sobota, 12 sierpnia 2017

Tom V, XXVI

Dzisiejszy rozdział jest nieco krótszy, bo... Zapomniałam, że mam mało zapasu i nic nie dopisałam. W ogóle zapomniałam, że był piątek i trzeba ogarniać rozdział i cały dzień walczyłam z wykresami do magisterki, trzeba tę pracę w końcu napisać. Także musicie wybaczyć, no ale nie bardzo mogę na to poradzić. Poza tym, że powinnam wziąć się ostro za pisanie, bo nigdy tego tomu nie skończę xDDDD.

Miłego! :*

============================

Chwycił ukochaną pod rękę i poprowadził na taras, z którego do ich uszu dotarły gromkie krzyki i oklaski, gdy tylko ktoś w tłumie krzyknął, że król wreszcie zaszczycił ich swoją obecnością. Trybuny zaczęły wiwatować, mężczyźni gwizdali, wyrzucali w powietrze broń, kobiety piszczały na widok nowego władcy a dzieci krzyczały i podskakiwały, chcąc zobaczyć tego, który nimi rządził, obawiając się, że to może być ich jedyna okazja, by dostąpić takiego zaszczytu.
Zszokowana Lizz przyglądała się zachowaniu demonów, nie rozumiejąc do końca, co się działo. Z jednej strony miała świadomość tego, że jej ukochany był władcą piekła – kimś, kto był dla nich najwyższą instancją, opiekunem, któremu zawierzali swój los i życie, jednak dla niej Sebastian był przede wszystkim Sebastianem – demonem obdarzonym uczuciami, w którym widziała swoje wybawienie, ucieczkę od pełnego mroku i bólu świata, w którym żyła, póki ścieżki ich losu nie splotły się w jeden, na zawsze zacieśniając się dzięki najpiękniejszemu uczuciu na świecie.
Kiedy minął pierwszy szok, nastolatka odważyła się zrobić kilka kroków do przodu, zostając już tylko odrobinę za demonem. Nie chciała się z nim równać w obawie o reakcję poddanych – nie miała pojęcia o panujących w piekle zasadach, jeśli któryś z demonów uznałby, że znieważa Kruka, stając z nim ramię w ramię w chwili jego chwały, przysporzyła by mu jedynie problemów, dlatego zapobiegawczo wolała zachować bezpieczny odstęp.
Amon jednak nie zamierzał trzymać swojego skarbu z daleka od oczu rządnych wrażeń gapiów. Chwycił dziewczynę za rękę i po krótkiej przemowie powitalnej, odsunął się i lekko wypchnął Elizabeth naprzód.
— Sebastian! — pisnęła nerwowo, intuicyjnie owijając ogon wokół jego ręki tak mocno, że aż zaczął ją boleć.
— Nie bój się, wszystko jest w porządku — szepnął Kruk, po czym wskoczył na balustradę i wskazawszy nastolatkę dłonią, oświadczył radośnie: — Przywitajcie gorąco moją towarzyszkę, Elizabeth Roseblack. Demonicę ludzkiego pochodzenia, o której pewnie zdążyliście już słyszeć. Teraz macie okazję ją zobaczyć, bądźcie mili. To moja przyszłość — krzyczał zadowolony, wyraźnie dobrze się bawiąc, co dziewczyna bez trudu oceniła po jego głosie i sposobie poruszania się.
W przeciwieństwie do niego, Lizz czuła się przerażona, skrępowana i niepewna. Całe życie wychowywała się w szlacheckim domu, doskonale znała wszystkie zasady dobrego wychowania, które niejednokrotnie z premedytacją łamała, ale nikt nigdy nie uczył jej, jak powinna zachowywać się wśród demonów, a ten, który winien jej to wyjaśnić, czerpał ogromną przyjemność z oglądania jej zakłopotania.
— Eee… Witajcie, poddani Se… Amona! Jestem Lizz i jestem demonem, chociaż kiedyś byłam człowiekiem, dlatego nie wiem nawet, jak się zachować — wyznała przed zebranymi, uznając, że lepiej wyprzedzać fakty.
Na trybunach zapanowała cisza, która sprawił, że serce dziewczyny przyspieszyło tak, iż z trudem dawała radę chwytać powietrze w płuca. Rozejrzała się nerwowo, a potem wbiła wzrok w tył głowy Michaelisa, na próżno szukając w nim oparcia.
— No wiecie co? — mruknął król, dla odmiany siadając na murku z nogami zwieszonymi w stronę areny. — Król przedstawia wam swoją wybrankę, a wy nawet jej nie przyklaśniecie. A ja zorganizowałem wam takie bezpieczne igrzyska. Może powinienem zmienić zdanie? — zastanawiał się na głos, wzbudzając falę szumów niepewności pomiędzy rzędami kamiennych ław trybun. — Jak myślisz, Anasi? Może walka o życie czegoś ich nauczy?
— Nie! — wyrwała się nagle Elizabeth, ponownie skupiając na sobie uwagę wszystkich zebranych. — Nie każ ich za to, że boją się tego, czego nie znają… To zupełnie naturalne przecież, też bym się pewnie czuła w ten sposób. Nie muszą mnie akceptować, najważniejsze, żeby akceptowali ciebie… — powiedziała i odwróciwszy się, osowiała ruszyła w stronę drzwi.
Nie miała ochoty dalej stać na tarasie, by wszyscy mogli podziwiać ją niczym eksponat w muzeum dziwów. Czuła się kompletnie pozbawiona szacunku, człowieczeństwa (a raczej demonieństwa, choć z racji fonetycznego zgrzytu nie używała tej formy), autonomii. Jakby była jedynie dodatkiem do nowego króla, na dodatek takim, którego wszyscy woleliby się pozbyć.
Jednak nim doszła do drzwi, arena rozbrzmiała głośnymi wiwatami, a pomiędzy kakofonią kolejnych dźwięków nastolatce udało się usłyszeć swoje imię. Sebastian chwycił ją za rękę i odwrócił w stronę widowni. Stanąwszy za nią, prowadził ukochaną za ramiona do samej balustrady, zmagając się z niechęcią i niedowierzaniem, które ciało manifestowało stawiając opór względem każdego ruchu demona.
— Teraz musisz im pomachać. I uśmiechnij się, widzisz? Polubili cię. Trzeba było małego podstępu, ale to proste demony, daj im szansę — szepnął Michaelis, by zostawić dziewczynę sam na sam z tłumem, który spojrzał na nią nieco przychylniej, odkąd stanęła w ich obronie.
Lizzy miała w końcu okazję, by się pokazać, dać się poznać jako istota żywa, myśląca – nie jako potencjalne niebezpieczeństwo, tykająca bomba, którą wszyscy woleli omijać z daleka. Po kilki pierwszych minutach, które wydawały jej się wiecznością i pasmem towarzyskich niepowodzeń, w końcu znalazła wspólny język z demonami, żartując i opowiadając o swoich początkach w demonicznym świecie. W końcu jednak jej czas dobiegł końca. Sebastian przeprosił zebranych i obiecał, że każdy chętny będzie mógł porozmawiać z jego ukochaną następnego dnia przed rozpoczęciem walk. Zapowiedział również, że wieczorem – tuż przed pokazem pirotechnicznym w wykonaniu najlepszych władców ognia w królestwie, będzie miał do ogłoszenia ważną nowinę. Musiał mieć pewność, że będzie go słuchało odpowiednio dużo demonów, by wieść, którą zamierzał przekazać, rozeszła się pośród wszystkich poddanych z prędkością zbliżoną do świetlnej.
Po uroczystym otwarciu król wraz ze swoją towarzyszką zajęli miejsca w swojej loży, skąd mieli oglądać krwawe widowisko. Służący co chwilę przynosili im krew, duszne i różnego rodzaju afrodyzjaki – w tym również narkotyki, których Michaelis kazał się dziewczynie wystrzegać, wiedząc, że nie wprawiona w spożywaniu tego typu substancji zbyt szybko straciłaby świadomość, a chciał, by wieczorem była w pełni sił, by móc cieszyć się niespodzianką, którą dla niej zaplanował.
Dziewczyna zaś siedziała nieco spięta w fotelu, cały czas nerwowo zerkając na krążące wokół niej demony. Z areny dobiegały nieprzyjemne dźwięki obijanych ostrzy, tłumione jęki bólu i okrzyki dodające motywacji, zaś trybuny wrzały nieustannie, skandując imię tego, kto akurat wygrywał. Dla obserwatorów nie miało znaczenia, kto będzie zwycięzcą, liczyła się jedynie dobra zabawa i doskonałe widowisko, które mieli zapewnić walczący. Hrabianka nie do końca pojmowała, dlaczego taka prostacka forma rozrywki do tego stopnia fascynuje demony, jeszcze bardziej nie rozumiała, czemu dostrzegała błysk ekscytacji w oczach Amona – zawsze sądziła, że bezpodstawne przelewanie krwi nie było dla niego niczym przyjemnym, a jednak ciągle dowiadywała się czegoś nowego. Może był lepszym kłamcą, niż mi się wydawało? – zastanawiała się, wspominając grymasy zniechęcenia, ilekroć Sebastian widział ludzkie, pozbawione sensu bijatyki. A jednak tutaj, gdy na arenie walczyły demony, zdawało mu się to nie przeszkadzać. Nie miała jednak odwagi spytać o powód, czuła się zbyt niepewnie w otoczeniu nieznajomych istot, które przechodziły tuż obok niej, a jednak cały czas dawały wyraźnie odczuć dystans, jaki tworzą pomiędzy wybranką króla a sobą – jakby mimo wszystko się jej obawiali.
— Wygrywa zielony! — krzyknął nagle Kruk, zrywając się z siedzenia.
Lizz przeniosła wzrok na arenę i dostrzegłszy demona trzymającego miecz przy grdyce przeciwnika, zacisnęła palce na dłoni ukochanego.
— Mieli się nie zabijać… — pisnęła cicho, szukając w demonie zrozumienia.
Ten jedynie pokiwał znacząco głową. W jego dłoni pojawiła się nieduża strzałka z przyczepioną karteczką o fioletowej barwie, którą rzucił, wbijając w dłoń trzymającą miecz.
— Koniec pojedynku, przechodzisz dalej. Pomóż mu zejść z areny — zarządził, a kiedy demon spojrzał na niego z ogromnym zdziwieniem i niedowierzaniem, srogi wyraz twarzy, którzy pojawił się na obliczu Michaelisa, momentalnie doprowadził go do porządku, zmuszając walczącego, by wykonał polecenie. — Krnąbrne dzieci… — westchnął król, z powrotem siadając w fotelu.
— Przecież było mówione, że nie można zabijać, dlaczego musiałeś mu to powtarzać? — zapytała zdenerwowana nastolatka.
— Było powiedziane, że nie TRZEBA zabijać. Można, jeśli obie strony nie mają nic przeciwko. Ten nie miał — wytłumaczył spokojnie.
— Więc czemu…?
Pytanie nie wymagało odpowiedzi. Jeden sugestywny uśmiech Amona wyjaśnił Elizabeth wszystko. To ona była powodem podjęcia przez niego takiej decyzji. Nie chciała patrzeć na bezsensowną przemoc, a jej ukochany wolał zapewnić jej komfort, niż spełniać zachcianki rozwrzeszczanego tłumu. Zaimponował jej tym wyrazem odwagi – wszak w jego sytuacji powinien przede wszystkim zadbać o poparcie poddanych, a jednak postawił ją ponad nimi, jednoznacznie sugerując, ile dla niego znaczyła.
Trybuny nieco ucichły, podczas gdy grupa demonów wyszła na pole walki, by uprzątnąć je przed kolejnym pojedynkiem. Zwinne ruchy pracowników były tym, co Lizz obserwowała ze zdecydowanie większym zadowoleniem niż bezsensowną bijatykę. Podobało jej się, jak pewnie, zręcznie i bezbłędnie wykonywali każdą, nawet najdrobniejszą, czynność, doprowadzając arenę do porządku w przeciągu zaledwie kilku minut. Jednak nikt oprócz niej zdawał się nie podzielać tego zachwytu, jakby pozostali nawet nie zauważyli, że po piaszczystym podłożu sunie kilka odzianych w ciemny granat postaci, pozostawiając po sobie idealny porządek. Pod koniec dziewczynie wydawało się nawet, że wszyscy – z jej ukochanym włącznie – czują się już znudzeni oczekiwaniem, jakby wymagali od sprzątających, że uwiną się dwa razy krótszym czasie.
Na arenę weszli kolejni zawodnicy. Jeden z nich barczysty, dobrze zbudowany, mierzący prawie sześć stóp, o ogonie potężnym, zakończonym ostrym grotem wyposażonym w ostrze lśniące w przytłumionym blasku piekielnego słońca. Drugi był jego zupełnym przeciwieństwem: drobny, niski, za to jego pewność siebie aż biła po oczach. Sebastian wydawał się podekscytowany zbliżającym się pojedynkiem, a widząc jego entuzjazm, Lizz przysunęła się nieco do balustrady, by też dobrze przyjrzeć się walce. Z jakiegoś powodu ta wydawała się znacznie ciekawsza od kilku pozostałych.
I tak też było. Drobny demon nie należał do najsilniejszych, jego ataki ledwie dawały radę zadrasnąć przeciwnika, jednak doskonale nadrabiał zwinnością i prędkością. Nim przeciwnik zdołał odrąbać mu rękę ogonem, ten porozcinał mu kilka znaczących mięśni, sprawiając, że stał się niemal całkowicie bezużyteczny i tylko jedyny ogon dalej pozwalał mu zachować obronną pozycję, w której stanął zawczasu. Ostatecznie starcie zakończyło się zwycięstwem młodego, który tuż przed ogłoszeniem wygranej zerknął w stronę królewskiej loży i zamachnąwszy się, by śmiertelnie zranić przeciwnika, zatrzymał grot niewielkiego ostrza tuż nad skórą przeciwnika. Następnie wypuścił ostrze z dłoni, odsunął się i pomachał zebranym na trybunach gapiom, na koniec zerkając prosto w oczy spłoszonej Elizabeth.
— Chyba mu się spodobałaś — zażartował Sebastian, obejmując ukochaną ramieniem.
— Jestem zajęta…
— Nie w taki sposób. Wiesz, że kilku zwycięzców będzie miało szansę zostać na zamku, prawda? Damy im pracę, miejsce do spania, zapewnimy rodzinie byt. Sądzę, że chciałby zająć miejsce Samarela, pewnie jeszcze o nim nie wie.
— Jako mój ochroniarz? Ale dlaczego? Przecież nawet mnie nie zna, jak mógłby tego chcieć. Bo jestem dziwadłem? O to mu chodzi, żeby miał, o czym opowiadać? — pytała Lizz, z każdą chwilą coraz bardziej się denerwując.
— Uspokój się— odpowiedział Kruk tonem tak poważnym i suchym, że dziewczyna momentalnie zamilkła; mówił do niej w taki sposób tylko, gdy zrobiła coś naprawdę złego. — Nie wierzę, że muszę ci to tłumaczyć, ale: jeśli chcesz, by nie mieli do ciebie uprzedzeń, sama również musisz traktować ich w ten sposób. Więcej wiary. Ten ma dobre intencje, przypatrz się.
Nastolatka pokiwała głową i bez słowa przeniosła wzrok na młodego demona. Spokojnie przyjrzała się jego posturze, gestykulacji, mimice i doszła do wniosku, że Michaelis miał rację. Jego intencje wydawały się szczerze, chociaż nie mogła być pewna, wszak twarz demona pokryta była cienką łuską, spod której ciężej było dostrzec ruchy mięśni i układ zmarszczek mimicznych.
— Masz rację. Jestem głupia i uprzedzona. Przepraszam — odpowiedziała skruszona fioletowowłosa, kuląc się w fotelu.
Zrozumiała swój błąd, przyznała się do winy i miała sobie za złe, że zachowała się w tak prostacki sposób. Dotąd nie spojrzała na sprawę od drugiej strony, za bardzo skupiła się na sobie, straciła obiektywizm, a to właśnie dzięki niemu tak długo dawała sobie radę w ludzkim życiu… Była hipokrytką i strasznie ciążyło jej to na sumieniu.
— No już, nie zadręczaj się. Nie słyszał, a ja ci wybaczam. Chciałem jedynie, żebyś zwróciła na to uwagę. Najwyższa pora przestać myśleć tylko o sobie, prawda?
— Wiem, to było głupie. Wszystko przez to, że… Czuję się obco. Reaguję obronnie na atak, który nawet nie nastąpił — prychnęła, śmiejąc się z siebie gorzko. — Żałosne, prawda?
— Ludzkie, kochanie. A teraz się rozchmurz. Spójrz, on czeka, aż go pochwalisz. Uczynisz mu ten zaszczyt?
— Co? Naprawdę? Jasne!
Lizz momentalnie zerwała się z fotela, potykając się o suknię i tylko dzięki wyćwiczonej przez lata zwinności dając radę nie wypaść na arenę przez kamienną balustradę. Wskoczyła na nią i pomachała wojownikowi, po czym nabrała powietrza w płuca i powiedziała głośno i wyraźnie:
— Dobra robota, wojowniku. Liczę na to, że wygrasz.
Miała nadzieję, że uda jej się wyartykułować coś z większym sensem, co zabrzmiałoby podniośle niczym każde słowo Sebastiana skierowane do tłumów poddanych, jednak stres i brak pewności siebie sprawił, że udało jej się wyrzucić z siebie jedynie dwa krótkie zdania. Na szczęście wojownikowi w pełni wystarczyły, trybuny zawrzały i wyglądało na to, że nie słowa miały znaczenie, a przekaz, jaki ze sobą niosły – co dla dziewczyny przyzwyczajonej do słownych gier, setek podtekstów i poruszania się po językowym polu minowym było zwyczajnie niepojęte, jednak niesamowicie satysfakcjonujące.
Po tym, jak jeden ze śmiałków zdobył sympatię wybranki króla, zapanował względny spokój. Walki toczyły się dalej, ale w nowej grupie nie było nikogo, kto zdobyłby szczególną sympatię gapiów, a i sam poziom rozgrywek nie był zbyt wygórowany. Dlatego też Lizz spędzała czas, wypytując Sebastiana o wszystko, o co tylko mogła. O sposób działania różnych rzeczy, architekturę, wyjaśnienie zachowań konkretnych demonów. Wszystko wzbudzało w niej ciekawość, a otwartość, z jaką Michaelis odpowiadał, motywowała nastolatkę do zadawania kolejnych pytań.
 Wiele było rzeczy w piekle, których ciągle nie znała. Począwszy od czegoś tak elementarnego, jak kierunek ruchu ulicznego, kończąc na rzeczach znacznie bardziej skomplikowanych, które na razie nie miały się jej do niczego przydawać, jak: rozliczanie podatków, działanie systemu kanalizacyjnego i tym podobne. Dlatego pytała, nie krępując się już obecnością pozostałych demonów w loży.


