piątek, 2 marca 2018

Tom V, LXX

Wreszcie jest! Po tak długim czasie, że aż sama nie wierzę, że aż tak zaniedbałam pisanie, ale jest! Kolejny rozdział Róży specjalnie dla wiernych fanów <3.
Zapewne nie jet najwyższych lotów i są w nim błędy, ale... na więcej mnie nie stać, pisząc po 1-2 strony po 8 godzinach pracy, 3 drugiej i jeszcze z dwoma japońskimi w tygodniu, także wybaczcie.
Kiedyś, jak już to opowiadanie skończę, przerobię je od zera, zmienię w utwór niezależny, a przy odrobinie szczęścia wydam. Wtedy nie będzie tam już żadnych błędów. Wspomnicie moje słowa :D.

Tymczasem...

Miłego! <3

==============================================

Generał pojmał stworzenie, które dopuściło się zranienia go. Początkowo zamierzał je zgnieść, śmiejąc się opętańczo, by podkreślić, jak bardzo mścił się na niewinnym stworzeniu, jednak kiedy zobaczył, iż był nim pająk, zrezygnował, domyślając się, że nie był to najpewniej zwyczajny stawonóg.
— Panie, chyba dostaliśmy wiadomość — rzekł spokojnie, podsuwając siedzącego spokojnie na dłoni pająka pod nos króla.
Sebastian przyjrzał mu się podejrzliwie z każdej strony, mrucząc pod nosem, czym zaintrygował również Elizabeth. Dziewczyna jednak nie pchała się naprzód. Mimo tego, że wiele w życiu przeszła i nie straszne jej było wiele obrzydliwości, których inni nie zdołaliby oglądać nawet z daleka, nie darzyła pająków nadmierną sympatią. Nie bała się ich panicznie, nie uciekała i nie potrzebowała wsparcia rycerza z białą chusteczką, jednak skłamałaby, mówiąc, że je lubiła. Wobec powyższego nie czuła potrzeby nawiązywania z nim kontaktu, jeśli nie było to absolutnie konieczne. Ciekawość jednak kazała jej zainteresować się informacjami, które przyniósł ze sobą pająk.
— I co ci powiedział? Coś się dzieje w królestwie, musisz wracać? — zapytała, nieśmiało zbliżając się do ukochanego. Oparła dłoń na jego plecach i wspięła się na palce, by przez ramię odziane w czarny, delikatny materiał dostrzec wymachującego odnóżami stawonoga, który namiętnie obracał nimi we wszystkie strony.
— Nie przeszkadzaj, kochanie, próbuję się skupić — odparł Amon. Jego głos był ciepły i pełny życzliwości, tak samo, jak zazwyczaj, jednak dziewczyna odniosła wrażenie, że mimo wszystko był suchy. Cokolwiek mówił mu pająk, musiało być naprawdę ważne. Obawiała się tylko tego, że Sebastian będzie musiał wrócić, a jeśli do tego dojdzie, musiałaby odejść zupełnie sama. W przeciwnym wypadku nie była pewna, czy ponownie zdołałaby zdobyć się na odwagę, by wyruszyć na śmierć. Przez cały czas towarzyszyła jej niepewność, która nie malała z czasem – jak tego oczekiwała – przeciwnie wręcz: stawała się jeszcze silniejsza i coraz trudniej było z nią walczyć.
— Skończyłem. Jeśli chcesz, powiem ci, o co chodzi, ale sądzę, że wolałabyś o tym nie wiedzieć — przyznał Michaelis. W jego oczach Lizz dojrzała głęboki smutek, jeszcze głębszy niż ten, który towarzyszył mu dotychczas. Po jej plecach przebiegł zimny dreszcz, dłonie zaczęły się nienaturalnie pocić, a gdy wyciągnęła rękę, by dotknąć ukochanego ponownie, zauważyła, że drżała w tak nienaturalny sposób, że zawstydzona cofnęła ją z powrotem, sama robiąc krok w tył, nie będąc już pewną, czy w ogóle chciała poznawać prawdę.
— Jeśli uważasz, że to nam nie pomoże, to nie chcę wiedzieć. Dam radę — zdecydowała po chwili, rzucając demonowi wyzywające wspomnienie.
Przez jego twarz przemknęło ogromne zdziwienie, niemal szok, który płynnie przeszedł w dumę, zachwyt, aż w końcu radość i ponownie smutek. Bez słona zrzucił pająka z dłoni i wziął w ramiona ukochana, otulając swoją wątłą kruszynkę, jakby chciał ją uchronić przed całym światem. Żałował, że nie był w stanie tego zrobić, że to poczucie bezpieczeństwa, o którym tyle mówiła, było jedynie złudzeniem zrodzonym z ciepła jego ciała, przyjemnego zapachu i miłości, którą ją darzył.
— Więc w takim razie pozwól, że to przemilczę. To nie wpłynie na naszą… misję, więc nie musisz się martwić — odparł, zacinając się w trakcie, co nieco zaalarmowało nastolatkę. Nie komentowała jednak dalej, chcąc uszanować wolę ukochanego.
— To co teraz porobimy? Mogę spróbować jeszcze raz sprawić, żeby rozlana woda wróciła do miski? — zapytała, desperacko pragnąć zmienić temat, by znów mógł towarzyszyć im beztroski nastrój. Tylko w taki sposób mogła zapomnieć, chociaż na chwilę, o tym, że już za kilka dni świat bezpowrotnie ją straci. Samemu światu raczej nie byłoby z tego powodu zbyt przykro, w końcu nie był żadnym myślącym bytem, jednak nie mogła tego samego powiedzieć o bliskich. Wszyscy, na których jej zależało, kolejno tracili ją z oczu. Bolało ją, że nic nie mogła na to poradzić, jednak jedyne wyjście, które rozwiązałoby wszystkie problemy, sprawiłoby jednocześnie, że już przez resztę wieczności, bądź do chwili śmierci z przyczyn nienaturalnych, miałaby sobie za złe, że okłamała Sebastiana.
— Nie wiem, czy to dobry pomysł. To strasznie obciążające w pierwszych etapach nauki. Nie chciałbym, żebyś się przemęczyła, jeszcze się rozchorujesz…
— Sebastian… Ja wiem, że ty zawsze chcesz dla mnie najlepiej, ale gdybyś zapomniał, to mnie za kilka dni nie będzie. Mogę się rozchorować, to już żadna różnica — wyjaśniła spokojnym acz stanowczym tonem. Nie chciała tracić możliwości rozerwania się tylko ze względu na to, że mogło jej się coś stać. Gdyby miała przed sobą przyszłość, sprawy wyglądałyby inaczej, ale w obecnej sytuacji to zwyczajnie nie miało sensu.
— Racja, może i masz rację — odparł zmieszany, błądząc wzrokiem pomiędzy ścianami, by w końcu zawiesić go na Samarelu, dyskretnie przekazując mu, że będą musieli porozmawiać. Musiał podzielić się z kimś wiedzą, którą przekazał mu pająk. Nie mogła być to Elizabeth, przynajmniej nie teraz, ale zdecydowanie potrzebował drugiego, bardziej obiektywnego spojrzenia na sprawę, bo sam zwyczajnie nie czuł się kompetentny, by podejmować tak ważne decyzje.
— Więc pójdę nalać wody! — stwierdziła ochoczo, sięgając po miskę. Dopiero gdy ją uniosła, zorientowała się, że cały czas była pełna. Zaśmiała się sama z siebie, a potem bez chwili wahania rozlała wodę tuż pod swoje nogi, śmiejąc się z dziwacznego jej zdaniem uczucia nasiąkających wodą butów. Gdy już nacieszyła się uczuciem, którego niezwykłości nie rozumiał żaden z jej towarzyszy, rozłożyła ręce, choć nie było to wcale konieczne – jedynie pomagało jej się skupić na zadaniu – i powoli zaczęła zmuszać wodę, by uniosła się nad ziemię zgodnie z jej wolą, powoli przesuwając się nad miskę, by gładko spocząć w jej wnętrzu, tym samym będąc potwierdzeniem, że naprawdę udało jej się nauczyć manipulacji materią.
Podekscytowana nową umiejętnością, nalewała wodę i rozlewała ją z powrotem jeszcze kilka razy, póki całkowicie się nie zmęczyła, wyczerpana siadając tam, gdzie stała – na podłodze. Sebastian prosił, żeby wstała, ale nie zamierzała tego dla niego zrobić, czuła się nazbyt wykończona. Nie powinna była robić tego aż tyle razy, doskonale zdawała sobie z tego sprawę, jednak radość z osiągnięcia czegoś nowego była zbyt wielka, by poddać się wątłej sile psującej dobrą zabawę logiki. Zamiast racjonalnie pożytkować energię, ona wyrzuciła ją z siebie na raz, w rezultacie czego wodziła mglistym wzrokiem za ukochanym, kiedy krzątając się po pomieszczeniu sprzątał bałagan, który narobiła podczas zabawy.
— Zabawne, nie sądziłam, że jest brudno… Zdawało mi sięęęęę — przerwała, ziewając ospale. — Że było czysto — dokończyła, a potem zaśmiała się w ten doskonale demonowi znany sposób, który przez lata miał okazję obserwować mnóstwo razy. Jego pani, chociaż dziecinna, niecierpliwią i w gruncie rzeczy leniwa, zawsze dawała z siebie więcej, niż mogła, przez co notorycznie widywał ją chodzącą jak pijana, bredzącą od rzeczy i potykającą się o własne nogi. Nie podobało mu się to, jednak nie mógł powiedzieć, że jej uroczy chichot, który wywoływały właściwie zupełnie prozaiczne, codzienne sytuacje, przedmioty i słowa, nie rozgrzewał jego serca. Każdy jej wyraz radości tak na niego działał, jakby dobrze znany ktoś rozsiewał wokół siebie magię, zasypując niebo codzienności miliardami gwiazd rozświetlających spowiane  rutyną chwilę.
