piątek, 19 maja 2017

Tom V, XV

W tym tygodniu znowu nic nie napisałam i jestem w dupie ze wszystkim. Chcę wakacje i czas na pisanie TT_TT. 15 stron zapasu, trzymacie kciuki, żebym w tym tygodniu coś tam jednak naskrobała xD.
W międzyczasie zapraszam na mojego deviantarta (namisiaa.deviantart.com), gdzie możecie sobie zobaczyć, co robię, gdy nie piszę, nie pracuję i nie przygotowuję się na zajęcia na uczelni. 
To w sumie tyle na dziś, muszę iść nadrabiać zaległości.

Miłego! :*

=================================

— No dobrze, to w takim razie… Muszę się ubrać. Czy ja mogę się ubrać tak, jak kiedyś ubierał mnie Sebastian? — zapytała, zapomniawszy, że Samarel może nie mieć pojęcia, o czym mówiła.
— Czyli jak? Elegancko? Oczywiście, że możesz. Jesteś wybranką króla, należysz do naszej rasy… Przynajmniej częściowo – nie do końca się w tym orientuję, więc możesz nosić, cokolwiek ci się podoba. Ludzka moda jest wprawdzie zupełnie inna od naszej, ale będzie można uznać to za objaw ekstrawagancji. Zresztą nikt nie odważy się głośno komentować twojego ubioru — tłumaczył rozlegle żołnierz, podczas gdy Elizabeth patrzyła się na niego, z każdą chwilą coraz bardziej się śmiejąc. — Co ja znowu powiedziałem? — jęknął skonsternowany.
— Miałam na myśli: czy mogę sobie stworzyć ubranie. Sebastian tak robił. Machał rękami, a mnie otaczała ciemność i kiedy opadała, byłam ubrana.
— Ah, to… Cóż, nie wiem. Wątpię. To znaczy… Tego trzeba się nauczyć.
— Więc mnie naucz! — poprosiła podekscytowana nastolatka.
Gdyby tylko wiedziała, jak niezręcznie było Samarelowi tłumaczyć jej, że umiejętność narzucania materii swojej woli była czymś, co przychodziło naturalnie i z ogromną łatwością demonom od najwcześniejszych lat, pewnie wycofałaby się z prośby. Jednak o tym nie wiedziała, tak samo jak nie kłopotała się pomyśleć, że nie każdy w piekle posiadał odpowiednie doświadczenie i predyspozycje, by uczyć innych. Natłok nowych wrażeń, marzeń, pragnień i ogromna ciekawość całkowicie ją pochłaniały, pozostawiając w umyśle jedynie niewielki skrawek racjonalizmu.
— Nie potrafię. Ty… Może nawet nie będziesz mogła tego umieć. Naprawdę nie wiem, ale jeśli chcesz, mogę cię ubrać tak, jak król, tylko opowiedz dokładnie, co chcesz na siebie włożyć — zaproponował skrępowany demon.
— Chciałabym… Zwiewną, zieloną sukienkę z koronką przy dekolcie, o jakimś delikatnym, lekko błyszczącym materiale z czarnymi wykończeniami. Zielony pasuje do fioletu, Sebastianowi powinno się spodobać — odpowiedziała po chwili zastanowienia.
Żołnierz wysłuchał dokładnie jej opisu, przez chwilę głowiąc się nad rodzajem materiału, o którym mówiła. Nie udało mu się wyciągnąć z niej informacji o nazwie tego, co miała na myśli. Zdziwiło go, że kobieta, szczególnie w tych czasach, mogła nie znać się na tak podstawowych sprawach, jednak potem przypomniał sobie wszystko, co o niej wiedział, a także co miał okazję zauważyć, i uznał, że dla kogoś takiego błahe sprawy pokroju nazw systematycznych tkanin rzeczywiście mogły odgrywać mniej istotną rolę.
— Dobrze, poradzę sobie. Uważaj — ostrzegł, wyciągając dłoń w jej stronę.
Nie czuł się do końca komfortowo, zmieniając kształt, kolor i właściwości materii jej koszuli. Do tego celu musiał zmienić ubranie, które na sobie miała, co wymagało właściwie rozebrania jej – o czym zdawała się nie wiedzieć. Wprawdzie była to jej prośba – jedna z tych, które Kruk kazał Samarelowi spełniać, jednak wątpił, by władca spodziewał się zachcianek tego pokroju. Cóż, w najgorszym wypadku odpowie za to głową – żartował wisielczo.
Postawił na satynę, uznając, że powinna z łatwością sprostać wymaganiom Elizabeth, a nawet jeśli tego nie zrobi, prawdopodobnie dziewczyna i tak nie zauważy różnicy. Skupił się za to na ozdobnej koronce w różyczki na dekolcie i pasujących do niej wykończeniach na dole i ramiączkach. Osoba, która tak słabo znała się na materiałach, skupi się na dekoracjach, nie na samej tkaninie – jak się przekonywał – a żeby mieć pewność, urozmaicił materiał o delikatny, o dwie nuty ciemniejszy motyw róż, dzięki czemu całość kreacji wydawała się wystarczająco przepełniona dodatkami, by ostatecznie odwrócić uwagę dziewczyny od elementu, którego nie był pewny.
— Gotowe. Możesz się przejrzeć.
Lizz skinęła głową i odważnie podeszła do lustra. Po chwili wydała z siebie okrzyk zachwytu tak głośny, że aż rozbolały ją uszy, które natychmiast musiała zatkać, przy okazji kucając spłoszona. Samarel podszedł do niej i powoli pomógł jej wstać, szepcząc niemal niesłyszalnie:
— Spokojnie, zaraz minie. Musisz na to uważać, jeszcze się nie przyzwyczaiłaś.
— Wiem, przepraszam — odpowiedziała równie cicho.
Z pomocą demona stanęła na nogi i jeszcze raz się sobie przyjrzała, w zupełnej ciszy uśmiechając się do swojego odbicia. Nie pamiętała, kiedy ostatnio wyglądała tak zdrowo i promiennie, mimo że nie przytyła ani grama, a jej skóra wciąż wydawała się blada niczym bezdrzewny papier pierwszej klasy. Z jej barków spadł niewyobrażalny ciężar i choć nie dało się go ujrzeć na co dzień, jego braku trudno było nie zauważać.
— Dziękuję. Sukienka wygląda lepiej niż sobie wyobrażałam. I ma taką piękną koronkę. Wiedziałeś, że mam na nazwisko Roseblack? A raczej… Miałam. To stąd te róże? — zapytała, delikatnie sunąc opuszkami palców po ciemnym skrawu materiału.
— Wiedziałem. Król kiedyś wspominał, zapamiętałem na wszelki wypadek.
— Przy mnie możesz mówić po prostu Sebastian. Albo Amon, jeśli wolisz. Nie wygadam się — zapewniła nastolatka, czując się nieswojo, gdy żołnierz każdorazowo tytułował jej ukochanego.
Zdawała sobie sprawę, że była teraz kobietą króla, ale mimo wszystko nie chciała, by status kogoś, kogo kochała, gdy był zaledwie jej służącym w ludzkim świecie, w jakikolwiek sposób wpływał na jej zachowanie. Pod tym względem pragnęła być jak jej przyjaciółka – normalna, niewyniosła i nie patrząca na innych z góry.
— To dokąd mnie zabierzesz? Chciałabym zobaczyć wasz ogród, na pewno jakiś macie, prawda? Chcę wyjść z budynku, brakuje mi świeżego powietrza.
— Powietrze wokół zamku nie należy do najświeższych… Kró… Amon prosił, żebym zostawił kilka miejsc, po których oprowadzi cię sam. Pomyślałem więc, że na początek oprowadzę cię po korytarzach, a na koniec wyjdziemy na dziedziniec. Jest tam trochę roślin i prawdopodobnie młodzi rekruci będą mieli ćwiczenia z musztry, powinno ci się spodobać.
— Musztra? Taka wojskowa? Chętnie! — Ucieszyła się, dalej szeptem, unosząc tylko głos na koniec, by w pełni wyrazić zadowolenie.
Chwyciła Samarela za rękę i zaciągnęła go do drzwi sypialni. Dopiero tam demon zaoponował, nie dając jej wlec się dalej i chociaż próbowała użyć siły, licząc na to, że jej ogrom z łatwością pokona żołnierza, przeliczyła się, bo doskonale się na to przygotował.
Wyjaśnił jej, że cały czas musi się trzymać blisko niego, nie odchodzić, nie uciekać, nie krzyczeć i starać się kontrolować zmysły. Opisał po krótce wygląd korytarzy, by wyszedłszy poza apartament króla nie przeżyć kolejnego szoku, a potem poprosił jeszcze, żeby od razu dawała mu znać, gdy tylko poczuje się źle w każdym rozumieniu tego słowa. Był w końcu zobowiązany, by odpowiednio o nią zadbać.
Elizabeth bardzo imponowało niezwykle profesjonalne podejście demona. Nie zamierzała stwarzać problemów. Zależało jej na tym, by poznać zamek – środowisko, w którym wychowywał się jej ukochany – najlepiej, jak to możliwe. Dlatego też pewnie chwyciła Samarela za dłoń, zapewniając, że nie puści go, dopóki jej nie każe, by miał pewność, że jest bezpieczna.
Ustaliwszy zasady, dowódca 4 zastępu otworzył drzwi i przepuścił w nich nastolatkę. Jej oczom ukazał się piękny korytarz o krzyżowo-żebrowym sklepieniu w całości wykonanym z tego samego, błyszczącego, czarnego materiału co podłoga. Po obu stronach korytarza rozciągała się mgła, która, chociaż szeroka na około dwa jardy z każdej ze stron, pozostawiała pomiędzy sobą odpowiednio szeroki korytarz, na którym stojąc w rzędzie, zmieściłaby się całą drużyna baseballowa. Dziewczyna przez chwilę przypatrywała się w skupieniu sufitowi, zauważając, że pozornie jednolita czerń w swej strukturze miała zawarte malutkie drobinki białego kryształu, który sprawiał, że światło rozchodzące się delikatną łuną od świec umieszczonych na czarnych, zdobionych cierniowymi motywami kandelabrach odbijało się od nich, imitując na suficie coś na wzór rozgwieżdżonego nieba.
— Elizabeth?
— Słucham? — zapytała dalej zafascynowana sklepieniem.
— Idziemy?
— A, tak, tak, przepraszam. Ten sufit jest taki piękny… Ten czarny kamień to onysk?
Samarel spojrzał na dziewczynę podejrzliwie. Nie znała się na materiałach, które towarzyszyły jej każdego dnia, za to paradoksalnie bez trudu potrafiła odróżniać od siebie kamienie. Nie wyglądała na fankę biżuterii, zresztą poza fioletowym kamieniem, który zawieszony na cienkim, srebrnym łańcuszku, zdobił jej pierś, nie widział nigdy, by jakąś na sobie miała. Ponadto żadnej też się nie domagała.
— Tak, to onyks. Łączony specjalnie przez Lewiatana z drobinkami kryształów, by stworzyć efekt, który tak ci się spodobał.
— A mgła? Co jest we mgle? Ciągle słyszę z jej wnętrza jakieś kroki i głosy, to niepokojące.
— Tędy poruszają się niżsi. Na razie nie chcę ci ich pokazywać, to nieprzyjemny widok.
— Już widziałam. Kiedy szukałam Sebastiana, zabijałam demony i… — zawahała się, zerkając badawczo na towarzysza; Samarel jednak nie wydawał się zniesmaczony, wiec kontynuowała: – I widziałam wtedy sporo zniekształconych postaci, które nie miały nawet zbyt wiele wspólnego z humanoidami.
— To prawda, nie mają. Dawno temu król, ojciec Amona, został przekonany przez Anasiego – którego miałaś już okazję poznać – by dopuścić ich na dwór. To tania siła robocza, są zwyczajnie potrzebni. Jednak Belial nie chciał na nich patrzeć, uważał, że zaburzają jego poczucie estetyki, dlatego stworzył wieczną mgłę, w której mieli się chować, by go nie gorszyć.
— Belial był bucem — skomentowała niezadowolona nastolatka. — Może i są brzydcy, paskudni nawet, ale to dalej myślące, czujące istoty. Nie powinien ich oceniać tylko ze względu na wygląd. Może oni byli brzydcy, ale jego wnętrze było sto razy paskudniejsze! — dodała zdenerwowana.
— Racja, wnętrzności Beliala nie… — uciął Samarel; Elizabeth nie była osobą, z którą powinien wymieniać uwagi na temat organów byłego władcy, zarówno dla swojego jak i jej dobra.
— Poza tym, czy ta mgła działa wytłumiająco, czy oni specjalnie zachowują się tak cicho? Słyszę tak wiele kroków, cały czas, jakby chodzili w mojej głowie, a jednak to dzieje się tak bardzo cicho, że nie jestem pewna, czy sobie tego nie wymyślam… Trochę się boję — przyznała, niepewnie przysuwając się do mgły. — Mogę tam wejść? Nic mi nie będzie?
Tak wiele pytań w tak krótkim czasie. Na dodatek żołnierz poczuł, że dłoń nastolatki zaczęła się pocić. Denerwowała się znacznie bardziej niż to okazywała. Dlatego też Samarel objął ją i przytulił delikatnie, pamiętając z jednej z licznych rozmów o ludziach, które udało mu się słyszeć na przestrzeni tysiącleci, że taki gest działał na nich uspokajająco.
— Tak, są specjalnie tłumione, żeby nie przeszkadzać. Kiedy przyzwyczaisz się do wyostrzonych zmysłów, w końcu zupełnie przestaniesz zwracać na nich uwagę. I możesz tam wejść, jeśli chcesz, ale możesz na kogoś wpaść. Poza tym nie pachnie tam zbyt ładnie.
— Więc wejdźmy — postanowiła natychmiast, wyrywając się z objęć demona.
— Jesteś pewna?
— Tak. Jeśli nie sprawdzę, będę się bała. Mam już dość wiecznego strachu i niepewności. Jestem wreszcie wolna, chcę z tego korzystać, póki mogę. Nie wiem, ile mam czasu. Zresztą bez względu na to, nie chcę czekać.
Na takie argumenty demon nie mógł odpowiedzieć inaczej, niż wskazaniem nastolatce drogi. Dalej trzymała go za rękę, chociaż uspokojona zapewnieniem, że nic jej nie grozi, czuła się już znacznie pewniej.
Powoli przeszli przez granicę. To, co Lizz zobaczyła po drugiej stronie, przeszło jej najśmielsze oczekiwania. Nie sądziła, że na tak niewielkiej przestrzeni mogło zmieścić się tyle postaci. Niektóre z nich były tak małe, że przypominały dziewczynie o skrzatach z bajek, które kiedyś czytywała. Inni byli niezwykle wysocy – tak, że ledwie dostrzegała ich powykrzywiane twarze. Byli grubi, chudzi, przypominający ludzi i tacy, który w ogóle nie mieli z nimi nic wspólnego. Łączyło ich tylko jedno – ciemna skóra pokryta licznymi skazami i pośpiech wynikający ze stresu, który nastolatka czuła wyraźnie, choć żaden z niższych nie odważył się nawet na nich spojrzeć.
Odsunęła się na bok, by nie wchodzić pracownikom w drogę. Nie chciała, by mieli problemy z powodu jej ciekawości. Nie wyszła jednak, mimo że zapach zgniłych jaj sprawiał, że ją mdliło. Chciała przez chwilę popatrzeć, wczuć się w ich sytuację i zrozumieć, czym się kierowali. Wiedziała, że pewnie i tak nie zrozumie zbyt wiele, ale serce podpowiadało jej, że jako nowa mieszkanka zamku, powinna się z nimi zapoznać i okazać szacunek wobec ich pracy, co z kolei nawet Samarelowi, który był bardzo ludzki jak na demona, wydawało się zupełnie zbędne.
— Pora wracać, jeśli zostaniemy tu zbyt długo, przejdziemy tym smrodem — stwierdził żołnierz i pociągając dziewczynę za rękę, opuścił wraz z nią strefę dla nieuprzywilejowanych pracowników.
— To było takie… niezwykłe i smutne. Sebastianowi to nie przeszkadza? Nie można tak traktować innych, służba to też ludzie! Demony, znaczy się.
— Masz zbyt dobre serce… — mruknął niechętnie Samarel. — Chodźmy dalej. Na końcu tego korytarza są drzwi. Za nimi znajduje się sala tronowa i sala obrad. Na razie tam nie wejdziemy, bo trwa narada. Za to skręcimy w lewo, pokażę ci zbrojownię i skrzydło pracownicze — wyjaśnił, powoli kierując się w stronę masywnych, okazałych wrót.
Elizabeth skinęła twierdząco głową i spoglądając tęsknie na masywne drzwi, za którymi obradował jej ukochany, ruszyła za Samarelem, by przekonać się, jak dobrze wyposażona mogła być piekielna zbrojownia. W wyobraźni widziała ją jako ogromne pomieszczenie pełne przedmiotów w najróżniejszych kształtach, których na pierwszy rzut oka nie umiałaby nawet przyporządkować do odpowiedniej kategorii. Sądziła, że demony z racji swojej długowieczności, siły i odmiennych od ludzkich kształtów, będą musiały posiadać również tak samo odmienną broń. To wydawało jej się logiczne, biorąc pod uwagę, że chociaż żyli w światach tuż obok siebie, to jednak oba były zupełnie inne, a demony wydawały się wiedzieć o wszystkim znacznie więcej niż wszystkie ludzkie księgi. Dlatego też szybko zapomniała o tęsknocie za Sebastianem i z coraz większą niecierpliwością szła za żołnierzem, co chwilę podskakując z nadmiaru rozpierającej jej energii.
Wprawdzie podczas wojny widziała jakieś miecze, strzały i inne żelastwo, jednak była wtedy przejęta swoją przyszłą śmiercią i walką o przyszłość świata, dlatego też nie skupiała się ponadprzeciętnie na czymś tak prozaicznym jak kształt i właściwości poszczególnych ostrzy. Nawet teraz – idąc do zbrojowni i posiadając umysł i zmysły otwarte szerzej niż kiedykolwiek – nie potrafiła ich sobie przypomnieć. Nawet wspomnienia Amona pod tym względem pozostały dla niej zamknięte, bo i w tym wypadku śledzenie fabularnego wątku życia demona było znacznie ciekawsze niż przyglądanie się nic nie znaczącemu tłu.
— Jesteśmy prawie na miejscu, przestań skakać, wyglądasz niepoważnie — upomniał dziewczynę Samarel.
Spojrzała na niego zaskoczona, ale skinęła głową i postąpiła zgodnie ze wskazówką. Nie chciała stwarzać niepotrzebnych problemów.