piątek, 4 sierpnia 2017

Tom V, XXV

W tym tygodniu udało mi się stworzyć aż 10 stron zapasu! Okazało się też, że mam wolne od praktyk, więc czekają mnie dwa tygodnie wolnego. Jeśli pogoda trochę odpuści i nie będę się topić 24/7, to może stworzę jeszcze trochę zapasu <3. Zobaczymy, mam nadzieję. 
A tymczasem bez zbędnego dziamgotania zapraszam na kolejny rozdział! :D

Miłego! :*

===============================

I tak, jak demon robił to tysiące, jeśli nie miliony, razy, tak i tym razem w pełnym skupieniu i niezwykle profesjonalnie wykąpał Elizabeth, ubrał ją i uczesał własnoręcznie, czerpiąc ogromną przyjemność z tego prostego gestu.
— Z czego się śmiejesz, demonie? — zapytała zarumieniona, zerkając w odbicie zadowolonego mężczyzny w lustrze oprawionym złotymi motywami cierni.
— Nie śmieję się, Elizabeth, uśmiecham się. Jest tak, jak za starych, dobrych czasów, nieprawdaż?
Nastolatka spojrzała na niego zdziwiona, by momentalnie zaczerwienić się jeszcze bardziej. Energicznie spuszczając głowę, szarpnęła szczotkę, którą Michaelis rozczesywał jej wrzosowe pasma, zadając sobie ból, który wyraziła w postaci krótkiego syknięcia.
— Masz rację. Jak za starych czasów. Ale czy naprawdę uważasz, że one były takie dobre? Ja zdecydowanie bardziej wolę te obecne. Bo jestem wolna, ty jesteś wolny i…
— I? — Zaciekawiony demon ciągnął ją za język, nachylając się nieco, by wyszeptać pytanie wprost do jej ucha.
— I możemy być razem na zawsze, Sebastian. Przestań wszystko tak ze mnie wyciągać, to krępujące!
— Jeszcze nie wiesz, Lizzy, że lubię patrzeć, jak się złościsz? Sądziłem, że po tylu latach już zdążyłaś przywyknąć. Nie ma nic piękniejszego niż dodająca cerze kolorów, czysta furia.
— Czyli że lubisz, gdy jestem wściekła? A co ty, masochista? — burknęła skrępowana.
Na złość demonowi postanowiła się nie denerwować. Wzięła kilka głębszych oddechów, a potem obróciła się przodem do niego i posłała mu zadziorne spojrzenie, które momentalnie wywołało w demonie salwę szczerego śmiechu.
— Przestań już! No, Sebastian! Przestań! Rozkazuję ci! — krzyczała, uderzając go ogonem po ramieniu, póki nie chwycił niesfornej kończyny i nie szarpnął, przyciągając do siebie nie tylko wypustkę, ale również ruchome krzesło, na którym siedziała nastolatka.
Chwycił ją w ramiona, przez chwilę przyglądając się jeszcze, jak wyraziste rumieńce niemal promieniują, ozdabiając jej twarz, nadając jej mnóstwa uroku. W końcu pocałował ją, uciszając tyradę wyzwisk i rozkazów, które momentalnie przerodziły się w rozkoszne mruknięcie przyjemności.
Lizz jednak nie pozwoliła Sebastianowi pogrywać ze sobą tak, jak mu się podobało. Odepchnęła go od siebie, odchrząknęła, podniosła się i obejrzała się w lustrze. Musiała się upewnić, że wygląda idealnie. W końcu pierwszy raz miała zostać pokazana publicznie. W piekle nie pełniła żadnej wysokiej funkcji, daleko było jej do poważanego autorytetu z jakiejkolwiek dziedziny. Funkcjonowała raczej jako ozdoba swojego wybranka. Dziwiła się sama sobie, że ani trochę nie przeszkadzało jej to ewidentne uprzedmiotowienie. Uznała nawet, że jako ozdoba króla musi się wyjątkowo postarać, by na otwarciu piekielnego wydarzenia zaprezentować się na tyle dobrze, by nikt nie śmiał kpić z tego, któremu oddała serce. Była szczupła, miała długie włosy i nauczyła się chodzić na szpilkach – zdaniem Michaelisa to w zupełności wystarczało, ale nie zamierzała ufać mu bezgranicznie, wolała jeszcze się sobie poprzypatrywać, by umieć absolutną pewność, że nie skompromituje Amona już w pierwszej minucie.
— Dobra, wyglądam w porządku. Chodźmy do sali tronowej! Chcę zobaczyć, a zaraz zaczyna się to całe widowisko!
— Spokojnie, wcale nie tak zaraz.
— Jak to nie? Tylko półtora cyklu, Sebastian! A mi tu czas leci tak szybko! Chodź! — przekonywała go dalej, ciągnąc za rozszerzany przy nadgarstku rękaw jego karminowej szaty ozdabianej czarno-złotymi aplikacjami w xerfickim.
Nastolatka miała na sobie podobny strój – pasujący kolorem, choć o ton jaśniejszy, ozdabiany tymi samymi znakami, których znaczenia Elizabeth nie potrafiła rozszyfrować mimo tego, że nauczyła się alfabetu. Michaelis wytłumaczył jej, że to starodawna odmiana i znają ją tylko wykształcone demony mieszkające na zamku, których jednym z zadań było dbanie o to, by dorobek piekielnej kultury od samego początku jej istnienia nie zaginął bezpowrotnie. Nie zmieniało to faktu, że Lizz była niesamowicie niezadowolona, że nie może zrozumieć treści, które nosiła na swoim ciele, jednak demon zapewnił ją, że w swoim czasie wszystko stanie się jasne. W tym wypadku nie miała innego wyjścia, jak zaufać mu na słowo i na bliżej nieokreślonych czas zaniechać usilnych prób rozszyfrowania pisma.
Zgodnie z obietnicą, Sebastian zabrał dziewczynę pod drzwi sali tronowej. Rozejrzał się uważnie, a potem zerknął do środka, by upewnić się, że nikogo tam nie było. Dopiero wtedy otworzył jedno z ciemnych, zdobionych skrzydeł, odkrywając przed ukochaną kolejną tajemnicę, którą tak bardzo chciała zgłębić.
Nastolatka bez chwili zwłoki pewnym krokiem weszła do środka. Po chwili jednak dźwięk stukotu szpilek ucichł, wyparło go głębokie westchnienie pełne zachwytu. Lizz wpatrywała się we wszystko, chłonąc wzrokiem piękno i niezwykłość wystroju. Wiele razy wyobrażała sobie, jak mogło wyglądać miejsce, w którym jej demon spędza tyle czasu, jednak nawet bogata wyobraźnia wydawała niczym w porównaniu z majestatem pomieszczenia.
Wszystkie ściany spowite były ciemną mgłą – ścieżką dla niższych, których nie zabrakło nawet tu, w miejscu, gdzie, wydawać by się mogło, powinny wchodzić jedynie demony o wysokiej pozycji. Jednak pracownicze ścieżki docierały dosłownie wszędzie. W przeciwieństwie do tych na korytarzu, w sali tronowej nie wydobywały się z nich nawet szepty – wyglądało na to, że były puste. To pierwszy raz, kiedy Lizz mogła bez strachu o to, że komuś przeszkodzi lub zwróci na siebie niepotrzebną uwagę, wejść do środka i dobrze się rozejrzeć. Opustoszałe korytarze wyglądały jednak nieco przerażająco, kojarzyły jej się z chwilami spędzonymi w zawieszeniu, kiedy oglądała nagranie życia Michaelisa, myśląc, że umarła.
Kiedy wyszła ze strefy pracowników, podbiegła do tronu. Masywne, onyksowe siedzisko obite purpurowym, miękkim materiałem dodatkowo zdobione złoceniami robiło na niej ogromne wrażenie. Podłokietniki i nogi tronu wysadzane były rubinami, zaś nad oparciem, na samym środku siedzenia, czarna korona w złotej obwódce dumnie prezentowała na swym obliczu czarny opal, którego kolory imitowały wrażenie, jakoby wewnątrz kamienia płonął ogień.
— Czemu wcześniej mnie tu nie zabrałeś. Ten tron to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek widziałam — powiedziała zachwycona, ledwo zbierając odpowiednią ilość powietrza.
Zachwyt zapierał dech w jej piersiach za każdym razem, gdy błękitne oczy odkrywały kolejny element pomieszczenia przepełnionego cudami nie z tego świata. Lizz nie odważyła się usiąść na tronie, chociaż bardzo tego chciała. Pogładziła zaledwie siedzenie ręką, a potem podbiegła do stołu obrad. Kunszt jego wykonania niczym nie odstawał od doskonałej konstrukcji fkrólewskiego siedzenia. Długi, zdobiony, kamienny, a na jego blacie było można dostrzec co jakiś czas zmieniające kształt litery – znów starodawny xerficki – które zdawały się w ten sposób opowiadać niedostępną dla dziewczyny historię.
— Gdybym mógł, zabrałbym cię tu wcześniej. Musisz zrozumieć, że piekło rządzi się innymi prawami. To, że od teraz je ustalam, nie daje mi prawa, by je łamać — wyjaśnił, podchodząc do ukochanej.
Chwycił ją za rękę i przyciągnąwszy do siebie, podniósł i zaniósł na tron, by usiadła na jego kolanach. Od razu zauważył, że tego chciała, trudno było nie dostrzec, jak lekko drżała, walcząc sama ze sobą, by tego nie zrobić.
— Na pewno mogę tu siedzieć? Nie zabiją mnie za to?
— Przecież nie siedzisz na tronie, tylko na kolanach króla, prawda? Nic ci nie grozi — wyjaśnił, całując ją w policzek.
Dziewczyna zaczerwieniła się lekko i uciekła wzrokiem, by dalej badać i oceniać piękno pomieszczenia.
— Z tej perspektywy widok jest jeszcze lepszy, nic dziwnego, że właśnie tutaj stoi ten tron.
— Prawda? Lewiatan bardzo się dla ojca postarał, by podczas nudnych obrad wystrój wnętrza odpowiednio cieszył jego wzrok.
