piątek, 21 kwietnia 2017

Tom V, XI

Dzisiejszy rozdział jest nieco dłuższy (biedny zapas na tym ucierpi fatalnie...), ale za to jest niebetowany. Miałam strasznie kiepski wieczór i zwyczajnie nie dałam rady tego ogarnąć. Musicie mi wybaczyć. Nadrobię to na dniach, gdy będę miała trochę czasu.

Miłego! :*

=======================

Rafael nigdy nie był zbyt wylewny. Powściągliwy w okazywaniu emocji manifestował je w postaci subtelnych zmian w mimice twarzy oraz aurze, na którą wyczuleni byli jedynie najwrażliwsi. Do takich właśnie istot należał Grell Sutcliff, co nie uszło uwadze archanioła podczas ich pierwszego spotkania. Dlatego właśnie żniwiarz wzbudził jego zainteresowanie. Szczery, pełny emocji i wrażliwy łączył w sobie siłę i zwinność typową dla bogów śmierci z niezwykle ludzką naturą, której z pewnością by się wyparł, gdyby ktoś go o nią posądził. Na dodatek był zwyczajnie zabawny i głośny, stanowił idealne przeciwieństwo niebiańskiej istoty, która uznała, że tego właśnie potrzebowała.
— Naprawdę?! Will będzie taki zazdrosny! Chodźmy, chodźmy! — ekscytował się Sutcliff.
— Oczywiście. Pozwolisz?
Rafael delikatnie podniósł Grella, przyciskając go do swojej piersi, po czym rozpostarł skrzydła i wzbił się w powietrze, obierając za cel przytulną restaurację na obrzeżach miasta. Jego podekscytowany towarzysz nie zorientował się nawet, że korzystając z porywistego wiatru i wilgotnego powietrza planował pozbyć się z jego twarzy mnóstwa kosmetyków. Plan okazał się całkowitym sukcesem i nim jeszcze anioł wylądował na dachu budynku naprzeciwko celu ich podróży, znikający makijaż odsłonił prawdziwe oblicze Sutcliffa – to właśnie, na które patrząc, Rafael czuł się niezwykle zadowolony. Był ciekaw, jak bardzo Amon nie podzielałby jego zachwytu. Biorąc pod uwagę, że mężczyzna, którym się zainteresował, od dawna uganiał się za Sebastianem, a ten stale go zbywał, uznając za irytującego natręta, zapewne nie szczędziłby sobie słów pogardy wobec jego decyzji. Uznał jednak, że na razie zatrzyma relację z shinigami w tajemnicy.
— Jesteśmy na miejscu — oświadczył dumnie, pomagając Sutcliffowi stanąć o własnych siłach.
Zachwycony szarmanckim zachowaniem bruneta, Grell był cały w skowronkach. Stale się uśmiechał i podskakiwał nerwowo, nie potrafiąc do końca okiełznać zbierających się w nim emocji. Starał się jednak zachowywać jak delikatna dama, wkładając w to jeszcze więcej serca niż zazwyczaj. Sądząc po sposobie, w jaki traktował do Rafael, uznał, że doskonale mu szło.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio ktoś szczerze wyraził zainteresowanie jego osobą w tak pozytywnym sensie. Od lat jedyną osobą, która obdarzyła go sympatią, była Elizabeth, której osobiście przez długi czas nie znosił i traktował ją jako rywalkę w walce o serce Sebastiana. Ta walka jednak była z góry skazana na przegraną, dlatego w końcu odpuścił, z ciężkim sercem usuwając się w cień. Nigdy nie sądził, że właśnie ta decyzja tak bardzo zbliży go do szczęścia. Brakowało mu ekscytacji wynikającej z niepewności. Przyjemnego łechtania ego za każdym razem, gdy na jego widok przez usta towarzysza przemykał uśmiech. Ekscytującego dreszczu, gdy wypowiadał jego imię, przysuwając się coraz bliżej, póki nie złączył ich ust w delikatnym pocałunku.
Kiedy Rafael nachylił się nad nim, silnie obejmując go w talii, zdawało mu się, że śnił lub ktoś zwyczajnie z niego kpił. Jednak z każdą chwilą przekonywał się, że archanioł z niego nie kpił, a jego dotyk był prawdziwy. Tak samo jak przyjemne odczucia, które towarzyszyły mu, odkąd tylko zbliżył się do Rafaela.
Anioły, podobnie do demonów, nie musiały jeść. W przeciwieństwie jednak do nich ludzkie potrawy nie oddziaływały negatywnie na ich organizmy, po prostu były zupełnie pozbawione smaku. Dlatego też Rafael zamówił dla siebie niewielką porcję tego samego, co wybrał Grell, by dotrzymać mu towarzystwa. Z doświadczenia i obserwacji ludzi wiedział, że nie lubili, gdy patrzyło się na nich podczas jedzenia, samemu nic nie konsumując. Bogowie śmierci, w odróżnieniu od innych wyższych raz, byli kiedyś ludźmi, dlatego mimo wielu zmian, które zachodziły w nich w procesie zmiany i nauki w akademii, wciąż było w nich wiele ludzkich cech, co w wielu chwilach niezwykle przydawało się każdemu, kto podobnie jak Rafael i Amon zechcieli poświecić nieco czasu, by lepiej poznać ludzką rasę.
Przez cały posiłek Grell uśmiechał się od ucha do ucha, tak mocno, że aż bolały go mięśnie, a nigdy nie mógł narzekać na brak ich wyćwiczenia, ponieważ zwykły wyrażać siebie między innymi poprzez niezwykle bogatą mimikę twarzy. Tym razem jednak nieodparta potrzeba okazywania radości przyprawiła go o permanentny skurcz mięśni, niemal nie pozwalając ani na chwilę, by radość opuściła jego usta. Rafael zaś, jak zwykle zresztą, był zdecydowanie bardziej powściągliwy. Kilka razy uśmiechnął się półgębkiem, kilka razy się zaśmiał, jednak przez większość czasu towarzyszyła mu pozorna obojętność. W głębi siebie zaś przeżywał spotkanie z Grellem nie mniej radośnie, nie mogąc wyjść ze zdziwienia, jak tam intrygujący osobnik przez całe stulecia zdołał ujść jego uwadze.
Nie spędzili zbyt wiele czasu w restauracji. Zazwyczaj samolubny Sutcliff widział, że przebywanie w niej nie sprawia archaniołowi zbytniej przyjemności, dlatego też nie zwlekał z zakończeniem posiłku zwieńczonego przepyszną wuzetką ozdobioną kandyzowaną wisienką. Nie oznaczało to, że czas spędzony w lokalu nie upłynął miło, wychodząc obaj emanowali aurą pełną entuzjazmu, która zarażała wszystkich, którzy ich mijali, widzieli bądź słyszeli. Rudy bóg śmierci nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatnio w jego życiu gościła tak wielka radość idąca w parze z ekscytacją.
Opuściwszy restaurację, skierował się w ślad za Rafaelem w stronę rzeki. Przez całą drogę opowiadał o sobie aniołowi, a ten nie pozostawał mu dłużny, chociaż i pod tym względem był znacznie mniej skory do wylewności. Grell za to w chwilach milczenia zastanawiał się, jak daleko zdoła się posunąć. Z jednej strony nie chciał na pierwszym spotkaniu pozwalać przedstawicielowi innej nacji na zbyt wiele, jednak z drugiej pragnął pieszczot i bliskości, którym nie potrafił się oprzeć. Dotąd ograniczył się jedynie do chodzenia pod rękę z archaniołem, lecz umysł ciągle podpowiadał mu kolejne wizje możliwych posunięć i ich słodkie konsekwencje.
— Stąd popłyniemy, dalej nie damy rady przedostać się lądem — oświadczył Rafael, wskazując dłonią przystań pełną łodzi.
— Jej! Podróż łódką, gondolą! To takie romantyczne! — ekscytował się shinigami.
— Właśnie tak. To będzie podróż twojego życia — odparł anioł i poprowadził Grella do przystani, gdzie porozmawiawszy z jednym z pracowników, zdołał umówić się z nim, że popłynął łodzią sami.
W zastaw zaoferował człowiekowi błyszczący diament o niezwykłej wartości, dzięki czemu mógłby nawet wykupić cała przystań, lecz wartość tego typu błyskotek była archaniołowi obca, bowiem podobnie do demonów nie przywiązywał wartości do dóbr doczesnych. Zdążył jednak poznać ludzi na tyle dobrze, by wiedzieć, w jaki sposób ich przekupić.
— Rafciu, dokąd płyniemy? Po-wiedz-mi!!! — dopraszał Sutcliff, kiedy Rafael odcumował łódź i począł wiosłować wraz z rzecznym prądem.
— Cierpliwości, Grellu, zapewniam, że to miejsce cię zachwyci.
— No i właśnie dlatego chcę wiedzieć! To zbyt ekscytujące, Rafciu!
Sutcliff jeszcze przez kolejny kwadrans próbował przekonać Rafaela, jednak ten trwał niezłomnie w swym postanowieniu, jedynie uśmiechając się coraz szerzej, w miarę jak zostawiali za sobą miasto i jego przytłumiony blask.
Grell naprawdę zaintrygował go swoim charakterem, dlatego też chciał mu pokazać miejsce, którego nigdy wcześniej nie widział. Nie znał go na tyle dobrze, by móc śmiało zaryzykować i pokazać mu jedną z najpiękniejszych ludzkich lokacji, lecz miał absolutną pewność, że miejsce, do którego zmierzali, znał jedynie z opowieści. Na dodatek miał świadomość, że uczucie, którym Sutcliff darzył niegdyś Sebastiana, nie wypaliło się z nagła, niczym wyschnięte pole podczas silnego wiatru. Był to postępujący proces, po którym w sercu żniwiarza i tak zawsze pozostanie ślad. I właśnie dlatego postanowił pokazać mu wyspę, która w świecie bogów śmierci funkcjonowała  jako legenda, którą opowiadało się niedoświadczonym shinigami, by wystrzegali się popełniania błędu.
Demoniczna wyspa, bo właśnie tam zmierzali niewielką, chwiejną łódką, była czymś, o czego zobaczeniu większość mogła jedynie pomarzyć. Zaledwie kilkoro aniołów miało szansę dostać się tam i to tylko dlatego, że ryzykując życie śledzili całe watahy demonów, które podczas wielkich mordów w ludzkim świecie schodziły się w miejsca podobne do wysepki położonej niedaleko Londynu, by w ciszy i spokoju konsumować zagrabione dusze. Owe miejsce zawsze tętniło niezwykle silną energią, na jego terenie znajdowało się źródło, które pomagało w regeneracji dzieci ciemności. Jednak dotarcie do niego wymagało specjalnych okoliczności, demonicznego zaklęcia oraz krwi, w które Rafael zaopatrzył się odpowiednio wcześnie.
Sam już od jakiegoś czasu planował odwiedzić tę konkretną wyspę. Wiązało się z nią wiele wspomnień, które pragnął odtworzyć i którymi chciał podzielić się z Grellem. W ten sposób zamierzał pokazać mu, że traktował go poważnie, a zarazem chciał przybliżyć towarzyszowi głębię relacji, która łączyła go z Amonem za dawnych czasów. Za młodu, gdy obaj podróżowali przez ludzki świat, poszukując wiedzy i nowych doznań, odwiedzali demoniczną wyspę regularnie, czyniąc z niej swój azyl, miejsce, gdzie mogli spokojnie odpocząć od pozorów i być sobą.
— Rafciu, co tam jest? Ta czarna przestrzeń, widzisz to? — zapytał Grell, wychylając się przez krawędź łodzi, by lepiej dojrzeć wskazywaną dłonią anomalię. — To nie jest ludzkie!
— Masz rację. To demoniczny portal, czeka na nas — wyjaśnił powściągliwie archanioł.
— Demoniczny portal? Ale jak to?! Co?! Rafciu!
— Nie denerwuj się. Zaraz ci wszystko wyjaśnię. Podziwiaj, jest na co popatrzeć — odparł uspokajająca.
