piątek, 23 czerwca 2017

Tom V, XX

Wszystkim, którzy mają wakacje: miłych wakacji!
Całej reszcie: miłego lata!
Zdałam egzamin z japońskiego na poziomie B1 i jestem z siebie dumna. Wczoraj skończyłam w ogóle serie zaliczeń i teraz do września spokój i tylko praktyki. Dlatego dziś wpadły do mnie dziewczyny i grałyśmy z Dobble i Tabu i generalnie padałam w piątek na pysk straszliwie po całym tygodniu wrażeń. Więc generalnie rozdział jest niebetowany, także wytykajcie błędy, będzie mi łatwiej poprawić :P.
Na zaległe kompie odpiszę dziś, jak się wyśpię, popracuję i będę mogła odpocząć, bo wcześniej zwyczajnie nie miałam siły, a nie chciałam odpisywać Wam zdawkowych bzdur TT_TT.
To chyba tyle w sumie xD.

Miłego! :*

===============================

— Jak ma się twój obiad, panie?
— Jak widzisz, nad wyraz dobrze. Sam jestem w szoku. Wiedziałem, że potrafi się szybko adaptować, ale nie sądziłem, że przywyknie do piekła w aż tak krótkim czasie. Jednak, mówiąc szczerze, nie mogę pozbyć się wrażenia, że ta sielanka niedługo się skończy. Coś złego nad nami wisi, tylko nie potrafię jeszcze tego dostrzec.
— Sądzę, że nie powinieneś tyle o tym myśleć, panie. Pozwól sobie na odrobinę szczęścia. Z ludzkich przekazów wiem, że to niezwykle pożądane uczucie.
— Gdybyś coś wiedział, powiedziałbyś mi, prawda, Anasi?
— Oczywiście, panie. Gdybym tylko miał jakieś informacje, które mogłyby zaważyć na losie twoim lub twojego posiłku, bezzwłocznie bym się nimi podzielił — odparł nieco pokrętnie kronikarz, nie zamierzając okłamywać swego władcy.
— Sebastian! Tu jest jakieś światełko! Co to jest? — krzyknęła Elizabeth.
Nie otrzymując odpowiedzi, przybiegła do Sebastiana, po czym spojrzała niepewnie na Anasiego i po chwili wahania zdecydowała się usiąść ukochanemu na kolanach. Ten objął ją w pasie i przyciągnął do siebie, a potem pocałował delikatnie i splątał ich ogony, by zademonstrować jej jeden z nowych sposobów na niewinne pieszczoty, którymi raczyły się co spokojniejsze demony w chwilach, gdy nie potrzebowały seksualnego zaspokojenia.
— To światełko to znany w całym piekle ogień. Płonie właściwie od zawsze i ma w sobie niesamowitą moc. Niejeden demon przychodził tutaj, by prosić go o pomoc. Wprawdzie sam z siebie nigdy nie mieszał się w sprawy demonów, ale mawiano, że jego moc potrafiła ukoić, olśnić i dodać sił. Poczułaś coś, gdy na niego patrzyłaś?
— Nie… Nie wiem. Czułam się jakoś dziwnie, jakby na mnie patrzył i był bardzo silny, ale nie bałam się go. Ciężko mi to opisać, to było po prostu dziwne — odpowiedziała nieskładnie, lekko gestykulując rękami. — Ale ten ogród jest naprawdę piękny. Chciałabym, żeby Tomoko mogła go zobaczyć, albo Tai, on na pewno doceniłby jego piękno.
— Z pewnością. Powinniśmy iść dalej. Możesz tutaj przychodzić z Samarelem, gdy będę pracował, ale musi na ciebie uważać.
— No wiem, bo jeśli coś mi się stanie, to go zabijesz, zrozumiałam. A dokąd pójdziemy teraz? Mówiłeś coś o jakichś rbonach. Co to jest? Jakieś zwierzęta?
— Arbonach — zaśmiał się król.
— Arbony to prastara rasa, która osiadła w okolicach zamku Rzeczywistości temu. Zapuściły korzenie na tej ziemi, a kiedy stała się jałowa, musiały prosić króla o pomoc. Nawiązały z nim współpracę, w ramach której przekazywał im pożywienie, a one stały się obrońcami, strzegącymi zamek przed intruzami. Wyglądają jak stare, zeschnięte drzewa, jednak potrafią sięgnąć po niczego nieświadomego biedaka i rozerwać go na strzępy — wyjaśnił Anasi.
— Drzewa, które żywią się ludźmi? — zdziwiła się Lizz, nieco zmartwiona wtulając się w Michaelisa.
— Nie ludźmi, lecz demonami. Ludzina nieszczególnie im smakowała, podobno gałęzie im po niej drętwiały — dodał kronikarz. — Nie masz się czego obawiać. To w gruncie rzeczy myślące istoty, jednak ze względu na swoją ciężką sytuację, większość czasu pozostają uśpione. Działają tylko ich instynkty, dlatego przeważnie zachowują się jak rosiczki. Atakują bezmyślnie, głuche na krzyki, prośby i tłumaczenia, ale obecność króla i siła jego insygnium je obudzi. Będziesz mogła nawet z nimi porozmawiać, to dosyć ciekawe doświadczenie.
— Naprawdę? Chcę porozmawiać z drzewem, tak! Sebastian, to wspaniałe! Dziękuję! — cieszyła się nastolatka. — Ale moment… Twoje insygnium władzy, co to jest? Nigdy wcześniej żadnego nie widziałam, niemożliwe, żeby mi umknęło.
— Bo ci nie umknęło. Na co dzień je ukrywam, nie ma sensu, by było na wierzchu, wszyscy wiedzą, kim jestem. Na terenach blisko zamku ma głównie znaczenie czysto ozdobne i rytualne. Spójrz — wyjaśnił i podsunął dziewczynie rękę, której skóra przy nadgarstku zadrżała, a potem zaczęła sinieć, póki nie pojawił się na niej charakterystyczny znak władcy. — Możesz dotknąć.
Zaciekawiona nastolatka położyła palec na tatuażu demona i powoli wiodła nim po kolejnych, plączących się w niezwykle skomplikowany sposób liniach, próbując doszukać się jakiejś symetrii, jednak wyglądało na to, że takowej nie było. Jakby w układzie linii zapisana była jakaś wiadomość w kolejnym, niedostępnym dla niej języku.
— Jest piękny, ale nie umiem tego odczytać. Podobnie jak książek.
— Nauczę cię. Mamy przecież cały czas tego świata — zapewnił Sebastian, głosem tak przesyconym radością, że na jego dźwięk Anasi poczuł coś na wzór poczucia winy.
— Tak, racja… Chociaż dalej nie mogę w to uwierzyć. To zbyt abstrakcyjne.
— No dobrze, starczy. Chodźmy do Arbon. W przeciwieństwie do was, czeka na mnie jeszcze sporo pracy.
— Więc idź ją wykonywać, Anasi.
— Wybacz, panie, ale nie mógłbym przepuścić takiej okazji — odparł informator, wyszczerzając złośliwie ostre, sczerniały kły.
Wymiana docinków zakończyła się wspólnym wyjściem poza teren zamku. Elizabeth po raz pierwszy miała szansę, by opuścić bezpieczne mury, dlatego też cała podekscytowana ledwie dawała radę iść spokojnie, podczas gdy Sebastian z Anasim pozostawali zupełnie spokojnie. Droga na skraj lasu zajmowała dziesięć ludzkich minut lotu na demonicznych skrzydłach, jednak na piechotę, ludzkim tempem, szło się tam ponad godzinę. Mimo to, Kruk uznał, że taka wycieczka powinna dobrze zrobić jego ukochanej, dlatego nawet nie proponował lotu. Uznał, że będą mogli w ten sposób wrócić, jeśli dziewczyna się zmęczy. Nie sądził jednak, że tak się stanie. Jeszcze kiedy była człowiekiem, to chociaż wątła i wychudzona, miała mnóstwo siły i doskonałą jak na swój stan zdrowia kondycję. Sądził więc, że po zmianie w demona będzie jej jeszcze łatwiej.
Szli krwistą ścieżką pomiędzy przyprószonymi popiołem, ciemnymi trawami ciągnącymi się od granic miasta aż po sam skraj lasu. Wychodząc z zamku, skorzystali z tajemnego przejścia, by nie pokazywać się wśród mieszczan. Król nie chciał narażać Lizz na ewentualne niebezpieczeństwa – jego zdaniem na publiczne wystąpienia w tak słabo chronionym miejscu było jeszcze zdecydowanie zbyt wcześniej. Gdyby mógł, najchętniej odizolowałby nastolatkę od całego zła, wszelkich zagrożeń i nawet najdrobniejszych rzeczy, które mogłyby zniweczyć jej doskonały humor. Ponownie jednak górę nad sercem brał rozsądek, podpowiadając demonowi, że nadopiekuńczość jeszcze nigdy nikomu nie wyszła na dobre i w tym przypadku nie było inaczej.
Kiedy oddalili się na bezpieczną odległość i żaden z pająków ani żaden z ptaków, którym Michaelis rozkazał sprawdzić okoliczne tereny, nie doniósł o demonach krążących po okolicy, Kruk odetchnął z ulgą i puścił dłoń nastolatki, tym samym pozwalając jej dać upuść emocjom. Ta od razu zaczęła biegać, skakać, przyglądać się źdźbłom trawy, badać twardość kamieni i niesamowitą w jej mniemaniu, krwistą czerwień ścieżki. Przy okazji zadawała również mnóstwo pytań, a jej dociekliwość sięgała tak daleko, że chwilami nawet Anasiemu ciężko było udzielić jej konkretnej odpowiedzi.
Im bardziej zbliżali się do skraju lasu, tym Sebastian coraz bardziej zmniejszał odległość, która dzieliła go od ukochanej. W końcu, zanim dziewczyna zdążyła się obejrzeć, demon trzymał ją za rękę i dodatkowo owijał ogon wokół jej talii, sam do końca nie zdając sobie sprawy z podświadomych zachowań, które były niczym innym jak manifestacją jego wewnętrznego lęku o zdrowie i życie nastolatki. Lizz doskonale wiedziała, co i dlaczego robił i nie komentowała tego, nie chcąc niepotrzebnie wzbudzać w demonie zakłopotania. Poza tym jego bliskość wcale jej nie przeszkadzała – przeciwnie, niosła ze sobą mnóstwo przyjemności.
— Za chwilę będziemy na miejscu. Nie podchodź zbyt blisko i nie dotykaj ich, jeśli ci na to nie pozwolę. One naprawdę mogłyby cię zabić, dobrze? — poprosił, zatrzymując się w końcu.
Zignorował wzrok Anasiego wyrażający coś pomiędzy pogardą a zrozumieniem i nabrał w płuca powietrza, po czym kazał informatorowi pilnować dziewczyny, a sam podszedł do największego z drzew na skraju. Tak, jak mówił, drzewa wyglądały jak zwyczajne, martwe konary, ale wokół nich unosiła się dziwnie niepokojąca aura, która zdawała się przenikać nastolatkę, ograniczając jej entuzjazm i wypierając go, zastępując nutą strachu.
— Witaj, Ermn, przyszedłem z tobą porozmawiać — zaczął Michaelis, kłaniając się przed drzewem.
Martwe konary wydały z siebie skrzypiący dźwięk i drżąc przy każdym ruchu, odwzajemniły jego gest. Jedna z poprzecznych bruzd w poszarzałej korze rozwarła się powolnie, a do uszu trójki demonów dotarł dziwaczny dźwięk, który sprawił, że Lizz aż podskoczyła z zaskoczenia. Gładki a jednak nieco chropowaty, jak surowy aksamit, a wtórowała mu głęboka melodia, której tony dudniły echem w głowie – tak właśnie brzmiało jedno z najważniejszych drzew lasu Arbon, które powoli budziło się do życia.
— Ono coś powiedział? — szepnęła nastolatka, ciągnąć kronikarza za rękaw, z którego wypełzło w popłochu kilka pająków.
Dziewczyna strzepnęła jednego z nich na ziemię i puściła materiał ubrania towarzysza, po czym spojrzała mu głęboko i w oczy i natychmiast odwróciła wzrok w stronę lasu, który wydawał się dużo bardziej atrakcyjny niż wiekowa twarz piekielnego skryby.
— To nie jest ono, to Ermn – główny dowódca wschodniej strony lasu. W wolnym tłumaczeniu: zapytał, kim do cholery jest to wątłe chuchro, które śmiało stanąć przed nim, żądając audiencji.
— Powinien stracić głowę? A nie… Konar, znaczy… Nie powinien tak mówić do króla, prawda?
— Zaraz zobaczysz… — stwierdził Anasi, uśmiechając się złowieszczo pod nosem.
Chciał powstrzymać się przed notowaniem, ale pierwsza audiencja nowego króla u Arbon wymagała dokładnej dokumentacji, Kruk będzie musiał mu wybaczyć.
— Nazywam się Amon, jestem synem Beliala, nowym królem podziemnej krainy — odparł spokojnie Michaelis, wyciągając rękę w stronę drzewa.
To zachwiało się, szeleszcząc zeschłymi liśćmi i wyciągnąwszy jedną z gałęzi, chwyciło demona za rękę, ciasto pętając nadgarstek w miejscu tatuażu, który powoli malował się na skórze. Dwie kolejne bruzdy w korze rozwarły się na boku, a z ich wnętrza błysnęły czerwono-żółte ślepia o podwójnych źrenicach, które momentalnie skupiły się na ręce króla, która w objęciach prastarego drzewa wydawała się wątła i delikatna niczym  szlachetne pierzę ognistego ptaka.
Kolejny chwytający za serce dźwięk dotarł do uszu Elizabeth, która w ogromnym zaskoczeniu zauważyła, że dźwięki wydawane przez drzewo wcale nie powodowały u niej bólu uszu, choć nie należały do cichych. Nie bardzo umiała to sobie wyjaśnić, ale uznała, że to nie był dobry moment na kolejne pytania, szczególnie że jej towarzysz, który podobno miał pilnować, by się nie zbliżała, dał się całkowicie pochłonąć robieniu notatek. Pozwoliła sobie więc zrobić krok naprzód, a potem kolejny i jeszcze dwa, by lepiej słyszeć wymianę zdań i lepiej widzieć, jak niezwykła istota z każdą chwilą poruszała się coraz płynniej.
— Tak, to ja. Dawno mnie nie było, sporo się działo. A teraz jestem królem i chciałbym wam kogoś przedstawić. To moja przyszła królowa, dlatego to ważne, byście wiedzieli, kim jest. Ona jest nietykalna, rozumiesz? Przekaż innym — odpowiedział Sebastian.
Chociaż brzmiał ciepło i uprzejmie, gdzieś pomiędzy kolejnymi dźwięcznymi sylabami w jego wypowiedzi dało się wyczuć groźbę. Lizz doskonale znała ten ton, wielokrotnie z niego korzystał, gdy próbował motywować ją do nauki, gdy zawodził zdrowy rozsądek. Ten głos pozwalał demonowi odwoływać się do najbardziej pierwotnego lęku, potęgując go do tego stopnia, że sama myśl o sprzeciwieniu się jego woli potrafiła wywołać atak paniki.
— Elizabeth, możesz przestać się za mną chować. Zrównaj się ze mną, tylko powoli, bez gwałtownych ruchów, dobrze? — powiedział, przyciągając ją do siebie ogonem.
Drzewo natychmiast zareagowało na obecność kogoś nowego i nim nastolatka zdążyła stanąć stabilnie na nogach, była spętana gałęziami, które dokładnie badały jej ciało.
— Sebastian! — krzyknęła przestraszona, kiedy Ermn uniósł ją nad ziemię.
Michaelis jednak nie reagował. Spokojnie przyglądał się, jak jego ukochana unosi się nad ziemią spętana gałęziami i chociaż jej błagalny krzyk ranił jego serce, zachował kamienną twarz, sprawiając wrażenie, jakby nie działo się absolutnie nic złego. Bo w rzeczywistości tak właśnie było. Arbony musiały poczuć kogoś, by go rozpoznać, ich wzrok był zbyt słabo rozwinięty, żeby wystarczał. Poza tym przekazywały pomiędzy sobą informacje za pomocą bogato rozwiniętego systemu korzeni, które przenosiły wrażenia, bodźce, a nawet myśli stworzeń. Gdyby zaś Kruk okazał w takiej chwili słabość, drzewny dowódca mógłby odebrać to w zły sposób i zaatakować nie tylko dziewczynę, ale również jego i Anasiego, a utraty dwóch najważniejszych demonów w królestwie piekło pomogłoby nie znieść najlepiej.
— Sebastian! — powtórzyła nastolatka.
Widząc jednak, że jej ukochany nie zareagował, zaczęła się szarpać i na własną rękę próbowała wyswobodzić się z więzów. Bezskutecznie. Silne gałęzie drzewa nie dawały jej nawet szansy, by się ruszyć, a dźwięki, które z siebie wydawało absolutnie nic jej nie mówiły, chociaż czuła, że były do niej skierowane.
— Nie wierć się, przedłużasz sprawę — westchnął Michaelis.
— Niczego nie przedłużam, to drzewo mnie obmacuje! To boli! — odkrzyknęła oburzona nastolatka.
Ermn jeszcze chwilę obracał ją w swoich gałęziach, a potem odstawił spokojnie na ziemię i pokłonił się przed nią. Następnie wydał z siebie kolejny, niezrozumiały dla Elizabeth dźwięk, na który Amon pokiwał twierdząco głową.
— Stała się demonem dopiero niedawno. Wasz prastary język jest dla niej zbyt trudny.
— W takim spróbować razie mówić wasz dialekt — odpowiedział Ermn.
Lizz aż się wzdrygnęła, słysząc, jak niezrozumiały, acz niezwykle piękny, dźwięk zmienił się w nieco  zachrypnięty głos, który z trudem artykułował kolejne głoski. Przestało ją dziwić, czemu Sebastian rozmawiał z drzewem w taki a nie inny sposób. By zrozumieć, co powiedziało, musiała powtórzyć pod nosem i dopiero wtedy znaczenie dawało radę wybrzmieć spomiędzy niechlujnie wymawianych wyrazów.
— Teraz mówi po angielsku czy…? — szepnęła do Amona.
— W języku demonów, ale ten już rozumiesz, prawda? — odpowiedział cierpliwie, na co dziewczyna pokiwała twierdząco głową.
— Zgodnie z król prośbę, księżna Zabet niedotykanie była. Przekazać Ermn reszcie wczoraj… dzisiaj jeszcze — dodał dowódca Arbon, potrząsając kilkoma gałęziami z niezadowolenie.


