piątek, 1 grudnia 2017

Tom V, XL

Kilka godzin drogi w akompaniamencie niecierpliwych narzekań Sutcliffa w końcu poskutkowało dotarciem na miejsce. Początkowo Grell bliski był krzyku i już zdążył ułożyć sobie w głowie całą tyradę pełną żalu i zawiedzenia, jednak Rafael na czas go uspokoił, przykładając palec wskazujący do krwistoczerwonych ust żniwiarza. Po chwili niewielka polanka, na której zdawało się nie istnieć zupełnie nic, zaczęła drżeć. Jej struktura powoli się rozrywała, póki oczom obu mężczyzn nie ukazało się dobrze znane przejście.
— Tutaj też jest jedna z ich wysp?! Kto by pomyślał! — krzyknął zaskoczony rudzielec, momentalnie podchodząc bliżej wejścia. Tym razem wiedział już, że bezpośrednie patrzenie do wnętrza otchłani tymczasowo go oślepi, więc nie ryzykował. Odwrócił za to głowę w stronę archanioła, czekając, aż do niego podejdzie.
— Tak, to kolejna z ich wysp, ale nie byle jaka. Ta jest szczególna. Na jej terenie znajduje się coś, z czym będziesz chciał nawiązać kontakt w najbliższym czasie. Chciałem ci to pokazać — wyjaśnił spokojnie brunet, wyciągając rękę do towarzysza.
Grell wydał z siebie pełne zdziwienia jęknięcie, najwyraźniej licząc na to, że Rafael zdradzi mu więcej szczegółów, ale się przeliczył. Anioł milczał jak grób, a bóg śmierci za nic nie potrafił zrozumieć, co było tego przyczyną. Wiedział jednak, że nie ma sensu próbować wyciągać informacji z bruneta – jeśli nie chciał o czymś powiedzieć, zwyczajnie tego nie robił, nie zważając na innych. Zawsze był pewien swojej racji, lecz nigdy nie szło to w parze z nadmierną pewnością siebie. Wydawało się raczej, że Rafael spędzał mnóstwo czasu na zastanawianiu się nad możliwymi konsekwencjami i kiedy odnajdywał najlepszą możliwą opcję, trzymał się jej, mając czyste sumienie i przekonanie, że lepiej już nie dało się czegoś zrobić.
Wyspa wyglądem nie odbiegała nazbyt od tej, którą Sutcliff widział jako pierwszą. Na całym terenie panował mroczny klimat, unosząca się na poziomie kolan mgła sprawiała, że krążenie po bagnistych terenach bywało niezwykle zdradliwe, szczególnie w niewygodnych butach, których żniwiarz nie potrafił sobie odmówić. Martwe drzewa skrzypiały na wietrze, a wtórujące im kruki siadały zaciekawiona na okolicznych gałęziach i kamieniach, trzymając bezpieczny dystans w stosunku do intruzów, jednak będąc na tyle blisko, by bez trudu móc zweryfikować ich tożsamość. Kruki były bowiem stróżami wysp. Nie posiadały żadnych niezwykłych zdolności, były zwyczajnymi zwierzętami, jednak niezwykle inteligentne nadawały się do tego typu zadań. Wystarczyło, że całą chmarą przedzierały się przez portal, uciekając przed niebezpieczeństwem bądź zwyczajnie wiedząc już, że w ten sposób sprowadzą pomoc demonów.
Tym razem jednak żaden z ptaków nie wydawał się zdenerwowany. Zerkały na Rafaela tak, jakby zdążyły go już poznać, zaś Grella traktowały, ni mniej ni więcej, jak ozdobę, którą dostawały w pakiecie ze starym znajomym.
— Tamte się tak na nas nie patrzyły — skomentował Sutcliff, drżąc nieco na widok przeszywającego spojrzenia jednego ze starszych osobników, którego posiwiałe, krzywe pióra dodawały mu przerażającego wyrazu.
— To dlatego, że nas znały. Poza tym te wykonują bardzo ważne zadanie. Widocznie to, co chcę ci pokazać, odnalazło się w tym miejscu znacznie lepiej, niż można było się spodziewać — odparł archanioł z wyczuwalną nutą melancholii w głosie. Grell spojrzał na niego podejrzliwie, ale ponownie nie doczekał się żadnego wyjaśnienia, wciąż musiał czekać.
— No dobrze, to skoro i tak czekamy, aż nadejdzie odpowiednio romantyczna chwila, może zadbamy o klimat? — zaproponował rudzielec, ciągnąć towarzysza na jedną z ławek przy ruinach niewielkiego, nienaturalnie czarnego muru porosłego uschniętą winoroślą.