piątek, 12 maja 2017

Tom V, XIV

Ten moment, gdy czekacie na coś cały dzień, żeby się dowiedzieć, że jednak w ogóle tego nie dostaniecie ><. Tag, pobóldupiłam sobie, a teraz można żyć dalej xD.
Dziś w Róży kolejne przygody demonów. Bardzo chciałam, żeby ostatnio tom rozgrywał się głównie w piekle, bo tworzyłam je i tworzyłam i uznałam w końcu, że dobrze byłoby zrobić z nieco coś więcej. Żeby pokazać Wam, jak wyglądają piekielne realia, no i jak wyglądały. Żeby zachowanie i podejście do życia Sebastiana stało się bardziej sensowne, no i żeby wątek "demony nie mają uczuć" nabrał sensu. Bo nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie w mandze to taki naciągany motyw, bo przecież wielokrotnie widać, że Sebastian coś czuje. Także właśnie po to (i po masę innych rzeczy xD) fabuła potoczyła się tak, a nie inaczej. Podoba Wam się tak obrót spraw, czy mieliście nadzieję, że wszystko potoczy się inaczej? Jestem ciekawa, więc dajcie znać :D.
A tymczasem:

Miłego! :*

======================================

— Jesteśmy. Zamknij oczy, bo cię oślepi — oświadczył Kruk, po czym sam opuścił powieki i entuzjastycznie machając rękami, wpłynął przez niewidzialne przejście, wciągając za sobą archanioła.
Rafael nie zamknął oczu. Przypłacił to bólem głowy, który nawiedził go, gdy tylko jego wzrok napotkał ostre światło, ale widok warty był dyskomfortu. Mieszające się ze sobą, wyraziste barwy przypominały benzynę rozlaną na chodniku, jednak sposób ich poruszania się świadczył o tym, że tętniła w nich ogromna siła. Po ujrzeniu niezwykłych iluminacji archanioł na chwilę stracił wzrok.
Gdy go odzyskał, zobaczył niewyraźny zarys spowitej w mroku wyspy. Jego uwadze nie uszedł brak smrodu, który był zmuszony wdychać przez kilkadziesiąt ostatnich minut. Woda była krystalicznie czysta, ale przez wszechobecną ciemność i czarne, lekko błyszczące w świetle czerwonego księżyca dno, jej kolor bardziej niż do błękitu, porównać można było do rozgrzanej smoły.
— Gdzie my jesteśmy? — zapytał, szarpiąc demona za ogon, by ten wreszcie się zatrzymał i raczył mu wyjaśnić, co właściwie zaszło.
— To wyspa demonów. To taki… kieszonkowy wymiar – tak nazwaliby to ludzie. Wyrwa w ich wymiarze, wewnątrz której zbierają się dusze, które zdołały wyrwać się z naszych szponów. Jak ta anielica.
— Angela — upomniał go zirytowany Rafael.
— Mówię przecież — prychnął demon. — Jej dusza powinna tutaj być. Czuję ją. Mamy szczęście. Nie zawsze tak jest. Gdyby jej tu nie było… Chyba zwyczajnie rozku…
— Dobrze, że tu jest, płyń! — przerwał mu anioł.
Odepchnął od siebie ogon, a potem wybił się z wody, by dotrzeć na wyspę na skrzydłach i przy okazji nieco się wysuszyć. Amon postąpił podobnie. Kilka minut później stali już na brzegu skarpy, nieopodal której pomiędzy drzewami pięły się ruiny starego zamku. Na niewielkim gościńcu w idealnym stanie zachowała się jedna, ciemna, kamienna ławka, na której siedzisku leżała błyszcząca fiolka.
— Jest! — Kruk ruszył pędem w stronę dziedzińca i dopadł do naczynia.
Było jeszcze świeże, nie zdążyło się zapieczętować – miał szczęście, jeszcze kilkanaście minut i byłoby zbyt późno. Otworzył je, przystawił do ust i wyssał zawartość. Wyraz jego twarzy momentalnie się zmienił. Z surowego, wściekłego i wzbudzającego przerażenie przerodził się w pełen satysfakcji, do tego stopnia łagodny, że jego głowa mogłaby sygnować dom strachów na dla dzieci. Rozsiadł się na ławce, zawiesił ramiona na oparciu i westchnął z ulgą, zerkając na Rafaela. On w dalszym ciągu był zdenerwowany, ale Amon nie był tym ani trochę zdziwiony.
— Zmaściłem.
— Żebyś wiedział, że zmaściłeś. Umawialiśmy się. Więcej nigdzie z tobą nie idę. Mieliśmy obserwować. Wiesz przecież, ile ryzykuję. Jeśli Gabriel by się o tym dowiedział…!
— To się więcej nie powtórzy… — mruknął skruszony demon, wstydliwie uciekając wzrokiem. — Myślałem, że poradzę sobie z głodem. Zresztą doskonale wiesz, że zależy mi na naszych wyprawach.
— Wiem… — westchnął anioł, dosiadając się obok przyjaciela. — Myślisz, że dlaczego to znoszę? Dla mnie też są ważne. W końcu tylko tak możemy się wyrwać od tej bandy krótkowzrocznych idiotów. Czasem mam wrażenie, że są tak zaślepieni walką o terytorium, ludzi, dusze i całą resztę tego nic nie znaczącego syfu, że zapominają o tym, że świat jest ciekawy bez względu na to, kto nim rządzi.
— Święte słowa, Rafciu…
Zamilkli. Poza echem plaśnięcia dłoni w twarz demonicznego księcia żaden niepożądany dźwięk nie zagłuszał idealnej harmonii naturalnego, demonicznego środowiska, które wykształciło się w nieznany Amonowi sposób gdzieś po środku niczego na ludzkiej płaszczyźnie świata. Chociaż był tu zaledwie kilka razy, uwielbiał to miejsce. Pozwalało mu się wyciszyć, odzyskać wewnętrzny spokój ducha i zobaczyć, jak mogłoby wyglądać piekło wolne od terroru jego ojca i wiecznego strachu o życie. Sama piekielna kraina była niezwykle piękna. Zróżnicowany klimat, cała paleta barw, niezwykła roślinność i mnóstwo ciekawych form życia – wszystko tak fascynujące, że nie sposób było się tym nie zachwycać. I w takiej właśnie szklanej kuli wolnej od zanieczyszczeń skażonych umysłów przyszło przesiadywać dwóm istotom z zupełnie różnych światów, póki jednemu z nich nie przyszedł do głowy pewien pomysł.
— Niech to będzie nasze miejsce. Chciałbym częściej tu wracać, nikt z zewnątrz nie wyczuje, że tu jesteśmy, więc jest w miarę bezpiecznie.
— W sumie ładnie tu, jestem za. Ale musisz obiecać, że to naprawdę był ostatni taki wybryk.
— Przysięgam! Patrz! — krzyknął entuzjastycznie Amon.
Pazurem palca wskazującego lewej dłoni zaczął ryć swoje imię na ławce, korzystając jednego z dawnych alfabetów do zapisu xerfickiego. Kiedy skończył, obok zapisał również imię przyjaciela. Rozciął palec i wymazał obie grawerki krwią, po czym poprosił anioła, by zrobił to samo.
— Słowa demonów z reguły nie znaczą zbyt wiele. Ze mną jest inaczej, na pradawny język, swoją spuściznę i krew przyrzekam, że to był mój ostatni wyskok — oświadczył uroczyście.
Rafael prychnął kpiąco, lecz nie udało mu się powstrzymać uśmiechu satysfakcji, który mimo usilnych starań anioła zdołał objawić się półgębkiem.
— Zobaczymy, Amuś, zobaczymy…
~*~
— Sebastian? — jęknęła zaspana Elizabeth.
Gdy tylko otworzyła oczy, zobaczyła siedzącego przy sobie demona. Wpatrywał się w nią z uśmiechem na ustach, a kiedy wyciągnął do niej dłoń, zauważyła, że jego ruchy były lekko sztywne.
— Jak długo przy mnie siedzisz?
— Cały czas — odparł natychmiast, najwyraźniej będąc dumnym ze swojego zachowania,
Dziewczyna pokręciła głową, uśmiechnęła się i wtuliła w ukochanego. Jego ciepło, zapach i piękna melodia, jaką wygrywało jego serce, sprawiały, że czuła się niemal pijana szczęściem dzięki spotęgowanym wrażeniom, jakie zyskiwała dzięki wyczulonym zmysłom. Była niezwykle wdzięczna ukochanemu, że cały czas trwał u jej boku. Chociaż pozornie czuła się bezpieczna, wiedziała, że w głębi siebie nosi lęk, który mógłby wydostać się na zewnątrz, doprowadzając do kolejnego nieodpowiedzialnego zachowania mogącego stać się dla króla ogromnym problemem – a tego chciała uniknąć ze wszystkich sił.
— Jak bardzo zaniedbujesz przeze mnie królestwo? – zapytała, zadzierając głowę, by spojrzeć mu w oczy.
— Niewystarczająco, by ktoś się tym martwił do tego stopnia, by mnie zbesztać. Nie martw się, Lizzy, mam wszystko pod kontrolą. Kiedy się upewnię, że dajesz sobie radę, zajmę się pracą.
— Nie podoba mi się to. Nie chcę — powiedziała stanowczo, na potwierdzenie swoich słów z pasją uderzając dłonią w skotłowaną pościel. — Idź do pracy, jeśli musisz. Samarel się mną zajmie. A kiedy skończysz, spędzimy czas razem. Poradzę sobie — przekonywała, sięgając granic swych aktorskich umiejętności, by mimo płoszących ją bodźców z otoczenia nie dać po sobie poznać, że coś było nie tak.