sobota, 17 czerwca 2017

Tom V, XIX

Od poniedziałku zaliczeniaaaaaa. Niech ten przyszły tydzień już minie. Chcę wakacje przeplatane praktykami i święty spokój od martwienia się ocenami, dopóki nie dostanę odpowiedzi w sprawie pracy od promotorki i nie będę musiała pisać dalej xD.
No, a poza tym oczy nie bolą, więc przedmowy jakiejś pokaźnej nie będzie, wybaczcie. 

Miłego! :*

=============================

Dlatego też bez chwili zwłoki ruszył do skarbnicy wiedzy, żywiąc nadzieję, że w podręcznym księgozbiorze uda mu się znaleźć odpowiedź. W przeciwnym wypadku musiałby udać się do prawdziwej Piekielnej Biblioteki – tej, która niczym wyklęta kraina znajdowała się na samym skraju piekła, w miejscu mroźnym i niedostępnym, zapomnianym niemal przez wszystkich, z wyjątkiem garstki pozbawionych ignorancji mieszkańców demonicznego świata.
Udawszy się na miejsce, chwycił jeden z podłużnych wózków na książki i zanurkował pomiędzy regałami, przedzierając się przez różnorodną tematykę, póki nie odnalazł odpowiedniego symbolu. Zostawił wózek przed regałami i wszedł pomiędzy nie, po czym ponownie wypuścił z rękawa kilka pająków, którym powiedział, czego dokładnie miały szukać. Nie musiał się obawiać, że ingerencja jego podwładnych będzie komuś przeszkadzały. Demony nie zwykły czytać. Posiadały niezbędną wiedzę z zakresu historii piekła, militariów, biologii a także wiedzę na temat ludzi – w dawce niezbędnej, by potrafić ich uwieść i pozyskać nowe dusze. Wszystko ponadto większości dzieci ciemności było zbędne, a w wolnych chwilach zdecydowanie bardziej woleli ćwiczyć sztuki walki niźli siedzieć w zakurzonym pomieszczeniu nad pożółkłymi kartami zwojów i kodeksów.
Pająki rozpełzły się po półkach, podczas gdy ich zwierzchnik spokojnie wiódł wzrokiem po kolejnych grzbietach, krzywiąc się z niesmakiem na widok każdego odwrotnie wydrukowanego, nie rozumiejąc, jak coś takiego jak podstawy abstrakcyjnego myślenia potrafiło przerosnąć nawet demony, by nie potrafiły w wyobraźni wywnioskować, w którą stronę powinny być zapisane litery, by położone na czwartej stronie okładki dały się swobodnie odczytać. Widać niektóre rzeczy były zbyt wielkim wyzwaniem nie tylko dla ludzi, ale nawet dla znacznie bardziej rozwiniętych od nich ras.
Sam wybrał kilka pozycji i odniósłszy je na wózek, ruszył do pająków, które wyglądały do niego z regałów, oznaczając sobą odpowiednie książki. Wyciągnął również i je, przejrzał pobieżnie i część z nich odłożył na miejsce, uznając, że się nie przydadzą. Resztą dołączył do poprzednich i pchając przed sobą wózek, przeniósł się do jednego ze stanowisk znajdującego się w samym rogu pomieszczenia, zewsząd zastawionego regałami tak, że istniała jedynie niewielka szansa, że ktoś go zauważy. Wydarzenia ostatnich czasów zmieniły wiele w jego zachowaniu, ale w dalszym ciągu stronił od towarzystwa i nie zamierzał w żaden sposób tego zmieniać.
Zająwszy ulubione miejsce, demon zanurzył się w lekturze ksiąg, które, jak miał na dzieję, miały mu pomóc w rozwikłaniu zagadki zniknięcia duszy dziewczyny. Wiedział, że gdzieś musiała być, trzeba było tylko dowiedzieć się, jak ją znaleźć, a im dłużej trwały poszukiwania, tym mniejsze było prawdopodobieństwo, że Amonowi uda się ją pożreć bez konieczności ponownego umiejscowienia w ciele. Czas działał więc na niekorzyść sprawy, a informacji jak na złość wcale nie przybywało. Informator miał więc nadzieję, że może uda mu się chociaż znaleźć coś, co zdoła spowolnić proces rozkładu duszy, bądź go odwrócić. Wiedział, że tylko w taki sposób zdołałby zapewnić królowi szczęście.
Niestety kolejne zakurzone, pożółkłe karty ksiąg nie przynosiły wraz ze sobą nic więcej poza narastającą frustracją i kolejną porcją pleśni, która zdążyła się zagnieździć i dobrze rozwinąć pomiędzy stronicami długo nieprzeglądanych ksiąg. Dotykanie niektórych z nich wprawiało Anasiego w obrzydzenie i frustrację. Miał ochotę krzyczeć, rzucać kodeksami i zabić tego, który odpowiedzialny za dbanie o bibliotekę, tak bardzo zaniedbał jeden ze swoich najważniejszych obowiązków. Chociaż niektóre księgi były tak zagrzybiałe, że ciężko było odczytać zawarte na ich łamach treści, nie miało to zbyt dużego znaczenia, bowiem piekielny skryba zdołał się zorientować, że odpowiedzi na stawiane przez niego pytania nie było w podręcznym księgozbiorze. Wyglądało więc na to, że niezbędna będzie wizyta w prawdziwej Piekielnej Bibliotece.
Miał już wstać, odstawić wózek do innych, na których zalegały pokryte warstwą szarej pierzyny tomiszcze, ale nim podniósł się z siedzenia, usłyszał czyjeś kroki. Jedne spokojne, dostojne i zdecydowane, miarowo stukające ostrymi obcasami w nieludzko rytmiczny sposób. Drugie zaś szybkie, niecierpliwie i wypełniające korytarze czytelni pełnym ekscytacji chaosem. Informator zrezygnował więc ze swojego planu, czując nieodpartą chęć zaobserwowania naturalnego zachowania dwójki intruzów. Ich ciche głosy były dowodem na to, że należeli do tej nielicznej grupy ceniących sobie tradycję i powagę skarbnicy wiedzy dzieci ciemności. Rozmowy, chociaż pozbawione barwy głosu, Anasi bez trudu zdołał rozpoznać i przyporządkować dwójce obiektów, którym przypisywał ostatnimi czasy nadmierne zainteresowanie. Król Amon i jego ludzie dziecko: Elizabeth, zjawili się w opustoszałej części zamku, by wspólnie odkrywać piękno piekielnej krainy.
Chociaż dziewczyna starała się, jak umiała najbardziej, pozostawanie w ciszy nie wychodziło jej najlepiej i choć każdy gwałtowny ruch skutkujący ostrym dźwiękiem przypłacała piskiem potęgującym dodatkowo ból uszy, nieustępliwie parła dalej, starając się kontrolować spontaniczne podrygi ogona. Król kroczył tuż za nią, wciąż z taką samą pewnością i spokojem stawiając kolejne kroki, jakby był zaledwie jej opiekunem i nie potrafił przeżywać piękna w tak samo huczny sposób. W rzeczywistości jednak jego serce napełniała radość, ilekroć nastolatka z pasją komentowała rodzaje obwolut, podział skórzanych opraw, rodzaje papieru i dziwaczną klasyfikację ksiąg na półce, której zrozumienie zajęło jej zaledwie kwadrans. Było widać, że chociaż na tematy czysto związane z literaturą nie potrafiła wypowiadać się nazbyt biegle, pod względami technicznymi znała się na księgach doskonale. Ciekawe zainteresowanie – przeszło przez myśl Anasiemu, by po chwili złapać się na tym, że na jego ustach pojawił się lekki uśmiech.
Wciąż jednak pozostawał w ukryciu, czekając, aż podróżujący pośród fizycznych ucieleśnień wiedzy w końcu dotrą w najciemniejszy kąt biblioteki, gdzie na niego natrafią. Jak w życiu, tak i tu lubował się w ustronnych terenach, ukrywając się i pozostając poza centrum zainteresowania. Gdy jednak ekspresyjne kroki stawały się głośniejsze, czuł dreszczyk emocji i zaczynał wyobrażać sobie zaskoczoną minę dziecka, gdy na niego natrafi. Wyciągnął podręczny notes i sporządził krótką notkę, zaznaczając, że w historii piekła zdarzył się człowiek, którego księgozbiór zafascynował bardziej niż niejednego, wydawałoby się bogatszego w wiedzę i bardziej oświeconego, członka piekielnej społeczności.
— Aa! — krzyknęła Elizabeth, by skulić się i ponownie jęknąć z bólu.
Nim zdołała się wyprostować i dokładnie przyjrzeć temu, co wzbudziło w niej tak nagłą reakcję, dołączył do niej zaalarmowany demon. Na jego twarzy wyraźnie było widać zmartwienie, kiedy jednak w półmroku dostrzegł wynurzające się z kaptura znajome rysy informatora, zaśmiał się bezgłośnie i chwycił w locie ogon dziewczyny, nim wycelował prosto w nos kronikarza.
— To Anasi, nie masz się czego bać. — Uspokoił ją Kruk, a kiedy się podniosła, objął ramieniem i uśmiechnął się do podwładnego. — Co tu robisz? — zapytał zaciekawiony.
Zaczął zerkać za postać demona, by przyjrzeć się tytułom ksiąg, jednak Anasi sprytnie zasłaniał je przed nim, robiąc to w tak naturalny sposób, że król nawet przez chwilę nie pomyślał, że mógłby ukrywać przed nim tytuły intencjonalnie.
— Przepraszam, nie spodziewałam się, że ktoś tu będzie. Sebastian mówił, że tu prawie zawsze jest pusto — przeprosiła nastolatka, a potem odsunęła się w tył, by nie przeszkadzać im w rozmowie.
