona. Gdy to zrozumiała, fala ciepła zalała jej ciało. Wstała i podeszła do wiszącego przy drzwiach płaszcza. Z jego kieszeni wyciągnęła piórko, które schowała tam parę dni wcześniej.  Delikatnie położyła je na dłoni i przytuliła do niego twarz. Pozwoliła, by uczucia wzięły nad nią górę. Złość, smutek, przywiązanie… Myśli swobodnie przepływały przez jej umysł, nietłumione strachem przed uświadomieniem sobie prawdy. W końcu dopuściła ją i mimo strachu, jaki odczuwała, dała jej także ulgę. Wróciła do łóżka, schowała pióro pod poduszkę i położyła na niej głowę. Dopiero poczucie, że chociaż maleńka cząstka demona była blisko niej, pozwoliło, by zmęczony umysł wreszcie zapadł w sen.
                Następnego dnia, na dwie godziny przed obiadem, zjawiła się japońska księżniczka Tomoko, w towarzystwie swojego lokaja. Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna o znudzonym wyrazie twarzy, wiernie dotrzymywał jej kroku, zupełnie się nie odzywając. Hrabianka dziwiła się, co ktoś taki jak on, robił u boku jej radosnej przyjaciółki, nie zamierzała jednak pytać. W przeciwieństwie do czarnowłosej. Od razu rzucił jej się w oczy brak Sebastiana i nie zwlekała z dociekaniem przyczyny.
– Gdzie twój lokaj? – zapytała zawiedzionym głosem, rozglądając się wokół.
– Ma wolne – odparła krótko, z nadzieją, że przyjaciółka nie będzie zadawała więcej pytań.
 Nie chciała po raz kolejny jej okłamywać. Poczucie winy wystarczająco dotkliwie  dawało o sobie znać.
Na szczęście Elizabeth, dziewczyna była już po obiedzie, więc nie było potrzeby, by Thomas musiał przygotowywać jedną ze swoich przypalonych potraw. Ona sama, wciąż nie miała ochoty nic jeść. Kilka godzin spędzonych na plotkowaniu o londyńskiej szlachcie dało czerwonowłosej chwilę wytchnienia. Na krótki czas udało jej się zapomnieć o uporczywym poczuciu winy. Bandaż na swojej dłoni zakryła rękawiczką, więc nawet nie musiała się z niego tłumaczyć. Przez chwilę było tak, jak dawniej. Siedziały w pokoju zabaw, rozgrywając partię szachów, jakby ostatnie kilka lat nigdy nie miało miejsca. Księżniczka śmiała się z wymowy japońskich słów przyjaciółki, a ona odwzajemniała się angielskimi łamańcami językowymi, z którymi Tomoko od zawsze miała niesamowity problem. Spotkanie dobiegło końca wczesnym wieczorem. Księżniczka zaprosiła dziewczynę do swojej rezydencji w mieście i z uśmiechem na twarzy zniknęła wewnątrz karety. Gdy tylko odjechała, zarówno ból karku, jak i uciążliwa pustka, ponownie zaczęły nawiedzać zmęczoną szlachciankę. Wróciła do swojej sypialni, przebrała się w ulubioną, luźną męską koszulę pachnącą delikatną różaną nutą i poszła do biblioteki. Chciała odnaleźć zagubioną książkę o demonicznym stworzeniu świata. Wszystko, by tylko zając czymś umysł.
                Na dłuższy czas utknęła między regałami, przeszukując dokładnie każdy z nich, w poszukiwaniu tego jednego tytułu, który magicznie zniknął, chociaż Sebastian zapewniał ją, że odstawił książkę na właściwe miejsce. Przemierzając półki natknęła się na wiele kodeksów, które znała z dzieciństwa. Melancholijnym spojrzeniem obdarzyła grzbiet „Baśni Braci Grimm”, które matka czytała jej do snu. Delikatnie pogładziła pozłacane litery palcami. Miała ochotę wyjąć ją i przypomnieć sobie dawne czasy, jednak powstrzymała się. Nie po to tu przyszła, wciąż nie osiągnęła celu, nie miała prawa porzucić postawionego sobie celu. Zanim się zorientowała, wybiła północ. Cały wieczór spędzony wśród półek nie dał żadnych rezultatów. Zrezygnowana, opadła na stojący pod oknem fotel. Przymknęła oczy i głęboko westchnęła.