— Dobrze, Grell, idę. Dobry pomysł, trochę nam się tu zejdzie — odparł uśmiechnięty Rafael, chętnie dołączając do rudzielca.
~*~
W Bibliotece było wybitnie zimno. Amon nie pamiętał, by było tutaj tak samo, gdy zjawił się w progach skarbnicy wiedzy ostatnim razem. Poprosił więc Samarela, by ten przypilnował Elizabeth, a sam postanowił poszukać źródła nadmiernego chłodu. Okazało się, że w planetarium, które koniecznie chciał pokazać ukochanej, ktoś, a może raczej coś, wybił dziurę w oszklonym suficie. Król był niezwykle zaskoczony tym faktem. Solidne szkło wytrzymało już niejedną wichurę, nie rozumiał więc, czemu uległo pojedynczemu uderzeniu. Na szczęście nigdzie indziej nie znalazł niczego podejrzanego: żadnych śladów krwi, walki, jedzenia, brudu – ostatecznie więc uznał, że był to zwyczajnie niefortunny wypadek. Naprawienie sufitu nie zajęło mu zbyt wiele czasu. Kilka machnięć ręką i przeźroczysta kopuła ponownie wyglądała jak nowa.
— Przydałoby się nieco posprzątać… — mruknął sam do siebie, gdy zaparłszy się ręką na blacie, poczuł, jak drobinki kurzu nieprzyjemnie oblepiły jego dłoń.
Zakasał rękawy i od razu wziął się do pracy. Biblioteka była przedostatnim zaplanowanym miejscem ich podróży, wiele sobie obiecywał po tej wizycie, dlatego też chciał, by zarówno wnętrze budynku, jak i znajdujące się w nim dzieła sztuki prezentowały się możliwie najbardziej okazale. Nie prosił o pomoc żołnierza na wypadek, gdyby Lizz obudziła się w środku nocy. Wiedział, że chociaż pewnie by się do tego nie przyznała, poczułaby się niesamowicie zagubiona i przerażona, a tego typu emocji chciał jej oszczędzić w tych ostatnich chwilach życia. Chociaż ten ostatni raz chciał postąpić właściwie, bo jeśli nie teraz, to kiedy?
Tymczasem nastolatka odpoczywała pogrążona w przyjemnym śnie, który przeżywała do tego stopnia, że nawet umilała Samarelowi noc, mamrocząc pod nosem jakieś nieskładne brednie, które sporadycznie zdawały się łączyć ze sobą, tworząc zupełnie pozbawioną sensu historyjkę wprawiającą demona w ogromne rozbawienie. Żałował, że nie miał przy sobie żadnej technologii, która pomogłaby mu uwiecznić głos nastolatki, był pewien, że król z pewnością chciałby posłuchać. Liczył jednak na to, że jeszcze będzie miał okazję doświadczyć czegoś podobnego. Zarówno Amonowi jak i Elizabeth życzył wszystkiego, co najlepsze, ciesząc się jedynie w duchu, że zbyt słabo rozumiał emocje, by mogły odciskać na nim piętno w związku z przyszłością czekającą drobną, fioletowowłosą dziewczynkę, która w swym wątłym ciele znalazła wystarczająco dużo sił i miłości, by odmienić życie nie tylko króla piekła, ale również całego jego królestwa.
W końcu gaworzenie pod nosem zmieniło się w regularne słowa, a chwilę później dziewczyna otworzyła oczy i rozejrzała się zdezorientowana po wnętrzu, którego nigdy dotąd nie widziała na oczy. Odmienny, nie tak mroczny wystrój sypialni był dla niej przesłanką, iż nie znajdowała się już w królewskim zamku – co, chociaż oczywiste, dla zaspanego umysłu bywało czasem ciężkie do zrozumienia.
— Sebastian? — zapytała lekko zachrypniętym głosem, nigdzie nie mogąc znaleźć ukochanego. Jego nieobecność momentalnie sprawiła, że poczuła się zdenerwowana. Temperatura jej ciała nagle skoczyła, serce zaczęło bić znacznie mocniej niż zwykle, a błędny wzrok sunął po wszystkim wokół, póki nie zatrzymał się na sylwetce demonicznego żołnierza.
— Samarel… — mruknęła, nie ukrywając zawodu.