— Nie szkodzi, Elizabeth, to po prostu jeden z tych rzadkich razów — odparł Anasi. — Przyszedłem coś sprawić, panie. Jak wiesz, mam wiele obowiązków. Jednak co bardziej intrygujące, co ciebie sprowadza w te strony zamku?
— Chciałem pokazać Lizz okolicę, później zabieram ją do ogrodu. Myślałem jeszcze o smoczej zagrodzie, ale dziś ją czyszczą, więc może skraj lasu arbon? Jak sądzisz, to nie będzie zbyt ekstremalne?
— Nie wiem, panie, ale wierzę w twój rozsądek.
Podczas gdy demony rozmawiały w niezwykle oficjalny sposób, który przypominał nastolatce o setkach zakłamanych ludzi, z którymi zmuszona była niegdyś współpracować, oddaliła się od rozmawiających, by jeszcze trochę pokręcić się po bibliotece. Podeszła również do stołu Anasiego. Odczytała kilka tytułów ksiąg, innych zaś nie była w stanie, ponieważ zapisane były w xerfickim, którego dziewczyna nie miała prawa znać. Wprawdzie bycie demonem otwierało jej umysł na znajomość wszystkich języków świata, jednak nieznajome litery wciąż stanowiły problem, którego nie dało się obejść inaczej, niż poprzez nauczyczenie się go. Usiadła wiec przy stole i zaczęła śledzić kolejne wiersze liter, próbując odnaleźć w nich prawidłowość. Okazało się jednak, że znaki w xerfickim nie odpowiadały tym z alfabetu łacińskiego, dlatego na razie się poddała, zapamiętując jedynie kolejność dziwacznych liter na okładkach, by później przerysować je i zapytać Sebastiana, co oznaczały.
— Lizz, Anasi przejdzie się z nami do ogrodu, nie masz nic przeciwko? — zapytał Sebastian, wychylając się nieco w tył, by dojrzeć dziewczynę pomiędzy dwoma masywnymi regałami zapomnianych ksiąg o białej magii poprzedniej Rzeczywistości.
— Myślałam, że Anasi nie wychodzi na zewnątrz. Ma taką popękaną skórę, myślałam, że to od światła… Ale jeśli chce, to chętnie — odpowiedziała dziewczyna, podbiegając do nich w nieludzko szybkim tempie. — Widziałeś! Prawie jak ty!
— Widziałem. Coraz lepiej sobie radzisz, ale pozwól, że trenować będziemy dopiero za kilka dni, gdy nauczysz się kontrolować ogon i kiedy pobudzone zmysły przestaną ci dokuczać.
— I nauczysz mnie, jak robić sobie ubrania? Prosiłam Samarela, ale mówił, że nie wie, czy będę umiała, i sam zrobił mi sukienkę.
— Samarel przebrał cię w ten sposób? — zapytał Michaelis, wpatrując się w nastolatkę z ogromną powagą, której przyczyny nie potrafiła określić.
— No tak. Chciałam konkretną sukienkę, żeby ci się podobała, więc ją dla mnie zrobił.
— Powiedz mu, że to był pierwszy i ostatni raz, gdy to zrobił. Inaczej… wyciągnę konsekwencje — zagrzmiał stanowczo Amon.
— Co on takiego zrobił? — Niczego nieświadoma Lizz za nic nie potrafiła zrozumieć wzburzenia ukochanego ani tym bardziej rozbawienia piekielnego skryby, który chichocząc pod nosem zapisywał coś w notesie. — Powiedz.
— Żeby coś stworzyć, trzeba coś zniszczyć. Nasze twory nie biorą się z powietrza, po prostu manipulujemy materią, ale musimy jakąś posiadać, by móc ją zmienić, rozumiesz? — tłumaczył spokojnie Sebastian.
Wyciągnął rękę, położył na niej pióro, które wyrwał z dłoni Anasiego i powoli zdematerializował je, by zmienić w jabłko. Przyjrzał mu się, zacisnął w dłoni, a potem podsunął nastolatce, by mogła mu się przyjrzeć i ocenić, że nie było tylko złudzeniem.
— To znaczy, że… — urwała w środku zdania, przerzucając jabłko z ręki do ręki. — Że Samarel musiał mnie rozebrać, żeby mnie ubrać, o to ci chodzi? Dlatego jesteś zły? — zapytała w końcu, a jej głos wyrażał ogrom zdziwienia względem niewspółmiernej jej zdaniem reakcji demona.
— No… Właściwie… To tak — odparł zawstydzony, momentalnie się czerwienią i uciekając wzrokiem.
Sądził, że to było dla niej oczywiste, że pragnie chronić jej czystość, zachowywać idealne ciało ukochanej jedynie dla siebie. Pod tym względem, podobnie jak inni mężczyźni, był niezwykle zachłanny i lubił mieć ściśle wyznaczone terytorium. Nie podobało mu się, że ktoś obcy widział ją nago, dotykał jej ciała – nawet jeśli tylko rozszczepioną materią i jedynie przez moment, by spełnić jej prośbę. Tylko on miał do tego prawo i nie chciał się nim dzielić z nikim innym. Powinien był powiedzieć o tym wcześniej, chyba naprawdę nie miał powodu do zazdrości – zastanawiał się w myślach.
— Nie musisz być zazdrosny. Twoje czary-mary lubię najbardziej. Nauczysz mnie tak robić? Wtedy nie musiałabym nikogo prosić, a jeśli mamy tu żyć już zawsze, chciałabym umieć robić takie rzeczy, podobno wszystkie demony to potrafią.
— Cóż… — Sebastian spojrzał pytająco na Anasiego, który wzruszył tylko ramionami, korzystając ze swej roli obiektywnego obserwatora, który nie zamierzał się wtrącać. — Mogę spróbować, chociaż nigdy tego nie robiłem. Z ogonem się udało, z tym może też… Lizz, daj sobie czas, dobrze? Nie musisz się uczyć wszystkiego na raz, mamy przed sobą całą wieczność — poprosił, wzdychając ciężko.
Pragnął spędzić noc w łóżku, leżąc obok ukochanej, oplatając ją ramionami, by zapewnić bezpieczeństwo i spokój podczas snu. Wyglądało jednak na to, że przy samozaparciu dziewczyny będzie zmuszony całą noc studiować odpowiednie księgi, by nauczyć ją jednej z podstawowych demonicznych umiejętności.
— Anasi, znajdziesz mi jakąś książkę? — poprosił, chwytając nastolatkę za rękę.
— Oczywiście, panie. Odniosę te i za chwilę dołączę. Proszę poczekać na mnie przed wejściem.
— Anasi? Mów do Sebastiana po imieniu, kiedy jesteśmy we trójkę, dobrze? — poprosiła Lizz, uśmiechając się serdecznie do informatora.
Ten skinął tylko głową, zgarnął opasłe tomiszcze na wózek i ruszył pomiędzy regały, by znaleźć poradnik dla króla i przy okazji porozkładać księgi na miejsce, by w żaden sposób Amon nie dowiedział się, co czytał, i nie połączył faktów zbyt wcześnie.
Gdy dołączył do Elizabeth i Sebastiana, stali przed drzwiami, ćwicząc synchroniczne ruchy ogonem. W porównaniu do poranka, kiedy Anasi poprosił ją, by spróbowała nim ruszyć, poczyniła spore postępy, chociaż w dalszym ciągu ogon w większości ruszał się według własnego widzimisię, a przy co bardziej zamaszystych ruchach widocznie sprawiał dziewczynie ból. Jednak nie narzekała. Ignorowała nieprzyjemne uczucie i dawała z siebie wszystko, by wykonać polecenie Kruka.
— Możemy iść — oświadczył kronikarz, wskazując dłonią kierunek.
Lizz chwyciła Sebastiana za rękę i żwawym krokiem, tym samym, który informator słyszał spomiędzy regałów, wyrwała naprzód, co chwilę ponaglając dwójkę towarzyszy. Jej ogromna niecierpliwość została nagrodzona przepięknym widokiem, kiedy tylko znaleźli się na dachu. Zachwycona wydała z siebie przeciągły jęk, a potem spojrzała pytająco na Kruka. Gdy ten skinął głową, wypuściła jego dłoń i pobiegła jedną z alejek prosto w stronę samego serca ogrodu, z wnętrza którego dostrzegała jasny błysk.
— Tylko uważaj, żebyś nie zeszła ze ścieżki, te rośliny mogą cię zabić — pouczył Michaelis.
Wraz z Anasim przeszedł kawałek w głąb roślinności i usiadł na jednej z ławek. Cały czas obserwował bacznie swoją ukochaną, w każdej chwili gotów ruszyć jej na ratunek, gdyby przypadkiem nie usłuchała jego ostrzeżenia, jednak z ulgą uznał, że Elizabeth całkowicie mu ufała i nawet nie próbowała sprawdzać, czy jedynie nie żartował. Tak wiele się zmieniło, odkąd się poznaliśmy… – pomyślał, uśmiechając się pod nosem.
Doradca przyglądał się uważnie królowi i ponownie zapisał coś w notesie. Widząc niezadowolone spojrzenie swego pana, uznał, że zrobił dość notatek, a resztę istotnych rzeczy będzie musiał zapamiętać – jak za starych, dobrych czasów.
— Piszesz moją biografię, czy co? — mruknął Michaelis, zwracając na chwilę wzrok ku kieszeni Anasiego, z której wypełzło kilka pająków, wymieniając się z tymi, które chwilę wcześniej do niej weszły.
— W rzeczy samej, panie. Jesteś pierwszym władcą, który pokochał, na dodatek ludzkie dziecko. To jedno z najważniejszych wydarzeń z piekielnej historii.
— Wolałbym jednak, żebyś nie opisywał każdej sekundy mojego życia. Nie podoba mi się ta inwigilacja. Nie będę musiał prosić dwa razy, prawda? — odparł Kruk, a jego oczy błysnęły złowrogo.
Chociaż w rzeczywistości nie był w stanie zagrozić Anasiemu, niepisana umowa pomiędzy nim i innymi władcami sprawiała, że pozostawał uległy. Przyjął więc groźbę do wiadomości, a rozbawienie, które wywołała, z uprzejmości zostawił dla siebie.