— Kochanie, jesteś niepoprawna. Tyle razy powtarzałem, żebyś się nie przemęczała… — westchnął zmartwiony demon, gdy Elizabeth postawiła sobie za punk honoru samodzielne dojście do łazienki. Bycie demonem wprawdzie pozbawiało ją problemu z ciągłym wypróżnianiem się, ale jednak siła przyzwyczajenia z całego życia była znacznie większa niż świadomość, że w rzeczywistości wcale nie potrzebowała tam iść. Wybierała się już piąty raz i jak dotąd każdy zakończył się posiedzeniem, z którego nie wynikało nic więcej prócz ogrzanej deski klozetowej i pręgi na udach, która znikała, nim zdążała wrócić, skąd przyszła.
— Ale musi siku! — zaoponowała stanowczo, machając ręką w stronę Samarela, który właśnie wchodził do pokoju po tym, jak ostatni kwadrans spędził na upewnianiu się, że w Bibliotece w dalszym ciągu było bezpiecznie.
— Wcale nie musisz, przecież doskonale o tym wiesz — odpowiedział Amon, kręcąc głową. Czekał tylko na moment, kiedy jego ukochana zaśnie na krześle w połowie jakiejś niezwykle odkrywczej swoim zdaniem paplaniny. Gdy była zmęczona, robiła się jeszcze bardziej gadatliwa, a do tego… niesamowicie urocza, dlatego też często wbrew rozsądkowi Michaelis pozwalał jej na różne dziwne rzeczy, o których ze wstydu przed swoją słabością wolał w ogóle nie wspominać nawet sam przed sobą.
— Muszę iść, bo jeśli nie pójdę, to zapełni mi się pęcherz, a nie będę tego czuć, bo nie muszę sikać i wtedy on mi pęknie. A to będzie bolało i pewnie się wyleczy, jak wszystkie twoje rany kiedyś dawno temu, ale ja nie chcę, bo będę mokra i śmierdząca… Nie lubię śmierdzieć — opowiadała, coraz bardziej zaciągając kolejne sylaby, opowiadając demonowi sama nie do końca wiedząc już nawet o czym.
— To może w takim razie uczynisz mi ten zaszczyt, kochanie, i pozwolisz zanieść się do toalety? Wtedy nie będę musiał się martwić o to, że przewrócisz się po drodze. Co ty na to?
— Jak obiecasz, że się odwrócisz, żeby nie widzieć jak sikam!
— Oczywiście, że się odwrócę, możesz być tego pewna. Prywatność i intymność to pojęcia, które my, demony, znamy równie dobrze co ludzie — wyjaśnił, specjalnie podkreślając swoją inność od jej dotychczasowej rasy, ciekaw, jak bardzo traciła kontakt z rzeczywistością.
— No tak, bo demony to w ogóle są dziwne. Wiesz? Kiedyś chciałabym zostać jednym…
— Doprawdy, panienko? — zapytał zaintrygowany Michaelis. Skinął na Samarela, chcąc, by ten wycofał się nieco, by nie znajdować się w polu widzenia dziewczyny, po czym kontynuował, pragnąc usłyszeć więcej. Lizz była w tamtej chwili taka beztroska, otwarta, nie martwiąca się o konsekwencje swoich słów. Demon liczył na to, że może uda mu się wyciągnąć z niej jakieś informacje, potwierdzenie jej pragnień, żyjąc nadzieją na znalezienie pretekstu, by dalej odwodzić ją od podjętej decyzji. — A czemu chciałabyś zostać demonem? Czy nie brakowałoby ci ludzkich przywilejów?
— Nie. Lubię smak herbaty, ale chętnie bym go poświęciła, bo mogłabym być z tobą zawsze. I byłabym królową, wiesz? Ciekawe, jak to jest…
— Zapewne bardzo miło. Wiesz, ja również chciałbym móc być z tobą na zawsze, gdyby tylko było to możliwe…
— Ale nie jest, bo nawet gdyby, to mamy kontrakt i wtedy musiałabym kłamać, a ja nie chcę cię kłamać.
— Cię oszukiwać, Elizabeth, proszę… — poprawił ją zdegustowany Sebastian.
— No tak, cię oszukiwać, noooooo — mruknęła, po raz kolejny rozdziawiając buzię, by ziewnąć. W jej oczach pojawiło się kilka łez, które przetarła leniwie i nieudolnie jak małe dziecko. Potem spojrzała na Amona, uśmiechnęła się szeroko i wyciągnęła do niego ręce. — Chcę na rączki.
— Żebym zabrał cię do łazienki?
— Też. Ale po prostu chcę. I chcę być z tobą na zawsze, wiesz? Mogę?
— Chciałbym, kochanie, naprawdę bym chciał… — powiedział cicho, bijąc się z myślami, czy nie powiedzieć jej prawdy. W obecnym stanie istniało duże prawdopodobieństwo, że dostałby wyczekiwaną odpowiedź. Mógłby ją wtedy namówić, by wydała mu taki rozkaz i w myśl dawnego układu, który połączył ich ostatecznie uczuciem, wykonać polecenie, zabierając ją z powrotem do zamku, by żyć dalej w szczęściu i dostatku do końca świata. Powstrzymał się jednak, z nieludzkim – niedemonicznym nawet – wysiłkiem, wiedząc, że gdyby tak zrobił, niczym nie różniły się od bandy prostackich kłamców, przez których dzieci ciemności miały aż tak tragiczną opinię wśród ludzi. Wolał być szczery i uczciwy, nawet gdyby…
Coś do niego dotarło w momencie, gdy zrezygnował z szansy na zatrzymanie jej. Nie pozwalała mu moralność i chociaż wiedział, że tak byłoby zapewne lepiej dla nich obojga, nie zrobił tego. Tak samo ona, chociaż wyraźnie nie chciała umierać i rozstawać się z nim bezpowrotnie na zawsze, bez najmniejszej szansy na to, że coś się kiedyś w tej kwestii zmieni, trwała w postanowieniu, pchana pragnieniem pozostania uczciwą wobec niego tak, jak on służył jej wiernie latami, czekając cierpliwie na swoją nagrodę.
Nim zdecydował się, co powinien zrobić, Elizabeth zdążyła zasnąć w jego ramionach. Majaczyła pod nosem, opowiadając o swoich uczuciach, radościach, smutkach i strachu, ale rozmawianie z nią w tym stanie nie miało już najmniejszego sensu. Sebastian zaniósł ją więc do sypialni, przebrał w piżamę i ułożył w łóżku. Sam zaś wrócił do Soratha, informując, że chciałby z nim porozmawiać. Wiadomość przekazana przez pająka Anasiego niosła ze sobą zupełnie nowe spojrzenie na ich sytuację. Szansę, na rozwiązanie odwiecznego problemu, a jednocześnie nadzieję, którą bał się w sobie rozbudzać.
— Słucham, panie? O czym chciałeś ze mną rozmawiać? — zapytał Samarel, gdy Michaelis zamknął za sobą drzwi do jednego z pokoi.
— Wiadomość od Anasiego rzuciła nowe światło na kwestię ochrony Podwaliny — zaczął spokojnie, rozsiadając się w fotelu.
— Słucham. — Samarel zajął miejsce na siedzisku obok, z poważną miną wpatrując się w Amona.
— Nasi naukowcy prowadzili badania mające na celu wyjaśnienie zjawiska, które spotkało Elizabeth. W międzyczasie udało im się jednak odkryć coś innego. Jej krew, ze względu na to, co przeszła, nabrała właściwości, które są w stanie aktywować miecz.
— Jaki miecz, królu?
— Ten miecz — odparł niezwykle poważnie Sebastian, powoli wciągając powietrze, jednocześnie zastanawiając się, czy powinien dodawać coś jeszcze. — Gdy… jeśli… gdyby… — zająknął się. — Krew Lizzy jest w stanie ostatecznie zabezpieczyć Podwalinę. Wieczne wojny o panowanie nad światem mogłyby się wreszcie zakończyć. Demony, anioły i bogowie śmierci nie mieliby o co walczyć, nastałby pokój na zasadach, które mogłaby określić… Gdyby chciała, nie musiałaby tego robić — wyjaśnił w końcu, z trudem dobierając słowa.
— W takim razie… Powinniśmy jej o tym powiedzieć — stwierdził bez chwili namysłu Samarel. Kruka zdziwiła jego pewność. Sam nie wiedział, czy powinien jej o tym mówić. Podjęcie decyzji, której się trzymała, wiele ją kosztowało. Gdyby teraz zrzucił na nią coś takiego… Musiałaby wybierać pomiędzy uczciwością wobec niego a dobrem świata. Nie wiedział, czy zasługiwała, by znów stawać przed niemożliwym wyborem.
— Dlaczego? — zapytał tylko, a jego głos zdawał się dudnić mrożącym krew w żyłach echem po całej Bibliotece.
— Ponieważ to dotyczy jej życia. Powinna mieć pełny obraz sytuacji, nim zrobi coś nieodwracalnego. Tak nas uczyli.
— To nauki dla demonów…
— Z całym szacunkiem, panie, ale Elizabeth jest demonem. Obowiązują ją te same prawa…