— Dziękuję, Elizabeth, od razu czuję się taki potrzebny — zaśmiał się dowódca. — Nie musisz się martwić, Amon poszedł posprzątać i zadbać o prezencję biblioteki. Niedługo powinien wrócić. Zdążyłem się zorientować, że bardzo zależy mu na tym, by to miejsce ci się spodobało.
— Naprawdę? A czemu akurat to? To tylko biblioteka… — zapytała zdzwiona, klepiąc materac na skraju, czym dała Samarelowi do zrozumienia, by usiadł obok. W przeciwieństwie do większości demonów, które miały na tyle dużo szczęścia, by przynależeć do królewskiego kręgu, nie uważała, by poddanych trzeba było traktować jak śmieci. Nie robiła tego za ludzkiego życia i za tego demonicznego nie zamierzała zmieniać przyzwyczajeń. Demon czy człowiek – nie miało to dla niej znaczenia, szacunek należał się każdej żywej istocie.
— To jedno z jego ulubionych miejsc, bywał tu często, gdy był młody, przynajmniej tyle zdążyłem się dowiedzieć. Poza tym sądzę, że on po prostu chce ci pokazać tyle piękna, ile tylko się da, bo dalej wierzy, że zmienisz zdanie. Ale to niemożliwe, prawda? — odpowiedział, zbierając się na odwagę, by zadać to, mogłoby się wydawać, nazbyt wścibskie pytanie, lecz wyczuł nastolatkę na tyle, by wiedzieć, że w jej obecności mógł sobie na to pozwolić. W odróżnieniu od wielu innych istot, którymi miał okazję się opiekować, Lizz miała w nosie odgórne zasady pozbawione sensu, których jedynym celem było dawanie złudnej władzy jednym demonom nad drugimi.
— Racja, nie zmienię zdania. Wiesz… To nie tak, że ja chcę umierać. Panicznie się tego boję i będzie mi żal, bo stracę szansę, by zobaczyć te wszystkie cuda i doświadczyć szczęścia, życia, dorosłości… Ale gdybym zrezygnowała, to tak, jakbym go okłamała, a przecież sama wymagałam od niego szczerości. Jeśli nie dotrzymam słowa, będę hipokrytką. No a poza tym… On sobie poradzi. Zapomni o mnie w ciągu kilku miesięcy, może lat, bo co to jest dla demona, a potem znów będzie sobą…
— Nie byłbym taki pewien, ale nie będę kwestionował twojej decyzji. Masz do niej prawo — przyznał niechętnie żołnierz. Rozumiał Amona i zasadniczo sam również starałby się przekonać dziewczynę do zmiany zdania, lecz w przeciwieństwie do Kruka, potrafił spojrzeć na sprawę bardziej obiektywnie, dostrzegając jej determinację. Gdyby król również ją dostrzegł… Przynajmniej złudna nadzieja nie dobiłaby go do reszty. Samo patrzenie na to, jak wbrew wszystkim znakom i rozsądkowy stara się przekonać Elizabeth do zmiany zdania, był bolesny. Co będzie, gdy naprawdę opuści ten świat?
— Lizzy, nie śpisz już? — Usłyszeli głos, który momentalnie ukrócił nieprzyjemną konwersację.
— Nie śpię, czekam na ciebie, żeby pozwiedzać bibliotekę — odparła tak entuzjastycznie, że Samarel nie mógł wyjść z podziwu tego, jak dobrze potrafiła ukrywać przed ukochanym to, co naprawdę czuła.
Jej wyraz twarzy momentalnie się rozpromienił, szeroki uśmiech zarażał osobą każdego, kto na nią spojrzał, a lekko nastroszone, pozostawione w nieładzie włosy dodawały szczupłej sylwetce bladej dziewczyny uroku, którym zdołałaby zyskać wszystko, o czym tylko zamarzyła, gdyby postanowiła skorzystać z tajnej broni, którą obdarowała ją natura. Jednak zdawało się, że Lizz nie dostrzegała swoich walorów, zachowując się tak, jakby posiadanie naturalnej przewago było niesprawiedliwe, a ona usilnie starała się startować z ego samego pułapu co wszyscy inni.
— Dobrze się składa, bo właśnie skończyłem przygotowywać bibliotekę. Na początek pokażę ci nasze stare zbiory. W pokojach wiszą też dawne obrazy, na kilku będziesz mogła mnie zobaczyć, może nawet coś ci się przypomni… No i mam jeszcze jedną niespodziankę, ale to na koniec.
— Jej, postarałeś się… To na pewno konieczne? Nie musiałeś…
— Ale chciałem. Więc nie patrz się już tak, jakbyś zobaczyła ducha, tylko wstań i chodź ze mną — poprosił, wyciągając do niej rękę.