Na moment odłożył wiosła i zbliżył się do Sutcliffa, kładąc dłoń na jego ramieniu, a kiedy rudzielec odwrócił się w jego stronę, skradł mu niewinny pocałunek.
— Raf…
— Ufasz mi, prawda?
— Oczywiście, że ci ufam!
— Więc usiądź spokojnie i podziwiaj widoki.
Bóg śmierci pokiwał twierdząco głową i usiadł przodem do kierunku podróży, otwierając szeroko oczy, by nie przegapić nic z tego, co zdaniem Rafaela było warte obserwowania. Grell nie wiedział, co czeka go po drugiej stronie portalu, ale nim zdążył rozwinąć tę niepokojącą myśl, jego umysł całkowicie przyćmiły efekty świetlne, które zaatakowały ich, gdy dziób łodzi zetknął się z portalem. Błyski zdawały się nie poruszać chaotycznie, jakby przekazywały przekraczającym portal jakieś informacje, ale tych shinigami nie potrafił jednoznacznie odczytać. Za to musiał przyznać, że lśniące niczym szlachetne kamienie w pełnym słońcu ściany portalu były niezwykle piękne. Nigdy wcześniej nie widział czegoś podobnego i równie zapierającego dech w piersi. Był olśniony do tego stopnia, że odjęło mu mowę, co w jego przypadku stanowiło niezwykłą rzadkość. Kiedy zaś błyski zniknęły, a przed oczyma Grella ukazała się skąpana w mroku wysepka, zrozumiał wreszcie, gdzie się znalazł.
— To wyspa demonów! — krzyknął przejęty.
— I to nie byle jaka. Tutaj wraz z Sebastianem spędziłem wiele wartych wspomnień chwil. Chciałbym pokazać ci to miejsce i nieco o nim opowiedzieć. Będziesz pierwszym bogiem śmierci, który postawił stopę na tym demonicznym terenie — odparł dumnie anioł.
— Rafciu, to… Wspaniałe! Jesteś taki szarmancki!
Ostatnie minuty podróży dłużyły się podekscytowanemu shinigami bardziej niż cały dotychczasowy wieczór, który był niejako oczekiwaniem na ten moment. Grell uwielbiał niespodzianki. Właściwie uwielbiał wszystko, co miało związek z nim lub służyło jego przyjemności, a nie było nic równie wspaniałego co przemyślana niespodzianka od seksownego, zainteresowanego nim mężczyzny. To nic, że mężczyzna ten był aniołem i powinien nie wchodzić w bliższe relacje z nim ze zwykłej przyzwoitości. Sutcliff jednak on zawsze lubił szokować i łamać schematy, więc i tym razem nie postąpił inaczej.
Postawiwszy stopę na czarnej, pełnej pyłu, a może raczej prochów, ziemi, bóg śmierci od razu poczuł się inaczej. Energia tętniąca od niezwykłej wyspy była tak silna, że nie mógłby jej przeoczyć, nawet gdyby Rafael właśnie mu się oświadczył. Dodatkowo przedziwny, niezwykle narzucający się zapach, którego młody żniwiarz nie był w stanie przyporządkować do lubianych bądź nie, drażnił jego nozdrza, sprawiając, iż czuł, jakby brakowało mu tchu.
— Powietrze jest tutaj nieco rzadsze, poza tym czuć w nim piekielnym ogniem, ale za chwilę się przyzwyczaisz. Nic ci nie grozi, upewniłem się — wyjaśnił archanioł, poznawszy po lekko zmarszczonym nosie Sutcliffa, nad czym aktualnie główkował.
— Niesamowite. Skąd to wszystko wiesz?
— Wszystko? — zaśmiał się Rafael. — Do jedynie początek. W tym miejscu kryje się wiele tajemnic. Jest chociażby magnesem na dusze. Nie zwykło się o tym mówić nawet pośród piekielnych zastępów, ale bywają sytuacje, w których jeden z nich zwyczajnie gubi posiłek. Wtedy najczęściej go porzuca, bo przyznanie się do porażki godziłoby w jego dobre imię, ale czasem trafi się bardziej wartościowy okaz, z którego żal zrezygnować… Wtedy szukają go w takich miejscach. Jest ich sporo, dlatego czasem to bywa trudne, tym bardziej że dusza sama w sobie nie posiada inteligencji, zresztą, nawet gdyby ją posiadała, nie wiedziałaby, jak ten fakt wykorzystać. Chcę powiedzieć, że dusza nie zawsze zmierza ku najbliższej wyspie — wyjaśnił, nieco zawstydzając się na koniec.
Nie przywykł do tak rozległych tłumaczeń. Zazwyczaj wypowiadał się w zwięzły sposób, przekazując jedynie niezbędne informacje, często zupełnie pomijając własne uczucia, jakoby uważał je za zbędne – dlatego też stosunkowo łatwo było mu zrozumieć podejście piekielnego archiwisty, z którym miał przyjemność spotkać się kilkukrotnie za dawnych czasów.
— Nie miałem pojęcia…
— Wiele jeszcze nie wiesz. Jesteś stosunkowo młody.
Rafael przycumował łódź do niewielkiego, spróchniałego pomostu i chwyciwszy dłoń Grella, zaprowadził go w głąb wyspy. Z pozoru zwyczajnie, kryła w swoim wnętrzu wiele niesamowitych tajemnic, przedziwnych roślin, niespotykanych zjawisk fizycznych, które stały się przedmiotem badań piekielnych uczonych raptem dwie Rzeczywistości wcześniej.
Jednak na tej konkretnej – podlondyńskiej – wyspie, kryło się coś jeszcze. Coś, co nie miało żadnej wartości dla naukowców, wojsk czy nawet większości dzieci ciemności. Niewielkie miejsce zakamuflowane za kwieciem roślin podobnych nieco o czarnego bzu, skryte w gąszczu innych przedstawicieli piekielnej flory: niewielka, nosząca ślady starości, kamienna ławka z wyrytymi na oparciu inicjałami. Sutcliff zbliżył się wraz z przewodnikiem i dokładnie przyjrzał się ogrodowemu meblowi. Wyglądał zwyczajnie, oprócz kilku liter zapisanych dawnym pismem demonów, nie było na niej nic wartego uwagi.
— Co jest tu napisane? — zapytał ciekawsko rudzielec, gładząc opuszkami palców chropowatą skazę oparcia. — Nie znak xerfickiego, tego uczą tylko tych z wywiadu.
— To jest właśnie to, o czym chciałbym ci opowiedzieć. Usiądźmy — poprosił tajemniczo anioł, podając żniwiarzowi dłoń, by pomóc mu usiąść.
Następnie zajął miejsce obok niego, rozsiadł się wygodnie i westchnąwszy z pełnej piersi, przyciągnął do siebie towarzysza. Grell wydał mu się spięty. Był w stanie to zrozumieć, w końcu nie mógł mu do końca ufać, szczególnie w miejscu, w którym żniwiarz był niemal całkowicie bezbronny, nawet mimo faktu, że mógł w każdej chwili przyzwać swoją broń. Chciał jednak, by czuł się swobodnie, dlatego spojrzał mu w oczy, głęboko i onieśmielająco, a potem musnął lekko jego wargi, zapewniając boga śmierci o czystości swoich zamiarów.
— Chciałbym ci opowiedzieć o tym, co łączyło mnie z kimś, kogo doskonale znasz. Z moim rywalem w walce o twoje serce — zaczął, uśmiechając się półgębkiem.
— O Sebusiu?!
— O Amonie, księciu piekła stłamszonym przez ojca. O ciekawej świata istocie, która nie umiała odnaleźć się w rzeczywistości. I o tym, jak znaleźliśmy się na tej wyspie.
— Jak blisko ze sobą jesteście?
— Teraz? — Zastanowił się Rafael. — Ostatnio widzieliśmy się na polu bitwy. Ale kiedyś, Rzeczywistości temu, byliśmy najlepszymi przyjaciółki, chociaż możesz sobie wyobrazić, że ta relacja nie należała ani do najprostszych, ani do najbardziej pochwalanych w środowisku.
— Racja, demon i archanioł… Dziwne, że nie chcieliście się zabijać!
— Z początku chcieliśmy, ale już przy pierwszym spotkaniu zauważyliśmy, że jest w nas coś innego. To było bardzo dawno temu, już nawet dobrze tego nie pamiętam. Byliśmy jeszcze dziećmi. Przez krańcem jednej z Rzeczywistości zorganizowano szczyt wszystkich nacji. Mieliśmy się dogadać w kwestii podziału władzy na wypadek gdyby nowy świat był łatwiejszy do przejęcia… Ogłosiliśmy chwilowy pokój. Dzieci najwyższych rodzin zamknięto w pokoju pod baczną opieką służby i to tam się poznaliśmy. Amon złościł się na kuzynostwo, że naśmiewali się z jego nieudolnej przemiany. Kiedy się do niego zbliżyłem, myślał, że też chcę się śmiać. Nawet miałem taki zamiar, w końcu był tylko nieudolnym, plugawym dzieckiem, ale on naprawdę się tym przejął w ten dziwny sposób, który skojarzył mi się z ludzkim. Był inny niż reszta rówieśników. Oczywiście mi nie uwierzył i skończyło się mordobiciem. Wyszedł z niego ze złamanym ogonem, a ja przetrąciłem skrzydło, ale przy kolejnej okazji było już zupełnie inaczej — opowiedział Rafael, z trudem nabierając powietrza.
Mówienie zwyczajnie go męczyło. Odzwyczaił się i nie do końca potrafił kontrolować oddech podczas dłuższych wypowiedzi. Zwyczajnie wydawało mu się to nienaturalne, ale chciał opowiedzieć Sutcliffowi o jednej z przygód, która powinna rzucić nieco inne światło na sylwetkę nowego króla, słabego króla, demona, którego Grell znienawidził za złe decyzje. Nie chciał na siłę naprawiać wizerunku Amona, wiedział jednak, że był bardzo długo obiektem zainteresowań żniwiarza i chciał, by wiedział o nim coś więcej, nim na zawsze zaszufladkuje demona, podpinając mu krzywdzącą łatkę. Poza tym chciał również, by Sutcliff poznał i jego, a że nie lubił opowiadać o sobie bezpośrednio, przytoczenie wspomnień wydało mu się rozsądną decyzją.
— Więc o czym mi opowiesz? O małym Rafciu i Amonusiu?!
— Nie. Opowiem ci o tym, co się wydarzyło Rzeczywistość temu, gdy na świecie istniały maszyny podobne do tych, którymi za pomocą krwi potraficie namierzać demony. To się kiedyś nazywało elektroniką. Obecnie dopiero się rozwija. Zabawne, że ludzki świat zawsze zatacza niemal identyczny krąg…
— Chcesz powiedzieć, że elektryczność istniała już wcześniej?
— Oczywiście, że tam! Jak myślisz, skąd wzięła się w waszym świecie, kiedy w tym ludzkim Edison dopiero odkrywał żarówkę? Naprawdę nie uczą was takich rzeczy?
— Większość z nas zapomina… — przyznał skruszony Grell. — Mamy jednak coś z ludzi, ograniczone umysły. Tylko ci najstarsi coś pamiętają, część zapisują, ale to wszystko ginie. Prawa ludzi. Nie uczą nas o tym, co dokładnie działo się w poprzednich światach, bo nie potrzebne nam to do pracy. Niby można zrobić specjalny kurs, ale to kilka dodatkowych lat nauki i nie można pracować…
— Rozumiem. Więc tak, w dawnych czasach była już elektryczność. Były nawet bardzo zaawansowane maszyny – nazywane superkomputerami – które potrafiły myśleć. Posiadały wolną wolę, wyglądały jak ludzie, a potem… Któregoś dnia wszystko dosłownie wybuchło. Wtedy umarł Uriel, chociaż nikt szczególnie go nie żałował… — westchnął i zamilkł na chwilę; nie powinien zbaczać na temat swoich braci, był zbyt rozległy, poza tym wiele z informacji było utajonych ze względów bezpieczeństwa.
— I co z tymi superkomputerami?
— Nic, nie tego dotyczyć będzie moja opowieść.
— Rafciuuuu! — jęknął Grell, wtulając się mocniej w ramie archanioła. — Zacznij już, nie mogę się doczekać! Chcę wiedzieć, jacy kiedyś byliście! Tylko nie oszczędzaj pikantnych szczegółów!
— No dobrze. W takim razie… Wszystko zaczęło się dwie rzeczywistości temu, w roku… Około dwa tysiące trzysta dwudziestym…