sobota, 27 stycznia 2018

Tom V, LXIX

Rozdział miał być tydzień temu, ale ze względu na problemy z pewną dziewuchą, która groziła mi śmiercią, zwyczajnie się nie wyrobiłam. Wybaczcie TT_TT.

Z nowości: od 1.02.2018 zaczynam pracę, więc nie wiem, jak to będzie z rozdziałami i kolorowaniami. Będę pisać i kolorować, gdy będę miała czas, także daty i godziny publikacji rozdziałów mogą ulec zmianie – będę o tym informować tutaj albo na FP, bo sama jeszcze nie wiem, jak to będzie. W każdym razie przewiduję rozdział Dziwaka w najbliższą środę, ale Róży w sobotę prawdopodobnie znowu nie będzie. Wiem, że to irytujące, ale nikt mi nie płaci za pisanie opka, więc nie mogę go stawiać na pierwszym miejscu :P.

Poza tym organizuję małe wydarzenie z okazji walentynek, do którego robię teraz sporo kolorowań. Obserwujcie więc stronę, mam nadzieję, że Wam się to spodoba. Będą Wasze ulubione postaci, na które mogliście głosować w ankiecie na grupie mojej strony. Jeśli jeszcze Was tam nie ma, to serdecznie zapraszam: 
https://www.facebook.com/groups/309442889529717/?ref=bookmarks


A teraz życzę wszystkim miłej lektury i wspaniałego weekendu! :*

Poniższa wiadomość jest czysto informacyjna, możecie ją zignorować, skierowana jest tylko do jednej osoby.

Przy okazji oświadczam, iż osoba, która groziła mi śmiercią (oraz jej wszystkie konta fake, strony, konta na profilach gdziekolwiek w Internecie), NIE MA ABSOLUTNIE ŻADNEGO PRAWA do wykorzystania w JAKIKOLWIEK SPOSÓB KTÓREJKOLWIEK z moich prac, bez względu na to, czy będzie to informacja na Facebooku, zabawa, grafika, kolorowanie, opowiadanie, pomysł na postać czy cokolwiek innego, co stworzyłam osobiście lub do czego mam jakiekolwiek prawa autorskie. Nieuszanowanie mojego prawa do zabraniania udostępniania mojej twórczości grozi sankcjami karnymi. Pozostali mogą wykorzystywać moje prace zgodnie z obowiązującym prawem i tak długo, jak będziecie oznaczać autora :*. Wybaczcie, że Wam tak tutaj spamuję, ale gdzieś trzeba mieć w razie czego dowód, bo niektórzy zwyczajnie nie powinni mieć dostępu do internetu, a po kradzieży mojego posta na temat zmian na Facebooku (co było już absolutnym szczytem żałosności) muszę się ubezpieczać.