— Sebastian, a… A mogę najpierw do łazienki?
— Do łazienki? Ale przecież… — uciął, orientując się, że jej organizm mógł mimo wszystko działać inaczej, a jeśli nie, demony też czasem odczuwały potrzeby fizjologiczne. Zdarzało się to znacznie rzadziej, bowiem ich organizmy miały zupełnie inny sposób działania niż ludzkie, lecz nie byłby to odosobniony przypadek ucisku na pęcherz w długiej historii świata dzieci ciemności. — Oczywiście, jest zaraz za tymi drzwiami. Poczekam tu, przygotuję ci coś ciepłego, wewnątrz nie jest zbyt ciepło.
Lizz pokiwała głową, podniosła się z łóżka i poszła do łazienki. Chciała przypomnieć Michaelisowi, że zimno nigdy nie stanowiło dla niej problemu, jednak ostatecznie zrezygnowała, głównie przez wzgląd na to, co powiedział jej Samarel. Sebastian się starał, robił wszystko, co mógł, by zapewnić jej komfort. Wypadało więc, by również dała coś od siebie i przynajmniej nie narzekała na każdym kroku, gdy robił coś zbędnego, nie będąc w stanie trzeźwo myśleć, gdy patrząc przed siebie widział jedynie chwilę, gdy bezpowrotnie ją utraci.
Stanęła przed lustrem i popatrzyła w swoje odbicie. Osoba, która patrzyła na nią zza posrebrzanej szyby była podobna do tej, którą zwykła widzieć na co dzień, jednak doskonale widziała również wszystkie subtelne różnice, które sprawiały, że wyglądała aż nienaturalnie dobrze. Wszystkie niedoskonałości, jakie mogła znaleźć u siebie wcześniej, zniknęły, tak samo jak słabość fizycznego ciała i mnóstwo innych typowo ludzkich cech, które ograniczały przed spełnieniem największych marzeń. Dotąd wszystko działo się tak szybko i było tak silnie nasycone emocjami, że nawet nie myślała o czymś tak prozaicznym jak wygląd, jednak teraz, gdy wszystko powoli dobiegało końca, a ona mimo tłumionego w sercu strachu i cierpienia powoli odnajdywała wewnętrzny spokój, te drobne szczegóły stawały się coraz bardziej wyraźne. Jej ogon również urósł od ostatniego razu. Miał idealnie podręcznikową długość, a z każdą godziną ćwiczeń nad jego kontrolowaniem, stawał się bardziej przydatny.
Wołanie zza drzwi zmusiło dziewczynę, by odeszła od lustra i zrobiła to, po co pierwotnie zjawiła się w łazience. Potem wyszła i obierając kurs prosto w ramiona ukochanego, wtuliła się w niego z szerokim uśmiechem na ustach.
— Nie mogę się doczekać tych wszystkich pięknych rzeczy, które mi pokażesz. Zawsze miałeś nosa do sztuki, wiesz? Chyba nigdy nie miałam okazji ci o tym powiedzieć, ale podziwiałam to, jak dobrze umiałeś wybrać i kiedy wiedziałeś, który artysta w przyszłości odniesie sukces — pochwaliła Kruka, oplatając go w pasie ogonem.
— Tylko mnie nie uduś, nie chciałbym odejść o pustym żołądku — zażartował złośliwie, ponownie podejmując próbę powrotu do tamtych beztroskich czasów z początku ich znajomości.
— Cholerny sportowiec. Lepiej się módl, żebym ci nie zaszkodziła. Zgaga po kimś takim jak ja będzie cię męczyć przez stulecia.
— Cóż, w takim razie powinienem chyba raz jeszcze przemyśleć tę decyzję. Może nie warto ryzykować? Wolałbym chyba zjeść coś mdłego, a ciebie zabrać na spacer…
— Sebastian, nie — przerwała mu stanowczo. — Żarty, to żarty. A teraz mówiłeś poważnie. Chodźmy już, naprawdę chcę zobaczyć tę bibliotekę i twoje podobizny na obrazach z tych wszystkich bitew. Może chociaż poczuję to, co ty wtedy czułeś.
— A czy… — zaczął, zerkając niepewnie w błękitne oczy obserwujące go podejrzliwie, jakby spodziewając się, że znów spróbuje ją przekonywać. Tym razem jednak myślał o czymś zupełnie innym. — Widziałaś, a może pamiętasz, moje uczucia do ciebie? Wszystko, co działo się od początku kontraktu?