– Naprawdę, jak można zgubić książkę… – jęknęła.
Głuchy dźwięk tuż obok jej ramienia, zmusił dziewczynę do spojrzenia na niewielki, okrągły stolik. Na jego środku leżała czarna księga. Jej okładka zdawała się pochłaniać światło niczym czarna dziura. Mogłaby przysiąc, że przez moment złote litery tytułu błysnęły do niej, jakby zachęcały do czytania. Sięgnęła po kodeks i otworzyła go na stronie tytułowej. Poza wielkim napisem „Prawdziwa historia powstania świata” nie było nic więcej. Żadnego autora, roku, czy miejsca wydania. Zdegustowana, przekartkowała pobieżnie zawartość. Wciąż zdecydowana większość zawierała jedynie puste strony. Na końcu również nie było nic, co w jakikolwiek sposób pomogłoby jej w zdobyciu kompletnego egzemplarza.
– „Jaka książka”? Nie dziwię się, że nie zwróciłeś na nią uwagi, to jakiś bardzo kiepski żart i tyle – powiedziała do siebie, wspominając słowa demona.
Odłożyła książkę na stolik i niepocieszona poszła do swojej sypialni.
                Wciąż nie czuła się śpiąca. Mimo zmęczenia, a wręcz wycieńczenia, prawdopodobnie spowodowanego nierozsądną głodówka, za którą lokaj karciłby ją przez długi czas, jej umysł nie był przygotowany, by odpocząć. Zastanawiała się, czy w ogóle będzie do tego zdolny, jeśli dłużej nie będzie mogła go zobaczyć. Ostatnia wiadomość od Jeanny była tak samo niesatysfakcjonująca jak wszystkie poprzednie.
Założyła szlafrok i z trudem wyszła przez okno na dach. Usiadła na skraju budynku, w tym samym miejscu, gdzie siedziała, kiedy była tu ostatnio. Z nim.
– Jedno z Twoich ulubionych miejsc? Nie dziwię się…
Usiadła na kremowym gzymsie i spoglądała w niebo, na tysiące błyszczących gwiazd. Nocną ciszę przerywały jedynie podmuchy zimnego wiatru, zbliżała się zima. Im dłużej przyglądała się odległym, srebrzystym punktom, tym bardziej czuła się jak jedna z nich. Należąca do miliardów innych, zajmująca konkretne miejsce w obrazie całości, jednak w gruncie rzeczy była samotna. Samotna w tłumie. Podciągnęła nogi pod brodę.  Jak idiotycznie skonstruowany był świat, na którym przyszło jej żyć, że dopuszczał do tego, by wśród tylu myślących, czujących istot, mogły znaleźć się takie, które odczuwały w sercu pustkę nie do zapełnienia? Przeszywającą samotność, której nikt nie potrafił, albo nie chciał dostrzec.
– Przeziębisz się. – Ciepły i tak boleśnie znajomy głos sprawił, że na moment jej serce stanęło w miejscu. Nie była pewna, czy słyszała go naprawdę, czy wyobraźnia zaczęła płatać jej figle. Obejrzała się przez ramię. Głębokie, czerwone oczy przyglądały jej się, uśmiechnięte . Podmuchy wiatru rozwiewały jego ciemne włosy. Tak bardzo brakowało jej tego widoku. Miała ochotę rzucić się w jego ramiona, uścisnąć go i powiedzieć, jak bardzo za nim tęskniła. Jednak nie poruszyła się nawet o milimetr.
Mężczyzna zdjął z siebie frak i okrył nim wychłodzone ciało szlachcianki. Jak zwykle, ubrała się nieadekwatnie do temperatury, jak zwykle marzła, nie będąc tego świadoma. Przyglądała mu się, sprawiając wrażenie, jakby chłonęła wzrokiem każdy kawałek jego ciała. Po ranach nie było ani śladu. Nawet, gdy jego koszula zatrzepotała na wietrze, przywierając do klatki piersiowej, nie ujrzała nawet cienia blizny. Przyjemne ciepło rozeszło się po jej ciele. Demon stanął na skraju gzymsu i wziął głęboki oddech. Skierował wzrok w to samo miejsce, w tę samą gwiazdę, na którą hrabianka patrzyła chwilę wcześniej.