— Belial? Nie sądziłam, że kogoś takiego w ogóle obchodzi piękno — odparł Lizz, prychając pod nosem i wtuliła się w pierś ukochanego. — Myślałam, że był sadystycznym potworem.
— Był, ale nawet on potrafił docenić piękno. I zawsze miał słabość do kamieni, stąd ten opal w koronie. Osobiście wolałbym contra-luz, ale w końcu nie ja wybierałem.
Elizabeth pokiwała głową, a potem rozejrzała się po raz kolejny. Wreszcie jej wzrok spoczął na suficie, którego kryształowe sklepienie pokryte drobinkami kamieni szlachetnych imitujących gwiazdy dopełniało majestat pomieszczenia do tego stopnia, że już nawet nie wiedziała, co miałaby powiedzieć, by wyrazić emocje towarzyszące jej podczas doświadczania tego niesamowitego piękna. Idealnie wykonane łuki, doskonała symetria i harmonia elementów od razu podsuwała na myśl jedno z popularnych stwierdzeń: to nie było dzieło człowieka. Przez długie lata Lizz była pewna, że to jedynie pusty frazes, którym podkreślało się, jak doskonale ktoś poradził sobie z wykonaniem zadania. Jednak lata spędzone z Sebastianem, obserwowanie jego pracy, oglądanie piekielnej sali tronowej – sprawiły, że spojrzała na wszystko w nowym świetle i zrozumiała, że oryginalny autor wypowiedzi musiał mieć okazję oglądać, podobnie jak ona, dzieło, które w rzeczywistości nie było pracą ludzkich rąk.
— Ten sufit jest tak idealny, że aż mnie przeraża — westchnęła cicho, jakby bojąc się, że sklepienie uzna jej słowa za obelgę i w ramach zemsty zawali im się na głowy, wyciągnie macki i ją wchłonie lub zrobi inną, nieludzką rzecz, która skończyłaby się dla niej tragicznie.
— Kryształowe sklepienie to specjalność Lewiatana. Jeśli będziesz chciała, poproszę go, żeby zrobił ci takie w sypialni — odparł z uśmiechem na ustach Kruk, spokojnie głaszcząc ukochaną po głowie, napawając się delikatną wonią kwiatowego szamponu, który przygotowywał dla niej od zawsze, uznając, że ten słodki zapach z nutą tajemnicy doskonale do niej pasował.
—Powinniśmy już iść. Nie chcę się spóźnić na igrzyska — stwierdziła po kilku minutach spokojnego przyglądania się pomieszczeniu w całkowitej ciszy.
Zeskoczyła z kolan ukochanego i chwyciwszy go ogonem za rękę, poczęła ciągnąć Amona w stronę wyjścia. Na nic się zdały jego tłumaczenia, że do samego otwarcia było jeszcze sporo czasu, niecierpliwa nastolatka nie chciała czekać ani chwili dłużej, obawiając się, że przeoczy jakąś ciekawą drobnostkę, którą później będzie sobie wytykać przez kolejne wieki, póki nie nadejdzie czas kolejnych igrzysk.
~*~
Wszystkie demony w piekle zawsze z utęsknieniem czekały na igrzyska – wspaniałe wydarzenie, które dla jednych było doskonałą rozrywką, dla innych okazją, by zarobić na sprzedaży wytwarzanych przez siebie dóbr, a dla jeszcze innych – i to właśnie oni stanowili grupę najistotniejszą pod tym względem – szansa na wyrwanie się z życia w biedzie, zasmakowanie bogactwa i chwały. Zwycięzcy igrzysk zyskiwali bowiem mnóstwo przywilejów, od ułaskawienia rodziny poczynając, na kwaterze na terenie zamku kończąc. W wydarzeniu zaś wziąć udział mógł każdy wolny demon, który tylko chciał. Ryzykując życie, mógł zdobyć szczęście i dobrobyt.
Dlatego też młode demony z biednych dzielnic miasta, a nawet z drugiego końca całego piekła, od najmłodszych lat ćwiczyły, by kiedyś stanąć do pojedynku i utorować sobie drogę do lepszej przyszłości. W walce jednak brało udział wielu wybitnych wojowników, dlatego wygrać nie było łatwo. Surowe zasady stworzone rzez Beliala pozwalały zawodnikom na wzajemne tortury, poniżanie a nawet pozbawianie życia przegranego. Ostatecznie więc niewielu młodych poddanych ośmielało się zaryzykować życiem w imię pełnego żołądka i życia w luksusach. Woleli żyć w nędzy, niż bezpowrotnie obrócić się w niebyt.
Wielkie wydarzenie organizowano raz na dwieście ludzkich lat. Spory odstęp czasu pozwalał demonom odpowiednio się przygotować, a organizatorom wymyślić nowe zasady, zmodyfikować pole walki i wprowadzić nowe urozmaicenia, które miały zapewniać rozrywkę rządnym krwi gapiom. Igrzyska zawsze niosły ze sobą ogrom emocji, lecz żadne nie dorastały nawet do pięt tym, które rozegrać się miały na oczach pierwszego ludzkiego demona – były bowiem nie tylko pierwszymi, które obserwować będzie zupełnie nowa istota, lecz były również jedynymi w piekielnej historii, którym przewodzić miał nowy król i które nie zezwalały na pozbawianie przeciwników życia.
Jak można było się spodziewać, znacznie przyjaźniejsze zawodnikom zasady dodatkowo wzmogły emocje, a bezpieczeństwo, które szło z nimi w parze, przywiodło do królestwa wszystkie biedne dzieci, młodzieńców, a nawet starców, którzy pragnęli spróbować swoich sił i wreszcie skończyć z biedą. Wygrać bowiem mogło wielu – po pięciu każdego dnia, ponieważ zawody podzielone były na różne kategorie, a samo wydarzenie ciągnęło się przez dwa ludzkie tygodnie, póki piekielne słońca nie zachodziły kompletnie, spowijając ojczyznę dzieci ciemności w całkowitym, nieprzejednanym mroku.
Kruk obmyślił sobie wszystko bardzo dokładnie. Każdy moment, każdą następującą po sobie chwilę, która doprowadzi go do idealnej sytuacji. Chciał dać Elizabeth szczęście, pragnął na oczach wszystkich poddanych pokazać jej, jak wiele dla niego znaczyła i był zdeterminowany, by nie cofnąć się przed niczym, póki nie osiągnie celu, który sobie postawił. Jego ukochana zaś była zupełnie nieświadoma jego ogromnych planów. Całą drogę korytarzem do królewskiej loży trzymała go kurczowo za rękę, ukrywając się za królewskimi plecami, ilekroć mijali kolejnego uzbrojonego po zęby wojownika. Dziewczyna miała wrażenie, że patrzą na nią z rządzą mordu, choć Sebastian zdążył zapewnić ją już trzy razy, że ich wyraz twarzy, uzbrojenie i pełna powagi aura nie mają tym razem żadnego związku z nią.
— A jeżeli oni są źli, że jesteś królem i trzymasz przy sobie takie coś jak ja? Jeśli ktoś będzie chciał przeprowadzić zamach? Pomyślałeś o tym? Nie chcę cię stracić — zapytała, zatrzymując Michaelisa, nim zdążył otworzyć drzwi.
Demon spojrzał na nastolatkę, uśmiechnął się do niej ciepło, a potem przeniósł wzrok na stojącego przy drzwiach Samarela i jego grupę ochroniarzy, którzy mieli zapewnić im bezpieczeństwo i spokój.
— Nie martw się. Słyszysz, jak krzyczą? Cieszą się. Po raz pierwszy, od kiedy istnieje świat, mają okazję bez żadnych konsekwencji stanąć do walki o wolność i godne życie. Dziś nie obchodzi ich, kim jest wybranka króla, liczy się tylko to, by zerwać z dotychczasowym życiem. Dlatego nie musisz się martwić… Mamy przy sobie najlepszych żołnierzy, nic nam nie grozi — wyjaśnił spokojnie, głaszcząc dziewczynę po głowie.
Po chwili poczuł, jak ciepły, wąski ogonek owija się kurczowo wokół jego nadgarstka, a drobne dłonie coraz mocniej wbijają się w jego przedramię. Dalej się denerwowała, nie miał jej tego za złe, w końcu nigdy wcześniej nie miała okazji doświadczać czegoś takiego, a tłumy demonów z pewnością również nie wpływały korzystnie na jej poczucie bezpieczeństwa. Ale nie mógł pozwolić, by przez cały czas aż tak się stresowała, to mogło negatywnie odbić się na jej zdrowiu.
— Lizzy, proszę — rzekł cicho, unosząc lekko głowę dziewczyny za podbródek.
Spojrzał smutno w jej oczy, a potem delikatnie pocałował ukochaną, otaczając ją ramionami i otulając skrzydłami, by na moment odciąć ją od tego wszystkiego, by mogła dojść do siebie.
— Będzie mi bardzo przykro, jeśli nie będziesz się dobrze bawiła, wiesz? Dlatego proszę, przynajmniej spróbuj.
— A jak się nie uda?
— Wtedy oboje wrócimy do pokoju i zrobimy, co tylko zechcesz, dobrze? Ale do tego czasu weź się w garść i pokaż mi tę odważną, zadziorną dziewczynę, której oddałem swoje sczerniałe serce.
— Nie mów tak — prychnęła zawstydzona, kładąc dłoń na piersi mężczyzny. — Nie jest sczerniałe, jest piękne, błyszczące i pełne dobroci. I kocham cię, demonie… — powiedziała, zacieśniając uścisk ogona na ręce Sebastiana.
— Ja ciebie też, Elizabeth. A teraz chodź, wszyscy nie mogą się już doczekać, kiedy zaczniemy. A mam dla nich jeszcze jedną, wielką niespodziankę. Tylko obiecaj mi, że przyjmiesz to spokojnie, dobrze?
— Co przyjmę spokojnie? — zapytała zaniepokojona, ale Amon nie odpowiedział.