piątek, 9 czerwca 2017

Tom V, XVIII

W środę byłam w Escape Roomie, gdzie trzeba było dobrze znać rzymskie liczby, żeby rozwiązać jedną z zagadek. Na szczęście Nami lubi w rzymskie litery i dzięki Róży czuje się w tym swobodnie, toteż nam się udało :P. Nie będę mówić, gdzie to było, bo wtedy psułabym zabawę innym, ale polecam takie miejsca, doskonała rozrywka i szansa, żeby trochę ruszyć głową! :D
A poza tym w środę miałam ostatnie zajęcia na studiach w życiu. Były straszne. Wycieczka na drugi koniec miasta i powrót do domu po 21, naprawdę miło. No ale dzień się skończył i w zasadzie dalej to do mnie nie dotarło. Nigdy więcej nauki, denerwowania się egzaminami, liczenia nieobecności i całej masy abstrakcyjnych problemów. Ale praca pewnie nie będzie lepsza :P.
No to dziś mi wyszła taka nieco autobiograficzna przedmowa, więc na koniec pytanie do Was:

Róża, jak wiecie, dobiega końca. O czym byście chcieli przeczytać kolejne opowiadanie mojego autorstwa? Czekam na propozycje :).

===========================

Opuścił salę obraz w doskonałym nastroju i bezzwłocznie skierował się do apartamentu. Kiedy chwycił klamkę, poczuł niepokój, ale zignorował go, tłumacząc sobie, że to zwyczajny stres. Kiedy jednak wszedł do sypialni, przekonał się, że nie miał racji. Elizabeth siedziała zwinięta na krześle, trzęsąc się lekko i łkając pod nosem. Podszedł do niej powoli i zdenerwowany zapytał najciszej, jak tylko w owej sytuacji był w stanie, o jej samopoczucie. Nie odpowiedziała.
— Elizabeth? — powtórzył, martwiąc się coraz bardziej, a w głowie już układał kolejność wymyślnych tortur, którymi zamierzał pokazać Samarelowi, jak kończy się doprowadzanie jego wybranki do łez.
— Nic mi nie jest… — mruknęła w końcu, powolnie podnosząc głowę. — Po prostu mi smutno — przyznała zawstydzona.
Demon ujął jej twarz w delikatnym uścisku i otarł spływające po policzkach łzy. Przekrwione oczy dziewczyny świadczyły o tym, że płakała już dłuższy czas. Serce Sebastiana zabiło boleśnie, a oddech przyspieszył nieznacznie, odkrywając przed dziewczyną zdenerwowanie, które nieudolnie starał się ukryć.
— Nie martw się. Po prostu przeżywam zmiany. Płacz jest dobry, pozwala wrócić do równowagi emocjonalnej — odpowiedziała, wciąż nie wykazując ani odrobiny entuzjazmu.
— Czy Samarel powiedział ci coś przykrego? Mam go ukarać?
— Nie, Samarel był miły. To ja… Po prostu tęsknię za Tomoko i… no i tutaj nie ma nic, co mogłabym nazwać swoim. Wszystko jest nowe i inne i wszyscy patrzą na mnie jak na wyrzutka. I prosiłam, żebyś wrócił, ale kontrakt już nie działa, a ty pracowałeś. Nie przyzwyczaiłam się, nie miałam, jak sobie z tym poradzić — wyrzuciła z siebie niemal na jednym oddechu, z trudem panując nad drżeniem spuchniętych warg.
— Dlatego chcę pokazać ci dziś jedno miejsce. Sądzę, że ono może ci pomóc. Enepsignos zawsze tam przychodziła, kiedy potrzebowała się wyciszyć i uspokoić. Myślę, że tobie też pomoże.
— Chcesz, żebym zmieniła się w twoją zmarłą żonę? — zapytała niechętnie Elizabeth.
Głęboko ukryta zazdrość ujrzała światło dzienne i chociaż na co dzień Lizz nie zachowywała się w ten sposób, bo demon nie dawał jej ku temu powodów, była już w tak rozchwianym emocjonalnie stanie, że mówiła wszystko, co pomyślała, zanim zastanowiła się, czy to w ogóle miało sens. Na szczęście Amon był wyrozumiały i cierpliwie wysłuchał tego, co nastolatka miała do powiedzenia, a potem przytulił ją i zapewnił, że ona zawsze była dla niego najważniejsza i nigdy niczego by w niej nie zmienił.
— Nie denerwuj się. Pomogę ci się przebrać i się przejdziemy, co ty na to? — zapytał, pomagając dziewczynie się podnieść.
Kiedy zdejmował z niej nieświeże ubranie, zauważył, że jej ogon znacznie urósł. Zaniepokojony wprawnym okiem zmierzył jego długość, po czym odetchnął z ulgą, ciesząc się, że nie był zbyt długi. Jednak jego nagły przyrost dalej wydawał mu się co najmniej niecodzienny.
— Lizz… — zaczął, czując się nad wyraz nieswojo, zwracając się do niej w taki sposób; przez całe lata zwykł nazywać ją panienką, ewentualnie Elizabeth i sporadycznie, dosłownie kilkukrotnie Lizzy, zaś Lizz zarezerwowana była dla pozostałych służących.
— Tak, kochanie? — zapytała, uśmiechając się na dźwięk swojego imienia; w dalszym ciągu gdy je wypowiadał w dowolnej formie, jej serce przyspieszało i robiło jej się przyjemnie ciepło.
— Próbowałaś ruszać ogonem?
— Próbowałam. Anasi prosił, żebym sprawdziła, czy mogę. Wydawał nie zdenerwowany, że tak nagle urósł i miałam wrażenie, że coś jest nie tak, bo nie mogłam nim odpowiednio władać. Boję się trochę… — przyznała zmartwiona nastolatka.
Popatrzyła na Sebastiana szeroko otwartymi oczami, a rozszerzone źrenice świadczyły zarówno o przyjemności, jaką czerpała, widząc go, jak i o zdenerwowaniu, które towarzyszyło jej na myśl o ogonie. Wszyscy wokół za bardzo się nim przejmowali. Nie umiała pozostać beztroska, by z typowo dziecięcą ignorancją nie zważać na problem. Zbyt wiele przeszła i za dużo potrafiła ujrzeć na twarzach innych, by móc to bagatelizować.
— Jestem pewien, że wszystko jest w porządku. Gdyby działo się coś złego, Anasi, Forkas albo Araksjel daliby mi znać. W końcu jestem królem, prawda? — Pocieszał ją Sebastian.
Pogłaskał delikatnie ogon, który wzdrygnął się nieznacznie pod jego palcami. Dobry znak – pomyślał, uśmiechając się pod nosem. Kontrolowanie ogona było dla demonów czymś zupełnie naturalnym, ale dla człowieka, który pierwszy raz miał z nim do czynienia dopiero po kilkunastu latach życia, mogło stanowić to problem. Nie spodziewał się, że kiedy wypustka osiągnie odpowiednią długość, nagle stanie się równie użyteczna co ręce dziewczyny, zresztą był pewien, że nikt na to nie liczył. Wszyscy zwyczajnie obawiali się tego, co mogło się stać z dziewczyną i co mogłaby zrobić. Głęboko zakorzeniony w demonach lęk był całkowicie wytłumaczalny i pewnie to jego dostrzegła Elizabeth na twarzy informatora. Bądź co bądź on też był tylko demonem, daleko mu było to doskonałości.
— Spróbuj nim poruszyć. Obojętnie jak, nie rób niczego konkretnego, po prostu się nim baw. Ruszaj do rytmu jakiejś melodii, to bez znaczenia. I nie denerwuj się, jeśli nie poruszy się tak, jak chciałaś. To zupełnie nowa kończyna, musi minąć trochę czasu, zanim się przyzwyczaisz — wytłumaczył spokojnie demon.
Na szczęście niejednego już w swoim życiu uczył, a samą Elizabeth znał od dziecka i dobrze wiedział, jak powinien się zachowywać, by czuła się pewnie. Potrzebowała jedynie wsparcia, kogoś, kto nie będzie się martwił, by nie mogła dostrzec żadnych niepokojących oznak. Zbyt dobrze potrafiła odczytywać takie sygnały i chociaż zazwyczaj działało to na jej korzyść, w niektórych sytuacjach przysparzało niepotrzebnych zmartwień.
Dokładnie przyjrzawszy się wyrazowi twarzy demona, nastolatka pokiwała twierdząco głową, a potem chwyciła Sebastiana za rękę i nieśmiało zaczęła ruszać ogonem. Sądząc po wyrazie jej twarzy, nie poruszał się tak, jakby tego chciała, ale najważniejsze było to, że wykonywanie gestów nową kończyną nie sprawiało jej bólu. Same ruchy również były płynne i naturalne, wyglądało więc na to, że potrzebowała jedynie odrobiny praktyki.
— Doskonale. Ruszasz nim, wszystko jest w porządku. Teraz możesz spróbować poruszać do rytmu. Włączę muzykę. I nie martw się, jeśli kierunek ruchów nie będzie odpowiedni, teraz chodzi tylko o rytmikę, dobrze? — zapytał Sebastian.
Wstał, włączył muzykę i wrócił do ukochanej. Początkowo nie potrafiła nadążyć są wartkim tempem muzyki, lecz kiedy Amon dołączył swój ogon i tuż obok tego Lizz zaczął podrygiwać w tym muzyki, dziewczyna ośmieliła się i po kilku minutach prób udało jej się wprawiać ogon w odpowiadające melodii, przypadkowe ruchy.
— Ruszam nim, widzisz? Ruszam do rytmu! Jesteś wspaniałym nauczycielem! — zachwycała się, czerpiąc ogromną satysfakcję z czegoś tak prostego w mniemaniu Sebastiana, że zwyczajnie zaczął się śmiać.
Dziewczyna zaczerwieniła się zawstydzona, ale nie przerwała ćwiczeń. Muzyka wprawiała ją w dobry nastrój, a mały sukces dodatkowo zapewniał, że wszystko było w porządku. Smutki i zmartwienia powoli odchodziły w niepamięć i zanim się obejrzeli, oboje z demonem tańczyli po całej sypialni, śmiejąc się beztrosko dokładnie w taki sposób, o jakim zawsze marzyli. Kiedy melodia ucichła, postanowili ruszyć na dalszą część wycieczki. Biblioteka zamkowa, ogród i smocze zagrody nie mogły czekać wiecznie.
~*~
Grell patrzył zszokowany na Rafaela, nie mogąc uwierzyć w opowieść, której właśnie wysłuchał. Wydawało mu się, że archanioł opowiada jaką fantastyczną historię rodem z umysłów chorych psychicznie ludzi, jednak to zupełnie do niego nie pasowało. Poza tym był zupełnie poważny, choć czasem uśmiechał się, wspominając co zabawniejsze i bardziej żenujące momenty dawnych dziejów.