– Jesteś pewny, że już możesz się ruszać? – zapytała w końcu, przerywając ciszę.
Zaśmiał się pod nosem.
– Oczywiście, że tak. Inaczej nie byłoby mnie tu – odpowiedział z uprzejmym uśmiechem. – Za to ty nie powinnaś tu być sama o tej porze, w takim stroju – skrytykował ją.
Zorientowała się, że nawet tego jej brakowało. Mruknęła pod nosem i zadarła głowę, ponownie spoglądając w niebo. Chciała zapytać go o tyle rzeczy, miała tak wiele do opowiedzenia. Nie wiedziała od czego zacząć. Wszystko zdawało się zbyt mało istotne, nie potrafiła odnaleźć odpowiednich słów, by wyjaśnić mu ogrom emocji, które nią targały.
– Zależy ci na mnie? – powiedziała półszeptem, po kilku kolejnych minutach wypełnionych jedynie dźwiękami chłodnych podmuchów wiatru. Nietypowe pytanie dziewczyny, zdziwiło go.
– Jeśli to, co czuję można tak nazwać, to owszem – odparł po chwili.
– Na mnie, czy na mojej duszy?
– Czy to nie to samo? – zapytał, patrząc na nią ze szczerym zaskoczeniem.
– Nie – warknęła stanowczo. – Moja dusza to po prostu twój posiłek, a ja… Ja to ktoś unikalny, jedyny w swoim rodzaju. W całej historii świata nigdy wcześniej nie było nikogo takiego, jak ja i nigdy więcej nie będzie. Każdy człowiek jest niepowtarzalnym, jedynym w swoim rodzaju kompleksem myśli, uczuć i osądów. Kiedy umrę i skonsumujesz, co do ciebie należy, stracisz mnie na zawsze. Ty, i wszyscy inni, na których kiedykolwiek mi zależało. Głód będziesz mógł zaspokoić po raz kolejny, ale mnie nie będziesz w stanie zastąpić, nie znajdziesz idealnej repliki, dlatego pytam cię. Czy zależy ci na mnie? – Nie były to słowa, które pragnęła wypowiedzieć.
Pociąganie trudnego tematu, zadanie pytania, na które odpowiedź była boleśnie oczywista, było na końcu jej listy, jednak z jakiegoś powodu jej usta same zaczęły się poruszać i wypowiadać je. Sebastian przyglądał się zszokowany, kiedy uświadomiła mu coś tak oczywistego, nad czym się wcześniej nie zastanawiał. Ta ludzka istota, chociaż znał ją już kilka lat, wciąż potrafiła go zadziwić swoimi niezwykłymi myślami i nieobliczalnym zachowaniem. Spuścił wzrok i przez chwilę milczał. Ona także nie potrafiła na niego spojrzeć w obawie przed tym, co ujrzy na jego twarzy.
– Powinnaś wracać do środka, rozchorujesz się… – Zwyczajne słowa, wypowiedziane obojętnym tonem, niosły ze sobą niewyobrażalną moc, która momentalnie uderzyła w jej zbolałe serce. Natychmiast podniosła się i skierowała w stronę okna, zanim zdążył dostrzec zalewające ją uczucia.
– Masz rację – burknęła na odchodne, starając się zabrzmieć najobojętniej, jak tylko potrafiła.


środa, 31 grudnia 2014

XXVII

Od razu uprzedzam - dzisiejsza notka wieję angstem. Lubię angstować, więc nie mogę nie ująć tego w opowiadaniu. Chociaż starałam się nie przesadzać. Uwierzcie, mogło być dużo smutniej i bardziej samobójczo :P
Coraz większa ilość z Was przyznaje się w komentarzach do posiadania własnych blogów - chwalcie się śmiało! Nigdy za dużo czytania :) Zostawiajcie linki w komentarzach. Co prawda nie dodam Was do żadnej listy, bo taka na blogu nie istnieje (może w przyszłości), ale mogę Was zareklamować, jeżeli wyrazicie taką chęć. Trzeba sobie pomagać, nie? :D

Ach, no i jak zawsze - proszę o szczere komentarze. 