Pragnęła być blisko niego. Gdyby nie był królem i był zupełnie wolny, trzymałby go w łóżku jak więźnia, przytulając, całując, rozmawiając z nim i żyjąc na tej niewielkiej przestrzeni, póki nie poczułaby się w pełni normalnie. Znaczenie słowa, z którego dotąd korzystała, przestawało mieć pokrycie w przypadku jej nowego stanu, dlatego też musiała na poczekaniu wymyślić jakieś inne. Wystarczało jej ponowne przejęcie kontroli nad swoim ciałem i umysłem. Jednak nie mogła pozwolić sobie na ten całkowity komfort, wiedząc, że ten, któremu oddała serce, był królem miejsca, w którym przyszło jej żyć i żeby zapewnić jej bezpieczeństwo, musiał pokazać się z jak najlepszej strony. Ponadto doskonale wiedziała, że jeśli mimo wszystko przyjdzie jej umrzeć, on będzie trwał nadal – nie mogła samolubnie zrujnować jego pozycji wypracowywanej przez Rzeczywistości, których wciąż nie pojmowała, przez swoje zachcianki.
— Jesteś pewna? Nawet nie wyrósł ci do końca ogon. Minęło zaledwie kilka dni… — Wahał się Michaelis.
— Jestem pewna. Kocham cię, no i… Chcę, żebyś dalej był tak wspaniałym władcą, jak mówią o tobie niektóre demonice. One myślą, że ja tego nie słyszę, ale rozmawiają o tobie. Zachwycają się twoim wyglądem i umysłem, i podejściem do rządzenia piekłem. Że dzieci będą bezpieczniejsze i że ich los będzie lepszy. Jedna nawet przyznała przed drugą, że tez coś czuła i że wreszcie nie boi się o swoją przyszłość w związku z tym. I wiesz? Chcę, żeby oni wszyscy mówili o tobie w taki sposób — opowiadała z zapartym tchem, nie zdając sobie sprawy z tego, co niewiarygodnie podnosiło Sebastiana na duchu – kiedy bardzo się na czymś skupiała, przestawały jej doskwierać zbyt czułe zmysły, a to oznaczało, że wreszcie przyzwyczajała się do nowej sytuacji nie tylko w teorii ale też w praktyce.
— No dobrze. Skoro to dla ciebie takie ważne, by twój wybranek był kimś z dobrą reputacją, popołudniu pójdę popracować. A Samarel pokaże ci część zamku, dobrze? Jutro ja pokażę ci resztę.
— Nie musisz, Samarel to zrobi.
Sebastian prychnął śmiechem, a potem ujął dłonie ukochanej, przysunął je do ust i musnął gładką, bladą skórę wargami.
— Chcę to zrobić osobiście. Powiedz Samarelowi, że ogród, zagrody i biblioteka należą do mnie. Resztę może ci pokazać. Obiecasz mi to? — poprosił, głaszcząc nastolatkę po głowie, niczym małą dziewczynkę, którą opiekował się z przymusu kilka lat temu.
Wtedy ten prosty gest wzbudzał w nim raczej niechęć i zażenowanie, jednak teraz odnajdywał w nim mnóstwo przyjemności ogrzewającej serce. Kiedy Lizz czerwieniła się, patrząc na niego dwojgiem lśniących z przejęcia, błękitnych oczu, wewnątrz których sporadycznie pojawiał się błysk krwistej czerwieni, czuł się najszczęśliwszą istotą na świecie.
— Obiecuję. Jeśli ty mi obiecasz, że zrobisz dziś tak dużo, jak zawsze mi kazałeś pracować, bo głowa piekielnego narodu musi godnie wypełniać swoje obowiązki. Bo one są priorytetem, cała reszta to jedynie przywilej, na który zasłużyć można ciężką pracą, pamiętasz? — zapytała, parafrazując jedną z jego licznych regułek.
— Oczywiście, że pamiętam. Eh… Nauczyłem cię wielu niezwykle niewygodnych rzeczy, czyż nie? — zaśmiał się sam do siebie.
Pocałował dziewczynę w usta, raz jeszcze rzucił okiem na rosnący ogon, który z każdym dniem nabierał kształtów i stawał się coraz bardziej władny, a potem pożegnał nastolatkę i opuścił sypialnię.
Przyzwał Samarela, dokładnie przekazał mu, co może, a czego pod żadnym pozorem nie powinien próbować nawet brać pod uwagę, po czym oficjalnie zostawił ukochaną pod jego opieką. Zaznaczył jednak, że jeśli chociaż jeden włos (i mówiąc to nie miał na myśli jedynie przenośni) spadnie z jej głowy, żołnierz gorzko tego pożałuje. Pogroziwszy podwładnemu, poczuł się znacznie lepiej i mógł udać się do sali tronowej, by zająć się niezbędnymi sprawami piekła.
Wysłuchawszy gróźb i wskazówek króla, Samarel nieśmiało zapukał do drzwi. Słysząc radosną odpowiedź, wkroczył do środka i przywitał ludzką dziewczynę uśmiechem, nad którego przyjaznym wyglądem na wszelki wpadek ćwiczył w ciągu ostatnich dni namiętnie przed lustrem. Uznał, że to dobra okazja, by go wypróbować, a po braku zdziwienia ze strony człowieka, stwierdził, że odniósł sukces.
— Dzień dobry, Elizabeth, król prosił, bym się tobą zajął. Podobno masz ochotę na wycieczkę po zamku.
— Mam. Ale nie z takim sztywniakiem jak ty.
— S-słucham? — jęknął przerażony demon; przed oczami zobaczył niezwykle urodzajny obrazek przedstawiający jego odrąbaną głowę toczącą się pod nogi wściekłego Amona.
— Jesteś strasznie oficjalny. Ja już nie jestem nikim ważnym. Straciłam status hrabianki, kiedy umarłam w ludzkim świecie. Teraz jestem tylko Elizabeth, a ty masz być moim przyjacielem, a nie służącym. Nawet moi służący traktowali mnie jak przyjaciółkę. Co prawda im kazałam… Ale myślę, że w ostateczności to było szczere. Dbaliśmy o siebie, zależało nam, no i mówili do mnie po imieniu z taką swobodą, jakiej nie da się udawać. Nie tak, jak ty udajesz uśmiech. Wolę twój naturalny.
Słowa nastolatki całkowicie zdruzgotały żołnierza. Wyglądało na to, że wszelkie jego starania odnoszą odwrotny skutek. Był pewien swoich postępów, tymczasem posiłek króla na jednym raptem oddechu sprowadził go brutalnie na ziemię.
Demon usiadł ciężko na rogu łóżka, oparł łokcie na kolanach, a potem ukrył twarz w dłoniach, wzdychając ciężko nad swoim losem i przyszłością, której nie był pewien, odkąd zaoferował się pomóc w opiece nad Elizabeth.
— Staram się jak mogę, byś czuła się dobrze, wygląda jednak na to, że kompletnie nie znam się na ludziach. Nie chcę umierać... — wyznał, chociaż wiedział, że nie powinien był dzielić się tego typu przemyśleniami, nie z nią.
Lizz zaś nagrodziła jego szczerość, czym ponownie zadziwiła Samarela, który dotąd nie przywykł do jej zupełnie irracjonalnych – w jego rozumowaniu – reakcji. Przysunęła się, objęła demona i oparła podbródek na jego ramieniu, pozwalając, by ciemnofioletowe włosy swobodnie opadały na pierś bruneta.
— Dziękuję, że byłeś szczery. Widzisz… Ja już naprawdę mam dość pozorów. Wszystkich tych gier, zbędnych uprzejmości, łańcuchów, które nie pozwalały mi być sobą. Moich urazów, lęków i wszystkiego innego. Jestem wolna, a ty masz być moim przyjacielem w wolności, więc po prostu bądź sobą. Zniosę to nawet, jeśli powiesz mi szczerze, że jestem irytującą gówniarą, którą najchętniej byś zabił.
— Mógłbym tak powiedzieć? — zdziwił się. — I tak bym tego nie zrobił. Nie myślę tak. Jesteś niezdyscyplinowana, ale masz w sobie to ludzkie coś, na dodatek bardzo silne. Król to uwielbia, taką wewnętrzną radość i nadzieję i… Inne ludzkie rzeczy.
— Emocje?
— Emocje. Jesteś po prostu fascynująca. I tylko trochę irytująca — przyznał skrępowany, wciąż nie mając całkowitej pewności, że ta absolutna szczerość wobec ludzkiego dziecka naprawdę była najlepszą drogą do sukcesu.
Jak dotąd wyglądało jednak na to, że sprawdzała się zdecydowanie lepiej niż wszystko, czego próbował. Były na to tylko dwa wyjaśnienia: był kompletnym nieudacznikiem (ale wtedy przecież nie zaszedłby tak daleko w hierarchii piekielnej wojskowości!) lub Elizabeth była zwyczajnie dziwna. Na dodatek dałby sobie głowę uciąć, że zachowywała się bardziej dziecinnie niż w tym wieku powinna, lecz tę akurat uwagę wolał zachować dla króla, by zwerbalizować ją jako wyraz troski o obiad władcy. 


sobota, 6 maja 2017

Tom V, XIII

Od razu przyznam, że to kolejna beta zrobiona na odwal, więc w rozdziale mogą być błędy. Ale oczy mi już nie działają, mam 187 stron magisterki i jeszcze tyyyyyyleeeee rzeczy do zrobienia. Majówka pełna pracy, serio, dawno się tak nie zajeżdżałam. Więc musicie mi wybaczyć, bo w sumie nie bardzo mamy inne wyjście xD.
Mam nadzieję, że fabuła rozdziału nadrobi ewentualne błędy. W razie czego wypisujcie je, jeśli możecie, będzie mi łatwiej poprawiać.
No i tego... Powodzenia maturzystom, bo w końcu jeszcze trochę przed nimi, jeśli się dobrze orientuję.

