sobota, 12 sierpnia 2017

Tom V, XXVI

Dzisiejszy rozdział jest nieco krótszy, bo... Zapomniałam, że mam mało zapasu i nic nie dopisałam. W ogóle zapomniałam, że był piątek i trzeba ogarniać rozdział i cały dzień walczyłam z wykresami do magisterki, trzeba tę pracę w końcu napisać. Także musicie wybaczyć, no ale nie bardzo mogę na to poradzić. Poza tym, że powinnam wziąć się ostro za pisanie, bo nigdy tego tomu nie skończę xDDDD.

Miłego! :*

============================

Chwycił ukochaną pod rękę i poprowadził na taras, z którego do ich uszu dotarły gromkie krzyki i oklaski, gdy tylko ktoś w tłumie krzyknął, że król wreszcie zaszczycił ich swoją obecnością. Trybuny zaczęły wiwatować, mężczyźni gwizdali, wyrzucali w powietrze broń, kobiety piszczały na widok nowego władcy a dzieci krzyczały i podskakiwały, chcąc zobaczyć tego, który nimi rządził, obawiając się, że to może być ich jedyna okazja, by dostąpić takiego zaszczytu.
Zszokowana Lizz przyglądała się zachowaniu demonów, nie rozumiejąc do końca, co się działo. Z jednej strony miała świadomość tego, że jej ukochany był władcą piekła – kimś, kto był dla nich najwyższą instancją, opiekunem, któremu zawierzali swój los i życie, jednak dla niej Sebastian był przede wszystkim Sebastianem – demonem obdarzonym uczuciami, w którym widziała swoje wybawienie, ucieczkę od pełnego mroku i bólu świata, w którym żyła, póki ścieżki ich losu nie splotły się w jeden, na zawsze zacieśniając się dzięki najpiękniejszemu uczuciu na świecie.
Kiedy minął pierwszy szok, nastolatka odważyła się zrobić kilka kroków do przodu, zostając już tylko odrobinę za demonem. Nie chciała się z nim równać w obawie o reakcję poddanych – nie miała pojęcia o panujących w piekle zasadach, jeśli któryś z demonów uznałby, że znieważa Kruka, stając z nim ramię w ramię w chwili jego chwały, przysporzyła by mu jedynie problemów, dlatego zapobiegawczo wolała zachować bezpieczny odstęp.
Amon jednak nie zamierzał trzymać swojego skarbu z daleka od oczu rządnych wrażeń gapiów. Chwycił dziewczynę za rękę i po krótkiej przemowie powitalnej, odsunął się i lekko wypchnął Elizabeth naprzód.
— Sebastian! — pisnęła nerwowo, intuicyjnie owijając ogon wokół jego ręki tak mocno, że aż zaczął ją boleć.
— Nie bój się, wszystko jest w porządku — szepnął Kruk, po czym wskoczył na balustradę i wskazawszy nastolatkę dłonią, oświadczył radośnie: — Przywitajcie gorąco moją towarzyszkę, Elizabeth Roseblack. Demonicę ludzkiego pochodzenia, o której pewnie zdążyliście już słyszeć. Teraz macie okazję ją zobaczyć, bądźcie mili. To moja przyszłość — krzyczał zadowolony, wyraźnie dobrze się bawiąc, co dziewczyna bez trudu oceniła po jego głosie i sposobie poruszania się.
W przeciwieństwie do niego, Lizz czuła się przerażona, skrępowana i niepewna. Całe życie wychowywała się w szlacheckim domu, doskonale znała wszystkie zasady dobrego wychowania, które niejednokrotnie z premedytacją łamała, ale nikt nigdy nie uczył jej, jak powinna zachowywać się wśród demonów, a ten, który winien jej to wyjaśnić, czerpał ogromną przyjemność z oglądania jej zakłopotania.
— Eee… Witajcie, poddani Se… Amona! Jestem Lizz i jestem demonem, chociaż kiedyś byłam człowiekiem, dlatego nie wiem nawet, jak się zachować — wyznała przed zebranymi, uznając, że lepiej wyprzedzać fakty.