— Od tamtego czasu często tu przychodziliśmy. I może cię to zdziwi, mnie zdziwiło bardzo, ale to był ostatni raz, kiedy Amon stracił nad sobą kontrolę. Od tego czasu nauczył się być odpowiedzialny. Wszyscy kiedyś dorastają… — podsumował Rafael i objąwszy Grella, przyciągnął go do siebie i pocałował.
Czerwonowłosy miał zupełny mętlik w głowie. Z jednej strony koniecznie chciał zapytać o całe mnóstwo szczegółów, które archanioł pominął w swojej opowieści, jednak z drugiej, przyjemność płynąca z pocałunku była zbyt duża i ekscytująca, by chciał ją stracić. Poza tym dalej nie mógł uwierzyć, że ktoś taki jak on zwrócił na niego uwagę. Po wszystkim, co przeszedł, był nawet skłonny założyć, że to tylko nowy sposób Sebastiana, żeby z niego zakpić i zmusić, by dał sobie z nim spokój.
— Rafciu, czekaj! — krzyknął w końcu, odsuwając się od towarzysza. — Chcesz powiedzieć, że skradzione dusze znajdują się w tych… jak im tam, w tych kieszeniach?
— Kieszonkowych wymiarach — poprawił go Rafael.
— Mniejsza o to, to niesamowite! Wiesz, co będzie, gdy powiem o tym Willowi? Obstawimy wszystkie takie miejsca! Odsetek skradzionych dusz spadnie, a ja dostanę awans i własny gabinet! Jesteś wielki, Rafciu! — cieszył się rudzielec, jak zwykle okazale gestykulując i niemal uderzając bruneta w twarz.
— Nie możesz nikomu powiedzieć. — Zagrzmiał zdecydowany, groźny niemal, głos archanioła. — Amon powiedział mi o tym w zaufaniu, tak samo, jak ja tobie. Jeśli wydasz ich sekret, zachwiejesz odwieczną równowagę. Kradzież dusz jest zła, ale tak samo, jak zwierzęta zabijają się nawzajem, tak demony kradną dusze, a wy – shinigami – próbujecie ich powstrzymać. Gdyby jedna ze stron zyskała zbyt dużą przewagę…
— A czy nie do tego miało prowadzić przejęcie piekła przez twojego brata? — zdziwił się Sutcliff.
— Tak, dokładnie tak miało być. Ale moi bracia nie zważają na równowagę. Pragną władzy i liczą na to, że dzięki ich zwycięstwu przy następnej Rzeczywistości demony zostaną zniszczone przez boga.
— A ty nie chcesz się ich pozbyć? Sebuś aż tak zakręcił ci w głowie?
— Nie w tym rzecz. Świat jest taki, jaki jest, nie bez powodu. Ktoś kiedyś stworzył go właśnie tak. Ktoś potężniejszy niż wszystko, co znane. Nie sądzę, byśmy powinni to zmieniać.
— To dlaczego walczyłeś po stronie braci? — dociekał bóg śmierci, wtulając się w ramię Rafela.
Mógłby słuchać godzinami, gdy mówił tym swoim poważnym głosem, przez większość czasu zachowując kamienny wyraz twarzy, jakby odrobina zabawy mogła przynieść jakieś wielkie nieszczęście. Uwielbiał to w nim tak samo, jak w Sebastianie i Willu, jednak w przeciwieństwie do nich, Rafael uwielbiał też coś w nim.
— Nie chcę sprzeciwiać się Gabrielowi. Nie widzę powodu. Nie jestem fanem zmian i tego nie popieram, ale jestem wierny swoim, więc jeśli dowódca wyda rozkaz, wykonam go — odparł niechętnie brunet.
Grell wyczuł, że rozmowa zaczęła schodzić na zły tor, dlatego podniósł się lekko i wpił się w usta Rafaela. Tym razem jednak nie zamierzał poprzestać tylko na tym. Chciał odwrócić uwagę towarzysza od niewygodnego tematu i przy okazji sam pragnął zaznać szczęścia. Archanioł bez trudu odczytał jego intencje, a kiedy żniwiarz tęsknie domagał się kolejnych pocałunków, zaśmiał się pod nosem i posadził go sobie na kolanach, planując w pełni sprostać oczekiwaniom rudzielca i spełnić wszystkie jego pragnienia.
Lubił go. Na mówienie o głębszym uczuciu było wprawdzie zbyt wcześnie, jednak zdecydowanie mógł stwierdzić, że Grell działał na niego w pozytywny sposób. Nie należał do osób, które potrzebowałyby zapewnień, by zwyczajnie się zabawić. Czekał ze względu na boga śmierci, który wydawał mu się pod tym względem nieco bardziej staroświecki, jednak zaskoczył go ponownie, przejmując inicjatywę. Tak rozpoczął się pierwszy prawdziwy związek Sutcliffa oparty na wzajemnym szacunku, stale budowanym zaufaniu i przede wszystkim cieple, którego od zawsze brakowało młodemu bogu śmierci.
Odkąd zjawili się na wyspie demonów po raz pierwszy, stała się ona ich stałym miejscem spotkań, do którego chętnie wracali, by w spokoju i pewności, że nikt niepożądanych ich nie odnajdzie, oddawali się przyjemności płynącej ze wspólnych aktywności, zarówno fizycznych jak i umysłowych. Długie rozmowy na temat spraw bieżących, opowieści z przeszłości, sprawozdania z codziennego życia poprzeplatane gorącymi pieszczotami i leniwym wpatrywaniem się w niebo stanowiły spełnienie marzeń rudego mężczyzny, zaś dla Rafaela powoli stawały się czymś niezwykle ważnym, niemal na równi istotnym co dawna znajomość z Krukiem, która przez wzgląd na różnice rasowe prędzej czy później musiała się rozluźnić, pozostawiając po sobie jedynie zdawkowe przywitania i tysiące wspomnień.
~*~
— Dowiedzieliście się czegoś?! — Anasi wparował jak burza do jednego z laboratoriów w podziemiach piekielnego zamku, gdzie Forkas i Araksjel zajmowali się eksperymentami.
Od kilku dni próbowali pozyskać urządzenie, które bogowie śmierci wykorzystywali do odszukiwania demonów na podstawie ich więzi z ludźmi. Kiedy w końcu udało im się takową maszynę znaleźć, musieli ją naprawić, a kiedy i na tej płaszczyźnie odnieśli sukces, rozpoczęła się najtrudniejsza część ich zadania – mozolne testy i próby przerobienia nieznanej technologii na własny użytek. Nie trudno było się domyślić, że praca jedynie we dwie osoby mogła być frustrująca, jednak lekarze – a raczej naukowcy, gdyż specjalizowali się w wielu różnych dziedzinach (zresztą jak wszyscy uczeni w piekle) – znali powagę sytuacji i doskonale wiedzieli, że nie mogą sobie pozwolić na dodatkowe utrudnienia.
Kiedy piekielny skryba zjawił się w laboratorium, byli właśnie w trakcie jednego z testów mającego na celu sprawdzenie, czy najnowsze zmiany w systemie maszyny pozwalają na lokalizowanie istot innych niż demony. Symulacja przeprowadzana w odseparowanej przestrzeni miała za zadanie zminimalizować ingerencję środowiska zewnętrznego, by dać możliwie najbardziej miarodajny wynik.
— Jesteś w samą porę, testujemy pierwsze zmiany — poinformował go entuzjastycznie Araksjel.
Machnął na informatora ogonem, a kiedy ten dołączył do niego przy konsoli do testów, naukowiec przesunął wajchę, która wysłała sygnał wprost do urządzenia. Niewielka sferyczna kupka elektroniki o niezwykle skomplikowanej technologii zabrzęczała kilkukrotnie, obróciła się wokół siebie, by po chwili unieść się w powietrzu i zacząć wydawać z siebie tonalne sygnały, za pomocą których przekazywała informacje.
— Co to mówi? — zapytał doradca, zerkając na wykres piknięć drukowany na bieżąco przez jedną z maszyn znajdujących się po prawicy Araksjela.
Uczony spojrzał na Forkasa, który podszedł do maszyny, chwycił wydruk i przez chwilę dumał nad nim, po czym chwycił pióro i nakreślił na kartce kilka linii i znaków. Potem przyjrzał im się równie dokładnie co pierwszemu arkuszowi, zerknął do wnętrza odizolowanej szybą przestrzeni, a potem przeniósł wzrok na informatora.
— To mówi, że obiekt, którego miało szukać, znajduje się w Japonii — oświadczył śmiertelnie poważnie.
Przez moment Anasi żył jeszcze nadzieją, że obiekt rzeczywiście znalazł się w wskazanym miejscu, jednak miny lekarzy szybko pozbawiły go złudzeń.
— Może to dlatego, że jest w piekle? Skoro to urządzenie bogów śmierci do szukania demonów w ludzkim świecie, być może działa tylko tam. Pracujcie dalej i nikomu ani słowa — stwierdził niezadowolony doradca.
Wyciągnął swój podręczny notes, sporządził krótką notatkę, a potem wypuścił z ręka kilka pająków, którym kazał pilnować postępów w badaniach. Sam natomiast udał się z powrotem na zamek, by przeczesać zasoby piekielnej biblioteki z nadzieją na odnalezienie jakiegoś pomocnego źródła. Czasu było coraz mniej i miał świadomość, że w końcu będzie musiał przekazać informacje Amonowi. Nie mógł ich trzymać dla siebie. Prędzej czy później prawda wyszłaby na jaw, a wtedy straciłby nie tylko zaufanie króla, ale przede wszystkim swoją opinię w środowisku, a cała jego spuścizna obiektywnych informacji poszłaby na marne.


piątek, 2 czerwca 2017

Tom V, XVII

Dzisiaj jest Matsuri! <3 
Wreszcie jakiś event dla mangozjebów, na którym się pojawię. Planuję też zaszczycić swoją obecnością (xD) Animatsuri, ale zobaczymy, co z tego będzie.
Przy okazji pochwalę Wam się taaaaaakim dużym sukcesem: udało mi się załatwić praktyki w wydawnictwie. I to nie byle jakim krzaku tylko w SBP i podobno to dobrze wygląda w CV, także się cieszę, bo ostatnio strasznie się martwiłam, że mi się nie uda i spędzę 156 godzin w jednym z najnudniejszych zawodów świata– jako bibliotekarka. NA SZCZĘŚCIE NIE BĘDĘ MUSIAŁA, także wszystko układa się dobrze. No i w sumie to chyba tyle... Ładnie pokomentowaliście, ale wyświetlenia dalej marne w porównaniu do tego, co było miesiąc temu, ale mam nadzieję, że to się niedługo zmieni. Nie mam nawet chwilowo głowy do martwienia się tym, więc przynajmniej nie psuje mi tak nastroju, ale jak mnie mile(1) zaskoczycie, to będzie mi miło (2)<3.