Korzystając z okazji: Życzę Wam Szczęśliwego Nowego Roku. Spełnienia noworocznych postanowień, wielu sukcesów i przyjemności każdego dnia :) 

PS Wysyłając życzenia mile mnie zaskoczyło, że numer pewnej osoby wciąż jest aktualny. Jeszcze milej zaskoczyło mnie, że mi odpisała. Mała rzecz, a tak niezwykle cieszy :)

PS2 Właśnie! Mówiłam Wam, że bardzo powoli zbliżam się do końca drugiego tomu? Już wiem na pewno, że będą co najmniej trzy.

=========================

– Panienko Elizabeth, co się stało?
– Gdzie jest pan Sebastian?
– Jest panienka ranna!
Służący, ze świecami w rękach przywitali nadjeżdżającą dziewczynę, obrzucając ją pytaniami. Zatrzymała pojazd i zeskoczyła z niego, uśmiechając się na ich widok. Niezwykle się ucieszyła, widząc trójkę uśmiechniętych podwładnych, w pełni zdrowych. Ujrzała zmartwienie i niezrozumienie malujące się na twarzach służących. Pierwszy raz widzieli swoja panią prowadzącą wóz, to nie mogło zwiastować niczego dobrego.  Ich troska była kolejną przyjemną rzeczą, jaką została obdarowana w życiu, chociaż tak rzadko to dostrzegała.
– Wszystko w porządku – uspokoiła ich, uśmiechając się lekko. – Tai, Thomas, zaprowadźcie proszę Sebastiana do jego pokoju – zwróciła się do mężczyzn, zeskakując na ziemię. Otworzyła drzwi karoty. Wewnątrz cała trójka dostrzegła fatalnie wyglądającego lokaja.
– Co mu się stało? Wyjdzie z tego? – zapytała przestraszona pokojówka, na chwilę wstrzymując oddech.
Mężczyźni chwycili ledwo przytomnego demona, który spojrzał na nich wrogo, krzywiąc się z niezadowoleniem, i wyciągnęli go ze środka. Szlachcianka czekała na zewnątrz, przyglądając się sylwetkom trzech służących, ginącym w głębi posiadłości.
– Jeanny, będę potrzebowała twojej pomocy, chodź ze mną – poprosiła pokojówkę.
 Zdenerwowana widokiem rannego współpracownika, blondynka pokłoniła się niezdarnie i ruszyła za Elizabeth do jej sypialni. Przebrała ją w białą męską koszulę, w której zazwyczaj spała. Hrabianka przekręciła głowę w bok, zdychając zapach świeżo upranego materiału, po chwili spojrzała na służącą pozbawionymi emocji oczami.
– Będziesz umiała opatrzyć tę ranę? – zapytała, spoglądając na rękę. Zdjęła z dłoni przesączoną krwią chustkę i wyciągnęła ją w stronę Jeanny.
– Mm-myślę, że tak. – Pokiwała głową i szybko pobiegła do łazienki po apteczkę.
Ostrożnie zaczęła przemywać ranę środkiem odkażającym. Piekący ból, którzy przeszył ciało dziewczyny, ku jej zdziwieniu, był dużo mniej nieznośny niż się spodziewała. Wpatrywała się zamyślona w bandaż drżący w rękach blondynki, kiedy w pełnym skupieniu okalała nim jej poharataną dłoń.
Kiedy pokojówka skończyła zabieg, spojrzała nieśmiało na swoją panią, pełna niepokoju.
– Czy z panem Sebastianem na pewno wszystko będzie dobrze? – wydusiła z siebie pytanie, które chciała zadać już parę minut temu.
Czerwonowłosa uśmiechnęła się do niej niewyraźnie i położyła zdrową rękę na jej ramieniu.
– Nie martw się, wszystko będzie w porządku.
– Ale jego rany wydawały się takie poważne… – nie ustępowała.
– Jest dużo twardszy niż ci się wydaje. Powiedział, że z tego wyjdzie, więc nie ma powodu, żeby mu nie wierzyć. Sebastian wie, co mówi – uspokajała ją, sprawiając wrażenie zupełnie obojętnej i opanowanej.
– Może powinniśmy wezwać lekarza? – Blondynka nie dawała za wygraną.
– Nie – odparła stanowczo, spoglądając na migoczący w bladym świetle świec, fioletowy wisior na swojej szyi. Chwyciła go i mocno zacisnęła w ręce. – Odpocznie parę dni i wszystko wróci do normy. Jeanny. Mam do ciebie prośbę.