Na trybunach zapanowała cisza, która sprawił, że serce dziewczyny przyspieszyło tak, iż z trudem dawała radę chwytać powietrze w płuca. Rozejrzała się nerwowo, a potem wbiła wzrok w tył głowy Michaelisa, na próżno szukając w nim oparcia.
— No wiecie co? — mruknął król, dla odmiany siadając na murku z nogami zwieszonymi w stronę areny. — Król przedstawia wam swoją wybrankę, a wy nawet jej nie przyklaśniecie. A ja zorganizowałem wam takie bezpieczne igrzyska. Może powinienem zmienić zdanie? — zastanawiał się na głos, wzbudzając falę szumów niepewności pomiędzy rzędami kamiennych ław trybun. — Jak myślisz, Anasi? Może walka o życie czegoś ich nauczy?
— Nie! — wyrwała się nagle Elizabeth, ponownie skupiając na sobie uwagę wszystkich zebranych. — Nie każ ich za to, że boją się tego, czego nie znają… To zupełnie naturalne przecież, też bym się pewnie czuła w ten sposób. Nie muszą mnie akceptować, najważniejsze, żeby akceptowali ciebie… — powiedziała i odwróciwszy się, osowiała ruszyła w stronę drzwi.
Nie miała ochoty dalej stać na tarasie, by wszyscy mogli podziwiać ją niczym eksponat w muzeum dziwów. Czuła się kompletnie pozbawiona szacunku, człowieczeństwa (a raczej demonieństwa, choć z racji fonetycznego zgrzytu nie używała tej formy), autonomii. Jakby była jedynie dodatkiem do nowego króla, na dodatek takim, którego wszyscy woleliby się pozbyć.
Jednak nim doszła do drzwi, arena rozbrzmiała głośnymi wiwatami, a pomiędzy kakofonią kolejnych dźwięków nastolatce udało się usłyszeć swoje imię. Sebastian chwycił ją za rękę i odwrócił w stronę widowni. Stanąwszy za nią, prowadził ukochaną za ramiona do samej balustrady, zmagając się z niechęcią i niedowierzaniem, które ciało manifestowało stawiając opór względem każdego ruchu demona.
— Teraz musisz im pomachać. I uśmiechnij się, widzisz? Polubili cię. Trzeba było małego podstępu, ale to proste demony, daj im szansę — szepnął Michaelis, by zostawić dziewczynę sam na sam z tłumem, który spojrzał na nią nieco przychylniej, odkąd stanęła w ich obronie.
Lizzy miała w końcu okazję, by się pokazać, dać się poznać jako istota żywa, myśląca – nie jako potencjalne niebezpieczeństwo, tykająca bomba, którą wszyscy woleli omijać z daleka. Po kilki pierwszych minutach, które wydawały jej się wiecznością i pasmem towarzyskich niepowodzeń, w końcu znalazła wspólny język z demonami, żartując i opowiadając o swoich początkach w demonicznym świecie. W końcu jednak jej czas dobiegł końca. Sebastian przeprosił zebranych i obiecał, że każdy chętny będzie mógł porozmawiać z jego ukochaną następnego dnia przed rozpoczęciem walk. Zapowiedział również, że wieczorem – tuż przed pokazem pirotechnicznym w wykonaniu najlepszych władców ognia w królestwie, będzie miał do ogłoszenia ważną nowinę. Musiał mieć pewność, że będzie go słuchało odpowiednio dużo demonów, by wieść, którą zamierzał przekazać, rozeszła się pośród wszystkich poddanych z prędkością zbliżoną do świetlnej.
Po uroczystym otwarciu król wraz ze swoją towarzyszką zajęli miejsca w swojej loży, skąd mieli oglądać krwawe widowisko. Służący co chwilę przynosili im krew, duszne i różnego rodzaju afrodyzjaki – w tym również narkotyki, których Michaelis kazał się dziewczynie wystrzegać, wiedząc, że nie wprawiona w spożywaniu tego typu substancji zbyt szybko straciłaby świadomość, a chciał, by wieczorem była w pełni sił, by móc cieszyć się niespodzianką, którą dla niej zaplanował.