Miłego! (3) :*

===============================

— Możesz podejść bliżej i się im przyjrzeć. Nic ci nie zrobią, nie mogą.
— Ktoś ich pilnuje? Nikogo nie widzę.
— Uroki piekła. Spójrz tam — zaśmiał się Samarel, wskazując jeden z ciemnych rogów pomieszczenia tuż nad ich głowami. — To pająk, jeden z podwładnych Anasiego, których udostępnia w zamku do monitorowania pracy wielu demonów.
— Monitorowania… Aż przypomniała mi się pewna sprawa, którą kiedyś zajmowałam się z Sebastianem. Tam też ktoś cały czas obserwował, co się działo w szpitalu. To było straszne.
— Jak system kamer! — krzyknął dowódca, po czym natychmiast zasłonił usta.
Lizz spojrzała na niego podejrzliwie i zmarszczywszy czoło, zaczęła się zastanawiać, co mogło znaczyć słowo, którego użył i dlaczego aż tak się tym przejął. Nie wymyśliła jednak nic konstruktywnego, dlatego postanowiła zapytać.
— Co to jest kamera?
— Nie powinienem ci tego mówić…
— Ale chcę wiedzieć — odparła twardo.
— Kamera to takie urządzenie, którego zadaniem w poprzednich Rzeczywistościach było rejestrowanie tego, co się działo. To się nazywało monitoring i sprowadzało ludzi na bardzo złą ścieżkę niekiedy. Były obecne w poprzedniej i dwie rzeczywistości temu, pięć chyba też, ale głowy nie dam, jestem zbyt młody a z historii nigdy nie byłem zbyt dobry. Nie mów królowi, dobrze? Nie wiem, czy powinienem był się tym z tobą dzielić…
— Nie powiem mu. Czy kamera wyglądała tak? — zapytała, kreśląc w powietrzu kształt znajomego urządzenia wyposażonego w soczewki, które znalazła dawno temu i przez lata nie zdołała określić, do czego mogło służyć.
— Tak, chyba tak. Skąd wiesz?
— Znalazłam kiedyś coś takiego i zawsze byłam ciekawa. Wyglądało trochę jak aparat, ale nie było w nim kliszy, prochu, niczego. Porzuciłam dociekania — wyjaśniła, wzruszając ramionami. — Wygląda na to, że Sebastian mnie oszukał. Mówił, że nie wie, co to jest.
— Nie zrozum mnie źle, ale… Ludzie nie powinni wiedzieć o innych Rzeczywistościach. Nigdy nie wiadomo, który z was może stać się nowym bogiem, a znajomość tego, co działo się w poprzednich światach, mogłoby mieć zły wpływ na nowopowstałą Rzeczywistość. Dlatego na wszelki wypadek jesteśmy zobowiązani do milczenia w tej kwestii. To nie ma związku z personalną szczerością. To coś, co ma takie znaczenie… Zresztą byłaś tam, widziałaś kolosy, co ja ci będę opowiadał…
Elizabeth wsłuchiwała się zafascynowana w opowiadanie Samarela. W międzyczasie zrozumiała, że to, co było w nim najciekawsze, to ogrom wiedzy, który posiadał i lekkość, jaką się nim z nią dzielił. Nie potrzebowała więcej chodzenia po zamku, chociaż nie zamierzała go odmawiać, bo mogło stać się pretekstem do zadawania kolejnych pytań o coraz ciekawsze rzeczy, jednak wiedziała już, że najwięcej dowie się i nauczy, po prostu rozmawiając z młodym żołnierzem.
— Czuję, że będę miał straszne kłopoty…
— Nie będziesz miał, nikomu nie powiem, że mi to powiedziałeś — obiecała dziewczyna, przykładając dłoń do serca.
Samarel nie czuł się zbytnio przekonany jej zapewnieniem. Wiedział, że nawet przy najlepszych chęciach tak pasjonujące informacje mogą jej się zwyczajnie wymsknąć, a konsekwencji tego mógł gorzko pożałować. Postanowił jednak być dobrej myśli, bo właściwie nic więcej nie mógł zrobić.
Przez kolejną godzinę krążył wraz z Elizabeth po zamku, pokazując jej najważniejsze pomieszczenia i drogi, jakimi może do nich dotrzeć. Potem przechodzili trasy ponownie – nastolatka miała okazję wykazać się dobrą pamięcią i znajomością układu pomieszczeń. Nie pomyliła się więcej niż pięć razy, a drogę do apartamentu, w którym mieszkała wraz z Sebastianem, znała doskonale z każdego miejsca, w jakim się znalazła, a to było najważniejsze. W końcu jednak Lizz poczuła się znudzona krążeniem niczym duch po opustoszałych korytarzach. Wydawało jej się, że spotkają więcej demonów, ale na każdą uwagę na temat frekwencji demonicznego społeczeństwa na terenie zamku wymawiał poddanych spotkaniami i pracą. Wyglądało więc na to, że miejsce znane ze zła, deprawacji i rozpusty było niezwykle zapracowane, by dobrze dbać o swoją złą reputację.
— To może wyjdziemy z zamku i przejdziemy się po mieście? — zaproponowała fioletowowłosa. — Bo przecież w piekle jest coś więcej niż zamek, prawda? Te wszystkie demony muszą gdzieś mieszkać. Chciałabym zobaczyć też zwykłe życie.
Dowódca dziewiątego kręgów nie był jednak zbyt pozytywnie nastawiony do tego pomysłu. Po raz kolejny obawiał się złości króla, który z pewnością nie przystałby na taką wycieczkę. Samemu Samarelowi również wydawało się, że było jeszcze zdecydowanie zbyt wcześnie, by pozwalać dziewczynie wyjść poza bezpieczną strefę. Nie wiadomo było, kto z zewnątrz planował ją zabić, a na pewno mogli istnieć tacy, którzy w tragedii króla znaleźliby dla siebie przepustkę do lepszego życia. Dlatego tez odmówił, a nim nastolatka zdążyła zacząć go przekonywać, dołączył do nich Anasi.
Demon ściągnął z głowy kaptur i lekko skłonił się przez wybranką króla, po czym powiódł wzrokiem po jej ciele. Pajęczy informatorzy zdążyli mu donieść o ranie, którą miała na dłoni. Zadowolony uznał jednak, że była zdecydowanie mniej rozległa, niż mogła się stać.
— Pozwolisz, Elizabeth? — zapytał, wyciągając rękę po jej dłoń.
Nastolatka spojrzała niepewnie na Samarela, a kiedy ten skinął głową, położyła rękę na tej demonicznego informatora i pozwoliła, by nasmarował ranę śmierdzącą mazią. Piekielny skryba wyjaśnił dziewczynie, czym było lekarstwo – mieszanka leczniczych ziół i wyciągów, które w mgnieniu oka wyleczyły jej poparzenie. Zachwycona nastolatka uśmiechnęła się do niego w podzięce i zaproponowała, by przeszedł się razem z nimi.
— Wybacz, niestety mam mnóstwo pracy. Pokaż mi jeszcze swój ogon. Chciałbym sprawdzić, czy odpowiednio się rozwija — poprosił, obracając Lizz za ramiona tyłem do siebie. — Dobrze, doskonale. Długość już niemal odpowiednia. Spróbujesz nim poruszyć?
— Nie wiem jak — odpowiedziała niepewnie, wpatrując się w smukły grot, który Anasi ułożył na swojej dłoni.
— Tak samo, jak ruszasz ręką — wyjaśnił, uśmiechając się najserdeczniej jak umiał, co poskutkowało odsłonięciem nierównych, sczerniałych zębów, które nieco odstraszyły nastolatkę.
— O tak? — zapytała, skupiając się ze wszystkich sił, by poruszyć wypustką.
Początkowo nieruchomy ogon nagle wyrwał się w górę i równie szybko opadł, zdając sobie sprawę ze swoich ograniczeń.
— Przepraszam! — krzyknęła przestraszona, kiedy grot musnął policzek archiwisty.
— Nie szkodzi. Spróbuj jeszcze raz, delikatniej. Musisz się nauczyć go kontrolować. W końcu zamierzasz tu zostać na jakiś czas, prawda? Wybranka króla powinna umieć władać swoim ciałem. Nie możesz przynieść wstydu królowi — oświadczył, odwołując się do uczuć Elizabeth, co momentalnie poskutkowało całkowitym skupieniem i determinacją z jej strony.
Demon zaśmiał się w duchu. Ludzkie dziecko uczące się, jak być demonem, było dla niej dużo bardziej atrakcyjnym obiektem zainteresowania niż mógłby się spodziewać i tego chcieć. Znów poczuł, że jego obiektywizm został nieco nadszarpnięty, ale obserwowanie pierwszych kroków nastolatki było tak pasjonujące, że postanowił na chwilę zignorować alarmujący sygnał.
— Powoli i spokojnie… Żeby Sebastian był ze mnie… Cholera! — komentowała pod nosem, denerwując się, gdy ogon po raz kolejny z pełnym impetem poruszył się wbrew jej woli, tym razem trafiając w ramię Samarela. — Bo on jest za długi! Za szybko rośnie, jeszcze kilka godzin temu był dużo krótszy. Nie umiem! — wyżaliła się i zrezygnowana zwiesiła głowę, garbiąc się lekko.
— W ciągu kilku godzin? O ile? — zainteresował się Anasi.
Samarel przyjrzał się dokładnie ogonowi i ze zdumieniem przyznał, że miała rację. Ogon wydłużył się niemal o całą swoją poprzednią długość i obecnie był prawie podręcznikowych rozmiarów.
— Nie wiem, jest prawie dwa razy taki jak był — odpowiedziała, nie patrząc w oczy informatora.
— Daj sobie trochę czasu. Wróć do pokoju i ćwicz. Chciałbym mieć cię na oku, lekarze również, dlatego byłoby dobrze, gdybyś się nie oddalała, przynajmniej dopóki… — zawahał się. — Powiedz o tym Amonowi. Muszę iść do Araksjela — skończył pospiesznie i skinąwszy niedbale na pożegnanie, szybkim krokiem ruszył wzdłuż korytarza.