– Tak panienko? – zapytała z poważną miną, zupełnie nie pasującą do jej zazwyczaj roześmianej twarzy.
– Chciałabym, żebyś co cztery godziny sprawdzała, co u niego i powiadamiała mnie o tym. Tylko zachowaj to w sekrecie. – Przysunęła głowę do twarzy pokojówki. – Jesteś w stanie to dla mnie zrobić?
- Oczywiście! – odparła nerwowo pokojówka. – Ale czemu?
– To nie jest ważne, dziękuję ci. Możesz już iść – odprawiła dziewczynę.
Blondynka uśmiechnęła się do niej pogodnie, pożegnała się i zniknęła za drzwiami. Elizabeth westchnęła głęboko i położyła się do łóżka. Była ogromnie zmęczona, ledwie zamknęła oczy, a pogrążyła się we śnie.
                Służący pomogli demonowi dojść do pokoju. Gdy tylko Thomas wdusił klamkę, mężczyzna wyrwał się z ich uścisku, wszedł do środka i trzasnął drzwiami przed ich nosami. Słyszał dobiegające z zewnątrz krzyki, pytania i oburzenie, ale zupełnie je zignorował. Powoli krocząc w stronę łóżka, zrzucał z siebie zakrwawione resztki ubrań. Skonany padł na materac. Ciężko oddychając starał się powstrzymać krwawienie, wciąż jednak był na to zbyt słaby. Niemiłosierny ból, rozdzierający każdy centymetr jego ciała ani trochę nie ustępował. Znał tylko jeden sposób, by ulżyć sobie w cierpieniu i mieć pewność, że zgodnie z tym, co powiedział hrabiance, przeżyje. Do ostatniej chwili próbował wszystkiego, by nie musieć tego robić, ale w końcu był zmuszony się poddać. Niewiele brakowało, by Bóg Śmierci naprawdę pozbawił go życia.
– Panienko, przepraszam za to. Ryzykuję twoje życie po raz kolejny. Nie wybaczę sobie, jeśli coś ci się stanie – zwrócił się w myślach do nastolatki. Zamknął oczy i niechętnie, pełen wstydu i obawy, zasnął.
                Jeanny zapomniała zapytać, czy powinna odwiedzać lokaja i przekazywać informacje o jego stanie zdrowia od tej chwili, czy od kolejnego poranka. Nerwowo krążyła pod drzwiami mężczyzny, co chwilę zerkając na zegarek. Była na siebie zła, że zawodzi w tak prostej sprawie. Był środek nocy, jej pani spała, nie powinna jej więc przeszkadzać. Z drugiej strony, jeżeli panienka oczekiwała, że przekaże jej informacje, a tego nie zrobi, będzie miała problemy. Była to sytuacja bez dobrego wyjścia, dlatego decydując się na mniejsze zło, równo z dzwonem zegara zapukała do jego drzwi i po cichu weszła do środka. W pomieszczeniu panował mrok rozświetlany jedynie małą świeczką, którą ze sobą wzięła. Dostrzegła leżące na ziemi strzępy ubrań. Zebrała je i podeszła do łóżka. Widziała krew sączącą się z ran kamerdynera. Ciężki, świszczący oddech, któremu towarzyszyło drżenie wszystkich mięśni wprawiał ją w trwogę. Obawiała się, że jej pani przeliczyła się, co do jego możliwości. Patrząc ze współczuciem na swojego zwierzchnika, zdała sobie sprawę, że nigdy dotąd nie widziała go śpiącego. Miała ochotę opatrzyć jego rany. Zrezygnowała jednak w obawie, że go obudzi.
Pewnie wie, co robi i tylko by na mnie nakrzyczał – pomyślała i po cichu opuściła jego pokój.
 Zaniosła resztki ubrań do pralni i pobiegła do sypialni Elizabeth. Weszła do środka, podeszła do niej i nachyliła się nad jej twarzą.
– Panienko? – zapytała szeptem.
– Co? – Dziewczyna jęknęła w pół śnie, nieprzytomnie patrząc pokojówce w oczy.
– Pan Sebastian śpi. Jego rany nie wyglądają najlepiej… – zdała raport, delikatnie pochylając głowę.
– To dobrze, Jeanny. Porozmawiamy rano – odpowiedziała obojętnie.