===================================

Nastolatka wtuliła się mocno w ukochanego, przekazując w uścisku całą miłość, wdzięczność i radość, które zrodziły się w dzień dzięki jego gestowi. Brakowało jej zamknięcia, nie miała okazji się pożegnać i chociaż wiedziała, że Sebastian zrobił to w jej imieniu, zdanie, Elizabeth to wciąż było zbyt mało. Chciała dać przyjaciołom nadzieję, powiedzieć, by za nią nie płakali, bo sama, choć w zupełnie innej postaci, w dalszym ciągu istniała, jedynie równolegle z nimi. Czasem zastanawiała się, czy gdyby odrzuciła obietnicę i postanowiła żyć dalej, Amon pozwoliłby jej wrócić do przyjaciół przynajmniej raz, by mogła osobiście wyjaśnić im sytuację. Nie odważyła się jednak spytać, doskonale zdając sobie sprawę, iż w sytuacji, w jakiej się znaleźli, król demonów byłby w stanie nagiąć wszelkie zasady, tak długo, jak prowadziłoby to do zmiany jej decyzji. Pytanie o to nie byłoby więc w porządku ani względem Sebastiana, ani jej samej. Niektórych spraw nie da się zamknąć, musiała się z tym pogodzić.
— Jutro… będziemy na miejscu? — zapytała w końcu, przerywając błogą ciszę. Krótki moment radości wydawał się nazbyt optymistyczny, jakby zaczynała tlić się w nim nadzieja, na którą żadne z nich nie mogło sobie pozwolić.
— To prawda. Jutro wszystko się skończy. Nie sądziłem, że to nadciągnie tak szybko. Myślałem… że będziesz chciała tu trochę zostać — wyznał ciężko Michaelis. Uciekł wzrokiem, wbijając spojrzenie z parę eleganckich, solidnych butów o grubych szwach, którymi Samarel nerwowo stukał jednym o drugi, przestępując z nogi na nogę, usilnie starając się nie wtrącić, by wywrzeszczeć w twarz parze zakochanych, co czuł, zmuszając ich do podjęcia dobrej decyzji. W jego mniemaniu król powinien zamknąć ukochaną w lochu, dać jej czas na przemyślenia i wypuścić, gdy zmieni zdanie. Sam przynajmniej zachowałby się właśnie w taki sposób, choć rozumiał, że kiedy w grę wchodziły emocje, nie było to najlepsze rozwiązanie. Istot czujących nie należało zmuszać, to zawsze niosło ze sobą tragiczne w skutkach, długofalowe konsekwencje.
— Chciałabym zrobić coś zabawnego. Zjechać z poręczy po schodach, zjeść ogromny deser, śpiewać w wannie i… kochać się z tobą raz jeszcze, nim to wszystko zniknie. To zbyt samolubne? — Elizabeth przyłożyła dłoń do policzka narzeczonego, by zmusić go na spojrzenie na nią. — Jesteśmy narzeczeństwem, należy nam się ostatnia wspólna noc, byś nigdy mnie nie zapomniał. To jest samolubne, wiem o tym, ale…
— Rozumiem, nie zapomnę o tobie nawet gdybym chciał — przerwał Kruk. — Przygotuję kąpiel, wymyślę piekielny deser, z poręczy możemy zjechać nawet teraz, tylko chciałbym… — uciął, niepewnie patrząc w błękitne oczy ukochanej. — Chciałbym odrobinę twojej krwi, na pamiątkę. Potrzebuję czegoś, co będzie mi o tobie przypominało… — wyznał łamiącym się głosem.
Czuł, jak do jego oczu wzbierają łzy, którym nie potrafił się opierać. Siła smutku i pożerającej substytut jego duszy rozpaczy była nie do udźwignięcia nawet dla samego króla dzieci ciemności. Ponownie uciekł wzrokiem, odsuwając się od dziewczyny drżącymi rękoma. Przez chwilę jeszcze stał w miejscu, wpatrując się w ostre czubki swoich szpilek, póki nie odwrócił się na pięcie, wychodząc z obserwatorium pod pretekstem wypolerowania poręczy, by lepiej się po niej zjeżdżało.
Gdy wyszedł, Lizz przysiadła na schodku katedry, z której przed chwilą obserwowali niebo, wzdychając z rezygnacją. Im dłużej żyła w tej sytuacji, im bardziej zbliżał się ostatni dzień, tym trudniej było jej podtrzymywać decyzję, która zwyczajnie trafiła sens. Początkowo myślała, że tak będzie lepiej, tak powinno być, że uczciwość i wierność kontraktowi jest ważniejsza od uczuć dwóch jednostek, chodziło o podtrzymanie idei, pokazanie poddanym, jak ważny był król, skoro własna narzeczona zrezygnowała dla niego z życia. Choć po chwili uświadomiła sobie, że nie byłaby nawet pierwszą. Przecież Amon miał już swoją piekielną królową, ona się nawet nie umywała do tej roli.
— Samarel, czy ja dobrze robię? Chciałam być uczciwa, pokazać poddanych, że królowi należy się szacunek. Dotrzymać obietnicy, by Sebastian wiedział, jak bardzo go kocham. Wiem, że to właściwa decyzja, więc dlaczego to się staje takie trudne?
— Chciałbym umieć ci wyjaśnić, ludzkie dziecko — przyznał żołnierz, podchodząc bliżej niej. — Dla mnie twój czyn jest głupi. Król nie chce, żebyś odeszła i wyraził to bardziej niż jasno. Sprzeciwiając się jego woli, okazujesz brak szacunku, choć rozumiem, że próbujesz pozostać wierna obietnicy. Niemniej z mojego punktu widzenia, dobrą decyzją byłaby ta, która zapewniłaby szczęście, czymkolwiek ono jest.
Lizz spojrzała na Samarela. Wyznanie tak otwarcie swojego zdania po raz kolejny, na dodatek w takiej a nie innej sytuacji, imponował nastolatce. Potrafił bronić swojego zdania, nawet jeśli wiedział, że mogłoby się to źle skończyć. Nic wszak nie stało na przeszkodzie, by nastolatka zażyczyła sobie przed śmiercią końca życia piekielnego dowódcy. Jednak zależało mu na królu na tyle, by zaryzykował w imię wyższego doba – dobra królestwa.
— Szczęście… — mruknęła, kładąc dłoń na piersi demona. — Jest wtedy, gdy czujesz tu przyjemne ciepło na czyjąś myśl. Gdy uśmiechasz się bez powodu, wszystko wydaje się mieć piękniejsze kolory niż zwykle, za to problemy… nawet jeśli są duże, masz wrażenie, że wszystkiemu podołasz, bo wierzysz w siebie, swoje życie i bliskich, którzy cię wspierają — wyjaśniła, uśmiechając się do niego.
Przez moment wpatrywali się w siebie, póki z głębi biblioteki nie dobiegł do ich uszu głośny huk. Natychmiast poderwali się na równe nogi, biegnąć w stronę źródła dźwięku, by na podłodze pomiędzy rzeźbami zobaczyć Sebastiana zalanego wodą.
— Sebastian? Co się stało? — zapytała Lizz, klękając na jednym kolanie przy ukochanym, by ocenić, czy coś sobie zrobił i potrzebuje krwi.
— Wdepnąłem w miskę, nic nadzwyczajnego, zdarza się. Poręcz jest gotowa, więc w każdej chwili możemy zjeżdżać — odparł niechętnie, tonem głosu wyrażającym urazę, lecz nastolatka postanowiła to zignorować. Wdawanie się w kolejną jałową dyskusję na temat jej decyzji nie zdawało się mieć żadnego sensu. Zamiast tego pomogła narzeczonemu wstać, zebrała porozrzucane szmaty i korzystając z niedawno opanowanej mocy, sprawiła, że rozlana woda posłusznie wróciła do miski.
— Udało się! — ucieszyła się, po chwili zachwiawszy się na nogach. Manipulacja materią wciąż była dla niej bardzo wyczerpująca. Żałowała, że nie będzie miała okazji opanować jej do perfekcji, bo było tak wiele rzeczy, które jeszcze mogłaby zrobić.
— Brawo, kochanie. Doskonale sobie poradziłaś! — pochwalił Amon, w którego chwilowo wstąpiła dawka optymizmu.
— Ał, coś mnie ugryzło! — jęknął Samarel, rujnując podniosłą chwilę radości zakochanych, skupiając na sobie ich spojrzenie.
~*~
Anasi siedział w swoim gabinecie. Jak każdego dnia o tej samej porze, popijał właśnie jedną z trzech dziennych dawek krwi, które miały mu zapewnić idealną trzeźwość umysłu niezbędną do produktywnej, dobrej pracy. Z wygodnego fotela zerkał przez okno gabinetu wychodzące na dziedziniec, na którym grupa młodych demonów ponownie bawiła się w coś, czego demon osobiście nie popierał. Tym razem żądni przygód młodzieńcy nie ograniczyli się do demonicznego psa. Znaleźli małą piekielną małpkę, która zamierzali rozszarpać na strzępy kłami, ucząc się wgryzania w odpowiednie punkty, z których najmniejszym wysiłkiem mogli pobrać największe dawki krwi.
Widok młodych nie napawał go jednak ani obrzydzeniem, ani entuzjazmem. Był mu zupełnie obojętny, jak przez całą wieczność, z czego zawsze był niezwykle dumny. Jednak apatia towarzysząca mu przez kilka ostatnich dni sprawiała, że czuł się niekompletny, jakby w jego wnętrzu zabrakło czegoś bardzo ważnego. Nie rozumiał, co to było, a może raczej: nie chciał dopuszczać do siebie tej myśli. Raz stracony obiektywizm nigdy nie może zostać odzyskany. Subiektywne spojrzenie na każdą ze spraw było zbyt kuszące, emocjonujące, pozostawiające setki nowych rozwiązań i spojrzeń na sprawę. Dopiero poczuwszy, jak to jest mieć prywatne odczucia wobec danej sprawy, zrozumiał, jak ograniczone, choć niezbędne, było jego spojrzenie na to, co go otaczało. Wszystkie przeżycia, które ostatnimi czasy wspominał, stawały się czymś zupełnie nowym, głębszym, ciekawszym. Widział przed sobą nieograniczone możliwości, źródła informacji, których wcześniej nie uznałby za wartościowe, jednak stając po drugiej stronie balustrady, pojął, jak wielkie znaczenie dla sprawy miały uczucia.
Nie mógł powiedzieć, by była to czyjaś zasługa, choć początkowo winą za utratę obiektywizmu obarczał Elizabeth. Szybko jednak zrozumiał, że przenosił na nią winę nie ze względu na to, że faktycznie taka była prawda, lecz dlatego, że po raz pierwszy zdarzyło mu się poczuć w ten sposób za jej sprawą. W końcu pojął, że w rzeczywistości powinien być wdzięczny ludzkiemu dziecku, które przewróciło życie królestwa do góry nogami, nie mając nawet dosyć siły, by zabić któregokolwiek z nich. Uświadomienie sobie przenoszenia uczuć stało się nowym punktem zwrotnym w życiu Anasiego. Nowa wiedza zdawała się przydatna, lecz nowa sytuacja pozbawiała go poczucia bezpieczeństwa i pewności, że to, co robił, było ważne i miało sens. Nie uważał jednak, że warto wracać do dawnego spojrzenia. Musiał nauczyć się odróżniać własne opinie od faktów, zostawiając te pierwsze dla siebie i osób, z którymi chciałby je omówić.
I właśnie wtedy, gdy zdał sobie z tego sprawę, poczuł samotność. Po raz pierwszy odkąd powstały pierwsze demony, odkąd rozpoczął długą podróż od pozbawionego świadomości własnej egzystencji potwora, po jednostkę z daleko rozwiniętą inteligencją, czuł coś takiego. Wcześniej podróżował sam, a jego sojusz z Belialem miał typowo praktyczne zastosowanie. Nie potrzebował przyjaciół, znajomych, przypadkowych towarzyszy – nie było mu to potrzebne, bo pozbawiony był tego, co było motorem napędowym dla innych do nawiązywania bliższych relacji: prywatnej opinii. To właśnie wymiana myśli, emocji i doświadczeń była potrzebą tak silną, że nawet pośród wyzutego z emocji społeczeństwa odciskała na nim swoje piętno. Uświadomienie sobie tych, zdawałoby się, oczywistych faktów była dla pajęczego informatora ciężkim ciosem, a nieobecność króla i jego wybranki, która pośrednio pomogła mu to zrozumieć, zwyczajnie go smuciła. Pragnął – on, wiecznie neutralny obserwator – pragnął, by jego król znów był szczęśliwy, by dziecięcy śmiech nastolatki wypełniał korytarze, a w samym piękne znów nastały czasy spokoju i pewności.
— Panie? — Zza drzwi usłyszał podekscytowany głos jednego z naukowców. Wyrwany z zamyślenia stęknął ciężko i odwrócił fotel z powrotem w stronę blatu. Wysoką szklankę z krwią odstawił na podstawkę, a dopiero potem odpieczętował drzwi, pozwalając demonowi wejść do środka.
— Słucham, Kaahel, co się stało? — zapytał spokojnie, wskazując młodzieńcowi w białym kitlu siedzenie. Ten jednak pokręcił nerwowo głową, podszedł do biurka i położył na nim plik dokumentów.
— Co to jest?
— Wyniki najnowszych badań. Odkryliśmy coś nowego. Proszę spojrzeć — odparł Kaheel, przewracając kartki na stronę, na której znajdowała się informacja na tyle niezwykła, by wstrząsnąć naukowcami do tego stopnia, by musieli konsultować ją z informatorem.
— To badania…?
— Tak, proszę spojrzeć na te dane. Jeśli się nie mylę, w ten sposób moglibyśmy ostatecznie zabezpieczyć Podwalinę.
— Jesteś pewien? Jeśli to prawda, trzeba natychmiast przekazać tę informację królowi! — Anasi uniósł głos. Z jego rąk wypełzło kilka pająków. Demon pokazał im akapit tekstu, a potem kazał gnać do piekielnej biblioteki, by zdążyć na czas przekazać wieści.
— Musimy zrobić jeszcze kilka badań, nie jesteśmy pewni, jak to dokładnie działa, ale jeśli taka dawka wystarcza, by na odległość wzbudzić w nim drgania…
— Jeśli go chwyci, będzie w stanie zabezpieczyć podwalinę. Ale to kosztowne, straci mnóstwo sił. Poza tym rytuał należy powtarzać, to nic nie da.
— Da… To znaczy, to możliwe, panie. Jednak, by tak było… — wtrącił niepewnie naukowiec, lecz Anasi przerwał mu uniesieniem dłoni.
— Pająki dostarczą królowi informacje, decyzja należy do niego. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak to działa, nie bez powodu od pokoleń trzymamy go pod kluczem — wyjaśnił tonem jednoznacznie ucinającym niewygodny temat. — Wracaj do pracy, gdy tylko będę miał wieści od króla, przekażę je wam. Jeśli to ma się udać, musicie pracować szybko, nie zostało wiele czasu.
Gdy tylko Kaahel wyszedł, Anasi zanurzył pióro w atramencie i zaczął zapisywać to, co stało się chwilę temu, uznając, iż może być to kolejny kluczowy moment w życiu nie tylko demonów, ale i całego świata. Bez kolejnych zagrożeń rzeczywistości miały szansę rozwijać się w swoim naturalnym tempie, nie przyspieszane wahaniami energii mającymi wpływ na pracę kamienia. Znaczyło to, że nie tylko czas ludzi przed kolejnymi zmianami miał się wydłużyć, pozwalając im odkrywać coraz to nowe technologie i cudy, które niejednokrotnie przydawały się również istotom ponadnaturalnym, ale też odwieczna walka o kontrolę nad kamieniem straci sens. Potrzebna była tylko odpowiednia osoba, która, podobnie jak przed wiekami zrobił to jeden z anielskich wysłanników, aktywuje jego moc i ustawi osłonę. Undertaker ani żaden wyznawca jego chorych idei nie miałby szans przejąć Podwaliny. Osłona chroniłaby również przez przedostawaniem się zaburzających pracę energii. Pomysł wydawał się genialny. Jedynym mankamentem był czynnik demoniczny, lecz piekielny skryba wierzył, że tym razem zostanie podjęta najlepsza decyzja.