— Ale czy lecznica nie była w drugą stronę? — zapytała Lizz.
Samarel pokiwał głową niczym rodowity Hindus, nie odpowiadając na pytanie dziewczyny. Wspólnie postanowili zaś wrócić do apartamentu, by Elizabeth mogła poćwiczyć korzystanie z ogona. Żołnierz odprowadził ją do drzwi i zapewnił, że będzie w okolicy, ale nie wszedł do środka. Sam chciał się dowiedzieć, gdzie właściwie szedł Anasi, bo jego zachowanie było zdecydowanie podejrzane i z pewnością miało związek z jego nową podopieczną.
Pozostawiona sama sobie Lizz wyciągnęła spod poduszki zeszyt, który znalazła wcześniej w sekretarzyku Sebastiana. Usiadła przy stole, chwyciła pióro i zaczęła kreślić litery. Pisała kolejny list do przyjaciółki, chociaż wiedziała, że nigdy nie mogła ich otrzymać. Gdyby tak się stało, mogłaby się ponownie załamać. Sama śmierć najbliższej przyjaciółki i tak musiała bardzo nią wstrząsnąć. Nastolatka dalej czuła się źle z tym, że ostatecznie skłamała – oszukała Tomoko po raz pierwszy, ale nic już nie mogła na to poradzić. Nie potrafiła samodzielnie wrócić do świata ludzi. Nie umiała zmienić swojego wyglądu, by tak jak Sebastian upodobnić się do ludzi. Nie mogła nawet wyjść poza zamek, bo wszystkim po kolei było to nie na rękę. Na dodatek nieudana próba kontrolowania ogona wprawiła ją w kiepski nastrój. Nigdy nie poddawała się tak szybko, ale tym razem wszystkie emocje i całe zmęczenie skumulowały się w niej, skutecznie psując nastrój.
Żaliła się więc w liście do przyjaciółki, opowiadając o pełnych niepokoju spojrzeniach, o strasznym traktowaniu pracowników, o tym, że demony nie korzystały z toalety, o wyglądzie zamku i w końcu o uczuciu samotności i obcości, które nawiedzało ją za każdym razem, gdy dopuszczała tłumione uczucia i myśli do głosu. Kiedy była z Samarelem, miała tyle pytań, tyle rzeczy chciała zobaczyć i tak wiele się nauczyć, że nie starczało jej czasu na smutek, ale kiedy w końcu wszystkie bodźce z zewnątrz znikały i była zupełnie sama, czuła się strasznie.
Straciła tę, która towarzyszyła jej odkąd na niej eksperymentowano. Ida sprawiała, że tak naprawdę nigdy nie była zupenie sama, lecz teraz, gdy straciła wszystkich oprócz Sebastiana, zwyczajnie nie umiała się uporać z ciężarem tego uczucia. Chociaż jej ukochany był raptem kilkadziesiąt jardów dalej, wiedziała, że nie może po prostu do niego pójść i poprosić, żeby ją przytulił, bo było jej źle. Amon był królem i jako taki miał obowiązki. Nie był już służącym, którego miała do dyspozycji cały czas, póki nie postanowił jej zostawić dla jej własnego bezpieczeństwa. Zupełnie nowa sytuacja – nie pierwsza i z pewnością nie ostatnia – dodatkowo ją przytłaczała. Nim się obejrzała, jej oczy przesłoniły łzy, a dłoń odmówiła posłuszeństwa, zostawiając na końcu zdania wielkiego kleksa zamiast kropki.
— Chcę się przytulić… — jęknęła sama do siebie, wkładając pióro do kałamarza.
Podsunęła kolana do klatki piersiowej i zaparła się piętami o siedzenie, po czym objęła nogi rękami i ukryła pomiędzy nimi głowę, pozwalając sobie na kilkukrotne powtórzenie pod nosem raz wypowiedzianego zdania. Pragnęła, by jakimś cudem Sebastian ją usłyszał i zjawił się tak samo, jak robił to tysiące razy. Jednak demon się nie zjawił. A znak na karku nastolatki nie zalśnił, stracił swoją moc. Był niczym więcej jak tatuażem przypominającym o dawnym życiu, tak samo, jak nagłówek listu przypominał o wszystkim, co straciła, by spełnić swoje marzenie. Jednak czy zemsta naprawdę była warta utraty tego, co tak bardzo kochała? Przez lata nawet nie dostrzegła, jak piękny świat zdołała wokół siebie stworzyć. Otoczyła się wartymi zaufania, oddanymi ludźmi, którzy kochali ją i za których byłaby w stanie oddać życie. A jednak, kiedy przyszło co do czego, porzuciła wszystko i wszystkich, by zabić. Najgorsze jednak było to, że gdzieś w głębi siebie czuła, że najwierniejszy z jej towarzyszy za swoje zasługi nie otrzymał długo wyczekiwanej nagrody.
~*~
Amon nie potrafił skupić się na pracy. Starał się ze wszystkich sił, ponieważ wiedział, jak ważne było ustalenie nowych praw, organizacja igrzysk i zadbanie o to, by jego królestwo odpowiednio się rozwijało, by zaspokajać potrzeby poddanych i zapewnić im dobre nastroje. Nie chciał, by zamachy i bunty negatywnie wpływały na jego ukochaną, dlatego zmuszał się, by utrzymywać niezbędną uwagę, lecz w rzeczywistości marzył tylko o tym, by opuścić salę tronową, wziąć Elizabeth na ręce i pokazać jej najpiękniejsze miejsca piekielnej krainy. Chciał widzieć uśmiech na jej twarzy, patrzeć, jak w pełni korzysta z nowego życia, które jej ofiarowano. Trzymanie jej w zamku i zostawianie  na całe dnie nie było tym, czego dla niej pragnął w nawet najmniejszym stopniu.
Czas ciągnął się niemiłosiernie, spraw do omówienia wciąż pozostawało dużo i jak na złość Azazel co chwilę kwestionował decyzje króla, rozpoczynając tym samym ciągnące się w nieskończoność dyskusje. Jakby doskonale wiedział, że Kruk pragnął jak najszybciej wrócić. Na dodatek Lewiatan, który zawsze uciszał czerwonowłosego, musiał wyjść wcześniej, by pilnie zająć się zawalonym murem w południowej części budynku. Loki zaś nie zjawił się w ogóle, w zamian za siebie wysyłając jednego z podwładnych, którzy nie mieli zbyt dużego pojęcia na temat omawianych spraw ani tym bardziej wprawy w obradach, co dodatkowo utrudniało zadanie.
Planowanie igrzysk było jedyną częścią obrad, w której rzeczywiście Amon chciał brać udział. Miał zamiar przygotować wspaniałe widowisko wolne od przymusu walki do ostatniego tchnienia, a zarazem wystarczająco zjawiskowe i pełne emocji, by zaspokoić potrzeby tłumu. Pragnął również pokazać Elizabeth, w jaki sposób bawiły się demony. Wiedząc, że miała wgląd w jego wspomnienia, domyślił się, że musiała widzieć w nich wiele okrutnych czynów, których dopuścił się zarówno on sam jak i wszyscy, z którymi miał do czynienia. Dlatego też zamierzał pokazać dziewczynie również inną stronę demonów, udowodnić jej, że w tym pełnym zła świecie jest również sporo dobra, którym będzie mogła się otoczyć, by odnaleźć się w nowej rzeczywistości. A kiedy jej się to uda, będą mogli spędzić razem całą wieczność, oboje szczęśliwi i wolni.
— Panie? — mruknął niechętnie Azazel, machając dłońmi przed oczami króla.
— Co? Znaczy, słucham, Azazelu?
— Pytałem, czy nie sądzisz, że zniesienie obowiązku walki do ostatniego tchu nie zepsuje całej idei igrzysk. Skoro wszyscy będą bezpieczni, to jaki w tym sens?
— Jeśli ktoś będzie chciał walczyć na śmierć, będzie mógł. Chodzi o dowolność. I tak, to dobry pomysł. To nie podlega dyskusji, więc z łaski swojej, Azazelu, przestań wstrzymywać obrady i przejdźmy do kolejnego punktu — odpowiedział wyniośle Kruk, nie ukrywając niezadowolenia.
Dosyć już znosił zachowanie doradcy, miał już tego dość. Inni pokiwali zgodnie głowami, również czując znużenie względem ciągnącego się spotkania. Kiedy Azazel wreszcie zamilkł, obrady ruszyły naprzód. Amon przywołał do siebie jednego ze służących, przekazał mu wiadomość i odesłał za drzwi. Niedługo później ten sam służący ponownie wkroczył do pomieszczenia i przekazał wiadomość irytującemu doradcy, który nagle musiał pilnie zjawić się w innym miejscu. Niezadowolony z obrotu spraw, Azazel podniósł się i wyszedł, polecając służącemu, by wezwał jego zastępcę.
Gdy tylko czerwonowłosy przekroczył próg sali obrad, wszyscy odetchnęli z ulgą. Wiedzieli, że teraz sprawy potoczą się już szybko i niedługo będą mogli wrócić do swoich spraw. Mieli rację. Nagle okazało się, że we wszystkim byli zgodni i bez trudu udawało im się odnaleźć najlepsze wyjście. Kolejne punkty z długiej na ponad jard listy odhaczano w zastraszającym tempie i nim się obejrzeli, wreszcie ustalili wszystko, co było trzeba. Zadowoleni czekali na znak zakończenia obrad, z którego wydaniem Kruk nie zwlekał ani chwili długiej, niż było to konieczne. Doradcy pokłonili się, a potem kolejno zaczęli opuszczać pomieszczenie. Sebastian został sam. Chciał wreszcie wrócić do Elizabeth, nie mógł się doczekać zabrania jej do biblioteki i na dach, do piekielnego ogrodu, który tak uwielbiała jego zmarła żona. Miał nadzieję, że nastolatka znajdzie w nim takie samo ukojenie, jak Enepsignos, ponieważ wiedział, że z pewnością nie raz będzie jej potrzebne.