Blondynka westchnęła z ulgą. Udało jej się wykonać rozkaz. Przekazała jej informacje, a jednocześnie nie obudziła szlachcianki, narażając się na jej gniew, przynajmniej nie do końca. Postanowiła, że z samego rana, na wszelki wypadek, powtórzy jej, co przed chwilą powiedziała. Opuściła pokój i zeszła na dół. Sama także była już zmęczona.
~*~
– Sebastian? – Lizzy jęknęła, ziewając przeciągle.
Nie słysząc odpowiedzi, otworzyła oczy i rozejrzała się po wnętrzu pokoju. Promienie światła ledwie przedzierały się do środka przez wąskie szpary pomiędzy ciemnymi zasłonami. Po chwili, gdy do końca się ocknęła, dotarło do niej, dlaczego demon nie czekał na nią ze śniadaniem, złośliwie się uśmiechając.
– Mam nadzieję, że już ci lepiej… – szepnęła pod nosem.
Podeszła do okna i rozsunęła płachty pozwalając światłu wypełnić wnętrze sypialni. Przeciągnęła się i podeszła do szafy, by przygotować sobie ubranie. Czuła pustkę, brakowało jej porannej herbaty – przynajmniej tak próbowała sobie wmawiać. Tak samo oszukiwała się, że nie czuje smutku. W rzeczywistości, gdyby dopuściła do siebie krzyczące w odmętach umysłu myśli, utonęłaby w poczuciu winy, smutku i złości. Obiecała sobie więcej trenować. Przysięgła, że będzie bardziej odpowiedzialna i nie da się więcej porwać w tak idiotyczny sposób. Chociaż wciąż nie do końca wiedziała, co wydarzyło się poprzedniego wieczora, była pewna, że mogła tego uniknąć.
Ubrała się i usiadła na łóżku, by zawiązać sznurówki. Spojrzała na plamę krwi, która przeciekła przez bandaż i poczuła dziwne uczucie, które ogarnęło ją bez reszty. Sebastian… Nie potrafiła skupić się na prozaicznej czynności. Pragnęła jedynie wiedzieć, co dzieje się z nim dzieje. Na niczym nie zależało jej teraz bardziej, niż na złośliwym uśmiechu demona, obrażającego ją w swój wysublimowany, podstępny sposób, tak by nawet nie mogła go o to oskarżyć. Przeszywający lęk wprawił jej dłonie w nerwowe drżenie, po raz kolejny sznurkowe kokardki wyśliznęły się spomiędzy kościstych palców.
A jeśli nie przeżył nocy? Muszę jak najszybciej znaleźć Jeanny.
Kilka sekund później pokojówka zapukała do jej drzwi.
– Panienko? – usłyszała jej niepewny głos.
– Jeanny, wejdź! Wreszcie jesteś. Co z Sebastianem? – zapytała nerwowo.
– Byłam u panienki w nocy, ale chyba panienka spała. Sebastian śpi. Jak byłam u niego poprzednio, także spał. Jego rany nie wyglądają dobrze, ale trochę lepiej niż w nocy. Czy powinnam go obudzić? Może przynieść mu coś do jedzenia? – Od wyjaśnień, od razu przeszła do serii pytań.
 Elizabeth jednak przestała słuchać, co do niej mówiła. Zatrzymała się przy słowie „śpi”, które torturowało ją swoim echem.
– Jak to śpi? – zapytała w końcu, wyrwana z otępiałego transu.
Pokojówka dostrzegła przerażenie na twarzy nastolatki. Podeszła do niej i chciała ją przytulić, ale czerwonowłosa zrobiła krok w tył. Chwyciła kamień na swojej szyi i zadrżała.
– Śpi. Oddycha już spokojnie. Chyba miała panienka rację, wyjdzie z tego. – Próbowała ją pocieszyć. – Thomas przygotował dla panienki śniadanie – dodała po chwili.
– Dobrze, dziękuję – odpowiedziała, czując się straszliwie zagubiona. – Jeanny… Dopóki Sebastian jest chory, mów do mnie po imieniu… – powiedziała cicho, ze wstydem spuszczając głowę, wbiwszy wzrok w rozchełstane sznurówki.