Dziewczyna zaś siedziała nieco spięta w fotelu, cały czas nerwowo zerkając na krążące wokół niej demony. Z areny dobiegały nieprzyjemne dźwięki obijanych ostrzy, tłumione jęki bólu i okrzyki dodające motywacji, zaś trybuny wrzały nieustannie, skandując imię tego, kto akurat wygrywał. Dla obserwatorów nie miało znaczenia, kto będzie zwycięzcą, liczyła się jedynie dobra zabawa i doskonałe widowisko, które mieli zapewnić walczący. Hrabianka nie do końca pojmowała, dlaczego taka prostacka forma rozrywki do tego stopnia fascynuje demony, jeszcze bardziej nie rozumiała, czemu dostrzegała błysk ekscytacji w oczach Amona – zawsze sądziła, że bezpodstawne przelewanie krwi nie było dla niego niczym przyjemnym, a jednak ciągle dowiadywała się czegoś nowego. Może był lepszym kłamcą, niż mi się wydawało? – zastanawiała się, wspominając grymasy zniechęcenia, ilekroć Sebastian widział ludzkie, pozbawione sensu bijatyki. A jednak tutaj, gdy na arenie walczyły demony, zdawało mu się to nie przeszkadzać. Nie miała jednak odwagi spytać o powód, czuła się zbyt niepewnie w otoczeniu nieznajomych istot, które przechodziły tuż obok niej, a jednak cały czas dawały wyraźnie odczuć dystans, jaki tworzą pomiędzy wybranką króla a sobą – jakby mimo wszystko się jej obawiali.
— Wygrywa zielony! — krzyknął nagle Kruk, zrywając się z siedzenia.
Lizz przeniosła wzrok na arenę i dostrzegłszy demona trzymającego miecz przy grdyce przeciwnika, zacisnęła palce na dłoni ukochanego.
— Mieli się nie zabijać… — pisnęła cicho, szukając w demonie zrozumienia.
Ten jedynie pokiwał znacząco głową. W jego dłoni pojawiła się nieduża strzałka z przyczepioną karteczką o fioletowej barwie, którą rzucił, wbijając w dłoń trzymającą miecz.
— Koniec pojedynku, przechodzisz dalej. Pomóż mu zejść z areny — zarządził, a kiedy demon spojrzał na niego z ogromnym zdziwieniem i niedowierzaniem, srogi wyraz twarzy, którzy pojawił się na obliczu Michaelisa, momentalnie doprowadził go do porządku, zmuszając walczącego, by wykonał polecenie. — Krnąbrne dzieci… — westchnął król, z powrotem siadając w fotelu.
— Przecież było mówione, że nie można zabijać, dlaczego musiałeś mu to powtarzać? — zapytała zdenerwowana nastolatka.
— Było powiedziane, że nie TRZEBA zabijać. Można, jeśli obie strony nie mają nic przeciwko. Ten nie miał — wytłumaczył spokojnie.
— Więc czemu…?
Pytanie nie wymagało odpowiedzi. Jeden sugestywny uśmiech Amona wyjaśnił Elizabeth wszystko. To ona była powodem podjęcia przez niego takiej decyzji. Nie chciała patrzeć na bezsensowną przemoc, a jej ukochany wolał zapewnić jej komfort, niż spełniać zachcianki rozwrzeszczanego tłumu. Zaimponował jej tym wyrazem odwagi – wszak w jego sytuacji powinien przede wszystkim zadbać o poparcie poddanych, a jednak postawił ją ponad nimi, jednoznacznie sugerując, ile dla niego znaczyła.
Trybuny nieco ucichły, podczas gdy grupa demonów wyszła na pole walki, by uprzątnąć je przed kolejnym pojedynkiem. Zwinne ruchy pracowników były tym, co Lizz obserwowała ze zdecydowanie większym zadowoleniem niż bezsensowną bijatykę. Podobało jej się, jak pewnie, zręcznie i bezbłędnie wykonywali każdą, nawet najdrobniejszą, czynność, doprowadzając arenę do porządku w przeciągu zaledwie kilku minut. Jednak nikt oprócz niej zdawał się nie podzielać tego zachwytu, jakby pozostali nawet nie zauważyli, że po piaszczystym podłożu sunie kilka odzianych w ciemny granat postaci, pozostawiając po sobie idealny porządek. Pod koniec dziewczynie wydawało się nawet, że wszyscy – z jej ukochanym włącznie – czują się już znudzeni oczekiwaniem, jakby wymagali od sprzątających, że uwiną się dwa razy krótszym czasie.