piątek, 14 kwietnia 2017

Tom V, X

Weźcie, przeraziłam się... Mam tylko 12 stron zapasu!!!
Dobrze, że są święta, będę musiała olać kolorowania i solidnie popisać, bo jak tak dalej pójdzie, to będzie ciężko. A ja nie lubię, gdy tak jest xD.

A poza tym są święta, więc: WSZYSTKIEGO JAJECZNEGO! <3

Miłego rozdziału! :*

=======================

Anasiemu przeszkodzono po raz kolejny. Zirytowany demon trzasnął drzwiami, gdy niechciani goście tylko przekroczyli próg, ukazując bezpardonowo swoją niechęć. Skąpy w słowach ograniczył piętrzące się w myślach przekleństwa jedynie do jednego, którego lepiej było nie przytaczać ze względów kulturalnych. Wywarło ono jednak odpowiednie wrażenie na dwójce impertynenckich intruzów, którzy śmieli przerwać kronikarzowi pracę.
— Chyba zwyczajnie zmienię lokum — westchnął ciężko pod nosem, kiedy dwóch lekarzy niepewnie zbliżało się do biurka.
— Sam pan prosił, żebyśmy zjawili się z informacjami. Trzeba było tego nie robić, miałby pan spokój — prychnął niezadowolony Forkas.
Od zawsze uważał, że przy całym swoim introwertyzmie i stronieniu od ludzi Anasi był zwyczajnie wyniosłym palantem, który starał się sztucznie wytwarzać wokół siebie aurę tajemniczości. I chociaż wiecznie podkreślał, że jego opinia wcale nie brała się z zazdrości, gdyż sam również swego czasu starał się o opinię szalonego, genialnego naukowca owianego złą sławą; poza tym ostatnim – lecz nie w takiej formie, o jaką zabiegał – reszta przymiotów nie trzymała się go tak samo, jak suchy papier stołu podczas mocnego przeciągu. Z tego też powodu nigdy nie okazywał informatorowi odpowiedniego szacunku, wytwarzając tym samym napiętą atmosferę, która natężała się, ilekroć przecinały się linie ich wzroku. Anasi jednak nie zwykł dawać po sobie poznać, co naprawdę sądził o jednym z najwybitniejszych piekielnych medyków. Potrafił odróżnić szacunek do umiejętności od szacunku do konkretnej jednostki, czym jedynie bardziej irytował niespełnionego medyka.
— Gdybym wiedział, że będziecie do mnie przybiegać jak dzieci z każdą najdrobniejszą wzmianką, odpuściłbym sobie — westchnął, poddając w wątpliwość samodzielność uczonych.
— Zapomnijmy na chwilę o prywatnych sprawach, musimy omówić coś nacznie bardziej istotnego. Król z pewnością miałby nam za złe, gdyby dowiedział się, że zwlekamy z przekazaniem mu tak cennych informacji — wtrącił stojący nieco z tyłu Araksjel.
Nerwowo przeczesał ulizane włosy szponiastymi, czarnymi pazurami, a potem wręczył Anasiemu plik dokumentów. Odczekał chwilę, aż informator zdąży pobieżnie zapoznać się z lekturą, a potem pospieszył z podsumowaniem.
— Wygląda na to, że to, co dzieje się z dziewczyną, jest tymczasowe. Jej dusza uleciała z ciała i została gdzieś zapieczętowana. Niestety udało nam się odnaleźć jedynie niewielkie ślady życiodajnej energii, zbyt słabe, by powiedzieć nam, gdzie możemy jej szukać. Panie, co się z nią właściwie stało? Ona zmienia się w demona, a jej energia do złudzenia przypomina energię królowej. Co więcej… Wzór energetyczny króla…
— Umrze? — przerwał mu Anasi, skupiając się na tym, co jego zdaniem było najistotniejszego dla Kruka.
— Teoretycznie nie. Jednak żywe ciało nie jest w stanie istnieć bez duszy. Cokolwiek stało się z tym człowiekiem, sukcesywnie zmienia go w demona, jednak nie wiemy, czy nie wystąpią komplikacje. To pierwszy taki przypadek. Poza tym, proszę wybaczyć moją wścibskość, ale wydawało mi się, że jej dusza jest dla króla niezwykle ważna.
— To prawda, kontynuuj.
Akarsjel zawahał się i popatrzył niepewnie na towarzysza. To, co miał powiedzieć, właściwie nie miało kluczowego znaczenia dla życia człowieka ani Amona, jednak biorąc pod uwagę ich wzajemną relację, wypowiedziane raz mogło bezpowrotnie zmienić ich spojrzenie na życie.
— Ciało pozbawione duszy przez pewien czas może być drogowskazem do niej prowadzącym. Zazwyczaj potrzeby jest do tego specjalistyczny sprzęt bogów śmierci, jednak przy odrobinie pracy zdołalibyśmy samodzielnie stworzyć takie urządzenie.
— Więc w czym problem? Do roboty! — ponaglił Anasi.
— Na Szatana, wykrztusisz to wreszcie? — mruknął zirytowany Forkas. — Zapieczętowana dusza nie może zostać pożarta. Więc jeśli król chce zjeść swój posiłek, musi odnaleźć duszę, póki ciało wciąż jest w stanie wskazać do niej drogę, a potem musi umieścić je ponownie w człowieku. Sądzimy, że wtedy człowiek ponownie stanie się sobą, bo to, co się z nim dzieje, to jakiś zaawansowany urok.
— A wtedy dziewczyna umrze…
— Właśnie tak, panie — potaknął Araksjel.
— Nie mówcie o tym Amonowi — postanowił Anasi, odkładając dokumenty na bok. — Idźcie mu powiedzieć, że na razie zdrowiu dziewczyny nic nie grozi. Że jest bezpieczna i spokojnie będzie się rozwijać jako demon. Resztę przemilczcie. Muszę się nad tym zastanowić. Powiem mu o tym osobiście. Wy się do tego zwyczajnie nie nadajecie — rozkazał, machnąwszy zbywająco ręką.
Forkas jednak nie zamierzał dać za wygraną. Słowa Anasiego niezwykle go ubodły, przelewając czarę goryczy. Ze wszechsił uderzył w sekretarzyk kronikarza, który nie rozpadł się w drobny mak tylko dzięki odpowiednio szybkiej reakcji pajęczego demona. Wszyscy wiedzieli, że drzemała w nim ogromna potęga, jednak mało kto miał szansę ujrzeć legendę na własne oczy. Dwaj lekarze właśnie dostąpili tego wątpliwego zaszczytu.
Czarne ślepia Anasiego rozjarzyły się intensywnym szkarłatem. Nieprzejednany cień, czarny niczym najciemniejsze odmęty piekieł, zasnuły gabinet, otulając dwóch lekarzy, wyciągając na wierzch ich wszystkie obawy i lęki. Przeszywające chłodem, niewidzialne  macki obłapiły ich ciała. Poczuli, jak przez gardła do ich wnętrza wpełzają tysiące pająków, a kiedy doprowadzeni na skraj rozpaczy zaczęli w agonii błagać o litość, cała mrożąca krew w żyłach iluzja momentalnie rozprysła się w powietrzu, pozostawiając po sobie jedynie świeży powiew nuty kwitnącego bzu.
— Ty… Ty… — jąkał się Forkas, a zszokowany Araksjel – który nie mogąc opanować drżenia, zwyczajnie padł na kolana – nie był w stanie ocenić, czy bardziej przemawiała przez niego złość czy trawiący wnętrzności strach.
— O-one nie były prawdziwe! Nie były?! — krzyknął pokorniejszy z lekarzy, szarpiąc siwego towarzysza w tył.
— Tym razem nie były. Następnym razem z pewnością będą — oświadczył Anasi.
Z jego rękawa wypełzł jeden z pomniejszych pajęczych demonów, które Arachne zostawiła mu, gdy wybierała się z jego polecenia na kolejne przeszpiegi pod Niebieskie Bramy. Ośmionożna istota, stukając odnóżami w podłoże, przemieściła się z blatu pod drzwi i wpatrując się soczyście zielonymi oczami, jednoznacznie sugerowała intruzom, że nadszedł ich czas.
Tym razem żaden z lekarzy nie zamierzał polemizować. Najsprawniej, jak pozwalały im rozdygotane kończyny, opuścili przybytek informatora, ostrożnie zamykając za sobą drzwi, by chwilę później pospieszyć ku apartamentowi króla, wciąż słysząc za sobą wzbudzające ciarki na plecach stukanie pajęczego demona, który najwyraźniej postanowił ich śledzić, by upewnić się, że odpowiednio wykonali polecenie Anasiego.
Kronikarz tymczasem wybuchł gromkim śmiechem, gdy tylko przerażeni interesanci wynieśli się z jego terenu i mógł na nowo zapieczętować gabinet, spowijając go zaklęciem wygłuszającym. Dawno już nie miał okazji, by dać upust swojej potędze nawet w tak ograniczony sposób. Równie wiele czasu minęło, odkąd miał odpowiedni pretekst, by pogrywać w ten sposób z poddanymi. Poczuł się niezwykle zrelaksowany, nawet mimo niepokojących wieści, które wraz z nieprzyjemnym, laboratoryjnym smrodem Forkas i Araksjel przywlekli wraz ze sobą.
To, czego zdołali się dowiedzieć, rzucało zupełnie nowe światło na sytuację króla. Informator nie był pewien, czy Amon zdoła poradzić sobie z ciężarem, który spocznie na jego barkach. Jeśli się nie mylił, jego ukochany obiad upierał się, że nie podda się, póki jego dusza nie skończy w żołądku króla, jednak w obecnej chwili decyzja nie należała do dziewczyny. Wystarczyłoby raptem, by Kruk okłamał ludzkie dziecko, mówiąc mu, że pożarł jego duszę, a wtedy mógłby żyć u jej boku szczęśliwie na wieczność. Jednak Anasi wątpił, by król był w stanie postąpić w ten sposób. Zawsze brzydził się kłamstwem, czemu tym razem miałoby być inaczej? Nawet dla dobra ukochanej nie potrafił zataić prawdy wcześniej, jeśli więc i tym razem nie zdoła tego zrobić, biada nie tylko samemu Amonowi, ale również piekielnemu królestwu. Pajęczy demon bowiem nie planował przejmować władzy niezależnie od okoliczności.  