Miłego! :*

===================

Samochód zatrzymał się w ciemnej uliczce pomiędzy dwoma starymi budynkami monitorowanymi jedynie przez dwie kamery. Przyjaciele wysiedli z jego wnętrza i ruszyli w stronę źródła bębniącej muzyki, która w większości była jedynie mieszaniną zgrzytów, stukotów i niezwykle irytującego Kruka basu. Kiedy doszli do klubu, ustawili się w kolejce do wejścia i rozpoczęli jedną z typowo studenckich rozmów, które wyćwiczyli wcześniej na potrzeby przykrywki.
Czuli na sobie wzrok ludzi obojga płci, którzy starali się niepostrzeżenie robić im zdjęcia, jednak wymuszone mrugnięcie, które temu towarzyszyło, zdradzało nie tylko fakt uwieczniania ich podobizn, ale również ich liczbę. Wiedzieli, że wszystko idzie zgodnie z planem. Rafael zerkał co jakiś czas w oczy przyjaciela, upewniając się, że nic mu nie jest. Nie chciał, by powtórzyła się historia z poprzedniej wyprawy. Wtedy niewiele brakowało, by zostali złapani. Wprawdzie Kruk zapewniał, że tym razem odpowiednio się przygotował, ale prawda była taka, że choć żarliwie w to wierzył, ani razu nie zabezpieczył się odpowiednio i zawsze cudem udawało im się wyplątać z trudnej sytuacji.
— Nadgarstek — burknął nieprzyjemny, wysoki mężczyzna w czarnym garniturze, zerkając na Kruka przez ciemne okulary.
Przyciemniane szkła na moment stały się przezroczyste. Ochroniarz zrobił Amonowi zdjęcie, a potem wyciągnął w jego stronę przedmiot o kształcie długopisu i zaaplikował w nadgarstek demona klubowy chip, który o trzeciej w nocy – w chwili zamknięcia klubu – rozkładał się w organizmie, tym samym informując system zabezpieczeń budynku, czy nikt niepożądany nie znajdował się na jego terenie po zamknięciu.
Amon syknął pod nosem, udając – jak przystało na człowieka – że aplikacja chipu wywołała w nim nieprzyjemne odczucie. W rzeczywistości nawet nie poczuł, kiedy pistolet dotknął jego skóry. Bez trudu zaś był w stanie śledzić ruchy ciała obcego, które włączyło się do jego krwioobiegu, krążąc wraz z resztą składowych krwi po organizmie. Kolejną z zalet chipowania ludzi była możliwość wywołania u nich tymczasowego paraliżu, jeśli zachowywali się nieodpowiednio, łamiąc zasady panujące w danej placówce. Dlatego też z chipów – potocznie zwanych pluskwami – korzystano w każdej firmie, klubie, barze, restauracji: właściwie w każdym nieprywatnym miejscu.
— Następny — mruknął ponownie barczysty bramkarz.
Amon przeszedł przez metalową, podświetlaną framugę. Kiedy  krótki dzwonek i zielony błysk oznajmiły, że jest gotowy, wszedł do środka i tuż za drzwiami klubu poczekał na Rafaela. Przyjaciel dołączył do niego chwilę później, niezadowolony przewracając oczami.
— Mogliby sobie powtarzać savoir vivre, gdy tak tam stoją bezmyślnie.
— Myślisz, że oni jeszcze wiedzą, co to jest? Patrząc na niektórych, mam wrażenie, że na ich dysku nie zapisała się na ten temat najmniejsza wzmianka — odparł Kruk.
— Savoir vivre? Z francuskiego: savoir – wiedzieć, vivre – żyć. Znajomość życia. Ogłada, dobre maniery, bon-ton, konwenans towarzyski, znajomość obowiązujących zwyczajów, form towarzyskich i reguł grzeczności… — odezwała się długonoga blondynka, wpatrująca się w Amona przez wściekle fioletowe soczewki.
— Bardzo dobra dykcja, jednak cytowanie Wikipedii? To niemal historia, dziw bierze, że znasz takie strony… Angela — odpowiedział szarmancko demon, ujmując dłoń kobiety i składając na jej zewnętrznej stronie delikatny pocałunek.
— Skąd znasz moje imię? — zdziwiła się dziewczyna. — Aktualizowałam zabezpieczenia przed wyjściem z domu…
— Jesteś piękna niczym anioł z dawnych podań, widać miałem szczęście — kontynuował Kruk, ukrywając zażenowanie.
Sposób, w jaki z łatwością udało mu się okręcić dziewczynę wokół palca, wyciągnął z archiwów dawnych poradników randkowania. Już w czasach rozkwitu tego typu literatury wszyscy z nich kpili, wyglądało jednak na to, że w świecie pozbawionym kulturalnych i oczytanych ludzi, nawet coś takiego odnosiło skutek.
— Niemożliwe, bujasz!
— Przyznaję. Tak naprawdę słyszałem, jak przed chwilą wołała cię koleżanka.
— Masz naprawdę dobry słuch.
— I wspaniałego przyjaciela, może ty i Roksana zechciałybyście przekonać się, czy mówię prawdę?
— A-ależ oczywiście! Jasne! Tylko że nie mamy już kredytów. Jesteśmy tu od kilku godzin.
— Nie szkodzi. Rafał – to mówiąc, Amon przyciągnął do siebie przyjaciela i objął go ramieniem – dostał dziś grant na badania.  Mój przyznają dopiero jutro, dlatego dziś bawimy się na jego koszt!
— A co to za badania? — zainteresowała się dziewczyna.
Rafael zmierzył Kruka wzrokiem, jednoznacznie dając do zrozumienia, co myślał o jego metodach, ale po chwili powrócił do odgrywanej przez siebie roli beztroskiego, genialnego studenta i wyciągnąwszy prostokątne urządzenie z kieszeni, wyświetlił na nim temat badania, które opracowali z Amonem podczas drogi do miasta.
— Łaaaa, czy to T15? Najnowszy model! Jesteście z Instytutu Technologicznego! Ej, Roki! Chodź tu! Chłopaki chcą nam postawić drinki! — ożywiła się nagle Angela.
Nie trzeba było wiele, by zyskać zaufanie i przychylność młodych dziewczyn w tej części miasta. Rafael doskonale o tym wiedział, dlatego też zdecydował się wybrać to miejsce. Potrzebowali czegoś ciekawego, ale też łatwego, by w razie potrzeby mieli szansę się ewakuował. Na razie Kruk wyglądał dobrze, ale anioł nie mógł mieć pewności, że tak zostanie. Szczególnie po kilku godzinach w otoczeniu tętniących życiem, ludzkich serc.
We czwórkę zajęli miejsce w jednej z loży. Przed wejściem należało wylegitymować się chipem zastępującym dowód osobisty i określić liczbę ludzi znajdujących się wewnątrz. System nie pozwalał, by do wnętrza wchodziło więcej osób niż było wpisanych na listę. Licznę gwałty i morderstwa na przestrzeni ostatniego stuleci zmusiły ludzkość do podjęcia odpowiednich, niezwykle restrykcyjnych kroków. Utrudniało to nieco szansę na przygodny seks, co raczej nie wpasowywało się w gusta młodych dorosłych, jednak doskonale sprawdzało się jako środek zapobiegający tragediom.
Zamówili jakieś drinki, coś do jedzenia a także jeden z legalnych narkotyków, którego określoną dawkę można było przyjąć bezkarnie. Wszystko oczywiście monitorował klubowy chip. To rozwiązanie było jednak wadliwe, szczególnie przeciwstawiali mu się ci zaprawieni w bojach, dla których maksymalna dawka była ledwie wyczuwalna. Zazdrościli tym słabszym wytrzymałościowo lub dopiero wchodzącym w świat substancji psychoaktywnych, którym wystarczała odrobina, by przez całą noc doskonale się bawić w rytmie delikatnych halucynacji, poprawionego nastroju i braku odczuwania bólu.
Amon z Rafaelem nie brali narkotyków. Wykpili się badaniami na uniwersytecie, jednak wykazując się zapominaną przez ludzi kulturą, służyli towarzyszkom pomocą w przyjmowaniu sustancji. Po niecałej godzinie rozmów, śmiechów i gry pozorów, kobiety były odpowiednio nastrojone. Plan przyjaciół przebiegał bez żadnych komplikacji, choć w zasadzie nie był skomplikowany. Nie próbowali nikogo gwałcić, zabijać ani deprawować, chcieli jedynie zyskać szansę na bliższe poznanie ludzi w nowych sytuacjach. Jedynym, co mogło im zagrozić, była szwankująca samokontrola Kruka.
Od stuleci miał z tym problem. Restrykcyjne zasady wychowawcze ojca zmuszały go do długotrwałego poszczenia, a przebywanie wśród ludzi, których psychikę tak uwielbiał zgłębiać, zawsze stawało się dla niego nie lada wyzwaniem. Chwilami poddawał się wewnętrznemu głosowi łaknącemu energii i porzucał świadomość na rzecz typowo zwierzęcego instynktu, którego podobno demony miały nie posiadać. Pod tym względem jednak Belial się mylił – i nie tylko pod tym.
Poszli na parkiet. Początkowo po prostu miło spędzali czas, nie szczędząc sobie erotycznych podtekstów, pocałunków i testowania zachowań ludzkich towarzyszek. Jednak po dwóch godzinach na parkiecie sytuacja zaczynała się zmieniać. Wszechobecny zapach potu i ludzkiej krwi docierał do nozdrzy demona, sprawiając, że coraz trudniej było mu się kontrolować. W końcu przyparł jedną z dziewczyn – Angelę – do ściany wewnątrz ich boksu, do którego zaciągnął ją niemal siłą.
Nim Rafael zorientował się, że jego przyjaciel gdzieś zniknął, Amon zdążył już obezwładnić dziewczynę i wgryźć się w jej szyję niczym wampir z opowieści dla młodzieży. Rafael kazał Roksanie czekać na zewnątrz. Sam wpadł do wnętrza przyciemnionej loży i szarpnął demona w tył.
— Ogarnij się! — krzyknął, uderzając go w twarz.
Półprzytomna dziewczyna nie krzyczała. Była w stanie jedynie namiętnie mrugać, uwieczniając na twardym dysku wszystko, co widziała.
— Tego właśnie mieliśmy uniknąć! Miałeś dać mi znać, kretynie!
— Żebyś znowu mnie głodził? — wycharczał Amon.
Ponownie podszedł do dziewczyny i chwycił ją w ramiona. Rafael próbował go powstrzymać, ale silny głód całkowicie zawładną księciem demonów, całkowicie przyćmiewając jego umysł. Nim archanioł zdołał zareagować, dziewczyna opadała bezwładnie w ramionach Kruka, ze skręconym karkiem chwytając w płuca ostatni oddech.
— Zabiłeś ją! Przecież zaraz włączy się alarm!
— Nie będzie nas do tego czasu, tylko zabiorę jej duszę i… O nie, będę musiał zmiażdżyć jej czaszkę. Szkoda, była całkiem ładna — sączył złowrogo demon, zupełnie nie przypominając siebie.
Rafael odpuści. Wiedział, że w tym momencie nie mógł zrobić już nic więcej. Tym razem nie udało mu się upilnować przyjaciela. Uznał więc, że skoro dziewczyna i tak już nie żyła, byłoby szkoda marnować jej duszę, dlatego pozwolił demonowi ją pożreć. Jednak posiłek przerwała Roksana.
Przerażona dziewczyna wpadła do wnętrza spowitej w mroku loży i wydała z siebie rozpaczliwy wrzask, który archanioł natychmiast stłumił, zasłaniając jej usta i oczy dłońmi.
— Wspaniale. Druga też. Wynosimy się — zarządził, kopiąc Michaelisa w łydkę.
— Bierzemy ją.
— Nie, za dużo kamer. Opanuj się.
— Bierzemy!
Rafael widział, że w żaden rozsądny sposób nie zdoła dotrzeć do przyjaciela. Ogłuszył Roksanę i rzucił się na przyjaciela, odciągając go od Angeli w trakcie wysysania duszy. W gwałtownej szarpaninie zdemolowali całe wnętrze. Na szczęście archanioł rzucił urok na lożę, dzięki czemu nie wydobywały się z jej wnętrza niechciane dźwięki, lecz nie tyczyło się to duszy dziewczyny, która na w pół wyssana zwyczajnie opuściła ciało i uleciała gdzieś w przestrzeń, nim któryś z nich zdołał zauważyć.
— Dusza! — krzyknął w końcu Amon, odwracając się przodem do zwłok.
Odepchnął Rafaela i dopadł do zwłok. Kiedy zorientował się, że z jego posiłku nic nie zostało, wydał z siebie zwierzęcy ryk i rzucił się na nieprzytomną Roksanę. Nim jednak zdołał ją zabić, Rafael ogłuszył i jego.
Cudem udało mu się usunąć zdjęcia z dysku dziewczyny, nie zabijając się w trakcie. Potem wywlekł nieprzytomnego przyjaciela z baru, zapakował go do samochodu i ruszył z powrotem w stronę lasu, wściekły wyklinając na nieodpowiedzialność zarówno swoją, jak i tę Kruka.
— Dusza. Rafael, kurwa, gdzie ona jest?! — Usłyszał archanioł.
Z obrzydzeniem spojrzał na towarzysza i rzucił mu chusteczkę, by wytarł zaślinioną twarz. Amon nie skorzystał z niej jednak. Zamiast tego wściekły zaczął zmieniać skórę wewnątrz samochodu, póki na powrót nie przyjął swojej naturalnej, demonicznej formy.
— Jestem głodny. Musimy ją znaleźć.
— Jak chcesz znaleźć zaginioną duszę, kretynie? Mówiłeś, że dasz radę!
— Nie trzeba było mnie słuchać — burknął Kruk.
Przepchnął się przez przyjaciela i sięgnąwszy do panelu samochodu, wpisał nowe współrzędne trasy.
— Dokąd jedziemy?
— Zaufaj mi. Nie odpuszczę tej duszy, wydawała się smaczna — odparł tajemniczo demon, wracając na swoje miejsce.
Po pobieżnych oględzinach archanioł stwierdził, że jego przyjaciel uspokoił się i przynajmniej w jakimś stopniu odzyskał kontrolę nad sobą. Nie podobał mu się pomysł podróżowania przez kraj z ucieleśnieniem ludzkich koszmarów u boku, ale miał świadomość, że powstrzymywanie Kruka nie przyniosłoby żadnego efektu. Był za to szalenie ciekaw, gdzie planował go zabrać. Współrzędne, które podał samochodowi nie wskazywały żadnego konkretnego miejsca. A to oznaczało, że cokolwiek się tam znajdowało, musiało mieć związek z demonami – na wszelki wypadek powinien więc trzymać rękę na pulsie.
Po godzinie dotarli na miejsce. Wzburzony Amon wypad z samochodu i zaczął rozglądać się wokół, a jego lśniące tęczówki w ciemności wzbudzały niepokój nawet w towarzyszącym mu Rafaelu, chociaż z nieco innego powodu, niż mogłoby się wydawać. Obawiał się, że głód przejmie kontrolę nad demonem do tego stopnia, że straciwszy panowanie nad sobą, w furii zwyczajnie będzie nie do opanowania. Nie takie rzeczy przyszło już widywać archaniołowi. Czasem zastanawiał się, czy jego relacja z przedstawicielem przeciwnej nacji w ogóle miała sens istnieć, ale zazwyczaj odrzucał od siebie tego typu myśli, wiedząc, że wpływ na jego postrzeganie świata miało wychowanie, w którego początkach upatrywał się źródła swojego rasizmu.
— Amon, co my tu robimy? Tutaj niczego nie ma, wracaj do zamku, zjedz coś… — przekonywał anioł, powoli zbliżając się do przyjaciela. — I ubrałbyś się, jeszcze ktoś cię zobaczy. Wybacz, ale twój czarny penis raczej nikogo by tu nie olśnił.
— Zaraz zobaczysz — syknął demon, na moment skupiając wzrok na aniele.
Potem już zupełnie go zignorował. Zaczął krążyć wzdłuż brzegu rzeki, wyraźnie czegoś szukając. Wyglądało również na to, że nie szło mu zbyt dobrze. Spędzili tam dobre kilka minut, nim Kruk wreszcie dostrzegł to, czego szukał.
— Tam — oświadczył, wskazując dłonią jakiś punkt w oddali.
Rafael powiódł wzrokiem za dłonią przyjaciela, jednak bez względu na to, jak bardzo wytężał wzrok, niczego nie widział. Zaczął się obawiać, że Amon zwyczajnie oszalał z głodu.
— Weź trochę mojej krwi i wracaj do domu.
— Nie widzisz? — zdziwił się demon. — Sądziłem, że będziesz w stanie. Nie do końca jeszcze wiem, jak to działa, dopiero niedawno mi o tym powiedzieli. Nieważne, chodź. Musimy popłynąć.
Demon szarpnął towarzysza za ramię, wrzucając go do wody. Sam skoczył tuż za nim, a potem oplótł go ogonem w pasie i zaczął płynąć, ciągnąć zmokłego anioła za sobą w stronę niczego konkretnego – jak dalej utrzymywał Rafael. Poprzez spokojną, ciemną taflę prężnie poruszali się naprzód, nie bacząc na chłód, ślizgające się pomiędzy nogami ryby i smród zanieczyszczonej rzeki. Amonowi przyświecał tylko jeden cel, a jego determinacja zaczynała skłaniać Rafaela refleksji na temat celu podróży. Chociaż nic nie widział, coś jednak musiało tam być, w końcu jego przyjaciel nie był szaleńcem. To prawda, że czasem bywał nieobliczalny – ale który demon taki nie był? W porównaniu do innych, z którymi archanioł miał nieprzyjemność się zapoznać, był niezwykle stonowany i racjonalny.