Na arenę weszli kolejni zawodnicy. Jeden z nich barczysty, dobrze zbudowany, mierzący prawie sześć stóp, o ogonie potężnym, zakończonym ostrym grotem wyposażonym w ostrze lśniące w przytłumionym blasku piekielnego słońca. Drugi był jego zupełnym przeciwieństwem: drobny, niski, za to jego pewność siebie aż biła po oczach. Sebastian wydawał się podekscytowany zbliżającym się pojedynkiem, a widząc jego entuzjazm, Lizz przysunęła się nieco do balustrady, by też dobrze przyjrzeć się walce. Z jakiegoś powodu ta wydawała się znacznie ciekawsza od kilku pozostałych.
I tak też było. Drobny demon nie należał do najsilniejszych, jego ataki ledwie dawały radę zadrasnąć przeciwnika, jednak doskonale nadrabiał zwinnością i prędkością. Nim przeciwnik zdołał odrąbać mu rękę ogonem, ten porozcinał mu kilka znaczących mięśni, sprawiając, że stał się niemal całkowicie bezużyteczny i tylko jedyny ogon dalej pozwalał mu zachować obronną pozycję, w której stanął zawczasu. Ostatecznie starcie zakończyło się zwycięstwem młodego, który tuż przed ogłoszeniem wygranej zerknął w stronę królewskiej loży i zamachnąwszy się, by śmiertelnie zranić przeciwnika, zatrzymał grot niewielkiego ostrza tuż nad skórą przeciwnika. Następnie wypuścił ostrze z dłoni, odsunął się i pomachał zebranym na trybunach gapiom, na koniec zerkając prosto w oczy spłoszonej Elizabeth.
— Chyba mu się spodobałaś — zażartował Sebastian, obejmując ukochaną ramieniem.
— Jestem zajęta…
— Nie w taki sposób. Wiesz, że kilku zwycięzców będzie miało szansę zostać na zamku, prawda? Damy im pracę, miejsce do spania, zapewnimy rodzinie byt. Sądzę, że chciałby zająć miejsce Samarela, pewnie jeszcze o nim nie wie.
— Jako mój ochroniarz? Ale dlaczego? Przecież nawet mnie nie zna, jak mógłby tego chcieć. Bo jestem dziwadłem? O to mu chodzi, żeby miał, o czym opowiadać? — pytała Lizz, z każdą chwilą coraz bardziej się denerwując.
— Uspokój się— odpowiedział Kruk tonem tak poważnym i suchym, że dziewczyna momentalnie zamilkła; mówił do niej w taki sposób tylko, gdy zrobiła coś naprawdę złego. — Nie wierzę, że muszę ci to tłumaczyć, ale: jeśli chcesz, by nie mieli do ciebie uprzedzeń, sama również musisz traktować ich w ten sposób. Więcej wiary. Ten ma dobre intencje, przypatrz się.
Nastolatka pokiwała głową i bez słowa przeniosła wzrok na młodego demona. Spokojnie przyjrzała się jego posturze, gestykulacji, mimice i doszła do wniosku, że Michaelis miał rację. Jego intencje wydawały się szczerze, chociaż nie mogła być pewna, wszak twarz demona pokryta była cienką łuską, spod której ciężej było dostrzec ruchy mięśni i układ zmarszczek mimicznych.
— Masz rację. Jestem głupia i uprzedzona. Przepraszam — odpowiedziała skruszona fioletowowłosa, kuląc się w fotelu.
Zrozumiała swój błąd, przyznała się do winy i miała sobie za złe, że zachowała się w tak prostacki sposób. Dotąd nie spojrzała na sprawę od drugiej strony, za bardzo skupiła się na sobie, straciła obiektywizm, a to właśnie dzięki niemu tak długo dawała sobie radę w ludzkim życiu… Była hipokrytką i strasznie ciążyło jej to na sumieniu.