— Tylko strzępki, tak jak całą resztę. Pamiętam tamten dzień, gdy ćwiczyliśmy w wąwozie i osunęłam się do głębokiego dołu, z którego nie mogłam wyjść. Sądziłam wtedy, że złośliwie mnie zostawiłeś, przepłakałam tyle godzin, a ty ten cały czas obserwowałeś mnie w postaci kruka z drzewa…


3 komentarze:

  1. Piękne...Lizzie zmień zdanie nie łam mu serduszka noo..Czekam na kolejne

    OdpowiedzUsuń
  2. Monika Lisicka2 grudnia 2017 12:39

    Sebuń, jak mogłeś... aż poczułam ten żal bijący z wypowiedzi Lizz na końcu.

    Co za uparta gąska... to wszystko się robi coraz smutniejsze.

    Czyżby Rafael miał jakiś plan ? Bo chyba nie bez powodu zabrał Grella na wyspę, gdzie znajduje się dusza Lizz.. tak sądzę...

    Wiem, że historia jest o czym innym, ale fajnie by było, gdyby Sebuń zaczął wspominać swój kontrakt z Cielem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na takie wspomnienia to już raczej nie ma szans, bo opko skończy się w ciągu kilku najbliższych rozdziałów i nie chcę już wrzucać zbyt wielu fillerów. Poza tym, jak będę chciała potem przerabiać to na utwór niezależny to będzie ciężko z takimi scenami :P.
      A że smutne... No cóż, to dobrze, bo takie ma być xD.
      Dzięki za komcia, strasznie mi ich brakuje i tylko jeszcze trudniej mi się zebrać, żeby pisać :*.

      Usuń

.