sobota, 29 kwietnia 2017

Tom V, XII

Dawno nie narzekałam na to jakoś wybitnie, ale teraz muszę coś powiedzieć, bo powoli zaczynam się martwić. Od początku miesiąca wyświetlenia Róży spadły o 150. Wiem, że testy gimnazjalne, że matury, a teraz Pyrkon, więc pod tym postem też nie spodziewam się nie wiadomo czego, ale mimo wszystko trochę mi się smutno robi. Jeśli uważacie, że coś jest nie tak, dajcie znać – spróbuję poprawić. Bez Waszych opinii będzie ciężko, bo wydawało mi się, że dotąd tom trzyma poziom. 
Komcie też spadły. No i w sumie to tyle. Mam nadzieję, że wszystko wróci do normy, bo ostatnio było bardzo dobrze (kilka ostatnich miesięcy odnotowało rekordowe liczby wyświetleń, aż nie mogłam uwierzyć xD) i przywykłam do tego, a teraz ciężko wrócić do szarej rzeczywistości. Dlatego mam nadzieję, że dużo wyświetleń wróci i będę mogła dalej się jarać. A jeśli nie... No cóż, pisać nie przestanę, tylko będę to przeżywać i narzekać znajomym xDDDD.

Konwentowiczom życzę miłego konwentu. No i wszystkim miłej majówki :D.