Pozostał mu więc ciężki orzech do zgryzienia – zamierzał jak najszybciej wymyślić rozwiązanie, które mogłoby w jakiś sposób pomóc Krukowi. Zastępcze ciało dla zapieczętowanej duszy? Sposób na zniesienie pieczęci bez ponownego łączenia jej z jakimkolwiek żywym naczyniem? Wyekstrahowanie substytutu demonicznej duszy, by zaimplementować go w miejsce duszy ludzkiej po pozbawieniu dziewczyny jej prawdziwej? Nie miał pojęcia, każdy z pomysłów wydawał się dobry, gdyby pominąć fakt, że nie posiadał wiedzy na temat technologii, która zdolna byłaby pomóc w tego osiągnięciu. Właśnie dlatego ukrył księgę i mieszczące się w niej zaklęcie, doskonale zdając sobie sprawę, że wraz z magią zawsze wiążą się jakieś konsekwencje, a im silniejszy był urok, tym większe się stawały. Nie sądził jednak, że obiorą właśnie taką ścieżkę.
~*~
Po powrocie do nieba nastroje pomiędzy archaniołami można było z lekkim sercem nazwać napiętymi. Burzowe chmury przykryły błękitne niebo, niemal całkowicie przesłaniając blask oświecenia. Wściekły Michał – niczym Zeus – ciskał piorunami, narażając na wyginięcie kilka niewielkich wiosek na terenie globu. Przyglądający się jego zachowaniu Gabriel jedynie kręcił głową, pozwalając wyżyć się bratu, nie widząc w jego postępowaniu aż tak wielkiego przekroczenia kompetencji. Nie zabił wszak bezpośrednio, spowodował jedynie kilka pożarów i zawalenie się zachodniego skrzydła fortecy z Bam, co bogobojni mieszkańcy z typową sobie prostodusznością zrzucili na karb zemsty za występki przeciwko Bogu.
Mimo nieudanej próby przejęcia władzy nad piekłem, Gabriel nie zamierzał się poddać, lecz w przeciwieństwie do młodszego brata nie planował również bezproduktywnie dawać upustu swojej wściekłości. Spędzał całe dnie w komnacie, opracowując nowy, ulepszony plan, który pozwoli mu osiągnąć cel.
Jedynym, który wydawał się ani trochę nie przejmować negatywnymi skutkami potyczki pod Walbury Hill był Rafael. Jak zwykle zajmował się swoimi sprawa, póki pewnego dnia nie oświadczył bratu, że opuszcza niebo, by udać się na prywatne spotkanie. Nie dał wyciągnąć z siebie ani docelowego miejsca podróży, ani też towarzystwa, do którego było mu tak spiesznie. Dbał o swoją prywatność, a jako ten rozsądny, który nie sprawiał problemów już od Rzeczywistości, zyskał u Gabriela kredyt zaufania.
Opuścił więc Niebo i skierował się do samego serca Anglii – Londynu, gdzie na szczycie Big Bena oczekiwał na odwlekanie spotkanie, po którym obiecywał sobie mnóstwo rozrywki, jak za dawnych lat, kiedy jako lekkoduch często łamał zasady, by spędzać czas z przyjacielem. To było jedną z największych i nielicznych skaz w jego nader idealnym życiorysie – niechlubna, bliska relacja z demonem, który stał się jego sercu bliższy niż zapatrzony w niego Uriel i pozostała trójka zmarłych w dawnej wojnie braci.
Teraz jednak po raz kolejny zaskakiwał sam siebie, łamiąc wszelkie schematy i ogromne tabu, które wisiało nad relacjami międzyrasowymi, spotykając się z przedstawicielem bogów śmierci. Wprawdzie interesy aniołów i shinigami były mniej sprzeczne niż pomiędzy demonami i jakąkolwiek inną rasą, w dalszym ciągu jednak nie było to coś chwalebnego. Gdyby dowiedział się o tym Gabriel, zapewne starałby się sprawić, żeby sprawa nie wyszła poza zaufane grono, za to Michał z pewnością urządziłby karczemną awanturę, zaprzepaszczając plany starszego brata. Rafaela jednak niewiele obchodziło zdanie rodziny, zobaczył w żniwiarzu coś wartego uwagi i postanowił przekonać się na własnej skórze, czy pierwsze wrażenie było prawdziwe.
Specjalnie nawet przywdział typowo ludzki strój. Dobrze skrojony, czarny garnitur doskonale komponował się z jego ciemnymi, lekko zmierzwionymi włosami, a krwistoczerwona koszula dodawała smaczku, który miał zachwycić spóźniającego się już od kwadransa towarzystwa na wieczór. Tego archanioł spodziewał się od samego początku, bezbłędnie oceniając podejście Grella do urody i dbania o siebie. Nie powstrzymało go to jednak, by zjawić się na miejscu przed czasem, by w ciszy i spokoju przyglądać się zabieganym mrówkom przebiegającym u podnóży ogromnego zegara.
Ludzie – istoty, które z jakiegoś powodu miały odgrywać jedną z najważniejszych ról we wszechświecie. Krusi, słabi i szybko ulegający pokusom, a jednak było w nich coś intrygującego. Mimo upływu stuleci Rafael nie zmienił zdania, wciąż skłaniał się ku opinii Kruka, że te efemeryczne istoty były warte poświęcenia mnóstwa uwagi, by poznać je i zrozumieć. Jako te nieuświadomione, nie wierzące w istnienie tego, co nazywali z przekąsem światem metafizycznym, były wolne od praw i obciążeń wynikających z posiadania szerokiej wiedzy o rzeczywistości. To otwierało przed nimi całe bogactwo nowych pomysłów niedostępnych dla umysłów istot wyższych. I chyba właśnie ten niesamowity potencjał najbardziej fascynował go w ludzkości.
— Rafciuuu!!! Wybacz spóźnienie! Nie zdążyłem zrobić włosów, moja kosmetyczka została wezwana na misję iii… Ale z ciebie ciacho! — Usłyszał za plecami Rafael, powoli odwracając się przodem do towarzysza.
Obdarzył Sutcliffa delikatnym, ciepłym uśmiechem i dokładnie przyjrzał się jego ubraniu. Miał na sobie białą koszulę dobrze skrojoną, brązową marynarkę i czerwony płaszcz opadający z ramion, a całość jego stroju zwieńczała czerwonobiała kokardka w paski. Na pierwszy rzut oka nie wyglądało na to, by cokolwiek w jego stroju bądź wyglądzie się zmieniło, lecz kiedy archanioł przyjrzał się bliżej, dostrzegł lśniące drobinki eksponujące idealnie wystylizowane włos, ciemne, mocno pomalowane rzęsy i krwiście czerwoną szminkę z delikatnym połyskiem. Nie rozumiał, po co bóg śmierdzi oszpecał się w ten sposób, ale widząc jego zadowolenie, powstrzymał się od pytania.
— Doskonale wyglądasz, Grellu — oświadczył wbrew temu, co naprawdę myślał, uznając białe kłamstwo, które w zastępach niebieskich było niczym śmiercionośna broń, za warte wykorzystania.
Osiągną zamierzony cel. Podekscytowany żniwiarz zaczął poruszać się nerwowo, wzdychając do niego i czerwieniąc się tam mocno, że rumieńce było widać mimo grubej warstwy makijażu. Rafael zamierzał jednak pozbyć się sztuczności boga śmierci przy pierwszej lepszej okazji, cenił sobie naturalizm.
— Aaaaa! Rafciu, jesteś taki szarmancki! — krzyknął Grell.
Momentalnie znalazł się przy boku anioła i chwyciwszy go pod ramię, zaczął wypytywać niecierpliwie o miejsce, w które mieli się udać. By go nieco uciszyć, Rafael stworzył krwiście czerwoną różę i wyciągnąwszy ją zza pleców, wręczył Sutcliffowi.
— Myślałem o restauracji. Później możemy udać się do partu, na koniec popłyniemy łodzią w pewne miejsce, które chciałbym ci pokazać.
— W jakie miejsce? — Zainteresował się rudzielec.
— W takie, którego nie widział dotąd żaden bóg śmierci. Będziesz pierwszy — wyjaśnił zadowolony z siebie archanioł.


sobota, 8 kwietnia 2017

Tom V, IX

Kilkoro z Was dostawało zawału, część nie wyświetliła rozdziału i ci pewnie pozostali najzdrowsi xD. Ale generalnie żart się w miarę przyjął, bałam się, że zaczniecie mieć mi za złe, albo coś. Dziś powracamy do Elizabeth i dla tych, którym od dawna tego brakowało: Lizz nazwie Sebastiana Sebastianem. Także nie jest tak źle. O imieniu nie zapomni, w końcu używała go już tyle lat... 
No a poza tym powiem Wam tylko, że dalej ciężko u mnie z zapasem. Powinnam to zmienić, ale nie lubię pisać, kiedy nie mam weny, a nie mam weny, gdy mam do zrobienia coś inne i tak dalej, i tak dalej... W każdym razem na trzy tygodnie jest, to wystarcza, chociaż wolałabym mieć jakieś 50 stron, żeby móc spokojnie się poopierdzielać w święta, nie myśląc o tym, jak wiele obowiązków zaniedbuję xD. No cóż. Wszystkiego mieć nie można, nie? 
Przy okazji, robię nowego arta. Tym razem to już prawie rysowanie xDDDD. Co prawda z pomocą udogodnień programu, no ale się liczy. Efekty mam nadzieję już niedługo, więc obserwujcie fp.