Pokojówka obiecała sobie, leżąc w łóżku, że będzie wsparcie dla swojej pani. Będzie radosna, pełna energii i doda jej optymizmu. Wiedziała, że lokaj wiele dla niej znaczył, chociaż nigdy by się do tego nie przyznała. Domyślała się, jak bardzo musiała się martwić, dlatego skarciła się w myślach za wątpienie w jej decyzję pozostawienia go w spokoju.
– Tak jest, Lizz! – Obdarzyła ją najradośniejszym uśmiechem, do jakiego potrafiła się zmusić i wyszła z pokoju.
Czerwonowłosa poczuła, że tonie w ciemnych odmętach swojej rozpaczy. Położyła się na łóżku, wciąż mocno ściskając ametyst, który jej podarował.
– Przecież demony nie muszą spać. Mówił, że nie może, że ani na chwilę nie przestanie mnie bronić. On śpi! Co, jeżeli naprawdę go stracę? Nie może odejść. Proszę, nie odchodź, potrzebuję cię! Nie możesz mnie zostawić. Musisz żyć! Musisz pożreć moją duszę… – powtarzała w myślach. Ciemność i przerażająca samotność otuliły drżące, wątłe ciało nastolatki swymi chłodnymi ramionami. Jednak nagle coś się w niej zmieniło. Może za sprawą bólu karku, który znów zaczął jej doskwierać, a może po prostu jej dojrzała strona osobowości postanowiła doprowadzić małą, przestraszoną dziewczynkę do porządku.
– Nie wstyd ci? Uratował cię, ryzykując życie, a ty zamiast cieszyć się nim, zamierzasz użalać się nad sobą? – usłyszała myśl dudniącą groźnym echem.
Przyznała rację swojemu wewnętrznemu głosowi. Podniosła się, wzięła kilka głębokich oddechów, wetknęła sznurówki w cholewy butów i opuściła pokój, próbując wziąć się w garść.  
                Śniadanie przygotowane przez Thomasa dalekie było od ideału. Spalone tosty, przesłodzona herbata i coś, co miało być pastą jajeczną, jednak z wyglądu bardziej przypominało pole bitwy. Nie miało to dla niej żadnego znaczenia, nie była w stanie jeść. Jedyne, czego teraz pragnęła, to powrót do swojego łóżka. Miała ochotę zakopać się w pościeli i przeleżeć w niej cały dzień. Niestety obowiązki wobec firmy – które wiecznie przekładała, podobnie jak lekcje – nie mogły czekać w nieskończoność. Mimo wielkiej niechęci, starała się odnaleźć jakieś pozytywy. Liczyła na to, że przytłaczające myśli przestaną nękać jej strudzony umysł gdy wpadnie w wir pracy. Poza tym, nie chciała, by się na niej zawiódł. Nie mogła tak po prostu rzucić wszystkiego, tłumacząc się jego absencją. Odpowiedzialność spoczywająca na jej barkach była nieustająca, niezależnie od tego, co się działo.
Spotkanie z właścicielem domu handlowego w sprawie otwarcia sklepu, lekcja historii. Obiad, którego nawet nie tknęła, chociaż naprawdę była wdzięczna kucharzowi za jego starania. Wszystko przebiegało płynnie, bez żadnych problemów, bez złości, śmiechu, wzajemnych złośliwości… Nic nie było w stanie odwrócić jej uwagi od pustki, którą nieprzerwanie czułą w sercu. Nie widziała go zaledwie od szesnastu godzin, a jednak jego brak był nieznośnie dotkliwy. Miała wrażenie, że wysysa z niej energię. Jedyne, na co czekała w ciągu całego dnia, to wieści od pokojówki, nie mogła się już doczekać, gdy po raz kolejny przyjdzie do niej i opowie o nim. Tak bardzo chciała go zobaczyć, ale nie mogła tam wejść, nie zasługiwała na to, by ujrzeć jego twarz.
                Po obiedzie udała się na zajęcia z łaciny. Siedząc przy stole i wpatrując się w nauczycielkę czytającą kolejny, nudny utwór, spojrzała przez ramię.  Mogłaby przysiąc, że przez ułamek sekundy dostrzegła go, stojącego w tym samym miejscu, z tym samym denerwującym uśmiechem na twarzy. Smutek ścisnął jej serce. Wiedziała, że jej reakcje są przesadne, że życiu demona prawie na pewno nie zagraża niebezpieczeństwo, ale nie potrafiła czuć inaczej. Zacisnęła dłoń na piórze i mocno wbiła je w kartkę.