Miłego! :*

===========================

Droga Tomoko,
Wiem, że nigdy nie otrzymasz tego listu. Sebastian… Czy może Amon? z pewnością tego dopilnuje. Wiem, że ma rację, ale i tak chciałabym, żebyś kiedyś znalazła moje listy i dowiedziała się, co tak naprawdę się wydarzyło. Teraz, gdy to piszę, pewnie myślisz, że nie żyję. Też byłam przekonana, że tak będzie, ale teraz zaczynam wątpić w to, czy kiedykolwiek uda mi się umrzeć. Czuję się zagubiona i nie mogę z nikim o tym porozmawiać.
Całe życie byłam człowiekiem. To była pierwsza rzecz, z którą tak naprawdę się utożsamiałam. Nigdy nie sądziłam, że mogłabym być zwierzęciem. Nigdy nie myślałam również, że istnieją demony, anioły, bogowie śmierci i strach pomyśleć, co jeszcze. Ale teraz już wiem, że rzeczywistość jest inna, niż myślałam. Mój ograniczony świat zaczął się rozszerzać w zastraszającym tempie. Nie wiedziałam nawet, że jestem na to aż tak zamknięta, dopóki nie straciłam tego, co od zawsze miało być pewnikiem. Straciłam swoje człowieczeństwo.
Kiedy umarłam… Widziałam życie Sebastiana. Nawet nie wiesz, jakież było długie i przepełnione smutkiem, rozpaczą, brutalnością i zagubieniem. Pewnie nikt nigdy nie zastanawiał się, czy demony, rodząc się, z góry wiedzą, jakie jest ich przeznaczenie. A jeśli któryś z nich nie chciałby być żądną dusz i krwi kreaturą, która morduje dla przyjemności? Amon nie był kimś takim. Był… odmieńcem. W jego życiu bywały chwile dobre – głównie za sprawą Rafaela (tak, archanioła Rafaela!) – ale były również złe i patrząc na nieskończoność jego życia, nie sposób było nie zauważyć, że tych drugich było więcej.
Potem się obudziłam. Byłam wściekła. Myślałam, że kiedy umrę, po prostu zniknę, przestanę istnieć i nie będę nawet mogła tego żałować, bo mnie nie będzie. Chociaż nie byłam w stanie wyobrazić sobie nieistnienia, nie bałam się go. Żałowałam jedynie, że nie mogę spędzić więcej czasu z nim i z Wami. Ale kiedy już się ocknęłam i zorientowałam się, że jednak wciąż żyję, poczułam ogromny lęk. Wieczność wydała się znacznie bardziej przerażająca niż życie, które kiedyś ma swój kres. Obawiałam się samotności, dalej się jej obawiam, ale idąc za Twoim sposobem rozumowania, postanowiłam cieszyć się tym, co mam.
Stałam się demonem. Nikt nie wie do końca, jak to się stało, ani czy będę już taka na zawsze. Mój słuch, wzrok, węch i wszystkie inne zmysły działają tak dobrze, że zanim jeszcze ktoś wejdzie do sypialni, jestem w stanie określić, czy przynosi złe wieści i jak bardzo są złe. Teraz widzę zaś, że wszyscy się mnie boją. Nie uciekają wprawdzie, nawet nie odwracają wzroku, ale wiecznie towarzyszy im niepokój.
Pewnie boją się, że niedługo odejdę na zawsze, a ich król się załamie. Piekło bez króla nie będzie potrafiło funkcjonować – przynajmniej tak mi się wydaje, biorąc pod uwagę wszystko, co dotąd widziałam. A przecież nie było tego wiele.
Boję się. Czuję, że coś jest nie tak, że nie mówią mi wszystkiego. Przecież mam prawo wiedzieć, co się ze mną dzieje, prawda? Dotąd poinformowano mnie tylko, że jeśli mój nienaturalnie szybko rosnący ogon będzie zbyt krótki lub zbyt długi, będzie to oznaczało jakieś negatywne konsekwencje zdrowotne. Ale tym nie potrafię się przejmować.
Mam ogon. Wiem, dla mnie też jest to coś… Szokującego. Codziennie czuję, jak wyrasta mi znad pupy, swędzi, boli, jest niezwykle wrażliwy i powoli zaczynam móc nim poruszać, ale nie czuję, jakby był częścią mnie. Nawet kiedy miałam bezwładne nogi, były bardziej integralną częścią ciała niż to coś. Nie zrozum mnie źle, posiadanie ogona brzmi ciekawie i z jednej strony nie mogę się doczekać, by móc używać go do prostych czynności, ale z drugiej strony zwyczajnie nie czuję się sobą.
Nie wiem już, kim jestem. Straciłam tytuł hrabianki, kiedy moje życie oficjalnie dobiegło końca, kiedy trumna z jakimiś przypadkowymi zwłokami, których pochodzenia nawet nie chcę znać, znalazła się kilka jardów pod ziemią, a złoty dzwonek u nagrobka nie zabrzmiał, nawet jeśli wszyscy wpatrywali się w niego intensywnie, marząc, by to nastąpiło. Nie ma mnie. Została tylko Eliabeth: były człowiek – coś, co powinno być demonem. Ludzkie dziecko, obiad króla (naprawdę się tak do mnie zwracają…), źródło niepewności. Tylko Amon patrzy na mnie inaczej. W jego oczach wciąż widzę miłość. Jest tam również radość, ale mimo tego, że lśnią szkarłatem wyraźnym jak nigdy dotąd, również i one nie są wolne od niepokoju.
Sebastian zaproponował, że jeśli nie czuję się sobą, mogę wybrać sobie nowe imię. W końcu nie byłam już człowiekiem, miałam prawo zmienić swoje personalia, zacząć zupełnie nowy rozdział. Chciał dobrze, ale sprawił jedynie, że odmienność i poczucie obcości we własnej skórze stało się silniejsze.
Mimo wszystko jestem szczęśliwa. Cieszę się tym, co mam. Korzystam z dodatkowego czasu, by dowiedzieć się jak najwięcej o piekle, Sebastianie, tym, co się ze mną stało i  każdą inną rzeczą, która tylko przykuje moją uwagę. Spycham negatywne emocje na dno serca, licząc na to, że utracę zdolność ich odczuwania, zanim uderzą we mnie ze zdwojoną siłą. Chciałam, żebyś o tym wiedziała. Byś nie musiała się martwić i mieć sobie za złe, że zostałam sama z problemami, ponieważ doskonale sobie z nimi radzę. Żałuję tylko, że Ty i inne bliskie mi osoby musicie cierpieć, nie wiedząc, że gdzieś tam – w miejscu, którego nie potrafię umiejscowić w przestrzeni – dalej żyję i jestem bezpieczna.
Zawsze będę Cię kochać,
Twoja Lizz
~*~
Na skraju gęstego boru, pod jednym z wiekowych drzew, siedział oparty plecami o korę młody anioł. Gdyby dostrzegł go jakiś człowiek, zapewne nazwałby go aniołem śmierci i uciekając w popłochu, potykałby się o własne nogi, póki nie upadłby tak felernie, że jedna z gałęzi wbiłaby mu się w czaszkę przez oczodół. Na szczęście w tym miejscu nie było ludzi prawie nigdy. Świat gnał do przodu tak szybko, że zahipnotyzowani możliwościami nowych technologii ludzie zupełnie zapomnieli o urokach natury. Żyli w betonowych metropoliach, które zużywały przeogromne ilości prądu, rozświetlając glob do tego stopnia, że zanieczyszczenie światłem dawało się we znaki nawet tam, gdzie znajdował się Rafael – na obrzeżach cywilizacji, gdzieś na skraju angielskiej wyspy.
Znużony archanioł od kilku godzin czekał na umówione spotkanie, by wreszcie spędzić trochę czasu w taki sposób, jaki rzeczywiście sprawiał mu przyjemność. Na jego wieczne ucieczki nie patrzono zbyt przychylnie i gdyby nie jego zasługi w dawnych wojnach, z pewnością nie mógłby bezkarnie opuszczać treningów, spotkań rady i zaniedbywać całe mnóstwo ciążących na nim obowiązków. Jednak Rafael zawsze potrafił się ustawić – jak zwykli mawiać ludzie tej epoki – i doskonale wykorzystywał wszystkie przywileje, by robić to, na co miał ochotę.
Jednak wielogodzinne oczekiwanie w niczym nie przypominało rozrywki, którą obiecywał mu przyjaciel. Od dawna przygotowywali się na ten dzień, studiując ludzką nowomowę, gestykulację, przedziwną modę i sposób działania urządzeń, których nieposiadanie oznaczało bycie całkowicie zacofanym technologicznie wyrzutkiem. Nie chcieli zwracać na siebie uwagi, więc chcąc – nie chcąc byli zmuszeni zapoznać się z płaskimi, prostokątnymi kawałkami przeźroczystego tworzywa, które były stale połączone z globalną siecią i stanowiły źródło wszelkiej informacji. Prędkość zwracania relewantnych wyników wyszukiwani była tak szyba, że śmiało mogła konkurować z wiedzą, którą posiadło się podczas edukacji, dlatego też obecnie ludzie przestawali przykładać uwagę do nauki. Jedyną, którą praktykowali bardzo sumiennie, była nauka obsługi urządzeń, które pozwalały poznać wszystko inne.
Dlatego też dostęp zarówno do samych urządzeń, jak i do instrukcji ich obsługi nie wymagał specjalnych starań. W jedno i drugie można było się zaopatrzyć w każdym sklepie, na każdej przecznicy, w każdej cenie… Ludzki świat znacznie się różnił od tego, który Rafael pamiętał z ostatniej wizyty, a nie było go zaledwie sto lat. Był ciekaw, czy zwłoka przyjaciela miała jakiś związek z tymi diametralnymi różnicami. Doskonale wiedział, że kiedy Amon czymś się zainteresuje, ciężko mu się oderwać – w szczególności kiedy chodziło o ludzi.
Znudzony siedział dalej pod drzewem, wdychając ciężko i obracając swoją elektroniczną zabawkę między palcami, dopóki nie usłyszał, że jakieś zwierzę przedziera się przez liście ponad jego głową. Zadarł ją i wpatrywał się w drżącą, intensywnie zieloną koronę drzewa, w końcu dostrzegając pomiędzy gałęziami kruczoczarne skrzydło. Jego właściciel – niewielki, lekko szarawy na głowie kruk – wypinał dumnie pierś, starając się wyglądać majestatycznie pomimo tego, że pomiędzy większością jego piór można było dostrzec kawałki liści, igły i mech. Było widać, że ptak nie radził sobie najlepiej w locie.
Zwierzę zeskoczyło z drzewa i przeszło się kilka razy w tę i we w tę przed nogami archanioła. Chwilę później stanęło w ciemnych piórach, powiększając się, póki nie wydało z siebie cierpiętniczego jęku, by po chwili stanąć przed Rafaelem w humanoidalnej, lecz wciąż demonicznej, postaci.
— Wiedziałem, że to ty. Nie ma takich mizernych kruków na tym świecie — prychnął Rafael, wciskając w kieszeń opiętych spodni elektroniczne źródło wiedzy.
— Nie wiedziałeś. I nie jestem mizerny. Odczepiłbyś się wreszcie. Czy ty wiesz, jak długo próbowałem doszlifować tę formę?! — odparł zirytowany Amon, nerwowo miotając ogonem.
— Wystarczająco długo, żeby wszyscy w piekle zdążyli cię wykpić. Twoje przezwiska dotarły nawet do nas, wiesz o tym? — Kpił w najlepsze Rafael.
— To było ponad Rzeczywistość temu, wyobraź sobie, że wiem.
Niezadowolony Kruk ukucnął przy drzewie obok przyjaciela i spojrzał przez jego ramię na prostokątny przedmiot, który ten w dalszym ciągu obracał w dłoni. Doskonale wiedział, czym było owo urządzenie, jednak ciekawiło go, w jaki dokładnie model zaopatrzył się przyjaciel. Tak, jak mógł się spodziewać – w najnowszy. Zresztą on zrobił dokładnie to samo.
— Śmieszne te ich zabawki. Chociaż przyznam, że to pomysłowe.
— Jak on to mówił? „Teraz możecie całą pamięć przeznaczyć na piękne wspomnienia. Nigdy więcej niczego nie stracicie!” — parodiował Rafael.
W końcu wetknął urządzenie w kieszeń i spojrzał na Amona. Szturchnął go w ramię, wetknął palec pomiędzy jego żebra, a kiedy ten nerwowo się wzdrygnął, zaśmiał się zwycięsko.
— Jesteś dziś strasznie wkurwiający, wiesz? — prychnął Kruk.
— To dlatego, że dalej paradujesz przede mną w tym zasmolonym wdzianku. Idziemy do ludzi, ogarnij się trochę, Amuś.
— Nie nazywaj mnie tak, Rafciu — odgryzł się Kruk.
Szybko jednak pożałował swoich słów. Rafael zmarszczył czoło, zmrużył brwi i przez chwilę mierzył towarzysza wściekłym spojrzeniem. Mnóstwo razy powtarzał mu, by nigdy nie używał zdrobnienia jego imienia. W ten sposób zwracał się do niego jedynie Ojciec – główny opiekun archaniołów, prawdziwy sadysta, z którego ręki zginęła, jak się szacowało, około ćwierć anielskiej populacji. Ojciec uważał, że jego pierzaści podopieczni nie spełniali wymagań, nawet jeśli te były tak wygórowane, że jedynie nieliczni mieli szansę im sprostać. Jednak nie obchodziło go to, zabijał każdego jak leciało, a jeśli był w dobrym nastroju, jedynie bił ich, póki nie tracili przytomności zbyt ranni, by samodzielnie się leczyć.
— Wybacz, nie chciałem… Nie jestem w nastroju. Ojciec znowu zakrztusił się władzą — przeprosił Amon, lekko pochylając głowę.
Archanioł westchnął ciężko i ze sporą dozą niechęci wybaczył przyjacielowi jedynie ze względu na jego sytuację rodzinną. Pod tym względem obaj nie mieli łatwo, chociaż mogłoby się wydawać, że w ich wieku jednostki są już zupełnie niezależne i same o sobie decydują. W ludzkim świecie było nie do pomyślenia, by dorośli byli pomiatani przez innych dorosłych, ale w pozostałych nacjach wciąż trzymano się dawnych zasad. Kultywowanie tradycji było niezwykle łatwe dla tyranów, którym nikt nie zagrażał. Bezkarnie katowali podwładnych, dopóki nie wymuszali na nich posłuszeństwa i nikt nie mógł im się przeciwstawić, nic więc dziwnego, że postępowanie w zgodzie z wiekowym prawem przychodziło im tak naturalnie.
Amon podniósł się i pomógł wstać przyjacielowi. Następnie odsunął się od niego, zmienił postać i pokazując się nago przed Rafaelem, poprosił, by ten upewnił się, że zmienił się do końca – czasem jeszcze zdarzało mu się zapomnieć o niektórych miejscach, co sporadycznie niezwykle dawało mu się w kość, szczególnie z sytuacjach łóżkowych, gdy niedoszli kochankowie mieli okazję z bliska podziwiać kunszt wykonania sztucznej skóry, która miejscami odsłaniała przed nimi prawdziwe, smoliste oblicze demona.
Upewniwszy się, że przemiana dokonała się w całości, Kruk przywdział strój podobny do tego, który miał na sobie Rafel, jednak postawił na niego luźniejszą, rozpostartą na piersi koszulę – uwielbiał je, dlatego nie szczędził ich sobie zarówno w piekle, jak i na ziemi. Poza tym trzeba było mu przyznać, że wyglądał w niej zabójczo przystojnie. Sięgające do ramion włosy związał w niedbały kucyk, pociągnął usta ciemną szminką i dał towarzyszowi znać, że mogą ruszać.
Pierwszą część trasy pokonali biegiem. Spotkali się z dala od cywilizacji, dlatego mogli sobie na to pozwolić bez obaw, że któryś z ludzi ich zobaczy i korzystając z soczewek kontaktowych z wbudowaną kamerą uwieczni ich nienaturalne zachowanie. Elektronika bardzo pomagała ludziom na każdym kroku, jednak stanowiła też ogromny problem dla wszystkich, którzy próbowali coś ukryć. W świecie, gdzie praktycznie wszystko było zapisywane na dyski, trzeba było nie lada zdolności i mnóstwa zapobiegliwości, by nie zostać przyłapanym.
Zwolnili na skraju lasu. Spomiędzy drzew przedzierało się ostre światło odległej o kilkadziesiąt mil metropolii. W pobliżu głównej drogi czekał na nich samochód – maszyna, która poruszała się samodzielnie, napędzana energią słoneczną i świetlną. Podczas jazdy środek transportu poruszał się ponad idealnie gładką nawierzchnią, zapewniając komfortową jazdę. Nie trzeba było kierować nim manualnie – wszystkim zajmował się inteligentny komputer, któremu wystarczyło podać współrzędne celu. Byli jednak tacy – zwani oldschoolowymi kierowcami – którzy lubowali się w starodawnym sposobie jazdy. Rafael i Amon do nich nie należeli. Chętnie korzystali z udogodnień, przeznaczając czas potrzebny na podróż, by ustalić spójną wersję ich pochodzenia, historii i ról, które zamierzali odgrywać.
Tym razem mieli być dwójką studentów instytutu technologicznego, którzy spędzają wiosenne wakacje w mieście, korzystając z uroków najnowocześniejszej techniki, której próbki przysługiwały im w ramach stypendium. Amon – który na czas wyprawy przyjął imię  Christian – był najlepszym stypendystą na roku. Rafaela – który za każdym razem konsekwentnie używał imienia Rafał – poznał na drugim roku, gdy spotkali się w gabinecie dyrektora, wypełniając formalności. Obaj byli najlepsi, choć Chris wyprzedził Rafała o jeden punkt. W poprzedniej historii to anioł odgrywał tego lepszego, dlatego też tym razem zgodnie się zamienili.
— Pamiętaj, że musimy załatwić sprawę do północy, inaczej będzie problem.
— Wiem przecież, nie robimy tego pierwszy raz… — prychnął Rafael. — Spróbuj tym razem się powstrzymać, dobra? Te kamery to prawdziwe utrapienie.
— Najwyżej ich zabijemy, nie zawsze udaje się bez ofiar. Taki los — zaśmiał się Amon.
— Żadnych trupów. Umawialiśmy się.
— Przecież żartuję. Wcale nie mam ochoty ich zabijać, to zbyt duża strata. Wydłubię im oczy, wyrwę chip, jeśli zrobię to odpowiednio, powinni przeżyć.
— Przygotowałeś się. — W głosie Rafaela dało się słyszeć prawdziwe uznanie.
— Oczywiście, jak zwykle. Gdyby ktoś doniósł ojcu, że się zdradziłem, przez kolejne milenium siedziałbym w Gorącym Rowie.
— Razem z trupami?
— Razem z trupami.
— Milusio.


piątek, 21 kwietnia 2017

Tom V, XI

Dzisiejszy rozdział jest nieco dłuższy (biedny zapas na tym ucierpi fatalnie...), ale za to jest niebetowany. Miałam strasznie kiepski wieczór i zwyczajnie nie dałam rady tego ogarnąć. Musicie mi wybaczyć. Nadrobię to na dniach, gdy będę miała trochę czasu.