Miłego! :*

=========================

Sebastian obudził się, słysząc delikatne pukanie do drzwi. Wyostrzone zmysły w sytuacji zagrożenia, za którą uważał obecny stan ukochanej, działały jeszcze czulej niż zazwyczaj. Chociaż czuł się niezwykle zmęczony, nie miał najmniejszego problemu, by się obudzić i bezbłędnie ocenić, że obok pukającej Adrii stał drugi demon. Niewiele starszy, mężczyzna, zdenerwowany.
Kruk podniósł się z łóżka, uprzednio zadbawszy o to, by Elizabeth była dobrze przykryta. Podszedł do drzwi i uchylił je, wciskając klamkę najdelikatniej, jak tylko potrafił, by nie zbudzić ukochanej zbędnymi dźwiękami.
— Co się stało? — zapytał bezgłośnie.
— Panie, przyszedł Samarel. Powiedział, że chciałby porozmawiać — odparła szeptem służka.
Jej głos dotarł do uszu nastolatki, która mruknęła coś niewyraźnie pod nosem, na szczęście nie wybudzając się do reszty. Sebastian skarcił demonicę wzrokiem, po czym wyszedł z sypialni, nie domykając drzwi do końca i chwyciwszy Samarela za rękę, pociągnął go na drugi koniec swojego apartamentu, by tam, za dźwiękoszczelnymi drzwiami, zapytać, co było dla niego tak pilne, że śmiał mu przeszkadzać.
— Panie… Zostałem wybrany, by bronić królewskiego posiłku podczas wojny. Skoro teraz dziewczyna znajduje się tutaj, pomyślałem, że może mógłbym pomóc i…
— Chcesz opiekować się Elizabeth? — przerwał mu zaskoczony Kruk.
Patrzył podejrzliwie na zdenerwowanego żołnierza, szacując szczerość jego intencji. Nic jednak nie wskazywało na to, by próbował wykorzystać sytuację dla własnych korzyści, przynajmniej nie takich, które mogłyby zagrozić królowi.
— Zdaje się, że cię zaakceptowała — westchnął Michaelis, podpierając podbródek na palcach prawej dłoni.
Samarel wzdrygnął się nerwowo, czując na sobie badawczy wzrok króla. Wiedział, że jeden niewłaściwy ruch, chociaż cień podejrzenia, mogły przeważyć o jego śmierci. Amon zazwyczaj był rozsądnym i dobrym demonem, nie podejmował decyzji w oparciu o chwilowe impulsy, ale wszyscy wiedzieli, że po tym, co przeszedł, jego stan psychiczny nie wrócił jeszcze do normy. Można się było po nim spodziewać wielu różnych rzeczy, dlatego też młody żołnierz starał się nawet nie oddychać częściej niż było to niezbędne, aby nie zdenerwować władcy.
— Możemy spróbować. Potrzebuję kogoś zaufanego, Loki stracił tę pozycję, jest zbyt pochłonięty żalem, a Anasi chyba by mnie zwyczajnie zabił, gdybym kazał mu niańczyć swoją ukochaną — oznajmił król, uśmiechając się półgębkiem na wspomnienie pogrążonej w furii twarzy pajęczego informatora.
— Przysięgam, że zrobię wszystko, by królewskiemu posiłkowi nic nie zagrażało! — krzyknął Samarel, padając przed Michaelisem na kolana.
Kruk chwycił demona za ramię i kazał mu wstać. Zmierzył go wzrokiem po raz kolejny, a potem potargał jego włosy, sam nie do końca rozumiejąc, dlaczego postąpił w ten sposób. W młodym dowódcy było coś, co przypominało mu o młodości. Kiedyś też był taki… pełny entuzjazmu i niezgorzkniały, jednak czasy beztroski już dawno minęły, a przed nim piętrzyły się coraz wyższe góry problemów, których skutecznego pokonania nie mógł być już pewny.
— Chodź ze mną. Przedstawisz się, zobaczymy, jak na ciebie zareaguje. Jeśli dobrze cię przyjmie, przez pięć próbnych der będziesz jej służył. Jeśli zaś uzna, że nie jesteś godzien, by trwać u jej boku… Może cię nie zabiję — stwierdził Amon.
Złośliwy uśmiech na jego twarzy zaniepokoił Samarela. Normalnie uznałby to za żart, nawet sam w odpowiedzi by się zaśmiał, może nawet odparł coś w podobnej konwencji, lecz tym razem ograniczył się do pokornego skinięcia głową i ruszenia za królem piekieł z powrotem pod drzwi jego sypialni, by pouczony o tym, jak bardzo cicho ma się zachowywać, w towarzystwie przełożonego wszedł do środka.
— Elizabeth, kochanie? — szepnął niemal niesłyszanie Kruk, powoli zbliżając się do łóżka.
Pod grubą, ciemną kołdrą leżała przykryta po same uszy szczupła dziewczyna, która na dźwięk swojego imienia jęknęła przeciągle i powoli uniosła powieki, zerkając na demona zaspanym wzrokiem. Rozpoznając w jego obliczu ukochanego, rozpromieniła się i wtuliła w niego, ściskając go niekontrolowanie z taką siłą, że stęknął podduszony i ogonem stuknął dziewczynę w głowę.
— Przepraszam, nie umiem… — westchnęła smętnie nastolatka, odsuwając się od ukochanego.
Para błękitny oczu momentalnie przeniosła się na stojącego tuż za progiem Samarela. Demon czuł, jak spojrzenie dziewczyny przeszywa go na wskroś. Uporczywe lustrowanie jego powierzchowności Lizz podsumowała bliżej nieokreślonym burknięciem, po czym znów skupiła się na Michaelisie.
— Sebastian, po co przyprowadziłeś Samarela? Jego nie chcę pić, będę pić tylko twoją krew, inaczej to będzie… Nieludzkie — powiedziała, ostatnie słowo wypowiadając tak cicho, że nawet demonom ciężko było mieć stuprocentową pewność, że dobrze usłyszeli.
Było widać, że chociaż ludzkie dziecko z zewnątrz wygląda całkiem normalnie, biorąc pod uwagę, co przeszło, to w rzeczywistości zmiana, którą przechodziło i której nikt jeszcze do końca nie rozumiał, zwyczajnie ją przerażała. Coś, co kiedyś wydawało jej się złe, brutalne i nieodpowiednie, teraz najwyraźniej miało stać się dla niej normą – nawet demon miałby problem, by przyjąć coś takiego ze spokojem. A ona przecież była martwa i wróciła do życia.
— Samarel wygląda trochę jak Rafael, nie sądzisz? Też ma ciemne włosy i wokół niego czuć coś takiego… Nie wiem, młodego i beztroskiego, jak od Rafa, gdy był młody — dodała niecierpliwie Lizz, kiedy Kruk w milczeniu zbierał myśli, by odpowiedzieć na jej pytanie.
Słysząc jednak to, co powiedziała, zupełnie zapomniał o tak prozaicznej sprawie, jak wyjaśnienie przybycia żołnierza, zdecydowanie bardziej interesowało go, skąd Elizabeth wiedziała, jaki był za młodu Rafael.
— Elizabeth, czy ty… Skąd ty…
— Widziałam — przerwała, ratując ukochanego z błędnego koła zająknięć. — Kiedy byłam… Niemartwa? — dodała, śmiejąc się pod nosem. — Oglądałam film z twojego życia. Wiesz, widziałam wszystko — wyznała po cicho i przytuliła się do oniemiałego Sebastiana.
Przeżycie całych rzeczywistości historii demona sprawiło, że zrozumiała i poznała go jeszcze lepiej. Zawsze wydawało jej się, że już go doskonale zna, ale po wszystkim, co zobaczyła, potrafiła bez trudu rozpoznać, kiedy posmutnieje i będzie potrzebował, by ktoś go przytulił, zanim jeszcze on sam zdołał to sobie uświadomić. Zaskoczyło go to, ale z chęcią przyjął pieszczotę, która uciszyła chaos panujący w jego głowie, nim rozkręcił się na dobre.
— Panie? — wtrącił szeptem Samarel, kiedy kilkuminutowe obserwowanie przytulającej się pary zaczęło wprawiać go w zakłopotanie.
— Ach, tak, racja. Panie… Elizabeth, Samarel przyszedł do mnie, by prosić o to, bym przydzielił go do opieki nad tobą. Pamiętasz go, dlatego chciałbym, żebyś zdecydowała samodzielnie.
— Ma ładne oczy. Takie ciemne, dotąd myślałam, że czarne, a one tak naprawdę są tak brązowe, że aż ciemnogranatowe — stwierdziła, nie zorientowawszy się, że mówiła nie na temat. — A jego serce bije jak szalone, chociaż wydaje się, że jest spokojny. Czy ty też zawsze wiedziałeś, gdy próbowałam ukryć zdenerwowanie? To dlatego nie lubisz kłamać, bo wiesz, że to nie ma sensu? — wypytywała niezwykle przejęta.
Samarel zauważył, że zmiana, która nastąpiła w dziewczynie, jedynie pogłębiła jej olbrzymią chęć poznawania świata. Była wyraźnie zafascynowana nowymi umiejętnościami i możliwościami, jakie dawały. Chciała wiedzieć wszystko, najlepiej od razu. Dalej wyczuwał w niej niepewność, jakby spodziewała się, że może umrzeć w każdej chwili, ale wyglądało na to, że w odróżnieniu do sytuacji sprzed bitwy, tym razem nie królował w niej żal. Zapewne miała nadzieję, że badania pokażą, iż król jednak pożarł jej duszę i będzie mogła zostać z nim na zawsze – a przynajmniej tak wydawało się młodemu żołnierzowi.