– Panienko, czy wszystko w porządku? – Kobieta podniosła wzrok znad książki, słysząc dźwięk pękającego przedmiotu, i zapytała łagodnie, po łacinie.
– Tak, przepraszam. Ja tylko… – ucięła w trakcie.
Dopiero po chwili zorientowała się, że również użyła martwego języka. Wbiła wzrok w leżący przed nią arkusz papieru i spróbowała skupić się na słowach kobiety. Tuż przed końcem zajęć, do wnętrza pokoju weszła rozpromieniona pokojówka. Chrząknęła, otrzepała pognieciony fartuszek i oznajmiła radośnie.
– Pan Sebastian się obudził. Przyniosłam mu coś do jedzenia. Wygląda już lepiej.
Serce hrabianki nagle przyspieszyło, zalewając całe jej ciało przyjemną ulgą. Do tej pory, przez cały czas martwiła się, że coś pójdzie nie tak i go straci. Po raz pierwszy tego dnia, dostrzegła światełko nadziei w ciemnych odmętach swojego umysłu.
– Dziękuję Jeanny. Poczekaj na mnie w gabinecie – poleciła jej, uśmiechając się z wdzięcznością.
Spojrzała na niezadowoloną twarz nauczycielki. Przeprosiła ją i pokornie wysłuchała wykładu do końca, cała gotując się od wewnątrz z niecierpliwości. Gdy tylko pożegnała kobietę, nie zważając na kulturę, pobiegła w umówione miejsce spotkania. Chciała dokładnie wysłuchać tego, co Jeanny miała jej do przekazać, wypytać o wszystkie szczegóły. Jak wyglądał, jaką miał minę, czy, i co powiedział. Trzęsła się z podekscytowania, jednak im bliżej była drzwi, tym poczucie winy coraz bardziej gasiło jej zapał, szepcząc boleśnie, iż nie zasługuje, by usłyszeć dobre wieści.
                Mimo tego wpadła do pokoju niczym burza i z biegu zaczęła zadawać pytania.
– Jak on się czuje? Jak jego rany? Mówił coś? – pytała, nie dając dojść dziewczynie do głosu, zupełnie nie dbając o to, jak bardzo obnażała przed nią swoje emocje.
 Pokojówka poczekała, aż skończy mówić i usiądzie.
– Na pewno wciąż bardzo go boli. Te rany są naprawdę poważne, obficie krwawią. – Czerwonowłosa popatrzyła na nią niepewnie. – Ale nie martw się Lizz, jest dużo lepiej. W końcu się obudził. Kiedy weszłam, popatrzył na mnie ze złością i kazał się wynieść, to dobry znak. Przyniosłam mu trochę tego, co zostało z obiadu, dobrze zrobiłam? – zapytała.
– Tak, oczywiście, to świetnie – wymamrotała, zupełnie zapominając, że przecież on wcale nie potrzebował jedzenia.
– Wypił wodę i powiedział, żebym go zostawiła. Powiedziałam, że przyjdę do niego za parę godzin– dodała.
– Nie mówił nic więcej? Pytałaś, czy czegoś nie potrzebuje? Jeanny! – Szlachcianka jęknęła zrezygnowana.
Nie wiedziała, czego tak naprawdę się spodziewała. Oczywistym było, że nie powiedziałby jej, gdyby potrzebował czegoś… demonicznego, i chociaż bardzo dobrze zdawała sobie z tego sprawę, czuła złość i niedosyt.
– Przepraszam, ale to wszystko. Zawsze możesz sama go zapytać – zaproponowała blondynka.
Elizabeth skrzywiła się i zupełnie zamilkła.
– Chciałabym, ale nie mogę… – pomyślała z goryczą, zaciskając pięść zdrowej dłoni.
– Dziękuję ci, raz jeszcze. To naprawdę dużo dla mnie znaczy. Przyjdź do mnie za kolejne cztery godziny. – Wymusiła na sobie uśmiech.
Zdecydowała, co teraz zrobi. Wstała z fotela i razem ze służącą opuściła gabinet. Do wieczora miała wolne, zamierzała dobrze spożytkować ten czas. Przebrała się i zeszła do jednego z salonów na piętrze. Tego, do którego przychodziła tylko w jednym celu, choć zazwyczaj robiła to w jego towarzystwie.

.