Miłego! :*

=======================

Rafael nigdy nie był zbyt wylewny. Powściągliwy w okazywaniu emocji manifestował je w postaci subtelnych zmian w mimice twarzy oraz aurze, na którą wyczuleni byli jedynie najwrażliwsi. Do takich właśnie istot należał Grell Sutcliff, co nie uszło uwadze archanioła podczas ich pierwszego spotkania. Dlatego właśnie żniwiarz wzbudził jego zainteresowanie. Szczery, pełny emocji i wrażliwy łączył w sobie siłę i zwinność typową dla bogów śmierci z niezwykle ludzką naturą, której z pewnością by się wyparł, gdyby ktoś go o nią posądził. Na dodatek był zwyczajnie zabawny i głośny, stanowił idealne przeciwieństwo niebiańskiej istoty, która uznała, że tego właśnie potrzebowała.
— Naprawdę?! Will będzie taki zazdrosny! Chodźmy, chodźmy! — ekscytował się Sutcliff.
— Oczywiście. Pozwolisz?
Rafael delikatnie podniósł Grella, przyciskając go do swojej piersi, po czym rozpostarł skrzydła i wzbił się w powietrze, obierając za cel przytulną restaurację na obrzeżach miasta. Jego podekscytowany towarzysz nie zorientował się nawet, że korzystając z porywistego wiatru i wilgotnego powietrza planował pozbyć się z jego twarzy mnóstwa kosmetyków. Plan okazał się całkowitym sukcesem i nim jeszcze anioł wylądował na dachu budynku naprzeciwko celu ich podróży, znikający makijaż odsłonił prawdziwe oblicze Sutcliffa – to właśnie, na które patrząc, Rafael czuł się niezwykle zadowolony. Był ciekaw, jak bardzo Amon nie podzielałby jego zachwytu. Biorąc pod uwagę, że mężczyzna, którym się zainteresował, od dawna uganiał się za Sebastianem, a ten stale go zbywał, uznając za irytującego natręta, zapewne nie szczędziłby sobie słów pogardy wobec jego decyzji. Uznał jednak, że na razie zatrzyma relację z shinigami w tajemnicy.
— Jesteśmy na miejscu — oświadczył dumnie, pomagając Sutcliffowi stanąć o własnych siłach.
Zachwycony szarmanckim zachowaniem bruneta, Grell był cały w skowronkach. Stale się uśmiechał i podskakiwał nerwowo, nie potrafiąc do końca okiełznać zbierających się w nim emocji. Starał się jednak zachowywać jak delikatna dama, wkładając w to jeszcze więcej serca niż zazwyczaj. Sądząc po sposobie, w jaki traktował do Rafael, uznał, że doskonale mu szło.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio ktoś szczerze wyraził zainteresowanie jego osobą w tak pozytywnym sensie. Od lat jedyną osobą, która obdarzyła go sympatią, była Elizabeth, której osobiście przez długi czas nie znosił i traktował ją jako rywalkę w walce o serce Sebastiana. Ta walka jednak była z góry skazana na przegraną, dlatego w końcu odpuścił, z ciężkim sercem usuwając się w cień. Nigdy nie sądził, że właśnie ta decyzja tak bardzo zbliży go do szczęścia. Brakowało mu ekscytacji wynikającej z niepewności. Przyjemnego łechtania ego za każdym razem, gdy na jego widok przez usta towarzysza przemykał uśmiech. Ekscytującego dreszczu, gdy wypowiadał jego imię, przysuwając się coraz bliżej, póki nie złączył ich ust w delikatnym pocałunku.
Kiedy Rafael nachylił się nad nim, silnie obejmując go w talii, zdawało mu się, że śnił lub ktoś zwyczajnie z niego kpił. Jednak z każdą chwilą przekonywał się, że archanioł z niego nie kpił, a jego dotyk był prawdziwy. Tak samo jak przyjemne odczucia, które towarzyszyły mu, odkąd tylko zbliżył się do Rafaela.
Anioły, podobnie do demonów, nie musiały jeść. W przeciwieństwie jednak do nich ludzkie potrawy nie oddziaływały negatywnie na ich organizmy, po prostu były zupełnie pozbawione smaku. Dlatego też Rafael zamówił dla siebie niewielką porcję tego samego, co wybrał Grell, by dotrzymać mu towarzystwa. Z doświadczenia i obserwacji ludzi wiedział, że nie lubili, gdy patrzyło się na nich podczas jedzenia, samemu nic nie konsumując. Bogowie śmierci, w odróżnieniu od innych wyższych raz, byli kiedyś ludźmi, dlatego mimo wielu zmian, które zachodziły w nich w procesie zmiany i nauki w akademii, wciąż było w nich wiele ludzkich cech, co w wielu chwilach niezwykle przydawało się każdemu, kto podobnie jak Rafael i Amon zechcieli poświecić nieco czasu, by lepiej poznać ludzką rasę.
Przez cały posiłek Grell uśmiechał się od ucha do ucha, tak mocno, że aż bolały go mięśnie, a nigdy nie mógł narzekać na brak ich wyćwiczenia, ponieważ zwykły wyrażać siebie między innymi poprzez niezwykle bogatą mimikę twarzy. Tym razem jednak nieodparta potrzeba okazywania radości przyprawiła go o permanentny skurcz mięśni, niemal nie pozwalając ani na chwilę, by radość opuściła jego usta. Rafael zaś, jak zwykle zresztą, był zdecydowanie bardziej powściągliwy. Kilka razy uśmiechnął się półgębkiem, kilka razy się zaśmiał, jednak przez większość czasu towarzyszyła mu pozorna obojętność. W głębi siebie zaś przeżywał spotkanie z Grellem nie mniej radośnie, nie mogąc wyjść ze zdziwienia, jak tam intrygujący osobnik przez całe stulecia zdołał ujść jego uwadze.
Nie spędzili zbyt wiele czasu w restauracji. Zazwyczaj samolubny Sutcliff widział, że przebywanie w niej nie sprawia archaniołowi zbytniej przyjemności, dlatego też nie zwlekał z zakończeniem posiłku zwieńczonego przepyszną wuzetką ozdobioną kandyzowaną wisienką. Nie oznaczało to, że czas spędzony w lokalu nie upłynął miło, wychodząc obaj emanowali aurą pełną entuzjazmu, która zarażała wszystkich, którzy ich mijali, widzieli bądź słyszeli. Rudy bóg śmierci nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatnio w jego życiu gościła tak wielka radość idąca w parze z ekscytacją.
Opuściwszy restaurację, skierował się w ślad za Rafaelem w stronę rzeki. Przez całą drogę opowiadał o sobie aniołowi, a ten nie pozostawał mu dłużny, chociaż i pod tym względem był znacznie mniej skory do wylewności. Grell za to w chwilach milczenia zastanawiał się, jak daleko zdoła się posunąć. Z jednej strony nie chciał na pierwszym spotkaniu pozwalać przedstawicielowi innej nacji na zbyt wiele, jednak z drugiej pragnął pieszczot i bliskości, którym nie potrafił się oprzeć. Dotąd ograniczył się jedynie do chodzenia pod rękę z archaniołem, lecz umysł ciągle podpowiadał mu kolejne wizje możliwych posunięć i ich słodkie konsekwencje.
— Stąd popłyniemy, dalej nie damy rady przedostać się lądem — oświadczył Rafael, wskazując dłonią przystań pełną łodzi.
— Jej! Podróż łódką, gondolą! To takie romantyczne! — ekscytował się shinigami.
— Właśnie tak. To będzie podróż twojego życia — odparł anioł i poprowadził Grella do przystani, gdzie porozmawiawszy z jednym z pracowników, zdołał umówić się z nim, że popłynął łodzią sami.
W zastaw zaoferował człowiekowi błyszczący diament o niezwykłej wartości, dzięki czemu mógłby nawet wykupić cała przystań, lecz wartość tego typu błyskotek była archaniołowi obca, bowiem podobnie do demonów nie przywiązywał wartości do dóbr doczesnych. Zdążył jednak poznać ludzi na tyle dobrze, by wiedzieć, w jaki sposób ich przekupić.
— Rafciu, dokąd płyniemy? Po-wiedz-mi!!! — dopraszał Sutcliff, kiedy Rafael odcumował łódź i począł wiosłować wraz z rzecznym prądem.
— Cierpliwości, Grellu, zapewniam, że to miejsce cię zachwyci.
— No i właśnie dlatego chcę wiedzieć! To zbyt ekscytujące, Rafciu!
Sutcliff jeszcze przez kolejny kwadrans próbował przekonać Rafaela, jednak ten trwał niezłomnie w swym postanowieniu, jedynie uśmiechając się coraz szerzej, w miarę jak zostawiali za sobą miasto i jego przytłumiony blask.
Grell naprawdę zaintrygował go swoim charakterem, dlatego też chciał mu pokazać miejsce, którego nigdy wcześniej nie widział. Nie znał go na tyle dobrze, by móc śmiało zaryzykować i pokazać mu jedną z najpiękniejszych ludzkich lokacji, lecz miał absolutną pewność, że miejsce, do którego zmierzali, znał jedynie z opowieści. Na dodatek miał świadomość, że uczucie, którym Sutcliff darzył niegdyś Sebastiana, nie wypaliło się z nagła, niczym wyschnięte pole podczas silnego wiatru. Był to postępujący proces, po którym w sercu żniwiarza i tak zawsze pozostanie ślad. I właśnie dlatego postanowił pokazać mu wyspę, która w świecie bogów śmierci funkcjonowała  jako legenda, którą opowiadało się niedoświadczonym shinigami, by wystrzegali się popełniania błędu.
Demoniczna wyspa, bo właśnie tam zmierzali niewielką, chwiejną łódką, była czymś, o czego zobaczeniu większość mogła jedynie pomarzyć. Zaledwie kilkoro aniołów miało szansę dostać się tam i to tylko dlatego, że ryzykując życie śledzili całe watahy demonów, które podczas wielkich mordów w ludzkim świecie schodziły się w miejsca podobne do wysepki położonej niedaleko Londynu, by w ciszy i spokoju konsumować zagrabione dusze. Owe miejsce zawsze tętniło niezwykle silną energią, na jego terenie znajdowało się źródło, które pomagało w regeneracji dzieci ciemności. Jednak dotarcie do niego wymagało specjalnych okoliczności, demonicznego zaklęcia oraz krwi, w które Rafael zaopatrzył się odpowiednio wcześnie.
Sam już od jakiegoś czasu planował odwiedzić tę konkretną wyspę. Wiązało się z nią wiele wspomnień, które pragnął odtworzyć i którymi chciał podzielić się z Grellem. W ten sposób zamierzał pokazać mu, że traktował go poważnie, a zarazem chciał przybliżyć towarzyszowi głębię relacji, która łączyła go z Amonem za dawnych czasów. Za młodu, gdy obaj podróżowali przez ludzki świat, poszukując wiedzy i nowych doznań, odwiedzali demoniczną wyspę regularnie, czyniąc z niej swój azyl, miejsce, gdzie mogli spokojnie odpocząć od pozorów i być sobą.
— Rafciu, co tam jest? Ta czarna przestrzeń, widzisz to? — zapytał Grell, wychylając się przez krawędź łodzi, by lepiej dojrzeć wskazywaną dłonią anomalię. — To nie jest ludzkie!
— Masz rację. To demoniczny portal, czeka na nas — wyjaśnił powściągliwie archanioł.
— Demoniczny portal? Ale jak to?! Co?! Rafciu!
— Nie denerwuj się. Zaraz ci wszystko wyjaśnię. Podziwiaj, jest na co popatrzeć — odparł uspokajająca.
Na moment odłożył wiosła i zbliżył się do Sutcliffa, kładąc dłoń na jego ramieniu, a kiedy rudzielec odwrócił się w jego stronę, skradł mu niewinny pocałunek.
— Raf…
— Ufasz mi, prawda?
— Oczywiście, że ci ufam!