sobota, 29 lipca 2017

Tom V, XXIV

Trzymajcie kciuki, żeby mi się chciało być produktywną w ten weekend, to może wreszcie coś dla Was napiszę (to znaczy – nadrobię zapas opka). Wyświetlenia dalej słabe, no ale jest jak jest. W sumie to Wam powiem, że im dłużej mam bloga, tym mniej przejmuję się takimi rzeczami. Kiedyś ekscytowałam się każdym nowym wyświetleniem i komentarzem, teraz w zasadzie przejmuję się tylko jakimiś dramatycznymi zmianami. Przez te lata było kilka osób, które często wpadały na bloga, komentowały rozdziały, ja komentowałam ich rozdziały i tak się to jakoś kręciło. Teraz z tych osób nie została już żadna. Może jeszcze czytają, ale na pewno już nie komentują. Smutne to trochę, bo lubiłam mieć taki mały światek w blogosferze, no ale pisząc w tym fandomie nie mogłam się spodziewać dorosłych ludzi, którzy będą trwali przy swoim do końca, więc mnie to nie dziwi. Tak tylko wspominam, bo zbliżająca się do końca Róża napawa taką melancholią... No dobra, koniec xD.

Miłego rozdziału! ;*

==============================

Amon nie czuł się najlepiej z tym, co zrobił. Właściwie częściowo okłamał ukochaną, do pierwszego spotkania miał jeszcze trochę czasu, ale musiał jak najszybciej wyciągnąć prawdę z Anasiego. Domyślał się, o co mu chodziło, czuł, że jeśli zyska wiedzę, którą posiadał informator, nie będzie mógł tego odwrócić, jednak nie mógł po prostu nie zwracać na to uwagi i żyć, jakby nigdy nic. W końcu chodziło o miłość jego życia. Nie powiedział jej jednak, bo potrzebował czasu, by wiedzę, która w niego uderzy, zmienić w coś na tyle przystępnego, by w najgorszym wypadku nie było w stanie zdruzgotać nastolatki. Zbyt wiele razem przeszli, by w chwili, gdy wreszcie miała szansę zaznać szczęścia, mogła to bezpowrotnie stracić. Jej szczery uśmiech był zbyt cenny, żeby ryzykować go bez wyraźnej potrzeby.
Skąpanymi w ciemności korytarzami dotarł do drzwi gabinetu piekielnego skryby. Zapukał kilkukrotnie i odczekał, aż demon pofatyguje się, by osobiście mu otworzyć. Kiedy tak się stało, pewnym krokiem wszedł do środka i od razu skierował się do stolika, na którym informator trzymał krew i dwa kieliszki. Napełnił je trunkiem, postawił na sekretarzyku i rozsiadł się wygodnie na gościnnym fotelu, oczekując, aż jego rozmówca zajmie swoje miejsce.
Przez cały czas mierzył go wzrokiem, jednoznacznie dając do zrozumienia, że mógł spodziewać się poważnej rozmowy. Nie trudno było zauważyć, że Kruk nie był w najlepszym nastroju. Doradca jednak od razu zorientował się, o co mogło chodzić, nie wiedział tylko, co powinien powiedzieć swemu władcy, by zmniejszyć, albo przynajmniej nie spotęgować, jego gniew.
— Co cię do mnie sprowadza, panie?
— Nie pogrywaj ze mną, Pająku. Mów, co wiesz, i tym razem mów prawdę, inaczej przestanę być łaskawy — cedził przez zęby Michaelis.
— Wybacz, panie, ale chyba nie wiem, o czym mówisz.
— Książki, Anasi, książki. Co się dzieje z Elizabeth? Nie jestem idiotą jak ojciec.
— Panie… — zaczął spokojnie kronikarz.
Upił nieco krwi, odstawił szklankę z powrotem na miejsce i spojrzał przeciągle w oczy władcy. Wiedział, że nie ma innego wyjścia i musi wyznać królowi prawdę. Był zbyt zdeterminowany i domyślny, by doradca zdołał zbyć go byle wymówką – miał rację, nie przypominał pod tym względem ojca, z Belialem było zdecydowanie łatwiej.
— Dowiedziałem się czegoś na temat duszy i ciała ludzkiego dziecka. Nie chciałem się tym jednak z tobą dzielić, póki nie znajdę satysfakcjonującego rozwiązania. Sam wiesz, jak bardzo emocje potrafią wziąć nad tobą górę, działałem więc dla dobra całej rasy.
— Ona ma na imię Elizabeth — burknął jedynie Kruk. — Kontynuuj.
— Jej dusza została, jak wiesz, oddzielona od ciała. Nie pożarłeś jej. Sądzę, że ona też zdaje sobie z tego sprawę. Wiem również, że za wszelką cenę chce spełnić swoją obietnicę – typowa, ludzka determinacja. Jednak jest mały problem. Jej dusza już w tej chwili została oddzielona od ciała na zbyt długo. Nie została odpowiednio zabezpieczona, nie będzie możliwe pożarcie jej. Została już zapieczętowana, co gorsza, nie umiemy jej znaleźć. Araksjel i Forkas nad tym pracują. Wiesz, panie, co się w takim razie stanie później?
Groźny wzrok Sebastiana powoli łagodniał, jego twarz nabierała neutralnego wyrazu, który chwilę później zaczął zmieniać się w przerażający smutek. Obserwowanie zmieniającej się mimiki twarzy króla wydało się Anasiemu zjawiskiem szalenie ciekawym, dlatego cały czas bacznie wpatrywał się w ruchy wszystkich mięśni, póki z drobnych szparek nad nosem władcy nie popłynęło kilka łez, których nie udało mu się stłumić. Michaelis wciągnął gwałtownie powietrze, przyłożył kciuk i palec wskazujący w kąciki ust i siorbnąwszy nosem, zaśmiał się nerwowo.
— To znaczy, że ją stracę. Stracę ją, Anasi — powiedział drżącym głosem.
Informator przyglądał się, jak jego król z każdą chwilą zaczyna coraz bardziej tracić nad sobą kontrolę. Sam nie wiedział, jak w rzeczywistości wyglądały uczucia, których doświadczał Michaelis, jednak gwałtowność zmian i siła jego reakcji wskazywały na ogromny trud, którego się podejmował, by zachować chociaż częściowy spokój.
— Dlatego nie chciałem ci mówić. Nie możesz się przed nią zdradzić, póki nie znajdę rozwiązania. Obaj wiemy, że nie chcesz jej stracić.
— Nie mogę jej okłamać. Już raz to zrobiłem, obiecałem sobie, że to się więcej nie powtórzy. Ale jeśli jej powiem, z miejsca ruszy po tę duszę, a ja nie mogę jej tego zabronić. To koniec… — wyjaśnił załamany, ostatnie słowa wyjękując łamiącym się głosem, który drżał wraz z całym ciałem demona.
— Więc wybierz. Jej życie, twoje szczęście i królestwo albo szczerość i koniec szczęścia.
— Nie mam wyboru, Anasi. Nie okłamię jej.
— Rozumiem, to twoja decyzja, panie. Jeśli jednak mógłbym coś zasugerować…
— Mów. I dolej mi tego. Albo nie, daj mi coś mocniejszego, do rana jeszcze czas.
— Poczekaj z tym jeszcze kilka dni — zaczął, sięgając po niewielką buteleczkę z narkotykiem; zalał dno szklanki trunkiem i kontynuował: — Jeśli powiesz jej w takim stanie, oboje będziecie tylko płakać i zachowywać się irracjonalnie. Najpierw się z tym oswój, mamy czas. Dusza w tym stanie będzie się nadawała do spożycia jeszcze przez jakiś czas, więc zanim powiesz dzie… Zanim powiesz Elizabeth prawdę, najpierw sam się z nią uporaj. My w tym czasie spróbujemy znaleźć rozwiązanie. Co o tym sądzisz, panie?
— Sądzę, że… Jesteś dobrym przyjacielem, Anasi — odparł Kruk.
Narkotyk momentalnie go odprężył, sprawił, że stres zniknął, a świat przed jego oczami zmienił barwy na nieco mniej szare i przybijające. Wiedział, że to było jedynie chwilowe rozwiązanie i na niewiele mu się zda, ale na tamten moment nie potrafił inaczej. Ciężar informacji zwyczajnie go przerósł.
— Pozwól, że tu z tobą posiedzę. Jesteś dla mnie dobry. Potrzebuję pomocy, za bardzo ją kocham, żeby stracić ponownie. Nie wiem, czy jestem w stanie sobie z tym poradzić — kontynuował Sebastian.
Podkurczył nogi pod siebie i skulił się na fotelu, zupełnie ignorując niezadowolone spojrzenie archiwisty. Fotel zawsze można było wyczyścić, zresztą był królem, mógł robić, co mu się żywnie podobało. Odkąd objął tron, jeszcze ani razu nie zrobił czegoś samolubnego.. Wypełniał obowiązki, dbał o królestwo, nie nadużywał władzy. Może nie był przykładnym władcą, ale do złego było mu daleko. Uznał więc, że jedno niegodne zachowanie powinno ujść mu płazem.
— Mam dużo pracy, panie… Ale oczywiście, możesz zostać, ile potrzebujesz — odparł Anasi, widząc, że jego argument niewiele wskóra.
Pozwolił się królowi siedzieć ze sobą w jednym pomieszczeniu i szybko zajął się swoimi obowiązkami, choć obecność kogoś, kto cały czas na niego zerkał, skutecznie przeszkadzała mu się skupić. Jako osoba, która ceniła sobie spokój i samotność, nie przywykł do pracy w towarzystwie. Nie mógł jednak zbyć króla, szczególnie gdy ten wyraźnie zawładnięty emocjami, nie myślał racjonalnie. Uznał więc, że męczenie się w towarzystwie Kruka w ogólnym rozrachunku przyniesie więcej korzyści, niż gdyby władca demonów wyszedł w takim stanie i zaczął wyżywać się na poddanych lub – co gorsza – powiedział o wszystkim swojej wybrance.
Narkotyki skutecznie odurzyły Sebastiana. Im dłużej siedział skulony w fotelu, tym stawał się spokojniejszy. Wpatrywał się w kolorowe wzory przed oczami, które pokazywały mu przeróżne obrazy – nawet jego własne halucynacje starały się mu pomóc. Jednak mimo wszystko wciąż ciążyła mu decyzja, którą musiał podjąć. Mógł zachować prawdę dla siebie – tak jak mówił Anasi. To było rozsądne, dobre dla niego, dla Elizabeth i dla królestwa, ale zupełnie sprzeczne z obietnicą złożoną nie tylko nastolatce, ale przede wszystkim samemu sobie. Nie chciał znów brukać się kłamstwem, zbyt wiele przez to cierpieli ci, na których mu zależało. Najrozsądniejsze wydawało się odczekanie i wyznanie prawdy dopiero, gdy informator zdoła znaleźć sposób, by dusza dziewczyny mogła zostać pożarta bez konieczności zabijania ciała jej właściciela, ale Amon doskonale wiedział, że Lizz tak po prostu nie zapomni o sprawie i zapyta go o to, czego się dowiedział, gdy tylko będzie miała ku temu sposobność. Sytuacja zwyczajnie go przerosła. Potrzebował wsparcia, kogoś, albo czegoś, co wskaże mu drogę, ale nie mógł upatrywać tego w osobie Anasiego, doskonale wiedząc, że bez względu na swoje preferencje, kronikarz pozostanie obiektywny.