— Może się mną zająć. Bo mnie nie zabije, prawda? Nie mogę teraz umrzeć. Nie wiem, co z moją duszą — stwierdziła pewnie nastolatka.
Wyciągnęła rękę do demona, a kiedy ten do niej podszedł, uśmiechnęła się promiennie i kazała mu usiąść na łóżku. Przysunęła się do niego i zaczęła przyglądać się jego twarzy z taką namiętnością, że to, co wtedy Samarel uważał za poczucie niezręczności, teraz uderzyło w niego wielokrotnie spotęgowane.
— Zawstydzony, zdenerwowany, niepewny. O, a ten mięsień świadczy o… Naprawdę? — zapytała, odsuwając się nerwowo od demona.
Wpadła w ręce Michaelisa i wyraźnie zmieszana ukryła się w jego objęciach, dodatkowo okrywając się kołdrą. Żołnierz nie miał pojęcia, co takiego zrobił, ale przeraził się na myśl o tym, że nieświadomie postawił swoje życie pod znakiem zapytania.
— Przepraszam. Chyba powinienem iść…
— Zostań. Chcę, żebyś mi pomagał. Skoro Sebastian się zgadza, to można ci zaufać. Potrzebuję ufać. Nie mam już nikogo… Oni wszyscy myślą, że umarłam, prawda? Tomoko, Tai, Timmy, Thomas…
— Zostawiłem listy. Zorganizowałem ciała i pogrzeb. Przykro mi — wyznał smutno Sebastian.
Wiedział, że to było dla dziewczyny najbardziej bolesne. Była bardzo mocno przywiązana do najbliższych. Świadomość, że nigdy więcej nie będzie mogła się z nimi skontaktować, wyraźnie ją niszczyła, nawet w tak krótkim czasie.
— A Tomoko? Przecież ona zna prawdę. Moglibyśmy…
— Nie możemy. Nie wiemy, co się z tobą tak naprawdę dzieje. Nie wiem, czy jesteś demonem, czy będziesz żyć wiecznie, czy może niedługo umrzesz. Przepraszam, ale nie możemy tego zrobić. Jeśli dasz jej fałszywą nadzieję, później będzie tylko gorzej.
— Jesteś… okrutny — przyznała gorzko Elizabeth.
Samarel obserwował ich z boku, przekonany, że dziewczyna będzie miała Krukowi za złe informacje i sposób ich przekazania, szczególnie że nazwała go okrutnym, co w ludzkim rozumieniu nie było niczym pozytywnym. Jednak reakcja Lizz zaskoczyła demona. Znów przytuliła się do ukochanego i tylko przymknęła oczy, próbując powstrzymać przyspieszone bicie serca.
— Dziękuję — powiedziała po chwili, co jeszcze bardziej zdziwiło żołnierza. — Jakoś muszę się z tym pogodzić, prawda? Skoro radzę sobie z tymi głosami i tym wystającym z pleców, swędzącym kikutem.
— Rośnie ci ogon?! — krzyknął zaskoczony Samarel.
Natychmiast zamilkł, zasłaniając dłonią usta i odsunął się nieco w obawie o złość Michaelisa. Jednak ten, im dłużej przebywał z dziewczyną, tym stawał się spokojniejszy. W miarę jak Lizz odzyskiwała zmysły i zdawała radzić sobie z nową rzeczywistością, Amon wydawał się odczuwać ulgę, która pomagała mu się kontrolować. Ich wzajemne oddziaływanie na siebie wydawało się żołnierzowi zwyczajnie magiczne.
Elizabeth parsknęła śmiechem, rozbawiona niezwykle żywą reakcją Samarela. Rozumiała, że demon mógł uznawać jej ogon za coś, co mogło wydawać się niezwykłe, a nawet nienormalne, ale mężczyzna, który dotąd jedynie się martwił i ewentualnie na nią krzyczał, wydał jej się całkiem przyjazdy i uroczy, gdy z takim zaskoczeniem wpatrywał się w nią wielkimi oczami.
— No, tak. Rośnie mi, przynajmniej tak powiedział Sebastian i lekarze. Jeśli urośnie taki długi, jak… Jak ja? — urwała, zerkając pytająco na Kruka.
— Jeśli nie będzie dłuższy niż dwie długości ciała i nie krótszy niż jedna, będzie można uznać, że pod względem demonicznych standardów jest zdrowy — odparł Sebastian, obejmując dziewczynę.
Przy okazji dyskretnie zerknął na tył jej pleców, gdzie rozcięta z tyłu koszula odsłaniała bladą skórę i zaczerwieniony, okrągły punkt, z którego środka wyrastał pokryty równie czerwoną skórą wyrostek. Wydawało mu się, że nieco urósł, ale nie chciał tego stwierdzać na głos. Mogła to być jedynie jego bujna wyobraźnia podsycona nadzieją, planował sprawdzić to później, a najlepiej – zostawić to lekarzom, oni byli w tej sprawie zdecydowanie bardziej obiektywni od niego. Najważniejsze jednak było to, że swędzące dziewczynę miejsce nie zaogniało się.
— No właśnie. Więc jeśli tak będzie, to będę miała ogon. Zawsze się zastanawiałam, jakby to było. W ogóle nad wieloma rzeczami się zastanawiałam, ale… Jakoś nie potrafiłam o nich mówić. Miałam wrażenie, że jestem związania obowiązkiem dopełnienia swojej zemsty, a teraz, kiedy mam to już za sobą, czuję się taka wolna… Chciałabym móc żyć wiecznie u boku Sebastiana i poznawać ten wasz świat. Wydaje się piękny, chociaż jest trochę mroczny, ale nie boję się go — kontynuowała, ukazując przed dwójką demonów tę stronę swojego oblicza, którą Michaelis znał doskonale z jej przeszłości, a która dla Samarela była czymś zupełnie nowym.
Młoda Elizabeth, dziewczyna ciekawa świata, pełna miłości, ekscytacji, chęci, by dowiadywać się nowych rzeczy. Otwarta, nie starająca się na siłę ukrywać emocji i co najważniejsze, a zarazem wzbudzające w Amonie największą radość: nie stroniąca już tak bardzo od dotyku innych, przynajmniej demonów. Zawsze tego dla niej pragnął, nawet jeśli miała umrzeć za kilka dni, bo jej stan miałby się okazać jedynie czymś przejściowym, przynajmniej mogła ponownie poczuć, jak to jest być wolną od wszystkich ran i blizn, które, dając o sobie znać na każdym kroku, skutecznie odbierały jej radość życia.
— Samarel? — zagadnęła nastolatka.
— Tak, pani?
— Proszę… Nie krzycz, i nie panikuj. Mów mi Elizabeth, dobrze? Może być Lizzy, Lizz, obiedzie króla, tylko nie pani — poprosiła i skończywszy głęboko nabrała powierza w płuca i chwyciła ukochanego za rękę. — Kiedy Sebastian będzie się zajmował tymi ważnymi sprawami, które teraz zaniedbuje z mojego powodu, pokażesz mi to miejsce? Ten królewski zamek? Chciałabym go poznać, skoro mam tu zostać, a wiem, że Seba… Amon? Czy mogę mówić Sebastian? — Znów urwała wpół zdania, bawiąc Kruka niemal do łez swoją dawno zagubioną i wreszcie ponownie odzyskaną beztroską.
— Możesz mówić do mnie tak, jak ci się podoba. Tylko proszę, nie planuj Samarelowi każdej sekundy życia. Pozwól, że najpierw dowiemy się, co dokładnie się z tobą dzieje, dobrze?
— Tak, tak! Oczywiście, wybacz. Ale… Samarel, pokażesz mi zamek?
— Oczywiście… — odparł i spojrzał pytająco na władcę.
Nie miał pojęcia, której z zaproponowanych przez dziewczynę form powinien użyć. Wszystkie wydawały mu się całkowicie nieodpowiednie, jeśli miał się nimi zwracać do kogoś, kto właściwie nieoficjalnie przejął status królowej. „Kochanica króla” przeszło mu przez myśl, ale nie śmiał wypowiedzieć owych słów na głos.
— Lizz — dokończyła za niego ciemnowłosa i wyciągnąwszy rękę, poklepała demona po ramieniu. — Od dziś zostaniesz moim nowym przyjacielem, jeśli zechcesz. Chociaż… Oni wszyscy teraz pewnie cierpią, nie chciałam tego, więc może to nie jest dobry pomysł. — Posmutniała, ponownie ukrywając się w ramionach Sebastiana.
— Kochanie, nie mów tak. Wszyscy kiedyś umierają, księżniczka z pewnością zrozumiała twoją decyzję — pocieszał Kruk.
— Jeśli tego chcesz, Elizabeth, zostanę twoi przyjacielem, to będzie dla mnie zaszczyt — powiedział pewnie Samarel.
Klęknął przed dziewczyną, pochylając głowę i oddał jej cześć, a potem podniósł się, uśmiechając się szeroko.
Ze wszystkich opowieści o piekle i demonach, zarówno tych ludzkich, jak i tych, których strzępki poznawała od Sebastiana i Grella, Lizz wykreowała w swojej głowie obraz tego miejsca. Jednak rzeczywistość przeszła jej oczekiwania. Mieszkające tu istoty nie były w swym braku emocji aż tak różne od ludzi, podobnie jak jej ukochany były służący, wierny towarzysz – zachowywali się niemal zupełnie normalnie. Wprawdzie różnica kulturowa stanowiła dla hrabianki barierę, której nie potrafiła do końca pokonać, nie rozumiejąc niektórych zachowań i słów Samarela, to jednak w całościowym ujęciu dzieci ciemności okazywały jej się znacznie bliższe niż mogła się spodziewać. 