— Więc usiądź spokojnie i podziwiaj widoki.
Bóg śmierci pokiwał twierdząco głową i usiadł przodem do kierunku podróży, otwierając szeroko oczy, by nie przegapić nic z tego, co zdaniem Rafaela było warte obserwowania. Grell nie wiedział, co czeka go po drugiej stronie portalu, ale nim zdążył rozwinąć tę niepokojącą myśl, jego umysł całkowicie przyćmiły efekty świetlne, które zaatakowały ich, gdy dziób łodzi zetknął się z portalem. Błyski zdawały się nie poruszać chaotycznie, jakby przekazywały przekraczającym portal jakieś informacje, ale tych shinigami nie potrafił jednoznacznie odczytać. Za to musiał przyznać, że lśniące niczym szlachetne kamienie w pełnym słońcu ściany portalu były niezwykle piękne. Nigdy wcześniej nie widział czegoś podobnego i równie zapierającego dech w piersi. Był olśniony do tego stopnia, że odjęło mu mowę, co w jego przypadku stanowiło niezwykłą rzadkość. Kiedy zaś błyski zniknęły, a przed oczyma Grella ukazała się skąpana w mroku wysepka, zrozumiał wreszcie, gdzie się znalazł.
— To wyspa demonów! — krzyknął przejęty.
— I to nie byle jaka. Tutaj wraz z Sebastianem spędziłem wiele wartych wspomnień chwil. Chciałbym pokazać ci to miejsce i nieco o nim opowiedzieć. Będziesz pierwszym bogiem śmierci, który postawił stopę na tym demonicznym terenie — odparł dumnie anioł.
— Rafciu, to… Wspaniałe! Jesteś taki szarmancki!
Ostatnie minuty podróży dłużyły się podekscytowanemu shinigami bardziej niż cały dotychczasowy wieczór, który był niejako oczekiwaniem na ten moment. Grell uwielbiał niespodzianki. Właściwie uwielbiał wszystko, co miało związek z nim lub służyło jego przyjemności, a nie było nic równie wspaniałego co przemyślana niespodzianka od seksownego, zainteresowanego nim mężczyzny. To nic, że mężczyzna ten był aniołem i powinien nie wchodzić w bliższe relacje z nim ze zwykłej przyzwoitości. Sutcliff jednak on zawsze lubił szokować i łamać schematy, więc i tym razem nie postąpił inaczej.
Postawiwszy stopę na czarnej, pełnej pyłu, a może raczej prochów, ziemi, bóg śmierci od razu poczuł się inaczej. Energia tętniąca od niezwykłej wyspy była tak silna, że nie mógłby jej przeoczyć, nawet gdyby Rafael właśnie mu się oświadczył. Dodatkowo przedziwny, niezwykle narzucający się zapach, którego młody żniwiarz nie był w stanie przyporządkować do lubianych bądź nie, drażnił jego nozdrza, sprawiając, iż czuł, jakby brakowało mu tchu.
— Powietrze jest tutaj nieco rzadsze, poza tym czuć w nim piekielnym ogniem, ale za chwilę się przyzwyczaisz. Nic ci nie grozi, upewniłem się — wyjaśnił archanioł, poznawszy po lekko zmarszczonym nosie Sutcliffa, nad czym aktualnie główkował.
— Niesamowite. Skąd to wszystko wiesz?
— Wszystko? — zaśmiał się Rafael. — Do jedynie początek. W tym miejscu kryje się wiele tajemnic. Jest chociażby magnesem na dusze. Nie zwykło się o tym mówić nawet pośród piekielnych zastępów, ale bywają sytuacje, w których jeden z nich zwyczajnie gubi posiłek. Wtedy najczęściej go porzuca, bo przyznanie się do porażki godziłoby w jego dobre imię, ale czasem trafi się bardziej wartościowy okaz, z którego żal zrezygnować… Wtedy szukają go w takich miejscach. Jest ich sporo, dlatego czasem to bywa trudne, tym bardziej że dusza sama w sobie nie posiada inteligencji, zresztą, nawet gdyby ją posiadała, nie wiedziałaby, jak ten fakt wykorzystać. Chcę powiedzieć, że dusza nie zawsze zmierza ku najbliższej wyspie — wyjaśnił, nieco zawstydzając się na koniec.
Nie przywykł do tak rozległych tłumaczeń. Zazwyczaj wypowiadał się w zwięzły sposób, przekazując jedynie niezbędne informacje, często zupełnie pomijając własne uczucia, jakoby uważał je za zbędne – dlatego też stosunkowo łatwo było mu zrozumieć podejście piekielnego archiwisty, z którym miał przyjemność spotkać się kilkukrotnie za dawnych czasów.
— Nie miałem pojęcia…
— Wiele jeszcze nie wiesz. Jesteś stosunkowo młody.
Rafael przycumował łódź do niewielkiego, spróchniałego pomostu i chwyciwszy dłoń Grella, zaprowadził go w głąb wyspy. Z pozoru zwyczajnie, kryła w swoim wnętrzu wiele niesamowitych tajemnic, przedziwnych roślin, niespotykanych zjawisk fizycznych, które stały się przedmiotem badań piekielnych uczonych raptem dwie Rzeczywistości wcześniej.
Jednak na tej konkretnej – podlondyńskiej – wyspie, kryło się coś jeszcze. Coś, co nie miało żadnej wartości dla naukowców, wojsk czy nawet większości dzieci ciemności. Niewielkie miejsce zakamuflowane za kwieciem roślin podobnych nieco o czarnego bzu, skryte w gąszczu innych przedstawicieli piekielnej flory: niewielka, nosząca ślady starości, kamienna ławka z wyrytymi na oparciu inicjałami. Sutcliff zbliżył się wraz z przewodnikiem i dokładnie przyjrzał się ogrodowemu meblowi. Wyglądał zwyczajnie, oprócz kilku liter zapisanych dawnym pismem demonów, nie było na niej nic wartego uwagi.
— Co jest tu napisane? — zapytał ciekawsko rudzielec, gładząc opuszkami palców chropowatą skazę oparcia. — Nie znak xerfickiego, tego uczą tylko tych z wywiadu.
— To jest właśnie to, o czym chciałbym ci opowiedzieć. Usiądźmy — poprosił tajemniczo anioł, podając żniwiarzowi dłoń, by pomóc mu usiąść.
Następnie zajął miejsce obok niego, rozsiadł się wygodnie i westchnąwszy z pełnej piersi, przyciągnął do siebie towarzysza. Grell wydał mu się spięty. Był w stanie to zrozumieć, w końcu nie mógł mu do końca ufać, szczególnie w miejscu, w którym żniwiarz był niemal całkowicie bezbronny, nawet mimo faktu, że mógł w każdej chwili przyzwać swoją broń. Chciał jednak, by czuł się swobodnie, dlatego spojrzał mu w oczy, głęboko i onieśmielająco, a potem musnął lekko jego wargi, zapewniając boga śmierci o czystości swoich zamiarów.
— Chciałbym ci opowiedzieć o tym, co łączyło mnie z kimś, kogo doskonale znasz. Z moim rywalem w walce o twoje serce — zaczął, uśmiechając się półgębkiem.
— O Sebusiu?!
— O Amonie, księciu piekła stłamszonym przez ojca. O ciekawej świata istocie, która nie umiała odnaleźć się w rzeczywistości. I o tym, jak znaleźliśmy się na tej wyspie.
— Jak blisko ze sobą jesteście?
— Teraz? — Zastanowił się Rafael. — Ostatnio widzieliśmy się na polu bitwy. Ale kiedyś, Rzeczywistości temu, byliśmy najlepszymi przyjaciółki, chociaż możesz sobie wyobrazić, że ta relacja nie należała ani do najprostszych, ani do najbardziej pochwalanych w środowisku.
— Racja, demon i archanioł… Dziwne, że nie chcieliście się zabijać!
— Z początku chcieliśmy, ale już przy pierwszym spotkaniu zauważyliśmy, że jest w nas coś innego. To było bardzo dawno temu, już nawet dobrze tego nie pamiętam. Byliśmy jeszcze dziećmi. Przez krańcem jednej z Rzeczywistości zorganizowano szczyt wszystkich nacji. Mieliśmy się dogadać w kwestii podziału władzy na wypadek gdyby nowy świat był łatwiejszy do przejęcia… Ogłosiliśmy chwilowy pokój. Dzieci najwyższych rodzin zamknięto w pokoju pod baczną opieką służby i to tam się poznaliśmy. Amon złościł się na kuzynostwo, że naśmiewali się z jego nieudolnej przemiany. Kiedy się do niego zbliżyłem, myślał, że też chcę się śmiać. Nawet miałem taki zamiar, w końcu był tylko nieudolnym, plugawym dzieckiem, ale on naprawdę się tym przejął w ten dziwny sposób, który skojarzył mi się z ludzkim. Był inny niż reszta rówieśników. Oczywiście mi nie uwierzył i skończyło się mordobiciem. Wyszedł z niego ze złamanym ogonem, a ja przetrąciłem skrzydło, ale przy kolejnej okazji było już zupełnie inaczej — opowiedział Rafael, z trudem nabierając powietrza.
Mówienie zwyczajnie go męczyło. Odzwyczaił się i nie do końca potrafił kontrolować oddech podczas dłuższych wypowiedzi. Zwyczajnie wydawało mu się to nienaturalne, ale chciał opowiedzieć Sutcliffowi o jednej z przygód, która powinna rzucić nieco inne światło na sylwetkę nowego króla, słabego króla, demona, którego Grell znienawidził za złe decyzje. Nie chciał na siłę naprawiać wizerunku Amona, wiedział jednak, że był bardzo długo obiektem zainteresowań żniwiarza i chciał, by wiedział o nim coś więcej, nim na zawsze zaszufladkuje demona, podpinając mu krzywdzącą łatkę. Poza tym chciał również, by Sutcliff poznał i jego, a że nie lubił opowiadać o sobie bezpośrednio, przytoczenie wspomnień wydało mu się rozsądną decyzją.
— Więc o czym mi opowiesz? O małym Rafciu i Amonusiu?!
— Nie. Opowiem ci o tym, co się wydarzyło Rzeczywistość temu, gdy na świecie istniały maszyny podobne do tych, którymi za pomocą krwi potraficie namierzać demony. To się kiedyś nazywało elektroniką. Obecnie dopiero się rozwija. Zabawne, że ludzki świat zawsze zatacza niemal identyczny krąg…
— Chcesz powiedzieć, że elektryczność istniała już wcześniej?
— Oczywiście, że tam! Jak myślisz, skąd wzięła się w waszym świecie, kiedy w tym ludzkim Edison dopiero odkrywał żarówkę? Naprawdę nie uczą was takich rzeczy?
— Większość z nas zapomina… — przyznał skruszony Grell. — Mamy jednak coś z ludzi, ograniczone umysły. Tylko ci najstarsi coś pamiętają, część zapisują, ale to wszystko ginie. Prawa ludzi. Nie uczą nas o tym, co dokładnie działo się w poprzednich światach, bo nie potrzebne nam to do pracy. Niby można zrobić specjalny kurs, ale to kilka dodatkowych lat nauki i nie można pracować…
— Rozumiem. Więc tak, w dawnych czasach była już elektryczność. Były nawet bardzo zaawansowane maszyny – nazywane superkomputerami – które potrafiły myśleć. Posiadały wolną wolę, wyglądały jak ludzie, a potem… Któregoś dnia wszystko dosłownie wybuchło. Wtedy umarł Uriel, chociaż nikt szczególnie go nie żałował… — westchnął i zamilkł na chwilę; nie powinien zbaczać na temat swoich braci, był zbyt rozległy, poza tym wiele z informacji było utajonych ze względów bezpieczeństwa.
— I co z tymi superkomputerami?
— Nic, nie tego dotyczyć będzie moja opowieść.
— Rafciuuuu! — jęknął Grell, wtulając się mocniej w ramie archanioła. — Zacznij już, nie mogę się doczekać! Chcę wiedzieć, jacy kiedyś byliście! Tylko nie oszczędzaj pikantnych szczegółów!
— No dobrze. W takim razie… Wszystko zaczęło się dwie rzeczywistości temu, w roku… Około dwa tysiące trzysta dwudziestym…



.