Nad ranem Kruk postanowił wrócić do domu. Chciał być przy Elizabeth, kiedy ta się obudzi. Liczył na to, że jednak w jakiś sposób uda mu się uniknąć usłyszenia z jej ust tego niewygodnego pytania. Nie był bowiem w stanie po prostu jej okłamać, a na podzielenie się z nią prawdą również nie był gotów. Skoro sam był roztrzęsiony i czuł, jak tonie w zimnej otchłani rozpaczy, jak mógłby być oparciem dla niej? Zasługiwała na to, by ktoś jej pomógł, dlatego też Michaelis musiał poczekać.
Wróciwszy do sypialni, położył się obok ukochanej i delikatnie otulił ją ramionami. Słodki zapach jej skóry, przyjemne ciepło ciała, spokojny oddech i bicie serca – zapamiętywał wszystkie te wrażenia, chcąc na dobre wyryć je w pamięci, by nigdy o nich nie zapomnieć. Nie chciał już więcej martwić się o to, że ją straci. Był pewien, że los wreszcie pozwolił im być razem, zaznać szczęścia – osiągnąć to, do czego tak dążyli i na co zasłużyli.
— Sebastian, dusisz… — jęknęła nastolatka, wiercąc się w jego uścisku.
Demon wzdrygnął się, spojrzał na nią zaskoczony i momentalnie się odsunął, po czym zaczął kilkukrotnie upewniać się, że nic jej się nie stało. Dziewczyna jednak nie miała mu za złe. Uśmiechnęła się i zaspanymi oczami przyjrzała mu dokładnie.
— Biedaku, pracowałeś całą noc? Wyglądasz okropnie. Napij się, musisz mieć siłę, żeby królować — powiedziała łagodnie, podsuwając demonowi nadgarstek do ust.
— Długo ślęczałem nad dokumentami. Przygotowałem dla ciebie materiały do nauki, żebyś mogła poćwiczyć z Samarelem, jeśli uda ci się obudzić moc — wyjaśnił, głaszcząc policzek nastolatki. — Dziękuję, kochanie.
Sebastian wgryzł się delikatnie w rękę dziewczyny i począł powoli sączyć życiodajny nektar, podczas gdy ona głaskała go delikatnie po głowie, przy okazji układając nieco niesforne kosmyki. Rzadko widywała go rozczochranego, zmęczonego i nieidealnego. Z reguły starał się dla niej wyglądać nienagannie. Miała też wrażenie, że coś go trapiło, ale widząc zmęczenie ukochanego, postanowiła na razie nie wypytywać. Obiecał w końcu, że w razie gdyby coś się działo, poinformuje ją, więc mogła mu całkowicie zaufać.
— Będziesz dziś przygotowywał igrzyska? Chciałabym pomóc, jeśli jestem w stanie. W końcu mieszkam tutaj za darmo i właściwie nic nie robię. A już czuję się dobrze, więc pora się przydać.
— Nie musisz nic robić. Jesteś moją księżniczką, twoim zadaniem jest po prostu bycie szczęśliwą.
— Znowu te tytuły… — westchnęła dziewczyna, przez chwilę czując w piersi ukłucie na wspomnienie domniemanych zaręczyn, do których przecież nigdy nie doszło. — Będę szczęśliwa, jeśli będę mogła ci pomóc, dobrze? Nie traktuj mnie już jak człowieka. Zresztą dobrze wiesz, że nie mogę tak po prostu nic nie robić.
— Dlatego właśnie będziesz ćwiczyć — rzekł stanowczo Michaelis. — Bez tej umiejętności na niewiele przydasz się podczas przygotowań. Musiałabyś zająć się noszeniem ciężarów, a to nie jest praca dla demonic twojego pokroju. Skup się na nauce. Jeśli to opanujesz, pomożesz mi bardziej, niż gdybyś samodzielnie przygotowała całą imprezę.
— Tylko tak mówisz, a tak naprawdę po prostu nie chcesz, żebym się przemęczała — burknęła niezadowolona nastolatka. — Niech będzie. To twoje królestwo, twoje zasady. Ale jak będę mogła jakoś pomóc, to poproś. Bo wiesz, że chcę.
— Poproszę, nie martw się. Lizzy… — odpowiedział Sebastian; wplótł palce dłoni pomiędzy kosmyki wrzosowych włosów i delikatnie przysunął do siebie nastolatkę, by wyszeptać jej wprost do ucha: — Bardzo cię kocham.
Po ciele dziewczyny przeszło przyjemne, ciepłe uczucie. Uwielbiała, gdy mówił jej, co czuł, na dodatek tym cudownym, ciepłym głosem, który zawsze działał na nią uspokajająco. Wtuliła się w nieco i odsunąwszy głowę, wpiła się w jego usta, zatracając się w słodkim pocałunku.
W ten sposób Sebastian zdołał ukryć swą niepewność pod pozorami zmęczenia i miłosnego wyznania. Czuł się wprawdzie podle, bo mimo wszystko miał świadomość, że do pewnego stopnia okłamywał Elizabeth, ale starał się pocieszać tym, że podjął najrozsądniejszą decyzję. Musiał się skupić na organizacji igrzysk – miały być wizytówką nowego władcy ukazującą go jako kogoś zupełnie innego niż jego despotyczny ojciec. Wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik, szczególnie że wobec wydarzenia na skalę całego piekła miał jeszcze jeden ważny plan, który był dla niego nawet ważniejszy niż dbanie o swoją pozycje i nastroje poddanych.
Przez kilka kolejnych dni Michaelis realizował swój plan, pilnował przygotowań do igrzysk, podejmował ważne decyzje dotyczące działania całego piekła, organizował spotkania z doradcami, wypełniał dokumenty – całkowicie oddał się pracy króla. Chował się za nią, by nie spędzać zbyt wiele czasu z ukochaną, za bardzo obawiając się, że w końcu zada mu to niewygodne pytanie.
Tymczasem nastolatka robiła coraz większe postępy, rozwijając się jako młody demonom. Trzeciego dnia żmudnych, nieefektywnych ćwiczeń, kiedy w złości rzuciła szklanką w szybę, udało jej się naprawić ją, intuicyjnie korzystając z mocy, gdy Samarel poinformował ją, że stłukła jedno z ulubionych naczyń Kruka. Od tej chwili skupiła się na realizowaniu ćwiczeń, które zlecił jej Amon, a każdego wieczora, kiedy ukochany wracał do domu, pokazywała mu, czego się nauczyła. Szóstego dnia – w przeddzień igrzysk – udało jej się nawet całkowicie przebrać z sukienki w kuszącą bieliznę, która stała się pretekstem do ich kolejnego zbliżenia.
W międzyczasie dziewczyna przeszła również przez szereg przymiarek. Michaelis zlecił krawcowym przygotowanie dla niej całej garderoby zgodnie z jej przyzwyczajeniami, stylem i modą w piekle. Lizz nie wiedziała jednak, że w międzyczasie jedna z demonic miała również przygotować dla niej specjalną kreację na igrzyska – król doskonale to ukrywał, a pracownicom zagroził wygnaniem, jeśli jego ukochana zorientuje się przedwcześnie, co planowały. Dlatego też wszystkie krawcowe dawały z siebie wszystko, by sekret był bezpieczny.
~*~
W końcu nadszedł dzień igrzysk. Dzień, na który Michaelis czekał z niecierpliwością, cały czas walcząc ze sobą, by nie okazywać przed ukochaną, że poznał smutną prawdę na temat jej duszy. Z każdym dniem milczenie stawało się coraz łatwiejsze, a poczucie winy demona, chociaż zdawało się narastać, niezwykle łatwo można było uciszyć, ilekroć widział uśmiech na twarzy ukochanej, kiedy udawało jej się przesunąć ogon dokładnie tam, gdzie chciała, przejść się w obcisłej, piekielnej kreacji w wysokich szpilkach, nie potykając się ani razu czy wpłynąć na materię, zmieniając kwiatek w wazon, czy spodnie w spódnicę. Wszystkie te drobne rzeczy, które zarówno dla króla, jak i wszystkich jego poddanych, były zupełnie naturalne i nawet nie skupiali się, kiedy je wykonywali, dla Elizabeth były czymś zupełnie nowym, co niosło ze sobą ogromne emocje. Jej radość niosła się korytarzami piekielnego zamku, nie docierając jednak w jedno miejsce – do sali tronowej, w której nastolatka jeszcze nie miała okazji być.
Sebastian tłumaczył jej, że to nie jest odpowiednie miejsce dla młodego demona powstałego w tak niesamowity sposób, lecz upartość nastolatki jak zwykle dawała jej siłę, by się nie poddawać. W końcu Kruk uległ, obiecując, że w dzień igrzysk pozwoli jej wejść na chwilę do środka. Nie był wobec niej złośliwy, miał na uwadze jedynie dobro i bezpieczeństwo ukochanej, choć wolał nie tłumaczyć jej, jak groźne mogłoby być coś tak zdawałoby się zwyczajnego, jak przekroczenie progu pomieszczenia.
Jednak dzień igrzysk nadszedł, a Lizz wstała z samego rana, kiedy pierwsze promienie soczyście pomarańczowego słońca nieśmiało przedzierały się poprzez wąskie przestrzenie pomiędzy purpurowymi zasłonami i nie zwlekając ani chwili, przypomniała Amonowi o obietnicy. Król uśmiechnął się do niej i zapewnił, że doskonale pamięta. Najpierw jednak chciał przygotować siebie i swoją wybrankę, by oboje wyglądali odpowiednio elegancko na pierwsze igrzyska pod jego patronatem. 


sobota, 22 lipca 2017

Tom V, XXIII

No to wracamy po przerwie! Mam nadzieję, że rozdział będzie miał się lepiej niż ten Dziwaka, bo tam wyświetlenia ledwie przekroczyły 150 :O. No ale cóż, uroki wakacji, nie?
Przez te dwa tygodnie praktycznie nic nie napisałam... Mam zapasu Róży na dwa rozdziały, to jest straszne, no ale nie poradzę. Najwyżej pod koniec zrezygnuję z regularności, ale miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie. Lato zawsze źle na mnie działa, tęsknię za zimą :(.
No, ale nic, jest jak jest! Damy radę, nie?^^