sobota, 1 kwietnia 2017

Tom V, VIII

Okay. Mam ważną informację. Przynajmniej tak mi się wydaje, że jest ważna.
Ostatnio nie mam czasu na pisanie Róży, zresztą weny też nie mam, a nie zapowiada się, że którekolwiek z powyższych miało się pojawić, dlatego też zdecydowałam, że dzisiejszy rozdział będzie ostatnim w karierze Róży. Tak wyszło TT_TT.

Miłego mimo wszystko :*

==================================

Ceremonia pogrzebowa Elizabeth i Sebastiana odbyła się w kościele w Londynie. Na mszy zjawiło się całe mnóstwo ludzi, którzy co chwilę składali kondolencję Jamesowi, Tomoko i Timiemu, powielając te same słowa i zachowując się tak, jakby doskonale znali hrabiankę. Księżniczka nie mogła tego znieść. Zakłamane twarze bogaczy, którzy liczyli na wpływy w firmie zmarłem Roseblack, doprowadzały Japonkę do szału. Nawet Timmy, choć nie do końca rozumiał ich zachowanie, bezbłędnie wyczuwał, jak nieszczerzy i interesowni byli w swoich słowach.
Smutek chłopca był tak wielki, że kiedy w końcu wybuchł, na cały głos wykrzykując jednemu z biznesmenów to, co myślał, nawet hrabina Rennel nie zaczęła go upominać. Przytuliła do siebie blondyna, a potem zaprowadziła go na tyły kościoła, by mógł się spokojnie wypłakać. Niechcianym gościem zajął się za to Jem, jednoznacznie dając mu do zrozumienia, że jego wszelkie nadzieje na skorzystanie na śmierci Roseblack bezpowrotnie przepadły.
Ciała przeniesiono z kościoła na teren posiadłości należącej do zmarłem hrabianki. Tam miała zostać pochowana na rodzinnym cmentarzu wraz z ukochanym kamerdynerem u boku. Pod nieobecność nowej pani domu: Tomoko, służący zajęli się przygotowywaniem stypy dla gości. Wraz z wynajętą obsługą zadbali o wystrój, posiłki i napoje. Do ceremonii pogrzebowej dołączyli dopiero pod Londynem, by oddać ostatni hołd zmarłem szlachciance – przyjaciółce, która stworzyła im bezpieczną przystań, dała dom, w którym mogli spokojnie żyć, a także rodzinę, która trwała dalej, mimo że zabrakło jej dwóch członków, którzy najsilniej dbały o ich wzajemne więzi.
Na cmentarzu było już znacznie mniej osób. Zjawili się tam jedynie członkowie rodziny i bliżsi znajomi zmarłej. Nikt, oprócz księżniczki, nie zwrócił nawet uwagi, że pośród wszystkich gości nie było ani jednej osoby, która przyszłaby pożegnać Sebastiana. Ten fakt wydał się dziewczynie niezwykle przykry, ale nic nie mogła z tym zrobić. Fakt, że demon tak naprawdę nie odszedł, nie musiał oznaczać, że miał zostać tak po prostu zapomniany. Wszyscy zdawali się pamiętać tylko o jej przyjaciółce i chociaż dla niej utrata Lizz była największym przeżyciem, to empatia nie pozwoliła jej pozostać obojętną wobec emocjonalnej pustki zebranych względem kamerdynera.
Goście kolejno mówili kilka słów, żegnając się ze zmarłą, wyrażając nadzieję, że jej dusza zajmie ważną pozycję w niebie. Ich słowa coraz bardziej denerwowały Tomoko. Każdy kolejny wywód działał na nią coraz gorej i gdyby nie stojący obok James, który w gorszych momentach przytulał ją do siebie, choć nie w pełni rozumiał jej reakcje, zapewne zachowałaby się nie lepiej niż Timmy w kościele.
W końcu przyszła i jej kolej. Powoli wystąpiła z gruby ubranych na czarno sylwetek i stanąwszy przed drewnianą mównicą, spojrzała na dwie trumny: jedną lakierowaną, z wysokojakościowego drewna, z dodatkami ze szlachetnych metali, całą pokrytą zdobieniami, i na drugą: prostą, tanią, która pod wpływem niekorzystnych warunków atmosferycznych już zaczynała nosić pierwsze ślady zużycia.
— To niesprawiedliwe… — zaczęła Tomoko, drżącym głosem cedząc słowa przez zęby. — Oni nie żyją — dodała, zerkając na zebranych. — Elizabeth Roseblack, moja najbliższa, najukochańsza przyjaciółka, nie żyje. Po tych wszystkich wspólnych latach, miałam nadzieję, że wreszcie będziemy blisko siebie, ale los i tak nas rozdzielił. Umarła, ale… Nie mam jej za złe. Za to mam za złe wam. Jesteście tacy puści. Dlaczego żadne z was nawet na niego nie patrzy? — zapytała, uniósłszy głos i rozdygotaną, bladą ręką odzianą w koronkową, żałobną rękawiczkę, wskazała trumnę kamerdynera. — On był dla niej najważniejszy na świecie, wiedzieliście o tym? Ktokolwiek z was w ogóle zauważył, że nie był tylko służącym? Że dla niej był kimś, bez kogo nie potrafiła normalnie funkcjonować? Jak możecie mówić, że tak dobrze ją znaliście, skoro nie wiecie nawet tyle? Nikt z was nie miał w sobie nawet tej odrobiny przyzwoitości, żeby powiedzieć o nim jedno zdanie. Jesteście… Straszni — skończyła, czując, że nie zdoła wydusić nic więcej.
Odeszła od mównicy i ruszyła w kierunku Jamesa, ale zachwiała się na nogach, niemal upadając na trawie. Kiedy zobaczył to Tai, podszedł do niej, chwycił księżniczkę pod ramię i pomógł jej wrócić na miejsce. Do końca ceremonii stał tuż obok niej, dalej użyczając swego ramienia, by mogła się na nim wesprzeć i wypłakać, kiedy trumna ze szczątkami jej przyjaciółki i jej ukochanego powoli zanurzała się w ziemi, kończąc najpiękniejszy rozdział życia Japonki.
Wiedziała, że Lizzy nie chciałaby, żeby w ten sposób przeżywała jej śmierć. Kazałaby jej się uspokoić, wziąć w garść i żyć normalnie, a gdyby zobaczyła ją w tym stanie, byłaby niezmiernie smutna. Ale nie miała siły, by się tym przejmować. Nie potrafiła się oszukiwać, że Elizabeth jest gdzieś tam, w niebie, i patrzy z góry na jej życie, obserwuje, jak dorasta, zmienia się, zakłada rodzinę, a w końcu starzeje i do niej dołącza. Wiedziała, że kiedy hrabianka umarła, Sebastian pożarł jej duszę, a to znaczyło, że zwyczajnie zniknęła. Nie miała prawa dalej żyć, nic już nie mogło jej przywrócić i nawet nadzieja, że spotkają się po śmierci, była niczym więcej jak zwykłą ułudą. Nie wiedziała, czy będzie w stanie sobie z tym poradzić.
~*~
Elizabeth spała strasznie niespokojnie. Przez cały czas się wierciła, pociła i co jakiś czas krzyczała przez sen. Sebastian obawiał się, że mogła mieć gorączkę, jednak ani na ludzkie ani na demoniczne standardy nic na to nie wskazywało. W dalszym ciągu nie był pewien, w jaki sposób powinien ją traktować. Lekarze mówili, że właściwie stała się czymś pośrednim pomiędzy człowiekiem i demonem. Nie wiedzieli jednak, czy jest to postępujący proces, czy jest odwracalny i jakie są jego konsekwencje. Nieznajomość tego typu sytuacji sprawiała, że nastolatka stała się medyczną zagadką, którą Forkas i Araksjel chcieli rozwiązać ze wszystkich sił, jednak ich pobudki nieco  martwiły króla.
Nie liczyło się dla nich samo dobro i zdrowie dziewczyny. Na pierwszym miejscu stanęło pragnienie zrozumienia tego, co działo się z ciałem nowej istoty, dla której nie wymyślili jeszcze nawet roboczego imienia. Kruk liczył na to, że kiedy przebadają krew i dowiedzą się czegoś więcej, będą mogli odpowiedzieć na jego pytania, a on przywoła ich do porządku i wreszcie będzie mógł zmusić do tego, by pomogli jego pani, a nie badali ją jak jakieś dziwaczne wynaturzenie, którym de facto była.
— Sebastian… — Demon usłyszał słaby, znajomy głos.
Spojrzał na Lizz i uśmiechnął się ciepło, delikatnie ujmując jej dłoń.
— Jestem tutaj. Śniło ci się coś złego? Chcesz się napić? Jesteś głodna? — Zaczął wypytywać, nie potrafiąc się powstrzymać.
Świadomość, że mimo tego, co było im pisane, oboje w dalszym ciągu żyli, dostając od opatrzności dodatkowy czas, sprawiał, że król nie chciał tracić ani chwili. Pragnął zrobić z nią wszystko na raz. Zabrać do gorących źródeł, odpowiedzieć na każde jej pytanie, pozwolić dokładnie obejrzeć się w demonicznej formie, która od jej przebudzenia zdawała się nie robić na nastolatce żadnego wrażenia. Był gotów spełnić każdą jej zachciankę, jeśli tylko dałoby mu to pewność, że nie odejdzie w każdej chwili. Nie mógł być jednak pewny, że jej obecny stan nie był jedynie chwilowy, bał się spuścić ją z oka.
— Dużo mówisz, a ja za wolno myślę. Ciszej… — poprosiła rozkojarzona.
Rozejrzała się półprzytomnie po sypialni, a kiedy uświadomiła sobie, gdzie jest, mruknęła pod nosem i przyciągnęła rękę Michaelisa do swoich ust. Spojrzała pytająco w jego oczy, a kiedy delikatnie skinął głową, wgryzła się w jego nadgarstek i po raz kolejny zaczęła sączyć krew.
Sebastian przyglądał się z zafascynowaniem, jak strużki krwi powoli wydostają się kącikami jej ust, spływając po bladej skórze, póki nie ginęły w dekolcie świeżej koszuli nocnej, w którą przebrał dziewczynę, gdy zostali sami. Jej błękitne oczy co jakiś czas błyskały nieśmiało szkarłatem, za każdym razem skutkując coraz silniejszym ssaniem. W końcu działania nastolatki sprawiły, że Amon westchnął cicho z podniecenia, karcąc się za tak nieodpowiednie myśli. Nie mógł jednak ich okiełznać, to była dla niego zupełnie naturalna reakcja, choć nie oznaczała, że planował rzucić się na ukochaną, by spełnić swoje potrzeby. Nie był zwierzęciem, potrafił kontrolować instynkty.
— Jesteś taki smaczny… — mruknęła Lizz, odsuwając się nieco od dłoni Sebastiana.
Oblizała usta, uśmiechnęła się do niego, a potem zamknęła oczy i zaczęła wsłuchiwać się we wszystko wokół. Nieskończoność życia demona, którą miała szanse oglądać, kiedy była w stanie, którego nie umiała określić, sprawiła, że bycie demonem stało jej się niesamowicie bliskie. Instynktownie wiedziała, gdzie powinna ugryźć i jak wsłuchiwać się w otoczenie. Wyczulone zmysły straszliwie dawały jej się we znaki i poskramianie ich nie było nawet w pięciu procentach tak łatwe, jak naturalne było to dla Kruka, jednak sam fakt, iż wiedziała, jak powinna się zachowywać, by osiągnąć cel, pomagał jej choć odrobinę się uspokoić. W innym wypadku oszalałaby od natłoku bodźców, niepewności, stresu i drżenia, które było wtórną reakcją na wszystkie przeżycia.
— Amon — zaczęła, z dumą wymawiając prawdziwe imię ukochanego. — Ładnie brzmi. Ale ja nie o tym… Coś wyrasta mi z pleców. To chyba jakaś krosta albo guz, albo… Sprawdzisz? — poprosiła, niezgrabnie próbując się obrócić.
Chociaż kiedy skupiała się na czymś bardzo mocno, była w stanie komunikować się i całkiem jasno myśleć, to jednak osłabiony organizm utrudniał jej poruszanie się. Kiedy pierwsze emocje nieco opadły i dziewczyna wiedziała już, że naprawdę istnieje, a ten, który siedzi tuż obok niej, jest Sebastianek z krwi i kości, poziom adrenaliny w jej ciele spadł i do głosu doszedł ból i zmęczenie, których nie umiała pokonać.
— Kochanie… — zaczął ostrożnie demon. — To, co wyrasta w twoich pleców, to ogon.