sobota, 6 stycznia 2018

Tom V, LXIII

Trochę długo nie było rozdziału, ale musiałam przemyśleć, jak to opowiadanie ma się skończyć. Miałam od dwóch lat jego wizję, bardzo niewyraźną, która dopiero z czasem nabierała kształtu, ale ostatnio w nią zwątpiłam, bo wydała mi się pozbawiona sensu. Poza tym, o ile część mnie wiedziała, że to mogłoby być dobre, to druga część zwyczajnie nie chciała tak poprowadzić fabuły. Dlatego usiadłam przy stole ze swoim mózgiem, serce, dwunastnicą i wszystkimi alterego, w które wcielam się, gdy o czymś piszę, no i wspólnie doszliśmy do nowego zakończenia. Dlatego mogę zacząć pisać dalej, bo już mniej więcej wiem, co zrobię. Chociaż dalej nie jestem w 100% pewna, że to będzie dobre zakończenie. Koniec opka przewiduję na początek kwietnia, biorąc pod uwagę, ile ostatnio udawało mi się pisać, także już możecie się szykować :P. 

===================================

Nie trudno było zauważyć zachwyt w oczach nastolatki, gdy zewsząd docierały do niej kolejne obrazy, rzeźby i twory, których nie potrafiła nawet przyporządkować do konkretnej kategorii. Część z nich miała formę tradycyjną – płótna zamknięte w ramach, pokryte farbą, której odpowiedni dobór  kolorystyczny tworzył niemal przestrzenne pejzaże natury. Rzeźby, które bardziej przypominały utrwalonych w kamieniu ludzi, niż bezkształtne bryły, którym z czasem nadawano konkretnych rys. Wszystko, co widziała, było tak perfekcyjne, że dłuższe podziwianie dzieł sztuki wywoływało w niej poczucie niepewności, wewnętrznego lęku, jakby ludzka część umysłu próbowała się buntować, nie dopuszczając do siebie idealności tego, co widziały oczy.
Zawsze jej się wydawało, że to Sebastian był idealny i doskonały we wszystkim, za co tylko się brał i przez całe jej wspólne życie z demonem nie znalazła twardych dowodów na to, by było inaczej. Dopiero teraz, gdy dostąpiła zaszczytu stanięcia przed obliczem czegoś w każdym calu idealnego, zrozumiała, jak bardzo się myliła. Jej ukochany, król piekła, był zaledwie przeciętny w tym, co prezentował, w porównaniu do artystów, których prace zebrano w bibliotece. Nie odważyła się powiedzieć tego na głos, ale była pewna, że narzeczony doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
— Sebastian, to jest piękne. Wszystko tu, to jest… jest takie idealne. Nie umiem tego opisać, to jest najbardziej idealna rzecz, jaką widziałam przez całe życie — zachwycała się, lawirując pomiędzy kolejnymi eksponatami, uważając, by przypadkiem niczego nie potrącić  obawie o zniszczenie jednego z dzieł. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby z jej powodu coś tak doskonałego przestało istnieć.
— Wiedziałem, że ci się spodoba. Jednak jest coś, co bardziej chciałbym ci pokazać, nim na zawsze opuścimy to miejsce — odparł, uśmiechając się do niej łagodnie.
Gdy zaciekawiona w pośpiechu przejrzała pozostałe cuda, podbiegła do Kruka, chwyciła go ogonem za dłoń i dziarsko ruszyła naprzód, ciągnąc byłego kamerdynera za sobą, póki w połowie kolejnego korytarza nie zorientowała się, że nie miała pojęcia, dokąd go właściwie prowadzi.
— Sebastian, dokąd idziemy?
— Nie wiem, Lizz, to ty prowadzisz. — Na ustach króla pojawił się złośliwy uśmiech, a blask ostrych kłów sprawił, że po plecach nastolatki przeszedł znajomy, przyjemny dreszcz ekscytacji.
— A spadaj! Po prostu się ekscytuje, po prostu mnie zaprowadź! A czy Samarel może iść z nami? Zniknął gdzieś, może coś się stało?
— Miło, że się o niego martwisz, ale z całą pewnością nic m nie grozi. Kazałem mu zadbać o nasze bezpieczeństwo, na wszelki wypadek. W tych okolicach potrafi dochodzić do różnych niecodziennych sytuacji.
— Dlaczego? — zdziwiła się, nerwowo zerkając na błękitno-granatowy witraż w jednym z okien.
— Wspominałem, że rzadko kto tu bywa, prawda? Niedaleko znajduje się granica piekła, a dokładniej terenu, nad którym mam władzę. Dalej jest już tylko lodowa pustynia, gdzie mieszkają odpadki z tego świata, skazańcy, zmutowane zwierzęta. Czasem udaje im się przedrzeć tutaj. Zdziczali po latach samotności i życia w głodzie i trudach zwyczajnie tracą zmysły. Atakują wszystko, co napotkają, niszczą, są agresywni, zachowują się jak zwyczajne zwierzęta. To takie demony, jakimi dorośli straszą ludzkie dzieci.
— Mnie nigdy nie straszyli demonami… — przyznała, starając się nie skupiać na cierpieniu biedaków. Pod pewnym względem utożsamiała się z nimi. Sama przecież była na skraju psychicznego upadku, jej istota podzieliła się na dwie osobne, tworząc zupełnie nową świadomość potrafiącą zawładnąć jej ciałem. Gdyby tkwiła w niewoli dłużej, zapewne skończyłaby podobnie do tych, których opisywał Sebastian. — Trzymanie tam kogokolwiek jest złe, to niszczy, a wy nawet nie możecie spokojnie czekać na śmierć. To okrutne… — dodała, spuszczając głowę.
Michaelis zatrzymał się i popatrzył z góry na zmarkotniałą nastolatkę. Zrozumiał, jakim brakiem delikatności się wykazał i chociaż miał niewiele na swoją obronę, położył dłonie na ramionach dziewczyny, tym samym sprawiając, że na niego spojrzała, po czym uśmiechnął się do niej błogo.
— To się zdarza bardzo rzadko, a jeśli chcesz, sprawię, że będzie jeszcze rzadsze. Jednak to jedna z najwyższych kar na wykroczenia demonów, nie mogę jej znieść, straciłbym poparcie i siłę w oczach poddanych.
— Rozumiem, jesteś królem. Dlatego musisz być silny i nie powinien cię obciążać żaden zbędny balat.
— Lizz… Czy dlatego chcesz to zrobić?
— Nie. Już ci mówiłam, dlaczego chcę to zrobić, nie zmienię zdania, za bardzo cię kocham, by to zrobić. Po prostu dostrzegam pozytywne strony.
Nieprzyjemne, silne ukłucie w sercu zdławiło głos w gardle Michaelisa. Po raz kolejny pozwolił wyobraźni zabrnąć zbyt daleko, aż do wyobrażenia jej śmierci, jej braku, przejmującej pustki, o której sama myśl zdawała się trawić jego umysł. Ogarniająca demona niemoc tylko cudem nie zdołała ponownie zwalić go z nóg, lecz ból serca nie pozwalał wydusić ani jednego słowa.
— Nie rób tego… — jęknął niemal bezgłośnie, natychmiast mijając nastolatkę. — Tędy. No chodź, bo ci nie pokażę tej niespodzianki! — krzyknął po chwili, licząc na to, że dziewczyna nie zwróciła uwagi na jego moment słabości. Wiedział, że dalsze błagania o to, by zmieniła zdanie, krzywdziły ją tak samo, jeśli nie bardziej, niż jego bolała decyzja, którą podjęła. Było więc niezwykle samolubnym z jego strony, po raz kolejny zmuszać ją, by przemyślała to wszystko, podejmując kolejną niemożliwą do podjęcia decyzję.
— Już idę, poczekaj! — odpowiedziała radośnie, sprawiając, że Michaelis odetchnął nieco z ulgą. Zaprowadził nastolatkę na najwyższe piętro, gdzie w wielkiej wieży na najwyższym poziomie znajdowały się masywne drzwi zdobione najróżniejszymi gwiezdnymi motywami komponującymi złoty blask z głębokim, ciemnogranatowym niebem, które imitowało odpowiednio pomalowane drewno. Już sam ich widok doskonale zdradzał, czego mogła spodziewać się po drugiej stronie, jednak Elizabeth nie zapytała. Chciała zostawić sobie tę niespodziankę, by na własne oczy przekonać się, co tak niezwykłego pragnął jej pokazać. A może nawet miał tam kawałek nieba zamknięty w próżni pod jakimś niepozornym, szklanym naczyniem? Nawet by jej to nie zdziwiło, piekło zaskakiwało na każdym kroku, zaczynała się przyzwyczajać.
Sebastiana nieco zdziwił brak dociekań z jej strony. Przywykł już, że bywała niecierpliwa, lubiła wszystko wiedzieć i nie pozostawiała zbyt wielu rzeczy przypadkowi. Tym razem jednak nie dopytywała, co sprawiło, że znów zaczął się obawiać, że go usłyszała. Czy jednak zareagowałaby wtedy tak spokojnie? Nie wiedział. W tej sprawie niczego nie wiedział, nie potrafił znaleźć żadnego rozwiązania i nie dawało mu to spokoju. A gdyby podał jej środek nasenny, sprawiając, że straci przytomność, a potem oszuka ją, że znów coś poszło inaczej i uda jej się przeżyć? Pragnął móc tak zrobić, ale nie byłby w stanie udźwignąć przemienia tak wielkiego kłamstwa. Nie po tym, co obiecał, nie, brzydząc się kłamstwem. Zwyczajnie nie umiał.
— Zapraszam — rzekł w końcu, otwierając przed dziewczyną drzwi. Wspólnie powoli wkroczyli do środka, a zaraz za nimi Samrel, który zameldował, iż skończył obchód i nie zauważył niczego wzbudzającego podejrzenia.
— Co tutaj jest? — zapytała Lizz, podchodząc do teleskopu. Nigdy wcześniej nie widziała takiego na żywo, jedynie w książkach. Na dodatek ten piekielny był tak ozdobny, że nawet najbardziej charakterystyczne elementy wyglądało zupełnie odmiennie, sprawiając, że gdyby nie wszechobecne motywy astronomicznie, nie każdy domyśliłby się, do czego służyło stojące na samym środku urządzenie, wokół którego zaaranżowano resztę przestronnego wnętrza o kształcie koła.
— To obserwatorium, a to teleskop. Jak dotąd najlepszy na świecie, najbardziej zaawansowana technologia. Podejdź, spójrz — zachęcił nastolatkę Kruk, delikatnie popychając ją naprzód dłonią położoną tuż nad jej pośladkami.
Dziewczyna spojrzała na niego nie pewnie, ale powoli zaczęła postępować z nogi na nogę, kierując się do maszyny.
— Samarel, byłeś tu wcześniej? — zapytała jeszcze, jakby sądziła, że wspólna nowość sprawi, że będzie jej łatwiej. Czuła się nazbyt onieśmielona, niemal niegodna, by dotknąć czegoś tak pięknego i zaawansowanego.
— Wewnątrz jestem pierwszy raz, dotąd nie miałem wstępu na wieżę — odparł zgodnie z prawdą. — Na twoim miejscu zobaczyłbym, co widać, to musi być niesamowity widok.
— Pewnie tak… — westchnęła, ponownie zerkając na Michaelisa, który uśmiechał się do niej, aż czuła niemal, że spojrzenie przez teleskop było jej obowiązkiem.
Ostrożnie weszła po trzech schodkach i delikatnie objąwszy wąski tubus, przyłożyła oko, by zerknąć przez okular na obraz, który tak bardzo chciał jej pokazać narzeczony. To, co ujrzała, całkowicie zaparło dech w jej piersiach. Niebo jeszcze nigdy nie było tak jasne, piękne i wyraźne. Mogła dostrzec pojedyncze punkciki, które dotąd były zaledwie częścią bladego, jasnego pasa na niebie. Nie sądziła nawet, że faktycznie składał się z innych punkcików, nigdy wcześniej aż tak się nad tym nie zastanawiała. Przy całym natłoku pracy, trudów i obowiązków, skupiała się na tym, co naprawdę ważne, ignorując te strzępki wiedzy powszechnej, które nie były jej potrzebne w obawie przed tym, że w krótkim życiu nie starczy jej pamięci, by przyswoić to, od czego zależał los jej życzenia, a tym samym – los ukochanego demona.
Teraz jednak mogła sobie pozwolić na doświadczanie tego niesamowitego piękna, na zachwyt nad każdym z punkcików, radość, jaką niosło odnalezienie jednego z tych, które znała z nieba widzianego gołym okiem.
— Jak to w ogóle działa? Tam są soczewki, jak w tych u nas, czy coś więcej? Obraz jest niesamowicie wyraźny, prawie jakbym tam była! — zapytała podekscytowana, z trudem odrywając się od niemal mistycznego widoku, by spojrzeć na ukochanego, poszukując odpowiedzi.
— Tak, działa dokładnie w taki sam sposób jak zwykłe teleskopy. Jest po prostu stąd, nasza technologia pozwala stworzyć dokładniejsze urządzenia. W świecie ludzi tak zaawansowanych teleskopów nie zobaczysz jeszcze przez kilkadziesiąt tak — odparł, nie ukrywając dumy, podobnie jak zawodu, który przedarł się przez nią, gdy uświadomił sobie, że nie skupiła się na tym, na czym mu zależało. — Spójrz jeszcze raz, skup się na kolorach — poprosił, podchodząc bliżej, niż czuła go tuż za swoimi plecami, by dodatkowe wsparcie pozwoliło jej się uspokoić i zerknąć na niebo w nieco bardziej analityczny sposób.
— Widzę… Widzę jakąś fioletową gwiazdkę! A obok niej kilka innych i taka większa, co tak słabo świeci — opowiedziała, gdy tylko ponownie przyłożyła oko do teleskopu.
— Znasz legendę o Altairze i Vedze? — szepnął Michaelis, pochylając się nad uchem ukochanej.
— Tomoko kiedyś mi opowiadała. To dwie gwiazdy, które się kochały, ale mogły się widzieć tylko raz w roku — odparła po chwili namysłu.
— Tak, para kochanków, którzy spotykają się siódmego dnia siódmego miesiąca, gdy na Srebrnej Rzeczy ptaki użyczają im swych skrzydeł, tworząc na wodzie post pozwalający im się połączył — dokończył Amon, przytulając do siebie demonicę.
— I co, to one?
— Nie, Aitaira i Vegi nie widać z piekła, tylko z ludzkiego świata — wtrącił Samarel.
— Racja, nasze niebo jest nieco inne niż to wasze, ale pod pewnymi względami się łączy. Ta fioletowa, którą przed chwilą widziałaś, wyznacza granicę widoczności na niebie. W ludzkim świecie pojawia się kilka razy w roku, lecz tylko raz, na początku października, można ją obserwować w towarzystwie tej drugiej, ciemnej. U nas zaś widać je cały czas.
— To prawie w moje urodziny, niesamowite!
— Prawda? Dlatego też, jako król Piekła, zdecydowałem, że nadam jej imię… — kontynuował Sebastian. Sięgnął ręką w prawą stronę, gdzie na drewnianym stoliku leżała opasła księga cała w zapiskach i rysunkach gwiazd zapisywanych raz staroxerfickim, a czasem nowszym, który nastolatka dawała radę odczytać. — Od dziś będzie się nazywała Elizabeth, tak jak ty.
— A ta druga? Czy ona może być Amonem? — zapytała natychmiast, nim jeszcze dotarło do niej, jak wielki prezent otrzymała.
— A chcesz? Myślałem o tym, ale wolałem pozostawić tę decyzję tobie — przyznał, uśmiechając się pod nosem.
— Oczywiście, że chcę! Sebastian, to takie wspaniałe! Raz w roku, gdy w ludzkim świecie te gwiazdy spotkają się na niebie, myśl o mnie, dobrze? Może… Może będziesz czuł moją obecność? — poprosiła, ze łzami radości w oczach chwytając go za dłonie. — Na zawsze… zostanę zapamiętana… I… i będą mówić nasze imiona, opowiadając legendę piekielnych kochanków. Kochanie, to jest najlepszy prezent, jaki mogłam od ciebie dostać! — krzyknęła, wreszcie wybuchając radością. Zwyczajnie zaczęła płakać, drżąc i nie mogąc się opamiętać.
Zdołała jedynie nie szarpać Kruka, by mógł spokojnie zapisać nowe nazwy gwiazd, ich lokalizację na niebie oraz okoliczności nadania nazwy. To były jedne z tych przywilejów korony, które uważał za najistotniejsze. Nie zabijanie, tworzenie prawa i rozstawianie innych pod swoje dyktando liczyło się dla niego najbardziej, ale właśnie te rzeczy, które innym wydałyby się mało istotne – możliwość sprawiania, by coś stało się zapamiętane. Wiedział również doskonale, że Elizabeth potrzebowała pozostawić coś po sobie, zarówno dla siebie jak i dla niego, bo przecież nie umiałaby myśleć zupełnie samolubnie. Dlatego też czuł się niemal jak wybraniec tworzący najważniejszą część nowej historii, gdy smukłe litery wyłaniały się spod jego pióra, układając w imię, które zawsze przywodziło cudowne myśli i dobre emocje, nawet te najodleglejsze, z czasów, gdy ledwo był w stanie znieść jej zachowanie.
— Gotowe. Od dziś Elizabeth i Amon staną się nową legendą na świecie. Zadbam o to, by wśród ludzi zrobiło się o tym głośno, wtedy pamięć o tobie nigdy nie zaginie — zapewnił Michaelis, odkładając pióro do kałamarza.
— Przekażesz też Tomoko i reszcie? Nie wiem jak, ale proszę, spróbuj. Zostawiłam ich w taki okropny sposób, nawet się odpowiednio nie pożegnałam. Gdyby się o tym dowiedzieli, to może byłoby im chociaż trochę łatwiej.
— Kim są te osoby, o których mówisz? — Samarek po raz kolejny przerwał dyskusję kochanków.
— To moi ludzcy przyjaciele. Japońska księżniczka, przyjaciel z dzieciństwa – wędrowiec, no i moi służący. Chciałabym jakoś dać im znać, że wszystko ze mną w porządku. Idą święta już chyba, prawda? Chciałabym dać im nieco radości, nadziei? Sama nie wiem, ale mam poczucie winy, że przeze mnie mogliby cierpieć.
— Rozumiem… Nie znam się zbyt dobrze na tych całych emocjach i waszych dziwnych przywiązaniach, ale jeśli król pozwoli, osobiście upewnię się, by się o tym dowiedzieli — zapewnił Samarel, uroczyście klękając przed królewską parą.
— W takim razie zostawiam to w twoich rękach, Samarelu — zgodził się Amon, widząc ogromną radość i ulgę na twarzy ukochanej.