Miłego! :*

===========================

Jego zdaniem powinna spać co najmniej osiem godzin, wciąż przyzwyczajała się do nowego stanu rzeczy. Była demonem, jej ciało i umysł się zmieniły, ale świadomość i przyzwyczajenia z poprzedniego życia zostawały. Mimo że w rzeczywistości nie potrzebowała snu, czuła inaczej i póki naturalnie się od tego nie odzwyczai, nie było sensu wymuszać zmian. Była bezpieczna, a Amon zamierzał stanąć na wysokości zadania, by zapewnić jej możliwie najlepsze warunki do rozwoju i przyzwyczajania się do nowego życia. Dobry start to podstawa dobrej przyszłości. Jej dobry start już raz został zniszczony, tym razem miało być inaczej.
— To ja teraz wstanę i zaraz ci napiszę te literki, dobrze? Tylko one są strasznie niewygodne do pisania, zupełnie inne niż wszystkie, które dotąd widziałam.
— Domyślam się. Pisanie w xerfickim w oryginalnym alfabecie to zmora wszystkich młodych arystokratów. Ale ty wiesz, jak to jest, prawda? Niektórych rzeczy nie można ominąć. Tego też się nauczysz, zawsze sprawiasz, że jestem z ciebie dumny.
— Dziękuję! Jesteś taki kochany! Kto by pomyślał, że w ogóle potrafisz. Byłam pewna, że napędza cię tylko złośliwość.
— Widzisz, życie potrafi zaskoczyć — odparł, rezygnując z odwdzięczania się uszczypliwą uwagą.
Zamiast tego podniósł się z łóżka, sięgnął po kartkę z alfabetem i drugą czystą, by dziewczyna mogła przepisać mu to, co zobaczyła na grzbietach książek przy stoliku Anasiego. Podał dziewczynie niezbędne akcesoria, a ona przez chwilę mruczała coś pod nosem, najprawdopodobniej odtwarzając w wyobraźni zobaczone wcześniej obrazy, i po chwili zaczęła kreślić koślawe, niezgrabne litery, które składały się w kolejne słowa niosące ze sobą niezwykle niepokojący przekaz.
Kiedy Lizz skończyła, wręczyła Sebastianowi kartkę, sama nie rozumiejąc, co właściwie napisała.
— Wybacz, chyba coś pokręciłam, bo to mi zupełnie nic nie mówi… — mruknęła, widząc jego nietęgą minę.
— Nie, nie, skądże. Napisałaś wszystko dobrze. Po prostu tytuły zapisano w innym języku. Sprytny starzec, nie wpadłbym na to — odpowiedział Michaelis, gorączkowo wiodąc wzrokiem tam i z powrotem po kilku linijkach tekstu.
— To w piekle też jest wiele języków? Myślałam, że macie tylko ten jeden, którym po prostu mówię, chociaż nie zdaję sobie z tego sprawy…
— W teorii mamy jeden język. Ale tak samo, jak w ludzkim świecie istnieje gwara i inne odłamy danego języka, tak i w piekle. W tym wypadku do zapisania tytułu użyto po prostu bardzo wczesnej wersji. Czegoś jak wasz staroangielski, tylko jeszcze bardziej odmiennego od obecnej wersji. Na szczęście się tego uczyłem, jak wszyscy z królewskiej rodziny. Dziękuję, to mi bardzo pomoże — wyjaśnił i odłożywszy zapiski na stół, przytulił się do dziewczyny i pocałował ją w czoło.
— Nie rozumiem, czemu aż tak interesuje cię, co on czyta. Czy to ma jakiś związek ze mną?
— Nie musisz się tym przejmować, kochanie. Po prostu lubię mieć go na oku.
Nastolatka odsunęła się od demona, gwałtownie go od siebie odpychając. Spojrzała głęboko w jego oczy, dokładnie przyjrzała się twarzy, gestom i sylwetce, a potem skrzywiła się z odrazą i odsunęła się jeszcze dalej.
— Próbujesz mnie okłamać, Sebastianie?
— Nie próbuję. Nie mam pojęcia, po co to czyta ani co planuje. Dlatego nie zamierzam niepotrzebnie cię niepokoić. Gdy dowiem się, o co tak naprawdę chodzi, wyjaśnię ci sytuację. Dobrze? — odpowiedział spokojnie, starając się ukryć wszelkie emocje, by tylko nie domyśliła się, że czytane przez Anasiego książki zdecydowanie miały z nią jakiś związek.
Nie wiedział jednak jaki. Nie potrafił ocenić, czy działo się z nią coś złego, czy groziło jej niebezpieczeństwo i jaki interes miał informator w tym, by ukrywać prawdę przed królem, któremu przysięgał wierność. Nigdy dotąd nie zachowywał się w taki sposób wobec nikogo, komu podlegał, dlatego też Anom zwyczajnie spanikował.
— No dobrze. Ale jak tylko się dowiesz, to mi powiedz. Nie chcę żyć w niewiedzy tylko dlatego, że próbujesz mnie bronić, to się nie sprawdza. Poza tym zawsze mogłabym pomóc. Jestem słabym demonem, ale demonem, nie człowiekiem. A ty dalej patrzysz na mnie jak na człowieka, twoi poddani nazywają mnie ludzkim dzieckiem albo obiadem króla. Rozumiem, że dla nich to normlane, ale ty powinieneś być ponad to, nieprawdaż? — powiedziała, zadziornie patrząc demonowi w oczy.
— Racja. Dziękuję, że mi to uprzytomniłaś. Pewnie minie jeszcze sporo czasu, zanim zacznę traktować cię jak demona, ale chyba mi się nie dziwisz?
— Nie dziwię, ale wymagam czegoś więcej. Poza tym… Czemu oni wszyscy sugerują, że… No… — jąkała się, czując nagły napływ wstydu na myśl o tym, o czym chciała powiedzieć.
Wiedziała jednak, że jeśli przemilczy intrygujący ją temat, nie wyniknie z tego nic dobrego, a nawet odwrotnie – mogło to poskutkować wieloma nieprzyjemnościami.
— Słucham, kochanie?
— Już kilka razy słyszałam sugestię, że my, ty i ja, że… No że jestem twoją narzeczoną! — wyrzuciła z siebie w końcu, a potem cała zaczerwieniona ukryła twarz w dłoniach. — Ja wiem, że mi się nie oświadczyłeś. Nawet mi na tym nie zależy. Znaczy pewnie zależy, ale w tej chwili nie o to chodzi. Po prostu nie rozumiem.
— Wiesz… — zaczął ciepłym tonem, ze wszystkich sił starając się nie roześmiać. — Straciłem żonę. Pochowałem ją niedawno. Dla was, ludzi, coś takiego oznacza wycofanie się z życia towarzyskiego na długi czas, jeśli nie na zawsze. Dla demonów to po prostu kolejny etap. Jedną zamieniamy na drugą, bo król powinien mieć swoją królową, to wzmacnia pozycję władcy. Założyli więc, że skoro zabrałem cię tutaj, nie pożarłem i traktuję jak swoją królową, to nią zostaniesz. Ale to bardzo odpowiedzialna funkcja — wyjaśnił, a Elizabeth patrzyła na niego przejęta, nie wiedząc, która część wypowiedzi bardziej ją dziwiła. — Ale nie musisz się martwić, nie będę cię tym obarczał. Dam ci czas i przestrzeń, żebyś mogła spokojnie się rozwijać i dostosować do nowej sytuacji.
— Ale może ja chcę zostać twoją żoną, co?          ! — krzyknęła urażona nastolatka.
Odsunęła się od niego i skrzywiła, lecz Michaelis nie przejął się zbytnio wybuchową reakcją dziewczyny. Znacznie bardziej zachwyciło go, że po raz kolejny zmysły nie zareagowały na jej krzyk, to oznaczało, że zaczynała się przyzwyczajać – szybko, jak przystało na hrabinę rodu Roseblack.
— Chciałabyś być moją żoną? Korci cię, żeby zasmakować władzy z tytułu królowej piekła?
— Nie! Nie obchodzi mnie władza i inne dobra. Po prostu cię kocham, no i… Jeśli oni uważają, że tak powinno być, to ja nie mam nic przeciwko. I tak spędzimy razem wieczność, jak długo by ona nie trwała. Więc… Chyba nie tak powinny wyglądać oświadczyny.
Nastolatka momentalnie osowiała. Spuściła głowę i wtuliła się w poduszkę, czując się zwyczajnie głupio z tym wszystkim, co właśnie powiedziała. Została wychowana na zupełnie innych zasadach. To mężczyzna powinien się oświadczyć, zdobywając wcześniej błogosławieństwo ojca  narzeczonej. Jej ojciec wprawdzie nie żył, a najbliżej do niego było Jamesowi, który nigdy by się nie zgodził, zresztą i tak nie mogła się z nim zobaczyć, ale gdyby chociaż to Sebastian wyszedł z propozycją jako pierwszy, miałoby to sens. Tymczasem jednak przejęła męską rolę, na dodatek niemal oświadczając się w tak prostacki sposób, że w jej biografii miał odznaczać się ogromną skazą.
— Zapomnij o tym. Jestem zmęczona, to wszystko. Muszę się wyspać… — mruknęła po chwili i zakopała się w pościeli, ignorując pytania i poszturchiwania Michaelisa.
Amon uznał, że w takim razie lepiej zostawić dziewczynę w spokoju. Temat wyraźnie wzbudzał w niej wiele emocji, z którymi nie umiała sobie jeszcze poradzić. Wiedział, że będzie lepiej, jeśli najpierw na spokojnie sama się z tym rozprawi, a dopiero potem wrócą do rozmowy.
A co on sam myślał o małżeństwie z Lizz? Ciężko było mu powiedzieć. Nigdy nawet nie brał takiej możliwości pod uwagę, nie potrafił sobie tego wyobrazić – szczególnie w piekle, gdzie wraz z tytułem otrzymywało się również szereg nowych obowiązków, z którymi nastolatka mogłaby sobie nie poradzić na tak wczesnym etapie. Jeśli ślub, to najprędzej za kilka ludzkich lat, chociaż zaręczyć mogliby się wcześniej… Kochał ją – tego jednego był pewien. Lecz czy sama miłość i kobiecy wyraz ogromnego pragnienia tłumionego wstydem były wystarczającymi pobudkami, by prosić ją o rękę?
Elizabeth zasnęła stosunkowo szybko, a Sebastian w tym czasie usiadł z księgą, którą znalazł dla niego Anasi, by dokształcić się w kwestii manipulowania materią. Dla niego było to tak oczywiste i naturalne, że nie był nawet pewien, w jaki sposób powinien zabrać się za tłumaczenie dziewczynie, jak to zrobić. Nie wiedział nawet, czy będzie w stanie to zrobić, w końcu była pierwszym takim przypadkiem w historii, nie było do niej podręczników. Dlatego z każdą kolejną stronicą zapisaną oczywistościami Amon coraz bardziej przekonywał się, że w zachowaniu Anasiego nie było nic dziwnego. Gdyby nie chodziło o niego, pewnie sam z niezdrową ciekawością śledziłby losy pierwszego człowieka, który stał się demonem i nie skąpiłby sobie zapisków, niczym naukowiec obserwujący obiekt badawczy.
Godziny upływały spokojnie. Nastolatka spała, oddychając spokojnie i nieprzerwanie. Regenerowała siły i tylko jej ogon, reagując na senne marzenia, podrygiwał co jakiś czas, obijając się o nogi zaczytanego demona. W księdze nie znalazł zbyt wiele wskazówek. Zakładkami zaznaczył jedynie strony, na których znajdowały się konkretne opisy samej istoty manipulacji oraz kilka technik tworzenia podstawowych przedmiotów kok po kroku. Nigdzie jednak nie znalazł nawet wzmianki o obudzeniu w sobie tej niezwykłej z ludzkiego punktu widzenia umiejętności. Nie spodziewał się właściwie, że coś takiego znajdzie, w końcu to tak, jakby miał tłumaczyć komuś, jak się oddycha. Po prostu się to robi, ciało doskonale wiedziało samo, jak się za to zabrać, nie potrzebowało przygotowań, nauk i treningów.
Naprawdę chciał sprawić, by jej życzenie się spełniło, pomóc jej się usamodzielnić, by czuła się pewniej w nowym miejscu i powoli odnajdywała się w tej zupełnie odmiennej rzeczywistości. Miał nadzieję, że z czasem moc zjawi się sama, a wtedy teoria, którą zamierzał jej wyłożyć, pomoże w szybszym opanowaniu umiejętności. W przeciwnym wypadku będzie musiała obejść się bez tego, zrezygnować i nauczyć się funkcjonowania w świecie, gdzie wszyscy to potrafili, jako jedyna, która nie była w stanie tego osiągnąć. Wiedział, że prawdopodobnie będzie to dla niej ciężkie, a uczucie wyobcowania dodatkowo ją przytłoczy i chociaż chciał dla niej jak najlepiej, po tym, co przeszła, wierzył, że zdoła sobie poradzić. W końcu niepełnosprawni żyli w społeczeństwie i jakoś udawało im się uszczknąć namiastki szczęścia.
Do rana zdołał wymyślić kilka ćwiczeń, które mogłyby pomóc dziewczynie w zrozumieniu, czym jest moc, ewentualnie w jej obudzeniu, chociaż nie spodziewał się po nich cudu. Kilka praktycznych, na wypadek, gdyby jednak posiadła taką umiejętność, też przygotował. Wszystko ładnie złożone i podpisane zostawił w kopercie, którą zamierzał wręczyć Samarelowi. Ranek jednak zaczął od wrócenia do łóżka i przekomarzania się z ogonem śpiącej dziewczyny, który wydawał się żyć własnym życiem, za nic mając sobie odpoczynek właścicielki.
Kiedy Elizabeth oddychała spokojnie, śliniąc się w poduszkę, niesforna wypustka co chwilę dźgała demona w bok, a kiedy ją chwycił, wierciła się, by się wykręcić. Osiągnąwszy to, uderzyła go w twarz, a głośne plaśnięcie zbudziło nastolatkę ze snu.
— Sebastian, czemu ty mi nie dajesz spać? Co robisz? — zapytała niezadowolona głosem przepełnionym oburzeniem.
Odwróciła się do niego, a jej oczy mimowolnie błysnęły szkarłatem. Nie zauważyła tego, nie potrafiła jeszcze tak dobrze kontrolować nowych odruchów – ogon był na to najlepszym dowodem. Zupełnie nie zdawała sobie sprawy z tego, że czerwona smuga, która coraz wyraźniej malowała się na obliczu jej ukochanego, była zasługą niczego innego, jak nowej części ciała dziewczyny.
— Spoliczkowałaś mnie przez sen. Wybacz, że nie wygłuszyłem sobie skóry, to się już więcej nie powtórzy — odgryzł się, wskazując palcem piekący policzek.
— Nieprawda, spałam. Poza tym nic mnie nie szczypie, a gdybym cię spoliczkowała, to by tak było.
— No dobrze, w takim razie: twój ogon mnie spoliczkował. I nawet nie przeprosił! Powinnaś go lepiej wychować.
— Co ty mówisz? Naprawdę?! — krzyknęła zaskoczona. — Sebastian, nie żartuj sobie ze mnie! Ogon można wychować? On ma własną świadomość? Dlatego tak kiepsko idzie mi kontrolowanie go? Jest silniejszy ode mnie? Da się coś na to poradzić? Dlaczego nie powiedziałeś mi od razu? Ej! Ej! Nie śmiej się! O co chodzi? — zarzucała go pytaniami, coraz bardziej się denerwując.
Sebastian nie był w stanie zachować powagi, słysząc o samoświadomym ogonie, który miałby wygrać z jej umysłem. Wiedział, że czuła się zagubiona i była podatna na sugestie, ale coś takiego zwyczajnie przekraczało granice absurdu. Nie wytrzymał więc. Śmiał się w najlepsze, a kiedy nieco się uspokoił, przytulił do siebie nastolatkę i pogłaskał ją po głowie.
— No już, nie złość się na mnie. Przepraszam. Nie, ogony nie mają własnej świadomości. Wiesz, że ludzie mają w sobie taki mechanizm, który sprawia, że nie ruszają się przez sen? Inaczej podczas przeżywania snów, robilibyście bardzo dużo głupich rzeczy.
— No tak, a kiedy jest z nim coś nie tak, to się lunatykuje. Wiem, czytałam o tym — przytaknęła, kiwając głową.
— No właśnie. Na twój ogon widocznie to jeszcze nie działa. Pewnie niedługo zacznie, ale do tego czasu pewnie nie raz mi się dostanie. Całą noc mnie zaczepiał, a ja kompletowałem dla ciebie zestawy ćwiczeń, żebyś miała szansę nauczyć się manipulacji materią. Muszę dzisiaj załatwić kilka ważnych spraw, więc spędzisz dzień z Samarelem, dlatego chciałem, żebyś miała zajęcie.
Dziewczyna westchnęła ciężko pod nosem, słysząc tłumaczenie Michaelisa. Po cichu liczyła na to, że po całym dniu narad będzie miał dzień wolnego. Wyglądało jednak na to, że się pomyliła, a demon, który niegdyś całe dnie poświęcał sprzątaniu i dbaniu o posiadłość, teraz zajęty był znacznie ważniejszymi sprawami. Co ciekawsze, Amon doskonale odnajdywał się w każdej roli. Jego naturalizm, do którego kiedyś było Lizz tak tęskno, przekładał się nie tylko na prozaiczne czynności. Demon całym sobą, każdym gestem, słowem, mimiką, zwyczajnie idealnie pasował do sytuacji, w jakiej się znajdował. Nic dziwnego, że wiedźma chciała jej go odebrać, nic dziwnego, że nawet Tomoko była nim zainteresowana.
— Jesteś piękny… — westchnęła, dopiero po chwili orientując się, że jej wyznanie nie miało żadnego związku z tym, o czym przed chwilą rozmawiali.
— Dziękuję, ty też jesteś piękna. I obiecuję ci, że w dniu igrzysk spędzimy razem cały dzień. Do tego czasu musisz to jakoś znosić. Jestem królem, to mój obowiązek.
— A jeśli go zaniedbasz, to będzie to moja wina i wtedy będę w niebezpieczeństwie… Wiem przecież — odpowiedziała zrezygnowana. — W takim razie pośpię sobie jeszcze chwilę. Powiedz Samarelowi, że może mnie obudzić. Po prostu nie chcę siedzieć sama, dobrze?
— Oczywiście — odparł niemal służebniczym tonem, po czym ucałował ukochaną w czoło, przełożył kopertę w widoczne miejsce i ruszył do drzwi.
Zatrzymał się w progu, trzymając dłoń na klamce i odwróciwszy się raz jeszcze w stronę nastolatki, zapewnił ją:
— Lizzy… Wrócę dziś wcześniej.
Nastolatka jednak nie odpowiedziała. Ukryła twarz w burzy lekko falowanych, fioletowych włosach będących w takim samym nieładzie co pościel, w którą się zawinęła i z zamkniętymi oczami liczyła owce, mając nadzieję, że naprawdę uda jej się zasnąć.
Było jej zwyczajnie przykro. Rozumiała obowiązki Kruka, jego ważną rolę w piekle i tę mniej istotną, która przypadła jej. Problemem nie było niezrozumienie, zazdrość, złość, czy dziecinność – zwyczajnie bez niego czuła się samotna i nie do końca potrafiła sobie z tym poradzić. To okropne uczucie – o którym myślała, że towarzyszyło jej całe życie – stało się naprawdę uciążliwe dopiero wtedy, gdy straciła swoją druga naturę, przyjaciół, dom, rodzinę, a nawet tożsamość rasową. 