— Co? — zdziwiła się, sięgając ręką za siebie.
Pomacała obolałą, podłużną wypustkę u podstawy pleców i zszokowana przyznała, że to coś, co tam miała, było smukłe i nieco dłuższe niż zapamiętała, gdy była świadoma poprzednio. Przestraszyła się. Ignorując ból, chwyciła wyrostek i z całej siły irracjonalnie próbowała go wyrwać, sycząc przez żeby z bólu. Sebastian chwycił ją za ręce unieruchomił je, każąc dziewczynie się uspokoić i nie szarpać, by nie zrobiła sobie krzywdy. Z siłą, którą posiadła, gdyby tylko nie była tak wycieńczona, z pewnością zdołałaby skutecznie przeprowadzić amatorską amputację.
— Spokojnie. To ogon. Nie denerwuj się. W ciągu kilku tygodni osiągnie maksymalną długość. Będzie unerwiony, jak reszta twoich kończyn, będziesz mogła go używać jak ręki. Nie denerwuj się i nie próbuj go wyrywać, mogłabyś zrobić sobie wielką krzywdę — tłumaczył spokojnie, póki dziewczyna nie przestała stawiać oporu.
Potem puścił ją i pomógł położyć się tak, by nie naciskać na rosnący ogon.
— Jeśli chcesz, pójdę po lek, nasmaruję go i wymasuję, to powinno pomóc na ból.
— Nie… teraz — burknęła niechętnie. — Czy ja... Jestem demonem? — zapytała niezwykle rzeczowo.
Właściwie Amon byłby zdziwiony, gdyby o to nie zapytała. W końcu nie była głupia, jak na człowieka była nawet niezwykle inteligentna, dlatego tym bardziej w jej pytaniu nie było niczego, czego nie mógł się spodziewać. Liczył jednak na to, że kiedy zacznie wypytywać, będzie już w stanie udzielić odpowiedzi, jednak wciąż jego wiedza byłą zbyt ograniczona.
— Nie wiem. Nie zrobili jeszcze wszystkich badań.
— Umarłam. Zabrałeś mi duszę i zmartwychwstałam jako demon? — Nie dawała za wygraną. — To znaczy, że udało nam się oszukać kontrakt?
— Nie, to tak nie działa. Porozmawiamy o tym, kiedy dowiem się czegoś więcej.
— Sebastian! — krzyknęła Lizz, momentalnie kuląc się z bólu.
Zapomniała, że jej własny krzyk będzie równie bolesny dla uszu, co wszystkie inne dźwięki, choć musiała przyznać, że chwilowe ogłuszenie pozwolił przez moment odpocząć od irytującego dźwięku bicia serc, stukotu obcasów i dobiegających z daleka głosów i krzyków, które słyszała przez cały czas, chociaż z uporem maniaka starała się je ignorować.
— Nie chcę cię okłamywać. Dopóki nie poznam diagnozy lekarzy, wiem właściwie tyle samo, co ty. Może nawet mniej. Nie jestem w stanie udzielić odpowiedzi — wyjaśnił pewnie demon, całym sobą okazując, że nie zamierza ustąpić.
Lizzy zrezygnowała. Rzadko dawała za wygraną, ale nie czuła się jeszcze na siłach, by dyskutować z Amonem. Wciąż czuła się nieco niepewnie, była zmęczona, spłoszona i nie umiała odnaleźć się w sytuacji. Wszystko, co robiła, było wynikiem spontanicznych reakcji, które starała się okiełznywać z niewystarczająco zadowalającym skutkiem. Potrzebowała czasu. Czasu, odpoczynku i poczucia bezpieczeństwa.
— Chodź — westchnęła, ciągnąc demona na łóżko.
Kiedy usiadł na materacu obok niej, dźwignęła się ostatkami sił i wtuliła w niego, układając głowę na jednym z kolan demona.
— Czy kiedyś będzie cicho? Oczy i uszy strasznie mnie bolą. A każdy twój dotyk jest taki… ekscytujący. To minie, prawda? — zapytała pełna nadziei, zamykając oczy i zatykając dłońmi uszy, by nieco sobie ulżyć.
— Obawiam się, że nie. To nigdy nie mija. Po postu z czasem uczysz się to ignorować. Obiecuję, że przywykniesz. Znam cię, wiem, że dasz sobie radę — zapewnił Sebastian, delikatnie głaszcząc ją po głowie.
Nie odpowiedziała. On zresztą też już nic nie dodał. Nastolatka potrzebowała snu, a król demonów odpowiedzi i pewności, że będzie mógł zostawić ją na chwilę z kimś zaufanym, by wypełnić obowiązek wobec królestwa. Wiedział, że najbliższe dry, a nawet składające się z nich mandry będą niezwykle ciężkie i ogromnym wyzwaniem będzie dla niego pogodzenie życia prywatnego z obowiązkami władcy, ale musiał podołać, by zapewnić hrabiance bezpieczeństwo.
~*~
Anasi siedział w swoim gabinecie, od kilkunastu ostatnich cykli poświęcając się ciągłej, nieprzerwanej pracy. Zabezpieczył drzwi zaklęciem i wygłuszył je tak, by nie docierały do niego żadne bodźce z zewnątrz. Dzięki temu, pogrążając się w spisywaniu szczegółowego sprawozdania z wystąpienia króla, udało mu się wyciszyć i odciąć od emocjonalnej sfery życia, ponownie osiągając idealną harmonię i równowagę wewnętrzną. Wiedział, że przebywanie blisko króla i jego exczłowieka nie wpływało na niego pozytywnie, jednak mimo to nie zamierzał zrezygnować. Cała sprawa zbytnio go fascynowała. Zorientował się nawet, że ostatnie zapiski, wbrew temu do czego przywykł, w większości skupiały się na sprawach związanych z Krukiem, jedynie zdawkowo napomykając o mnóstwie innych sytuacji, które z perspektywy kogoś innego mogłyby mieć równie wielkie znaczenie, co zmartwychwstanie władcy w jego oczach.
Dlatego też starał się nadrobić braki i powrócić do dawnej świetności. Starsze wpisy uzupełniał o erraty wielkości kilkudziesięciu stronicowych broszur, w których dopowiadał o wszystkim, co pominął wcześniej. Każdy wyraz twarzy każdego z poddanych, zmniejszony ruch na rynku w trakcie przemowy, reakcje zwierząt, warunki pogodowe – wszystko, co miało tak ogromną wartość, a co w chwili uniesienia wydawało mu się całkowicie zbędne, zasługiwało na to, by odnaleźć swoje miejsce w kolejnym tomie piekielnej kroniki.
Niestety pracę pajęczego władcy przerwało pukanie do drzwi. Zorientował się, widząc delikatnie drżącą, poluzowaną klamkę, która jako jedyna zdradzała ingerencję kogoś z zewnątrz. Informator był już zmęczony ciągłymi wizytami. Zaczynał tęsknić za czasami, kiedy przesiadywał w swej samotni mandrami i nikomu nawet nie przeszło przez myśl, by mu przeszkadzać. Jednak sytuacja się zmieniła, a najgorsze było to, że kronikarz czuł powinność reagowania na wszelkie zawołania – w każdej chwili bowiem mógł być potrzebny królowi, a wobec niego czuł ponadprzeciętne oddanie, którego nie potrafił do końca pojąć.
Demon zdjął zaklęcie i niechętnie zaprosił gościa do środka. Przez drzwi wszedł do pomieszczenia zdenerwowany Loki. Widząc go, Anasi skrzywił się jeszcze bardziej, nie widząc powodu, by marnować czas na niepokornego generała.
— W czym mogę pomóc, generale? — zapytał ironicznie, wskazując blondynowi fotel po drugiej stronie sekretarzyka.
— Dziękuję. — Loki zajął miejsce i nerwowo powiódł wzrokiem po wnętrzu.
W gabinecie Anasiego zdarzyło mu się być zaledwie kilka razy, a w porównaniu do całej reszty piekielnej rasy i tak mógł poszczycić się jednym z najwyższych osiągnięć na tym polu. Pracownia informatora była jednym z tych miejsc, których nie zwykło się odwiedzać. Nie dość, że właściciel stronił od towarzystwa, to sama okolica ulokowania pomieszczenia, a także jego wnętrze, nie napawały żadnymi pozytywnymi cechami nawet jak na standardy brutalnego, pełnego śmierci piekła.
— Nie wiem, czy będę w stanie dalej pełnić swoją funkcję. Chciałem skonsultować to z tobą, zanim powiem o tym królowi. Dosyć narobiłem mu problemów ostatnim razem — wyjaśnił zdenerwowany żołnierz.
— Chodzi o Enepsignos?
Loki pokiwał twierdząco głową.
— Jesteś demonem. Nie możesz pozwolić na to, żeby uczucia do drugiego demona stanęły nad obowiązkami. Zostałem dowódcą nie bez powodu. Jeśli zrezygnujesz, prawdopodobnie każą cię zabić — wyjaśnił obojętnie Anasi, w międzyczasie notując coś na jednej z luźnych kartek walających się po blacie.
Nie takiej reakcji spodziewał się Loki. Właściwie nie wiedział, czego oczekiwał, ale wydawało mu się, że informator wykaże chociaż odrobinę zainteresowania. Tymczasem ten przyjął jego wiadomość tak, jakby nie znaczyła absolutnie nic, a odpowiedź, chociaż niezwykle rzeczowa i sensowna, brzmiała tak lakonicznie, jakby mówili o czymś zupełnie nieistotnym.
— Nie potrafię. Cały czas go obwiniam. Jeśli mnie zabiją, przynajmniej to wszystko się skończy. Nie mam nic przeciwko.
Anasi odłożył pióro i zerknął na Lokiego. Westchnął pod nosem, a potem powiódł wzrokiem po świeżo nakreślonych literach.
— Więc idź powiedzieć o tym Amonowi i nie zawracaj mi głowy. Zacznę szukać kogoś na twoje miejsce, kiedy tu skończę — odpowiedział i machnął nonszalancko ręką, tym samym wypraszając demona w potrzebie za drzwi.
Generał nie zamierzał się stawiać. Zrozumiał, że Anasi był ostatnią osobą, która mogłaby mu pomóc. Nie był pewien, czemu poszedł akurat do niego. Od śmierci Enepsignos wątpił w każdą swoją decyzję, nawet tak prozaiczną jak wybór krwi do zaspokojenia swego pragnienia.
Powoli ruszył korytarzem, okrężną drogą kierując się pod drzwi Kruka. Kiedy jednak tam dotarł, okazało się, że nie był jedynym, który miał sprawę do władcy. U progu wpadł na Samarela — jednego ze swych podwładnych, którego Amon wyznaczył do ochrony swojej ukochanej podczas bitwy. Młody żołnierz wydawał się równie zestresowany co generał. Skłonił się przed nim i przepuścił go, stwierdzając, że wróci później, jednak Loki chwycił go za ramię i kazał wyjaśnić, w jakiej sprawie przyszedł.
— Chciałem dowiedzieć się, jak czuje się ta jego… Człowiek króla, panie generale.
Zdziwiony dowódca uniósł lewą brew i spojrzał podejrzliwie na podwładnego.
— Po co?
— Miałem nadzieję…
— Że król mianuje cię do jej ochrony i awansujesz. Sprytnie, młody, sprytnie — dokończył za Samarela i rozbawiony poklepał go po plecach. — Idź, przyszedłem towarzysko, to może poczekać. Powodzenia — dodał i pospiesznie zniknął za rokiem korytarza.
Oparł się plecami o ściągnę, tonąc w ciemnej mgle i odpychając niedbale jednego ze snujących się w ciemności niższych, który niósł kosz z owocami do królewskiej kuchni. Powoli osunął się na podłogę i zasłonił dłońmi twarz. Czuł się zagubiony. Brak Enepsignos odczuwał niemal na każdym kroku. Nie wiedział nawet, że była dla niego taka ważna. Nie miał pojęcia, dopóki jej nie stracił, a kiedy już tak się stało i uświadomił sobie, ile naprawdę dla niego znaczyła, nic już nie mógł z tym zrobić. Samarel właściwie uchronił go przed samobójstwem. Wydawało mu się, że to jedyne wyjście, lecz kiedy na moment wróciła mu jasność umysłu, zdał sobie sprawę, że każde rozwiązanie było lepsze od tchórzliwej ucieczki w niepamięć.

========================

PRIMA APRILIS!!! xDDDD
Nie kończę Róży, spokojnie :*. 
Ale nie miałam pomysłu na inny dowcip tego dnia, więc wyszło tak. Mam nadzieję, że nikt nie dostał zawału ze strachu albo z radości :P. Loffcie <3.

PS Nie mówcie innym, niech też to przeżyją :P.


.