sobota, 16 grudnia 2017

Tom V, LXII

Zaczynało się robić ciemno, a co za tym szło – niezwykle zimno. Szczególnie w rowie, gdzie Elizabeth była zewsząd otoczona wilgotną ziemią. Powoli zaczynała tracić nadzieję, że uda jej się uciec z wąwozu. Nie zamierzała spędzać w nim nocy, wiedząc, że chociaż zimno nie wadziło jej zbyt dotkliwie, to jednak organizm nie był tak silny, jak jej umysł i zwyczajnie by się przeziębiła, a na to nie mogła sobie pozwolić. Kilka dni później miała zostać oficjalnie odznaczona przez królową za wszystko, czego udało jej się dokonać w ciągu zaledwie kilku miesięcy, to było zbyt ważne wydarzenie, by zwykłe przeziębienie mogło pokrzyżować jej plany.
Nie miała jednak pojęcia, jak poradzić sobie z przeszkodą, której zwyczajnie nie miała siły pokonać. Przestała już ufać tajemniczej furii, która poza jej świadomością potrafiła wszystko naprawić i pomóc jej wyjść cało z opresji. Skoro nie zjawiała się dotąd, wyglądało na to, że i ona opuściła dziewczynę. Nie rozumiała tylko, jak jej demon, który miał chronić jej życie i zdrowie, pozwolił, by z urazem ręki błąkała się zimną nocą po lesie. Widocznie jego zdaniem był to odpowiedni trening, ale Lizz się z tym nie zgadzała. Była bliska poddania się, plaśnięcia tyłkiem w błoto i rozpłakania się jak małe dziecko, jednak duma nie pozwalała jej się poddać.
— Jesteś głupim, głupcem! Słyszysz, Sebastianie?! Jesteś głupcem i cię nie znoszę! — krzyknęła ponownie, kopiąc napotkany na drodze kamień prosto w wystający korzeń, który zadrżał, doprowadzając do osypania się części piachu akurat na nogi nastolatki. — Wspaniale — prychnęła jeszcze bardziej poirytowana.
Była zmęczona, odwodniona i ku własnemu zdziwieniu – głodna. Co prawda nie zdołałaby zjeść tego, czego na co dzień wymagał Sebastian, a czego nigdy nie zjadała, ale nie pogardziłaby swoją zwyczajną porcją. Niestety w wąwozie nie było niczego do jedzenia, poza błotem i rozkładającymi się truchłami pomniejszych zwierząt, które musiały mieć tyle samo szczęścia, by tu wpaść, co i ona. Ich widok sprawiał, że momentami zaczynała wątpić, że uda jej się wydostać. Nie chciała podzielić losu zwierząt, miała zbyt wiele do zrobienia, ale chociaż próbowała ze wszystkich sił, zwyczajnie nie umiała już walczyć. Miała w końcu dopiero niecałe dwanaście lat – zbyt mało, by odejść ze świata, nie pozostawiając za sobą żadnego dorobku, szczególnie przy tak ambitnych planach, jakie sama miała.
Szła, póki nie przekroczyła granic własnej wytrzymałości, wycieńczona potykając się o kolejny korzeń. Szczęśliwie udało jej się przechylić na bok, dzięki czemu wylądowała na plecach w wilgotnej ziemi stanowiącej nie możliwą do ominięcia barierę. Nie miała już sił. Kilka razy pociągnęła nosem, powstrzymując jednak łzy, i postanowiła odpocząć. Zamknęła oczy i powoli odpływała w świat fantazji, starając się tylko nie myśleć o swoich obawach, by nie wdarły się do snu, zmieniając w przerażające koszmary.
— A mówił, że będzie zabawnie… To nie jest zabawne — westchnęła pod nosem, nim zasnęła.
Ocknęła się niedługo potem, czując łaskotanie na twarzy. Gdy otworzyła oczy, zorientowała się, że jedno z drzew rosnących tuż na granicy wąwozu zostało strącone przez wiatr. Przewracając się, opadło na obie strony rowu, a długie, iglaste gałęzie sięgnęły twarzy nastolatki, delikatnie głaszcząc jej skórę.
Spanikowała. W pierwszej chwili nie była pewna, czy w ogóle będzie w stanie wyśliznąć się spod połamanych gałęzi, nie miała nawet pojęcia, czy dalej ma wszystkie kończyny i czy są w całości – w końcu w takim zimnie traciło się czucie, z Elizabeth nie było inaczej, nawet jeśli sam chłód nie stanowił dla niej problemu. Powoli zaczęła wysuwać się spod kupki drewna, radośnie stwierdzając, że udało jej się wyjść cało z niespodziewanego ataku leśnych komplikacji. Na dodatek, patrząc na drzewo, udało jej się oszacować, że jeśli się postara, powinno jej się udać opuścić rów po gałęziach. Ich szerokie ułożenie doskonale nadawało się do wspinaczki jedną ręką, jakby czuwająca nad nią opatrzność podsunęła najlepsze możliwe drzewo, które będzie w stanie jej pomóc.
Pewność siebie, dotąd ukryta pod całą masą pytań i niepewności, wyszła na wierzch, pchając dziecko do działania. Kilka razy spadła, podrapała się jeszcze bardziej, niż dotąd, ale po półgodzinnych próbach udało jej się opuścić naturalne więzienie, do którego wtrącił ją opiekun.
— I co? I co?! Ha! Udało się, wyszłam! Nie dam się tak łatwo pokonać! — krzyczała sama do siebie, tańcząc wokół starego spróchniałego pnia, który niejako był jej ratunkiem. — Chwała robakom! Chwała przemijaniu! Wolność! — powtarzała roześmiana.
Ból ręki, który przez kilka ostatnich godzin niezwykle ograniczał jej możliwości, powoli przechodził. Uświadczył ją w przekonaniu, że nie mogła złamać ręki – o co bała się początkowo w pierwszym przypływie paniki — a raczej jedynie dotkliwie ją obiła. Mogła ruszać palcami, opuchlizna stawała się mniejsza i nie było pod nią widać żadnych nieregularnych, odmiennych od normy kształtów, które mogłyby wzbudzić niepokój dziecka. Uznała, że tyle dowodów jej wystarczy i sprawdziwszy, od której stronnych mech porastał drzewa, ruszyła w kierunku domu.
Była spory kawałek od niego, bo jak się okazało: szła wąwozem w złym kierunku. Miała więc do nadrobienia kilka godzin drogi piechotą, które straciła wcześniej, ale nie poddawała się. Szła wzdłuż rowu, by mieć pewność, że nie przeoczy polanki, na której ćwiczyła z Sebastianem wcześniej. Stamtąd już doskonale znała drogę, a w ciemności znacznie trudniej było jej się zorientować nawet po mchu.
Do posiadłości dotarła nad ranem. Słońce zdążyło wyłonić się zza horyzontu, okalając ciepłymi promieniami pierwsze korony drzew. Zaczynało się robić cieplej, a blask bijący od skąpanej w słońcu, porannej rosy napełnił serce nastolatki nadzieją i radością, niemal całkowicie odrzucając złość na demona, który otworzył drzwi wraz z jej pierwszym puknięciem.
— Panienko? Trochę ci to zajęło, mam nadzieję, że nic sobie nie zrobiłaś.
— Poza tym, że wrzuciłeś mnie tam z obitą ręką niezdolną do normalnego działania? Nie, nic mi się nie stało. Jak widzisz, wróciłam — odpowiedziała poważnie, zadzierając nosa przed niekompetentnym służącym.
Michaelis uśmiechnął się do niej ciepło i zaprowadził do łazienki. Przygotował jej gorącą kąpiel, a także leki, bandaże i maści na obicia, tłuczenia i rozcięcia, by odpowiednio opatrzyć swoją panią. Cały czas jednak uśmiechał się z tak ogromną satysfakcją, że dziewczynka w końcu nie wytrzymała i musiała zapytać:
— Z czego się tak cieszysz? Bawi cię, że zostałam ranna?
— Ależ skąd, panienko. Proszę o wybaczenie — odparł, pochylając głowę.
— Więc o co ci chodzi, demonie?
— Jestem z ciebie dumny, panienko. Udało ci się wydostać o własnych siłach, trening przynosi skutki — wyjaśnił, zatajając część prawdy dla siebie.
To, co cieszył go najbardziej, miało dużo większe znaczenie niż jakiś zwyczajny test samodzielności i wytrzymałości. Michaelis sprawdzał, czy jej druga natura wreszcie dawała się kontrolować. Nie był jedynie pewien, czy nie uaktywniła się, bo Lizz zdołała ją okiełznać, czy dlatego, iż doskonale wiedziała, że w rzeczywistości dziewczynce od początku nic nie zagrażało.
Chociaż Elizabeth do ostatnich chwil swojego życia nigdy nie dowiedziała się prawdy, Sebastian był z nią przez cały czas. Śledził jej każdy krok, poruszając się pod kruczą postacią po drzewach, czając się w mroku na wypadek, gdyby naprawdę potrzebowała pomocy. To on odganiał dzikie zwierzęta interesujące się jej krzykami z oddali. To on wrzucił do wnętrza dziury zbłąkane jabłko, by dziewczyna mogła zjeść cokolwiek. I w końcu to on sam obalił odpowiednie drzewo w odpowiednim miejscu, w międzyczasie przenosząc śpiące dziecko w odpowiednie miejsce, by mogło poczuć satysfakcję z samodzielnego uwolnienia się. Wiedział nawet o jej chorej ręce, którą zbadał dokładnie, gdy Lizz spała. Nie zostawił jej ani na chwilę, był jej stróżem, który jedynie sprawdzał, jak wiele była w stanie znieść. Nigdy jednak nie czuł potrzeby, by jej o tym mówić, wiedząc, że nie potrzebuje tych zasług. Pewność siebie hrabianki podbudowana na tym właśnie wydarzeniu była znacznie istotniejsza niż jego chęć bycia pochwalonym. W końcu istniał dla niej i każdy jej sukces był również jego osiągnięciem.