piątek, 7 lipca 2017

Tom V, XXII

Witajcie!
Mam dla Was złą wiadomość. Znaczy jakaś super tragiczna nie będzie, ale część z Was może się zmartwić. 
Otóż są wakacje (Ameryki nie odkryłam, no wiem xD). Ja mam w te wakacje praktyki przeplatane wolnym, podczas którego pracuję, więc generalnie czasu jak zwykle mam za mało. Dlatego też ogłaszam tygodniowy urlop od bloga. To znaczy, że:

12.07.2017 (środa) nie pojawi się nowy rozdział Dziwaka

15.07.2017 (sobota) nie pojawi się nowy rozdział Róży.

To sytuacja jednorazowa, żadna z historii nie zostaje zawieszona ani nic w tym stylu, spokojnie. Po prostu potrzebuję trochę czasu bez ciśnienia, że się nie wyrobię z rozdziałem, żeby spokojnie zrobić trochę zapasu. Dziwak miał spory zapas, ale sobie zrobiłam wolne od pisania, no i się skurczył. No a Róża nie ma zapasu powyżej 25 stron od... Roku? Nie wiem, ale od dawna :P. I pewnie teraz też nie zrobię 100 stron, chociaż byłabym w stanie (no ale mam inne zainteresowania - kolorowanie mangi itp.), ale nawet te 10 czy 20 dodatkowych stron to już dla mnie komfort psychiczny, że jak mi się bardzo nie będzie chciało później pisać, to nic się nie stanie.
No to tyle. Miłych wakacji i do zobaczenia w Dziwaku 19.07! :*