piątek, 26 maja 2017

Tom V, XVI

Dziś rozdział nieco krótszy, bo nie mam czasu. Zresztą Wy nie macie czasu czytać, więc tak jest lepiej dla wszystkich xD. Przedmowy tez zbytnio nie będzie, bo w sumie nie mam, o czym mówić. Mogłabym bóldupić, ale mi się nie chcę. Idę robić dalej kuroszkową aplikację na zaliczenie praktycznych zajęć na uczelni.

PS Zgadnijcie, kto ma już dwie piątki w USOSie <3.

Miłego :*

===============================

Kiedy doszli do samych drzwi zbrojowni, zrozumiała, dlaczego jej przewodnik nagle ukrócił jej harce. Pilnujący wejścia ochroniarze – żołnierze wysokiej rangi, jak dziewczyna stwierdziła po wzajemnych konwenansach i spojrzeniu, jakim obdarowali Samarela i jakim on im się odwdzięczył – byli niezwykle umięśnieni a na ich twarzach było widać maksymalne skupienie na swojej pracy i ogromną niechęć do wszystkiego, co się ruszało. Z jednej strony nie było to najmilsze przywitanie, jakiego mogła oczekiwać Elizabeth, z drugiej jednak zrozumiała, że właśnie tacy niechętni i podejrzliwi żołnierze najlepiej nadawali się do takiej pracy.
Wszyscy, których dotąd mijała, patrzyli się na nią z lekkim strachem, szacunkiem, ewentualnie z obojętnością. Ci dwaj zaś nie mieli w oczach ani odrobiny wahania czy niepokoju, jakby nie wiedzieli albo mieli w całkowitym poważaniu, że od jej życia zależało szczęście i równowaga psychiczna króla, a co za tym szło – ich życie. Tak, jakby w ogóle ich nie obchodziło… Albo wyciągała zbyt pochopne wnioski – jak uznała na koniec, kiedy jeden z naburmuszonych demonów zaczął zadawać Samarelowi pytania.
Młody dowódca odpowiadał kulturalnie na wszystkie, mogło się wydawać, że gdyby któryś z odźwiernych zapytał go o najbardziej krępującą prawdę, wyznałby ją z taką samą łatwością i brakiem wahania. Podczas gdy jeden z żołnierzy pytał, drugi odnotowywał coś na kartce. Usłyszawszy, że nie zjawili się po żadną broń, a tylko po to, by się rozejrzeć, ochroniarze popatrzyli po sobie tak, jakby Samarel i jego towarzyszka zwyczajnie oszaleli.
— Mamy rozkaz, by nie wpuszczać do środka nikogo, kto tego nie potrzebuje. Jeśli więc nie wybierasz się na pole bitwy albo na trening i nie masz przy sobie odpowiednich dokumentów, nie wejdziesz — oświadczył wyniośle ten, który dotąd tylko pisał.
— Jestem tu z polecenia króla. Mam oprowadzić jego wybrankę po zamku, a ona zapragnęła zobaczyć naszą zbrojownie. Naprawdę sądzisz, że król się ucieszy, jeśli powiem mu, że z waszej winy nie udało mi się zadowolić przyszłej księżnej?
— Ale ja wcale… — wcięła się Elizabeth, jednak surowy wzrok Samarela skutecznie ją uciszył.
Zamiast prób przeforsowywania swojego zdania, skupiła się na analizie jego słów. „Przyszła księżna” brzmiało co najmniej tak, jakby Sebastian miał jej się oświadczyć! Nie wiedziała tylko, czy demon nie powiedział tak tylko po to, by wywrzeć na żołnierzach większy wpływ – sądziła nawet, że tak właśnie było i chociaż rozsądek kazał jej w to wierzyć, to jednak poczuła delikatne ukłucie w sercu.
Żołnierze popatrzyli po sobie porozumiewawczo. Ten z notesem spojrzał jeszcze raz na odpowiedzi, odnotował kolejną informację i westchnął ciężko, po czym wyciągnął kluczy i otworzył drzwi.
— Macie kwadrans — oświadczył groźnie, szarpiąc za mosiężną klamkę.
— W zupełności wystarczy — odparł radośnie Samarel.
Wziął Elizabeth pod rękę i wprowadził ją do środka. Po chwili drzwi zamknęły się za nimi z głośnym hukiem, aż dziewczyna podskoczyła nerwowo, a potem skuliła się z bólu. Dowódca przytrzymał ją i odczekał w milczeniu, aż ból minął.
— Wybacz, doniosę na nich później. I przepraszam za tę przyszłą księżną. Nie chciałem mieszać ci w głowie, ale w ten sposób…
— Czuli się bardziej zagrożeni, domyśliłam się… – westchnęła nastolatka z wyczuwalną nutą rezygnacji w głosie, której jednak Samarel zdawał się nie dostrzec.
Lizz nie miała mu za złe, był w końcu demonem, a lata życia u boku Sebastiana i obserwowanie całego jego życia doskonale nauczyło ją, jak bardzo dzieci ciemności potrafiły być ślepe i głuche na niektóre ludzkie zachowanie, które w ich mniemaniu wydawały się oczywiste.
— Możesz się przejść, tylko nie dotykaj niczego. Część z tych broni jest pokryta silnie trującymi substancjami, zabiłyby takiego człowieka jak ty… Wybacz. Ale mimo wszystko wolałbym, żebyś ich nie dotykała.
— Rozumiem. Nie będę.
Dziewczyna nieśmiało odsunęła się od demona i ostrożnie stąpając po nierównej podłodze, wkroczyła w głąb pomieszczenia, które rozjaśniło się tak, jakby ktoś cały czas ich obserwował i wiedział, gdzie dokładnie są, by w odpowiedniej chwili ułatwić im myszkowanie po zbrojowni.
Tak jak się spodziewała, piekielne bronie znacznie różniły się od tych ludzkich. Na ścianach wisiały błyszczące, zygzakowate ostrza, które tworzyły wokół siebie lekko zielonkawą łunę. Na stojakach zaś znajdowały się pręty wyprofilowane tak, by wygodnie się je chwytało, lecz nie ludzkimi rękami, a wielkimi, szponiastymi, o rozmiarach niemal trzy razy takich co dłoń nastolatki. Na ich końcach znajdowały się kolejne ostrza. Każde z nich o dziwnym kształcie, który wydawał się nastolatce zupełnie niepraktyczny. Zatrzymała się przy jednym z nich. Z podłużnego pręta wystawała kula pełna czegoś, co wyglądało jak groty strzał. Widząc jej fascynację konkretnym orężem, Samarel pospieszył z wyjaśnieniem.
Powiedział, że prawdziwe właściwości aktywuje krew tego, kto ją dzierżył. To, co przypominało strzały, wysuwało się, zmieniając się w kulę pełną śmiercionośnych ogonów. Każdy z nich kontrolowany był dzięki krwi za pomocą umysłu wojownika, co pozwalało na precyzyjne atakowanie wielu przeciwników na raz, ograniczając wysiłek powstały przy zamachu do minimum.
— Mogę zobaczyć? — zapytała, nie mogąc wyjść z podziwu.
— Powiedziałem, że niczego nie weźmiemy. To niemożliwe. Nie teraz.
— Szkoda, Sebastian pewnie nie byłby zachwycony, że nie udało ci się zaspokoić mojej ciekawości — odpowiedziała z nutą kpiny w głosie, jednak Samarel nie dał się podejść.
— Nie mogę tego zrobić. Ale nie martw się. Amon organizuje igrzyska. Właśnie tym między innymi zajmuje się teraz podczas obrad. Odbędą się za tydzień, wtedy będziesz mogła zobaczyć.
— Myślałam, że Sebastian chciał być inny od ojca, dobry…
— Dla demonów takie igrzyska to zabawa. Śmierć jest wliczona w cenę. Jednak z tego, czego zdążyłem się dowiedzieć, zasady będą nieco odmienne. Nikt nie będzie zmuszony do walki na śmierć, w każdej chwili będzie można się poddać. Twój Sebastian nie jest taki zły — wyjaśnił, delikatnie trącając dziewczynę w ramię.
W końcu zauważył, że coś ją dręczyło, ale obawiał się zapytać. Nie czuł się wystarczająco kompetentny, by pocieszać istotę posiadającą tak rozwinięty system emocji. On nawet nie miał zbyt dużego doświadczenia z życiem pomiędzy ludźmi, zwyczajnie bał się, że chcąc pomóc, mógłby zaszkodzić.
— Czyli te igrzyska to coś takiego jak gladiatorzy, tylko że bez niewolnictwa i przymusu?
— Właściwie tak. Będą przekąski, krew, muzyka, kobiety, narkotyki, brutalna walka i wszystkie inne demoniczne rozrywki, ale nikt nie będzie miał obowiązku umierać.
— Więc skoro dla was to normalne i wszystkim się to podoba, to chyba nie mogę narzekać…  odparła nieprzekonana.
Lubiła walczyć, trenować, stawać się lepszą a nawet chwilami lubiła zabijać, choć nie do końca były to jej odczucia. Jednak mimo wszystko nie popierała bezsensownej przemocy. Ze wspomnień Sebastiana udało jej się jednak wyłuskać ekscytację i radość, jaką odczuwał na wieść o igrzyskach. Naprawdę je uwielbiał i dopiero kiedy jeden z demonów, którego uważał za wzór, został zabity, poczuł, że ten sposób spędzania czasu nie był do końca właściwy. Wtedy jednak nie postawił się ojcu, do końca udawał, że doskonale się bawi, obawiając się kary, jaka by na niego spłynęła, gdyby Belial dowiedział się o jego słabości. Lizz wiedziała, że miał trudne życie, jednak z każdym powtórnym przeżywaniem przykrych wspomnień ukochanego odczuwała to coraz dotkliwiej.
Kolejne dziesięć minut nastolatka spędziła na pobieżnym przyglądaniu się pozostałym broniom. Samarel opowiadał po krótce o tym, w jaki sposób się nimi walczy i w jakich warunkach sprawdzają się najlepiej, a ona uważnie słuchała i na wszelki wypadek starała się zapamiętać jak najwięcej. Na samym końcu zbrojowni zaś napotkali kolejne drzwi. Lizz podeszła do nich i chwyciła za klamkę, a wtedy niewidzialna siła odepchnęła ją prosto w ręce Samarela.
— Mówiłem, żebyś niczego nie dotykała! — Uniósł się zdenerwowany.
Szarpnął nastolatkę za rękę i przyjrzał się jej dłoni. Blada skóra poczerwieniała i na jego oczach zaczęły pojawiać się na niej bąble, z których poczęła sączyć się ropa. Nastolatka jednak przyglądała się ze spokojem, jakby w ogóle nie odczuwała bólu.
— Na szczęście to nic, wyleczy się w ciągu godziny — westchnął z ulgą dowódca. — Nie boli cię?
— Boli. Ale w porównaniu do bólu uszu, ten jest nawet przyjemny. Czuję, jak wypala mi skórę i dostaje się do krwi, ale moja krew… Działa jakoś dziwnie i nie pozwala temu przejść dalej. Niezwykłe uczucie — wyjaśniła, uśmiechając się do niego.
— Ciebie naprawdę to wszystko fascynuje… — stwierdził z niedowierzaniem Samarel. — Wracajmy.
— Nie powiedziałeś, co jest za tamtymi drzwiami — upomniała Elizabeth.
— Bo nie mam pojęcia. O tym wiedział tylko Belial, a teraz… Możliwe, że nawet Amon tego nie wie.
— A jak je otworzyć?
— Tego też nie wiem.
— Więc będę musiała zapytać Sebastiana. Chcę tu wrócić i zobaczyć, co się tam znajduje.
— Dobrze, a teraz wracajmy. — Samarel pokręcił głową na pomysły dziewczyny i ruszył przed siebie.
Hrabianka nie stawiała oporów. Posłusznie się odwróciła i poszłado drzwi wyjściowych, tym razem uważając bardziej niż poprzednio, by niczego nie dotknąć. Ciekawość nowego doznania bolesnego była niezwykła, ale jednak nie miała ochoty doświadczać tego po raz kolejny. No i nie miała zamiaru sprowadzać na Samarela kłopotów, a wiedziała, że jeśli chodziło o nią, Sebastian mógłby się zrobić bardzo nieprzyjemny, szczególnie w takiej chwili.
Ukryła rękę za sobą, by uszła wzrokowi ochroniarzy, jednak na niewiele się to zdało, bo kiedy tylko przekroczyli drzwi, zostali dokładnie przeszukani. Dopiero kiedy dwóch osiłków uznało, że nic ze sobą nie wynieśli, puścili ich i pozwolili odejść.
— To teraz do pracowników! — zadecydowała Elizabeth, wskazując palcem pierwszy lepszy korytarz.
Samarel zaśmiał się i przesunął jej rękę tak, by wskazywała odpowiedni kierunek, a potem skinieniem głowy dał jej znać, że już może dać upust ciekawości i zwyczajnie pobiec. Ruszyła, a demon dotrzymywał jej tempa, cały czas bacznie się rozglądając, by w razie czego zareagować na tyle wcześnie, by nic jej się nie stało. Decydując się na podjęcie pracy jako jej ochroniarz, nigdy nie sądził, że praca niańki będzie mu się tak podobała. Mimo że Elizabeth z pewnością nie była najprostsza w obyciu osobą, to jednak jej radość, optymizm i zmienności emocji zwyczajnie dobrze nastrajały dowódcę. No i miał szansę lepiej zrozumieć ludzi, a dzięki temu w przyszłym królestwie, które tworzył Kruk, miało być mu znacznie łatwiej awansować.
Dobiegłszy do kolejnych, wielkich drzwi Lizz zatrzymała się i spojrzała pytająco na Samarela. Tym razem wolała nie ryzykować, że zostanie poparzona i pozwoliła żołnierzowi otworzyć przed sobą drzwi. Wewnątrz pomieszczenia po raz kolejny zobaczyła coś, co zaparło jej dech w piersiach. Wiedziała, że w świecie, z którego pochodziła – ludzkim świecie – były fabryki, które zajmowały się produkowaniem najróżniejszych rzeczy. Parę razy nawet je odwiedzała, dlatego była w stanie sobie wyobrazić, jak wyglądały. Setki osób zajmujących stanowiska i cały czas w pośpiechu wykonujących swoje prace, by po chwili zostały przekazane do rąk następnych ludzi, którzy dorabiali kolejne części i tak cały czas, póki nie powstawał ostateczny produkt, zawsze ją fascynował i gdzieś głęboko w sercu wzbudzał współczucie.
Jednak w piekle zakład produkcyjny okazał się tak ogromny, że nie była w stanie objąć go w całości wzrokiem. Pomieszczenie zdawało się nie mieć końca. Setki… Tysiące nawet rzędów stołów poustawianych jeden przy drugim, a przy każdym z nich siedział demon, który w pełnym skupienia zręcznie wykonywał swoją pracę. Byli tak skoncentrowani na swoim zajęciu, że nawet nie zauważyli, iż Samarel i Elizabeth weszli do środka. W przeciwieństwie jednak do ludzkich fabryk, w piekle nikt nie pilnował pracowników. Przynajmniej pozornie – Lizz nie zauważyła żadnego nadzorcy. Wydawało jej się niepojętym, że ktoś może pracować w takim zwrotnym tempie bez chwili wytchnienia, nie mając nad sobą kogoś, kto cały czas pilnowałby, by wykonywał swoje zadanie. Jednak tak właśnie wyglądała praca w piekle.
— Ile czasu oni tak pracują? — zapytała cicho nastolatka, nie chcąc zaburzać harmonii pracowniczych dźwięków, w której udało jej się doszukać swoistego rytmu aż proszącego się o słowa i melodię.
— Dzień, może dwa. Potem wchodzi druga zmiana i tak się zmieniają — wyjaśnił krótko Samarel, nie wydając się w żadnym stopniu olśniony tym niezwykłym widokiem.
— Po czterdzieści osiem godzin bez przerwy?! — krzyknęła Lizz, czego natychmiast pożałowała, ponownie raniąc własne uszy.
— Wybacz, miałem na myśli nasze dni: dry – uściślił dowódca. — W przeliczeniu na wasze to będą zmiany po sto dwadzieścia osiem godzin. Dla demonów to niewiele.
— Niewiele?! A oni chodzą do łazienki?
— Jakby ci to… Demony się nie wypróżniają. Zdarza nam się, ale bardzo sporadycznie. To dlatego, że nie żywimy się tak, jak ludzie. Czasem pijemy krew, czasem żywimy się duszami a wyższe sfery mają przyjemność skosztować jedzenia w stałym stanie skupienia, jak na przykład narkotyki, jednak większa część tego, co jemy, to po prostu fizyczny stan skupienia energii. Nasz układ pokarmowy jest zupełnie inny i dlatego mogłaś nigdy nie widzieć Amona w tego typu sytuacji — wyjaśnił, a widząc nietęgą minę dziewczyny, dodał: — Nie próbuj zrozumieć wszystkiego na raz, to dużo do przyswojenia. Na razie przyjmij po prostu, że demony są jak… Jak wasze lampy. Lampy żywią się prądem i nie wydalają go potem, prawda? Zużywają go, żeby świecić. Z demonami jest podobnie.
— A…ha — mruknęła wyraźnie zszokowana.
Gdy się nad tym zastanowiła, rzeczywiście nigdy nie widziała Sebastiana w łazience. Ani podczas wspólnego życia z nim ani we wspomnieniach. Jakby ta część jego życia była tak mało istotna i tak rzadka, że przemykając w zawrotnym tempie przez jej umysł, zwyczajnie nie zdążyła się zapisać.


.