~*~
Odkąd Elizabeth opuściła posiadłość Roseblack, dawniej tętniące spokojnym życiem mury powoli zaczęły obumierać. Chociaż dziewczyna zostawiła swój majątek przyjaciółce, a ta miała za zadanie nie pozwolić podupaść budynkowi w ruinę, nikt, mimo najszczerszych chęci, nie był w stanie mieszkać tam dalej. Odejść nastolatki było niesamowicie przykrym wydarzeniem. Wszyscy wiedzieli, że taka strata odciśnie się na ich życiach, jednak nie sądzili, że aż do tego stopnia. Niestety każdy kolejny dzień ciszy, braku obecności dziewczyny i idealnego kamerdynera, zwyczajnie niszczył niewielką grupę ludzi, której przyszło mieszkać w majątku nastolatki.
Początkowo żyli tam wspólnie, starając się odnaleźć nową normę, jakiegoś rodzaju rutynę, która przyćmiłaby ból po utracie dwójki tak ważnych dla nich osób, jednak okazało się to niemożliwe. Z czasem, nawet nie zorientowawszy się kiedy, zaczęli coraz częściej wyjeżdżać pod byle pretekstem, w końcu szukając jakiegoś stałego, który pozwoliłby uwolnić się ze swoistego mauzoleum Lizz. Posiadłość pozostała sama sobie, niezamieszkała, jedynie regularnie odwiedzana przez wynajętych służących, którzy mieli dbać o zachowanie idealnego porządku na wypadek, gdyby jednak śmierć hrabianki była tylko kolejnym podstępem mającym na celu osiągnięcie jakiegoś wyższego celu i chociaż na samą myśl o byciu tak wykorzystaną, Tomoko ogarniała istna furia, i tak wolałaby to, niż świadomość, że już nigdy nie będzie miała możliwości zobaczyć, usłyszeć czy dotknąć przyjaciółki.
Jej serce ściskał ból każdego dnia, każdej godziny minuty, nawet sekundy. Z każdym głębszym oddechem czuła tłumienie w płucach, jakby coś zwyczajnie nie pozwalało jej ruszyć dalej. Z Taiem nie było lepiej. Jednak początkowe kłótnie zaogniane ciągłym odkopywaniem minionych wydarzeń i decyzji, z którymi się nie zgadzali, powoli wygasło, pozostawiając dwójkę młodych żałobników we wzajemnym wsparciu, które ostatecznie umocniło ich związek. Wyszło im to na dobre, choć żadne nie potrafiło się cieszyć w pełni, wiedząc, że osoba, która cieszyłaby się z ich szczęścia najbardziej, nie dotrwała do chwili, gdy stali się doskonałą parą.
Thomas i Jeanny nie mieli tyle szczęścia. Nie udało im się znaleźć partnerów, nie mili życia, do którego mogliby wrócić, a względem siebie nigdy nie czuli się na tyle blisko, by nawiązać romantyczną relację. Rozjechali się więc, każde w swoją stronę: Jeanny znalazła pracę w innej posiadłości nieopodal tej Roseblack, zaś Thomas zaczął podróżować pociągami przez Anglię, pracując w transporcie różnych dóbr. Ciągłe pozostawanie w ruchu pozwalało mu uciec od rozmyślań, odciąć się na chwilę od szarej rzeczywistości i wspomnień, które za każdym razem, uderzając w niego z coraz większą mocą, dławiły go, wyciskając łzy z oczu.
Z Jamesem nie było lepiej. Po utracie dwójki najbliższych osób nie potrafił znaleźć sobie miejsca i ponownie ruszyć ze swoim życiem. Początkowo pił. Upijał się każdego dnia, wszczynając awantury z innymi domownikami o zupełnie nieistotne bzdury. W końcu jednak otrząsnął się z pijackiego transu i powrócił do dawnego życia, tym razem stacjonarnie w Londynie na garnuszku królowej, przejmując dotychczasową pozycję Elizabeth, by chociaż w ten sposób uczcić jej pamięć i czuć się nieco bliżej ukochanej przyjaciółki.
Budynek pozostał więc osamotniony, zupełnie cichy, a przypadkowym przechodniom kojarzył się raczej z nawiedzonym zamczyskiem, niż domem, w którym nie raz królowała wzajemna miłość, pomoc, zrozumienie i ciepło zdolne ogrzać każdego potrzebującego odszczepieńca. Jednak stan ten nie utrzymywał się wiecznie. Przyszedł moment, gdy posiadłość ponownie wypełniły rozmowy, po puchatych dywanach przechadzały się eleganckie buty, a z salonu słychać było dźwięki radosnej muzyki. Jednak dzień ten stał się również ostatnim, gdy na świecie usłyszano o Elizabeth Roseblack, angielskiej hrabiance, która poświęciła swoje krótkie życie, by uratować świat i kilka zbłąkanych dusz desperacko potrzebujących miłości i zrozumienia.
~*~
Japońska księżniczka siedziała nad dokumentami w swoim gabinecie w centrum Londynu, co jakiś czas wyglądając przez okno, by odpocząć od liczb, przyglądając się zabieganym ludziom gnającym brukowanymi uliczkami. Miała już dosyć pracy, marzyła tylko o tym, by opuścić gabinet i udać się na świąteczne zakupy. Tego roku zima była wyjątkowo mało intensywna, śnieg pojawiał się jedynie sporadycznie, na dodatek zaledwie na kilka dni, po czym zupełnie topniał. Nawet natura ubolewała nad stratą Elizabth – jak zwykła sobie powtarzać księżniczka, co paradoksalnie nie dobijało jej bardziej, zaś dawało poczucie zrozumienia i współodczuwania w warunkach, które idealnie jej pasowały. Nie potrafiła bowiem mówić o swoich emocjach związanych z przyjaciółką tak otwarcie. Im dłużej jej nie było, tym bardziej pielęgnowała w sobie wszystkie zapamiętane chwile, nie chcąc dzielić się nimi z nikim, jakby w obawie o to, że każde wspomnienie było w stanie przekazać określoną dawkę radości, a jeśli zużyje ją na innych, nic już nie zostanie dla niej. Zdawała sobie sprawę z tego, jak idiotycznie to brzmiało, ale nie znalazła dotąd lepszego sposobu.
Odczekawszy chwilę, powróciła do pracy. Zgodnie z umową z matką, mogła zostać w Anglii pod warunkiem, że nie zaniedba swoich obowiązków, dlatego każdego dnia spędzała po kilka godzin na pracy na miejscu, pod wieczór zaś wypełniała dokumenty, które wierny służący wysyłał następnie do jej rodzinnego kraju. Zapychała całe dni pracą, dzięki czemu łatwiej było jej radzić sobie z rzeczywistością. A pomiędzy pracą, snem i posiłkami, spędzała czas z Taiem, który zdobył pracę w Yardzie, pilnując porządku w mieście.
Spojrzenie dwojga smutnych oczu zawisło nad kolejną linijką ideogramów traktujących o sytuacji politycznej w Japonii. Dziewczyna próbowała skupić się na odczytaniu skomplikowanych słów, z których nie zawsze wszystkie rozumiała i musiała wspierać się słownikiem, jednak coś sprawiało, że nie mogła się skupić. Dopiero po chwili zorientowała się, że po zewnętrznej stronie okna, po metalowym parapecie chodził niemal czarny jak noc gołąb z niewielkim pojemniczkiem przyczepionym do nogi. Tomoko otworzyła okno i wpuściła ptaka do środka, a gdy ten zagruchał ochoczo, sięgnęła po wiadomość. Wewnątrz niewielkiego pudełeczka, na pożółkłym papierze szlachetnym atramentem napisano krótką, niewiele mówiącą wiadomość.
„Posiadłość Roseblack. 27 Grudnia”
Początkowo księżniczka zamierzała zignorować przekaz, uznając, że kolejne dziecko robiło sobie z niej żarty, lecz schludne pismo bez ani jednej skazy wydało jej się zbyt idealne, by należało do prostackiego żartownisia. Zdecydowanie bardziej kojarzyło jej się z notkami, które widywała u Elizabeth na drzwiach kuchennych i w różnych innych miejscach, gdzie Sebastian zostawiał służącym wskazówki odnośnie ich pracy. Nie była pewna, czy to właśnie on zostawił wiadomość, lecz mimo podpowiedzi głosu rozsądku, który kazał jej zignorować informację, postanowiła sprawdzić, o co mogło chodzić.
— Posiadłość Roseblack, tak? Może to jednak dobry pomysł. Święta były jej ulubionym czasem. Bałwany, śnieżne miasteczko w ogrodzie. Nie wierzę, że już minął rok… — westchnęła sama do siebie.
Obiecała sobie, że uda się na miejsce wraz z Taiem i jeśli tylko będzie taka możliwość, ten jeden raz, ostatni, stworzy całą armię bałwanów godną miejsca, w którym rokrocznie pojawiały się coraz bardziej kunsztownie stworzone rzeźby, całe aranżacje posiadające nawet fabularną ścieżkę. Choć wiedziała, że to głupie, a Boże Narodzenie nie było nawet świętem, które wnosiło cokolwiek dla niej z perspektywy wiary, miała nadzieję, że wydarzy się coś niezwykłego.