Miłego rozdziału! <3

========================================

Zawisła nad kartką i zaczęła dokładnie przyglądać się temu, co napisał. Niektóre litery odpowiadały pojedynczym literom znanego jej alfabetu łacińskiego, inne były sylabami, a jeszcze inne… Dźwiękami, których nie potrafiła normalnie wymówić. Na razie jednak uznała, że po prostu je zapamięta i rozszyfruje zostawioną przez demona wiadomość. Z pomocą ściągawki z liter powoli przepisywała kolejne słowa, które pod sam koniec, ku jej wielkiemu zdziwieniu, ułożyły się w pozbawiony sensu bełkot. Litery i cyfry nie składały się w żadną sensowną wypowiedź, chociaż była pewna, że odczytała je poprawnie.
Spojrzała na kartkę jeszcze raz i wykluczywszy czytanie od prawej do lewej, westchnęła ciężko, przyglądając się ciągowi bezsensownych zbitek liter, z których tylko własne imię zapisał poprawnie.
Amon:
Kaquazwrclsxaybncusoiqkyalwrnosxiqrljgnqoymflugmsuspozocieoyeyrblmqmdaaaiqdbtdnrbgxrslqvebzrjwociqzv
Patrzyła i patrzyła i dopiero po chwili namysłu dotarło do mniej, czym był dziwaczny zbitek liter.
— Kod! — krzyknęła sama do siebie, podekscytowana, że udało jej się domyślić.
Kiedyś zajęłoby jej to mniej czasu, ale w tej sytuacji naprawdę nie spodziewała się po demonie czegoś takiego. Sądziła, że wiadomość będzie złośliwa, ironiczna lub że ukrył w niej kolejne zadanie, ale nie sądziła, że posunie się aż tak daleko w przeszłość, by zapisać wiadomość szyfrem Vigenera.
— Czyli jeśli Amon to klucz, to… — komentowała na głos.
Sięgnęła po drugą kartkę, rozrysowała na niej tabelę deszyfrującą, a potem zaczęła mozolną pracę, literka po literce odkodowując każde kolejne słowo, które zaczęły układać się w sensowną całość. Gdy skończyła, jeszcze raz spojrzała na tekst. Ten już wydawał się znacznie bardziej sensowny:
Amon:
Kochanieczekamnaciebiewlaziencekiedyjuzdomysliszsieconapisalemdolaczdomniepotrzebujeszcieplejkapieli
Dziewczyna uśmiechnęła się przebiegle i jeszcze raz przepisała tekst, dodając do niego odstępy, litery diakrytyczne i znaki interpunkcyjne. Ostatecznie otrzymała sensowną wiadomość, której treść sprawiła, że na jej ustach pojawił się szeroki uśmiech:
Amon:
Kochanie, czekam na ciebie w łazience. Kiedy już domyślisz się, co napisałem, dołącz do mnie – potrzebujesz ciepłej kąpieli.
— Udało się! Już pędzę, kochanie! — krzyknęła zachwycona.
Odłożyła kartki na sekretarzyk i postawiła na nich przycisk do papieru, żeby nigdzie się nie zgubiły, by po kąpieli pokazać Sebastianowi, jak udało jej się rozszyfrować ukrytą wiadomość. Kiedy była mała, demon często zostawiał jej tego rodzaju zagadki, w których znajdowały się wskazówki do znalezienia przedmiotów, na których jej zależało – nielicznych słodyczy, którymi lubiła się raczyć, nowych ubrań i broni, a także gier planszowych, które tak bardzo uwielbiała.
Chwyciwszy ręcznik, dziewczyna powoli podeszła do drzwi łazienki. Zapukała nieśmiało, a kiedy usłyszała z wnętrza tłumiony chichot, warknęła pod nosem i zbierając w sobie całą pewność, wkroczyła do środka.
— Jes… — ucięła, widząc ukochanego w pełnej wody balii; nie pamiętała, by kiedykolwiek widziała go w takich okolicznościach.
Nawet nie próbowała udawać, że nie robiło to na niej wrażenia, wiedziała, że to bezcelowe, bo nawet rumieńce na jej twarzy były tak silne, że czuła, jak nieprzyjemnie ogrzewają jej twarz, obnażając całą ekscytację.
Demon leżał w wannie, opierając się wygodnie o jej węższą część. Po jego kruczoczarnych, mokrych włosach powoli spływały kolejne krople wody, tworząc na ciele wodne zacieki w kształcie finezyjnych strużek. Dziewczyna przez chwilę obserwowała, jak jedna z błyszczących kropelek tańczyła po ciemnej skórze demona od karku, przez szyję, obojczyk i pierś, by ostatecznie dołączyć do wody wewnątrz wanny. Większość jego ciała skryta była jednak pod delikatną mgiełką pachnącej orzeźwiającym aromatem cytrusów piany, która uniemożliwiała dziewczynie chociażby mętne rzucenie okiem na newralgiczne punkty na ciele Kruka. Cieszyła się z tego, gdyby zobaczyła go w całej okazałości, zrobiłabym z siebie idiotkę.
Powoli podeszła do niego i przykucnęła na skraju wanny, na co Amon wydał z siebie niezadowolone mruknięcie.
— Myślałem, że do mnie dołączysz. Nie zamierzasz chyba kąpać się w ubraniach?
— N-nie zamierzam — odparła z trudem, ledwie wydukawszy dwa proste słowa.
Uciekła wzrokiem, gdy Sebastian chwycił ją za ręce. Jego rozgrzana, wilgotna skóra zadziałała na nią jeszcze bardziej. Wyczulone zmysły szalały, sprawiając, że nawet najprostsze gesty pobudzały ją do granic możliwości. Wydała z siebie tłumiony jęk, któremu zawtórował jeszcze wyraźniejszy rumieniem na twarzy.
— Rozbierz się i dołącz do mnie. Zajmę się tobą najlepiej, jak umiem. Zasługujesz na prawdziwie piekielną kąpiel — kusił Michaelis, sącząc namiętnie kolejne słowa intrygującym półszeptem wprost do jej ucha.
Delikatne ruchy powietrza przyprawiały ją o drżenie, jego przyspieszone bicie serca odbijało się echem w głowie nastolatki, zaś jej własne pulsowało w skroniach niczym sygnał do działania. Ośmielona kakofonią dźwięków ich ciał wstała i powoli zsunęła z siebie ubranie.
Oczom Sebastiana ukazała się niezwykle szczupła sylwetka, która mimo bliżej nieokreślonych zmian wydawała się znacznie zdrowsza i bardziej kobieca niż ta, którą obserwował dotąd. Zawstydzona jego pożerającym spojrzeniem Lizz zasłoniła dłonią piersi, zaś ogonem przepasała biodra, grotem przysłaniając krocze.
— Pomożesz mi? Nie chcę… się pośliznąć — powiedziała cicho, wyciągając do demona wolną rękę.
Ten ujął dłoń ukochanej, po czym powoli wstał, pozwalając, by piana wraz z wodą spłynęła po jego ciele, odsłaniając przed Elizabeth jego prawdziwy zachwyt nad wdziękami, którymi go uraczyła. Spojrzała na niego ukradkiem, nie chcąc wpatrywać się zbyt nachalnie i odwróciwszy głowę, z jego pomocą weszła do balii. Usiadła po przeciwległej stronie, pozwalając, by otuliła ją ciepła, pachnąca ciecz. Stopami ocierała się o uda demona, z każdą chwilą robiąc to coraz bardziej świadomie, w miarę jak rosło w niej pożądanie.
— Masz nieco nietęgą minę, wszystko w porządku? — zapytał demon, sięgając pod wodę.
Jego gest sprawił, że dziewczyna wzdrygnęła się zbyt nieprzygotowana na to, co mógłby zrobić. On jednak chwycił jej stopę i zaczął delikatnie ją masować, w nagrodę otrzymując szereg mruknięć, które z każdą chwilą wyrażały coraz większe zrelaksowanie młodej Roseblack. Kiedy już poczuła się pewnie, Michaelis przysunął się do niej, przełożył jej nogi tak, by móc wsunąć się pomiędzy nie i przyciągnął do siebie nastolatkę, łącząc ich usta w długim, pełnym namiętności pocałunku.
— Czy nie miałeś… Znaczy, mnie… Mieliśmy się kąpać! — krzyknęła, przez chwilę nie umiejąc zebrać słów.
Odsunęła się lekko od Michaelisa, jednak w dalszym ciągu oplatała go nogami. Niepewność i rozsądek walczyły z pożądaniem i natłokiem niezwykle silnych bodźców, z którymi ledwo dawała radę walczyć.
— Jeśli nie masz ochoty, możemy wykąpać się tradycyjnie… — odparł brunet, smucąc się teatralnie.
— Nie, nie! — krzyknęła, nim w ogóle pomyślała. — Nie chcę, tak jest dobrze, tylko… Po prostu się denerwuję, Sebastian… — wyjaśniła, pochylając głowę, by nie patrzeć mu w oczy.
— Mmm… Powiedz to jeszcze raz. Uwielbiam, gdy mówisz moje imię.
— Sebastian — powtórzyła ochoczo, ponownie podnosząc wzrok.
Zauważyła, jak źrenice demona reagowały na jej słowa, jak tęczówki zaczynały błyszczeć z podniecenia, a jego ciało delikatnie zadrżało, wyrażając niecierpliwość, którą z trudem dawał radę hamować.
— A może… — mruknęła i w przypływie śmiałości przysunęła się do niego ponownie, całując wrażliwy kark demona, po czym szepnęła wprost do jego ucha: — Amon.
— Elizabeth… — jęknął demon.
Nie mógł dłużej się powstrzymywać. Gwałtownie wpił się w usta dziewczyny i sięgnąwszy po jej dłoń, nakierował ją na swojego członka. Gdy poczuł, jak delikatne, szczupłe palce zaciskają się na jego przyrodzeniu i powoli zaczynają przesuwać się na po nim w górę i w dół, sprawiając, że przez całe ciało Kruka zaczęły przechodzić przyjemne dreszcze, sam wsunął rękę pomiędzy jej nogi i zaczął delikatnie ją pieścić. Szybko jednak dłoń ustąpiła miejsca ogonowi, który w tych sferach czuł się znacznie swobodniej, o czym Lizz dopiero miała przekonać się po raz pierwszy, zaś dłoń poczęła pieścić jedną z jej drobnych, jędrnych piersi, drażniąc brodawki i wprawiając nastolatkę w jeszcze większe drżenie.
Przyjemność wyrażali tłumionymi jękami wydobywającymi się spomiędzy złączonych w pocałunku ust. Łapczywie chwytane oddechy i szarpiące ruchy zdradzały ich niecierpliwość, aż w końcu dziewczyna była tak pobudzona, że nie potrafiła już dłużej skupić się na całowaniu. Wbiła paznokcie w plecy ukochanego i krzyczała z rozkoszy, wciąż poruszając ręką członek demona.
— Chcę cię poczuć w środku… — jęknęła z trudem, spoglądając na niego załzawionymi z przyjemności oczami.
— Jak sobie życzysz, panienko — odpowiedział i ująwszy ją za pośladki, powoli posadził na sobie i nadział na członka, czując, jak  dziewczyna ze wszystkich sił zaciska się na nim, jakby bała się, że za chwilę opuści ją na zawsze.
Odkąd nastąpiła w niej zmiana i dołączyła do demonicznego społeczeństwa, jej siła znacznie wzrosła. W owej chwili demon czuł to wyjątkowo wyraźnie, dziękując opatrzności, że dane mu było zaznać tak przesłaniającej wszystko inne przyjemności.
Nim Elizabeth się spostrzegła, jej kochanek krzyczał, jęczał i błądził wzrokiem po jej ciele w nie mniejszym stopniu niż ona. Jeszcze nigdy dotąd nie widziała go tak pobudzonego. Zawsze był spokojny, opanowany, ale teraz zachowywał się jak zwierzę – tak samo jak ona – i wzajemnie idealnie dopełniali się w tym maratonie, którego nagrodą była błoga przyjemność i spełnienie w ramionach ukochanej osoby.
~*~
Gdyby słowo „kąpiel” zawsze oznaczało to, do czego doszło w przypadku Elizabeth i Sebastiana, prawdopodobnie ludzie byliby wiecznie brudni, za to szalenie zadowoleni. W przypadku nastolatki zadowolenie byłoby jednak zdecydowanie zbyt małym słowem. Wyostrzone zmysły, zwiększona siła i wytrzymałość sprawiły, że odkryła w sobie nowe pokłady sił, umiejętności, niesamowitą zwinność i pomysłowość. Ponad trzy godziny w wannie spędzone na wzajemnych pieszczotach, zwieńczone delikatną, bladą dłonią, która troskliwie głaskała ją po głowie, były spełnieniem najgłębiej skrywanych pragnień dziewczyny. Całkowicie pozbawiły ją obaw, stresu związanego ze wszystkimi nowościami, które się wokół niej działy. Całkowicie się wyciszyła, dając się otulić gorącej, pełnej olejków zapachowych wodzie i słodkiemu spełnieniu, które z wolna koiło ją do snu.
Sebastianowi zależało na tym, by nastolatka podała mu tytuły ksiąg, które czytał Anasi. Od jakiegoś czasu czuł, że informator coś przed nim ukrywał i postanowił dowiedzieć się, co to było. Jednak nie miał Lizz za złe, że zasnęła. Sam również był wykończony i niesamowicie zadowolony. W tak błogim stanie mógłby zasnąć, gdyby nie pragnął stać na straży snu ukochanej, by upewnić się, że nawet niechciany podmuch wiatru nie dosięgnie jej delikatnej, bladej skóry przez uchylone okna.
Ułożył dziewczynę w łóżku, okrył ją pierzynom, a sam wrócił się po kartkę z jej rozwiązaniem zadania i z satysfakcją przyglądał się wszelkim zgnieceniom, roztarciom, naciskom – wszystkiemu, co świadczyło o tym, jak wiele wysiłku wkładała w rozwiązanie zagadki, byle tylko był z niej dumny. Zawsze się dla niego starała, nawet kiedy jeszcze on sam nie potrafił tego docenić, dawała z siebie wszystko, by stanąć na wysokości zadania i sprostać wyzwaniu. Nawet jeśli nie zawsze dawała sobie radę, nigdy się nie poddawała. Nie siadała ze zwieszoną głową, uważając, że nie da sobie rady. Po kilku minutach kontemplowania porażki zawsze podejmowała kolejne próby. Michaelis przez lata wmawiał sobie, że była po prostu zawzięta, ale w końcu zrozumiał, że tym, co motywowało ją w rzeczywistości, była jego duma, dobre słowo i uśmiech satysfakcji na ustach, po którym następowała nagroda w postaci jednej z nielicznych przekąsek, które była w stanie zjeść.
Dziewczyna spała snem sprawiedliwego, a demon poświecił wolne chwile na wypełnianie dokumentów, które wisiały nad nim nieubłagalnie już od dawna. W końcu musiał się wziąć i za tę nudną, niechcianą cześć pracy, znalazł więc idealny moment. By jednak umilić sobie zadanie, przeniósł się z papierzyskami do łóżka i pozwalając Lizz przytulać się do siebie przez sen, wodził wzrokiem po kolejnych wierszach tekstu, podpisując je, odrzucając, komentując i odkładając na etażerkę, na której z każdą chwilą rósł coraz większy stos zapisanych atramentem kartek.
— O nie, zasnęłam… — Usłyszał jęk, który wyrwał go z transu.
Wzdrygnął się lekko, odłożył pióro na bok i przysunął nastolatkę bliżej siebie, całując ją w czoło na przywitanie.
— Długo spałam? Przepraszam. Miałam ci coś napisać, ale była taka zmęczona…

— Nic się nie stało. Zająłem się dokumentami, nie ma tego złego. Poza tym spałaś tylko dwie godziny, wyspałaś się? — zapytał, zerkając w lekko zaczerwienione oczy. 



.