— No już, nie zadręczaj się. Nie słyszał, a ja ci wybaczam. Chciałem jedynie, żebyś zwróciła na to uwagę. Najwyższa pora przestać myśleć tylko o sobie, prawda?
— Wiem, to było głupie. Wszystko przez to, że… Czuję się obco. Reaguję obronnie na atak, który nawet nie nastąpił — prychnęła, śmiejąc się z siebie gorzko. — Żałosne, prawda?
— Ludzkie, kochanie. A teraz się rozchmurz. Spójrz, on czeka, aż go pochwalisz. Uczynisz mu ten zaszczyt?
— Co? Naprawdę? Jasne!
Lizz momentalnie zerwała się z fotela, potykając się o suknię i tylko dzięki wyćwiczonej przez lata zwinności dając radę nie wypaść na arenę przez kamienną balustradę. Wskoczyła na nią i pomachała wojownikowi, po czym nabrała powietrza w płuca i powiedziała głośno i wyraźnie:
— Dobra robota, wojowniku. Liczę na to, że wygrasz.
Miała nadzieję, że uda jej się wyartykułować coś z większym sensem, co zabrzmiałoby podniośle niczym każde słowo Sebastiana skierowane do tłumów poddanych, jednak stres i brak pewności siebie sprawił, że udało jej się wyrzucić z siebie jedynie dwa krótkie zdania. Na szczęście wojownikowi w pełni wystarczyły, trybuny zawrzały i wyglądało na to, że nie słowa miały znaczenie, a przekaz, jaki ze sobą niosły – co dla dziewczyny przyzwyczajonej do słownych gier, setek podtekstów i poruszania się po językowym polu minowym było zwyczajnie niepojęte, jednak niesamowicie satysfakcjonujące.
Po tym, jak jeden ze śmiałków zdobył sympatię wybranki króla, zapanował względny spokój. Walki toczyły się dalej, ale w nowej grupie nie było nikogo, kto zdobyłby szczególną sympatię gapiów, a i sam poziom rozgrywek nie był zbyt wygórowany. Dlatego też Lizz spędzała czas, wypytując Sebastiana o wszystko, o co tylko mogła. O sposób działania różnych rzeczy, architekturę, wyjaśnienie zachowań konkretnych demonów. Wszystko wzbudzało w niej ciekawość, a otwartość, z jaką Michaelis odpowiadał, motywowała nastolatkę do zadawania kolejnych pytań.
 Wiele było rzeczy w piekle, których ciągle nie znała. Począwszy od czegoś tak elementarnego, jak kierunek ruchu ulicznego, kończąc na rzeczach znacznie bardziej skomplikowanych, które na razie nie miały się jej do niczego przydawać, jak: rozliczanie podatków, działanie systemu kanalizacyjnego i tym podobne. Dlatego pytała, nie krępując się już obecnością pozostałych demonów w loży.


4 komentarze:

  1. O matko... rozbawiło mnie to. Nie wiedziałam, że Sebuś ma poczucie humoru ( trochę mroczne, jak na mój gust ) No i co to za niespodzianka... ach. Czekać kolejny tydzień. Podejrzewam, że chodzi o oświadczyny :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W końcu to demon, to jakie miałby mieć, jeśli nie mroczne? :P
      No cóż, naprawdę mam za mało zapasu, więc nie mogło być dłużej. W zasadzie na tę chwilę nie mam nawet po całym rozdziale Róży i Dziwaka na przyszły tydzień TT_TT. Nie wiem, czy nie rzucić regularnego dodawania rozdziałów, bo się już zwyczajnie ze wszystkim nie wyrabiam.

      Usuń
  2. Fajne :)
    Zapraszam do mnie, może wspólna obserwacja? :)

    veronicalucy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie potrzebuje sztucnzych obserwatorów, którzy nawet nie wczytali się w to, co piszę, bo zależy im tylko na statystykach i sztucznym fejmie. Także nie, żadnych wymian obserwacji. Obserwuję tylko to, co mnie naprawdę interesuje.

      Usuń

.