— Urządzimy święta dla Elizabeth! — krzyknęła nagle i podekscytowana pomysłem, zgarnęła dokumenty na bok, by zapisać wszystko, co będzie musiała przygotować.


sobota, 9 grudnia 2017

Tom V, LXI

Rozdział jest krótszy, bo zdycham na przeziębienie, które mnie przykuło do łóżka chyba pierwszy raz w życiu aż tak mocno, a że mam jeszcze zadanie rekrutacyjne do zrobienia, to niestety musicie zadowolić się skróconą wersją. Jednak to chyba i tak lepsze niż nic, prawda? :D

============================

Był deszczowy, zimny dzień, w okolicach angielskiej posiadłości rodu Roseblack panowała cisza mącona jedynie dźwiękami kropli deszcze miarowo stukającego o powierzchnię roślin, budynków i rozmokłego podłoża leśnych dróżek. Można by pomyśleć, że w taki dzień nikomu nie przyszłoby do głowy wyściubiać nosa zza ciepłych murów oddzielających od paskudnej pogody. Jednak gdzieś w zielonej gęstwinie niespełna dwunastoletnie dziecko wyciskało z siebie siódme poty, byle tylko zdołać osiągnąć cel – pokonać demona, który poprzysiągłszy dziewczynce dozgonną wierność, trenował ją, by zgodnie ze swoją wolą była silna i samodzielna, nie chcąc być całkowicie zależną od kogokolwiek innego. Wielokrotnie powtarzała, że kiedyś przyjdzie dzień, gdy Sebastian nie będzie mógł jej ochronić, a nie chciała być wtedy skazana na łaskę swoich oprawców. Nigdy więcej – jak mówiła wielokrotnie z poważną miną, wpatrując się w ślepia demona dwojgiem intensywnie błękitnych oczu, z których ziała determinacja i chęć osiągnięcia samodzielności.
— Nie możesz tak robić, nie umawialiśmy się na to! — krzyknęło zdenerwowane dziecko, lądując tyłkiem wewnątrz błotnistej kałuży. Rozmasowała obolały od upadku łokieć i spojrzała wściekle na górującego nad nią mężczyznę spowitego mrokiem. Jego mokre, czarne jak nieprzejednana noc włosy przyklejały się do lekko zaczerwienionej skóry na policzkach i chociaż zupełnie straciły objętość, ani trochę nie odebrało to demonowi uroku. Zachwycał każdym ruchem, gestem, nawet zwyczajnym mrugnięciem, był ideałem, który olśniłby człowieka niezależnie od sytuacji, jednak Elizabeth już nie dawała się na to nabrać.
Czasy, gdy patrzyła na niego z podziwem, zostawiła za sobą już dawno temu, gdy wielokrotne próby zbliżenia się do potwora, nawiązania z nim emocjonalnej więzi i zmuszania go do zaakceptowania jej uczucia nie przyniosły żadnego skutku. Początkowo czułą ogromny żal, lecz z dnia a dzień stawał się coraz mnie dotkliwy, aż któregoś dnia zupełnie o nim zapomniała, zagrzebując na dnie serca wątły płomyk miłości do istoty, która nie była w stanie nawet obdarzyć jej szczerą sympatią. Przywykła do obecnego stanu rzeczy, nauczyła się, że nie znajdzie już miłości, akceptacji i przyjaźni w formie, którą znała przez pierwsze lata życia.
Chciała jednak pokazać Sebastianowi, że jest warta jego uwagi. Nie chciał jej uczuć, dlatego postanowiła zaskarbić sobie jego sympatię w inny sposób – odnosząc sukcesy w edukacji, niezależnie od jej gałęzi. Uczyła się więc przedmiotów ścisłych i humanistycznych, poznawała podstawy mniej popularnych nauk i cały czas szkoliła się z zarządzania firmą. Była zdolna i inteligentna, więc sama nauka nie stanowiła dla niej większego problemu, jednak nie do tego przykładała się najbardziej. Wiedziała, że jako demon, jej służący ceni umiejętności walki ponad dobra intelektualnie – a przynajmniej wmawiała sobie, że tak właśnie było. Dlatego też to w sile fizycznej upatrywała swego klucza do furtki w sercu kamerdynera. Nie chciała się z nim wiązać, pragnęła tylko zdobyć jego uznanie, zasłużyć na pochwałę i pokazać mu, że świadomość posiadania broni zdolnej zniszczyć całą ludzkość nie uderzyło jej do głowy, pozwalając lekkomyślnie polegać tylko i wyłącznie na nim.
— W prawdziwej walce przeciwnik nie będzie się powstrzymywał. Wykorzysta każdą okazję, by cię pokonać — odparł bezdusznie demon, pochylając się nad nastolatką z kpiącym uśmiechem.
Wyciągnął do niej rękę, a kiedy ta, uśmiechając się pełna nadziei, chwyciła jego dłoń, wyszarpnął ją i pchnął dziecko w tył, póki nie przewróciło się o wystający konar, ponownie lądując w jednej z kałuż.
— Co ty robisz?! Tak się nie walczy! Traktuj mnie poważnie, nie jestem dzieckiem! — wściekała się dalej. Wstała, tym razem samodzielnie, i przyjąwszy wyjściową postawę, oczekiwała na atak ze strony służącego. Ten jednak ani myślał ruszać w jej stronę, stał, jakby nigdy nic, śmiejąc się z niej, póki ponownie nie puściły jej nerwy i z całym impetem nie zaczęła biec na niego z zamiarem odpłacenia się pięknym za nadobne. Sebastian jednak uskoczył w bok, a wprawione w ruch ciało Elizabeth nie zdołało wyhamować, w konsekwencji sprawiając, że ruda dziewczynka wylądowała na dnie wąskiego wąwozu pełnego ostrych gałęzi, kamieni i zwierzęcych szczątków.
W pierwszej chwili, nie wiedząc, co się działo, przerażona zaczęła krzyczeć, obracając się wokół siebie, póki nie zorientowała się, gdzie się znalazła.
— Sebastian, pomóż mi, nie dam rady stąd wyjść! — krzyknęła na demona. Ten jednak, nie słysząc magicznego „to rozkaz”, które stawiało go w sytuacji bez wyjścia, podszedł jedynie na skraj, by móc dokładnie przyjrzeć się dziecku.
W mgnieniu oka ocenił rany powstałe w wyniku upadku. Zgodnie z tym, czego się spodziewał, nie były zbyt poważnie. Kilka otarć i siniaków, dwa rozcięcia na rękach, jedno większe na łydce i niewielkie, ale wyjątkowo felernie usytuowane na policzku – tego zamierzał się pozbyć specjalnym lekarstwem, nie chcąc na stałe oszpecać twarzy swojej pani.
Nie był ślepy, potrafił dostrzec w niej piękno. Nie należała do klasycznego kanonu, nie intrygowała każdego mijanego na ulicy mężczyzny czy chłopca, ale z całą pewnością była piękna. Jednak wygląd nie był dla Sebastiana niczym w gruncie rzeczy istotnym, doskonale wiedział, jak był ulotny i nic nie znaczący w ludzkiej egzystencji. W mgnieniu oka zmieniali się z pestek w rośliny, z nich w winogrona, które chwilę później usychały, kończąc jako rodzynki – wzgardzone przez wielu, suche owoce, od których z jakiegoś powodu stroniła większość jego dotychczasowych kontrahentów.
— Gdybyś była naprawdę taka silna i mądra, jak ci się wydaje, poradziłabyś sobie — odpowiedział, strącając nogą kolejny kamyk do wnętrza wąwozu, który wpadając w kałużę, dodatkowo opryskał twarz dziewczyny błotem. — Nie maż się, tylko wyłaź.
— Ale ja nie potrafię! — upierała się przy swoim.
Demon kucnął na samym skraju leśnej ściółki, spoglądając z politowaniem na zdenerwowaną, brudną nastolatkę, kręcącą się w miejscu na samym dole. Gardził jej podejściem. Nie rozumiał, czemu nawet nie próbowała się wydostać, doskonale wiedząc, że to jej jedyna szansa na ratunek. Miał ćwiczyć ją w taki sposób, jakby nigdy dla niej nie istniał, jakby musiała zadbać o siebie sama, stawić czoło wszelkim przeciwnościom. Tymczasem po półrocznych, intensywnych ćwiczeniach ona nie była nawet w stanie wyjść z rowu, z którego powinna dać radę wypełznąć, zgodnie z obliczeniami Michaelisa.
— Nie spróbowałaś, skąd wiesz? Gdyby chodziło o twoje życie, też usiadłabyś z rozłożonymi rękami, czekając na śmierć? Nie takie miałaś podejście, błagając mnie o ratunek, inaczej się umówiliśmy… — kontynuował swą tyradę, wyrażając coraz większą pogardę wobec dziecka. Liczył na to, że godząc w jej godność, zmotywuje Lizz do działania.
Wyglądało jednak na to, że odniósł przeciwny skutek. Dziecko usiadło na kamieniu, kuląc się zrezygnowane, by mniej odczuwać doskwierający chłód. Elizabeth wiedziała, że nie zdoła wyjść z rowu. Nie dlatego, że nie miała siły, bała się, czy zwyczajnie nie chciała tego zrobić. Dotkliwy ból ręki, który starała się ukrywać przed demonem i ignorować przez ostatnie dwie godziny walki, teraz wzmógł się jeszcze bardziej. Pierwszą rzeczą, jakiej się nauczyła, odkąd zawarła pakt z demonem, było nieokazywanie fizycznej słabości, dlatego potrafiła ukryć wszelkie objawy bólu. Mimo tego nie potrafiła zignorować samego bólu, a przedramię, które powodowało dyskomfort, zaczęło dodatkowo puchnąć. Miała świadomość, że z jedną zdrową ręką nie zdoła wyjść, wolała jednak wyjść na zbyt mało zdeterminowaną niż słabą, dlatego postanowiła się nie ruszać.
— Nie wyjdę stąd, nie potrafię. Pomożesz mi?
— Nie. Zostaniesz tu, póki nie wyjdzie samodzielnie. Nie obchodzi mnie już, jak to zrobisz, wracam do posiadłości. Zawiodłaś mnie — warknął wyraźnie zirytowany demon. Jego tęczówki rozbłysły złowrogo, rozdzierając na chwilę gęstniejącą ciemność. — Radzę ci zmienić zdanie, nim zapadnie zmrok, inaczej zamarzniesz — dodał na odchodne, po czym podniósł się, odwrócił i w ciszy, zupełnie ignorując krzyki dziecka, ruszył w swoją stronę.
Nastolatka nie mogła uwierzyć, że tak po prostu ją porzucił. Miał być jej kamerdynerem, służącym, pomocą, bronią, tarczą, a był… zwyczajnym, złośliwym dupkiem, który nie potrafił użyć wyobraźni nawet na tyle, by domyślić się, że zwyczajnie nie była w stanie wejść z powodu ran.
— Dupek! Idiota! Rozmokła klucha! Wieloryb! — wydzierała się Lizzy, zdzierając gardło. Im bardziej czuła, że do jej oczu wzbierają łzy, tym głośniej krzyczała, starając się zdusić smutek, by przemienić go we wściekłość.
Chciała ponownie stracić nad sobą kontrolę, wiedząc, że cokolwiek by się wtedy stało, na pewno pomogłoby jej się wydostać. Zawsze tak było, gdy się poddawała, traciła świadomość i odzyskiwała ją zupełnie gdzie indziej. Nie była pewna, co dokładnie robiła w takich chwilach, a Sebastian nie był skory do rozmów na ten temat, ale w chwilach takich jak ta – gdy nie miała żadnych innych perspektyw, marzyła o tym, by ogarnęła ją pomocna niepamięć. Jak na złość jednak, nie nadchodziła.
Zmrok przyszedł niezwykle szybko, znacznie ograniczając widoczność. Ciemne niebo i brak gwiazd dodatkowo utrudniały dziewczynie orientację w terenie. Siedziała dalej na głazie, zastanawiając się, w którą stronę wąwozu powinna pójść, by dotrzeć do jego końca, o ile takowy w ogóle istniał. Nawet tego nie była pewna. Za o po godzinie bezsensownego oczekiwania zdała sobie sprawę, że Sebastian naprawdę zostawił ją samą.
— Nienawidzę cię, głupi demonie! — krzyknęła po raz ostatni, dodając sobie sił, by rozedrzeć chustę chroniącą szyję przed zimnem. Zrobiła z niej prowizoryczny temblak, na którym ułożyła obolałą rękę, by zminimalizować jej ruchy, a tym samym ból i możliwe dodatkowe uszkodzenia. Była sama, nie musiała dbać o pozory, bo zwierzęta nie dbały o to, jak wyglądała. Jeśli jakiś niedźwiedź, dzik czy inny drapieżnik postanowi pożreć ją na kolację i tak nie będzie mogła się uratować, a zwierzęciu nie będzie robiła różnicy jakaś rana – w końcu one nie znały takich pojęć, jak siła czy determinacja, kierował nimi jedynie instynkt.
Zdecydowała ruszyć w stronę, po której niebo wydawało jej się jaśniejsze. Musiał to być zachód, a właśnie w tym kierunku znajdował się jej dom. Nie miała wprawdzie pewności, że był to zachód, a nie wątłe światło z odległych zabudować lub przejeżdżającego powozu, ale nie miała żadnych innych przesłanek, nawet mech porastający pnie wewnątrz rowu zdawał się gubić orientację.
Poruszała się powoli, co chwilę potykając się o różne paskudztwa, których nawet nie chciała widzieć, więc po części cieszyła się, że było ciemno. Chwilami czułą również paskudny smród i modliła się tylko, by nie przewrócić się tam, gdzie najbardziej drażnił nozdrza. Mijały kolejne minuty, nawet godziny, a droga zdawała się dłużyć w nieskończoność, zaś po demonie wciąż nie było śladu. Lizz zaczynała powoli wątpić, że kiedykolwiek uda jej się wyjść. Nie zamierzała się jednać poddać. Postanowiła, że jeśli na końcu drogi nie znajdzie wyjścia, spróbuje się wspiąć – w najgorszym wypadku umrze, ale przynajmniej Sebastian więcej nie powie, że nie dała z siebie wszystkiego.
~*~
— Pamiętam. Obawiałem się wtedy, że złamałaś rękę, ale byłaś taka uparta, że nie mogłem postąpić inaczej — odparł Sebastian, głaszcząc ukochaną po głowie.
— Bo tak się nawet czułam, jakbym ją złamała! Strasznie bolało, a ty sobie poszedłeś. Wtedy to dopiero się bałam, wiesz? I długo potem miałam ci za złe, że mnie tak zostawiłeś. Nie pomyślałam, że cały ten czas nade mną czuwałeś.
— Nie pozwoliłbym ci przecież umrzeć, prawda? To nie było zbyt bezpieczne miejsce, ale musiałem mieć pewność, że jesteś przekonana, że cię zostawiłem. Tylko tak mogłem cię zmotywować.
— No i ci się udało — zaśmiała się, odsuwając od demona. — Chodź, pokażesz mi bibliotekę, nie mogę się doczekać. Tyle mi o tym opowiadałeś, najwyższa pora!
— Oczywiście. Zaczniemy od dzieł sztuki, potem pokażę ci zbiory książkowe, a na koniec chciałbym ci pokazać coś jeszcze.
— Tajemniczy. Podoba mi się.
Chwyciwszy się za ręce, Sebastian z Elizabeth ruszyli przestronnymi korytarzami biblioteki, która przez ostatnie tysiąclecia rzadko miała okazję kogokolwiek gościć. Echo stukotu ich butów zdawało się radosne, jakby budynek starał się przekazać im, jak bardzo cieszy go towarzystwo. Marmurowe podłogi i ściany w mlecznych odcieniach bladego błękitu chwilami sprawiały wrażenie, jakby zamek zbudowany został z lodowych bloków, co zwyczajnie zapierało dech w piersi nastolatki, szczególnie gdy zerkała na kryształowe sklepienia oraz elementy dekoracyjne ze srebra i złota, których odcienie tworzyły idealną harmonię z melanżem na kamiennych posadzkach.
Szli w milczeniu, zachwycając się mijanymi widokami, póki nie dotarli do wrót pomieszczenia opatrzonego napisem w starodawnym xerfickim, którego Elizabeth nie była w stanie odczytać.
— Co tu jest napisane?
— Że to galeria sztuki. Zwróciłaś uwagę na rzeźby i obrazy w korytarzu? To było nic w porównaniu z tym, co zobaczysz za chwilę — odparł Sebastian, otwierając przed dziewczyną masywne, zdobione drzwi, za którymi ujrzała oślepiający blask piękna najkunsztowniejszych z dzieł sztuki piekielnych artystów.


.