środa, 29 października 2014

III


Koszula – jest! Luźne spodnie – są! Wygodne buty – założone! Dziewczyna wreszcie poczuła, że żyje. Ledwie weszła do sypialni, a szykowna suknia, gorset, buty na obcasie i cała obłudna otoczka bezbronnej kobiecości wylądowały na podłodze. Podeszła do toaletki, wzięła zwilżoną chustkę i zaczęła mocno pocierać nią twarz, by jak najszybciej pozbyć się swędzącego makijażu. Spojrzała w lustro i widząc zaczerwienione od podrażnień policzki, mrugnęła do siebie ochoczo. Rozpuściła włosy, machnęła głową i ponownie zerknęła w posrebrzane szkło.
– Gotowe! – krzyknęła sama do siebie, wysuwając pięść w kierunku odbicia, po czym wybiegła radośnie z pokoju, jak dziecko po całym dniu szkoły, które biegnie do domu na posiłek.
 Zbiegła na sam dół, ześlizgując się po poręczy, przy okazji uważając, żeby nie przyuważył jej lokaj. Cichutko, na paluszkach… Ups! Potrąciła jedną z chińskich waz. Na szczęście chwyciła ją w ostatniej chwili.
– Uff… Treningi dają efekty. – Uśmiechnęła się do kawałka porcelany. Odstawiła naczynie na miejsce i szybko pobiegła dalej, do pomieszczenia dla służby, gdzie siedział Tai i Jeanny.
– Panienko! – pisnęła dziewczyna, widząc wypieki na twarzy młodej hrabianki.
– To rozkaz! Idziemy grać w baseball! – zarządziła z szerokim uśmiechem na ustach, wskazując ręką ogród.
– Tak! – Blondynka bez chwili namysłu zerwała się z miejsca i pobiegła we wskazane miejsce. Czerwonowłosa wraz z chłopakiem pognali tuż za nią.
Niezwykle precedensowe wydarzenie, by pani domu spoufalała się w ten sposób ze służbą, jednak Lizz nie po raz pierwszy udowadniała, że ma w głębokim poważaniu to, co wypada a co nie. Na co dzień utrzymywała pozory  wśród ludzi zachowywała się nienagannie, nawet przed Sebastianem starała się grać inną, niż dyktował jej charakter. W końcu był dorosłym mężczyzną, demonem z kilkusetletnim stażem. Wypadało zachowywać się godnie. 
Cztery lata ćwiczeń dawały efekty. Jednak za plecami szlacheckiego świata, czarnego lokaja i rodziny, właśnie taka była. Lubiła się bawić, ruszać, dawać radość tym, na których jej zależało. W pewien sposób okazywała tak wdzięczność służącym, nieodzownie stojącym u jej boku. Mimo tego, co przeżyła. Mimo ciemności, która wzięła w objęcia jej serce, nie chciała się oddać. Nie całkowicie. Od początku do końca pragnęła by,ć sobą, właśnie taka była ona, taka była jej dusza. Idealna mieszanka słodkiej beztroski i goryczy cierpienia, chęci pomszczenia samej siebie i czerpania z życia pełnymi garściami.
– Panienko?
– Jeanny, co ja ci mówiłam… Kiedy gramy masz mówić do mnie Lizz – poprawiła ją urażona.
– Ehm… Lizz, dlaczego Pan Sebastian z nami nie gra? – zapytała.
Powtarzała to właściwie za każdym razem. Od samego początku uroda lokaja kompletnie zauroczyła pokojówkę, dlatego przy nim nigdy nic jej nie wychodziło. A przynajmniej była to dobra wymówka, żeby nie wyjść na zwykłą fajtłapę.
– Wiesz, że szlachciance nie wypada spoufalać się ze służbą, prawda? – Dziewczyna odpowiedziała pytaniem, patrząc na blondynkę z powagą.
– T…tak – potaknęła niepewnie.
– Właśnie dlatego. 
Lizz wzruszyła ramionami. Nie było sensu tłumaczyć dziewczynie szczegółów. Powinna się domyślić, że ani hrabianka, ani jej lokaj nie zamierzali naruszać swojej nieskazitelnej relacji, a jeśli się nie domyślała, to i tak by tego nie zrozumiała. Poza tym, Sebastian miał, między innymi, pilnować jej manier i mimo że na rozkaz na pewno zagrałby w baseball, swoimi subtelnymi komentarzami uprzykrzałby jej życie przez kilka kolejnych tygodni. 
Na chwilę stanęła w miejscu by wyobrazić sobie grę z nim. To byłaby na pewno ciekawa rozgrywka… Kiedyś. Bardzo, bardzo kiedyś – doprowadziła myśli do porządku.
– Ostatnia runda! – zdecydowała, spoglądając na zegar wmurowany w ścianę posiadłości.
~*~
Nastoletnia dziewczyna siedziała przy skromnym stole, opierając głowę na łokciach. Wpatrywała się przez okno obserwując ostatnie promienie słońca leniwie przedzierające się pomiędzy drzewami, zwiastujące nadejście nocy. Przeżyła kolejny dzień, jak poprzedni, jak następny. Z każdym nowym, ciągnęła za sobą krwawą nić swojego, niewiele znaczącego dla świata, życia. Jednak nie myślała o smutku, gniewie ani bólu. Do końca nie wiedziała, o czym myśli. Właśnie, dlatego siedziała tutaj: w kuchni. Lubiła przychodzić w to miejsce, chociaż nieczęsto jej się to zdarzało. Czuła się z nim dziwnie związana, dawało ukojenie, spokój.
Zabawne jak wszystko szybko się zmienia – pomyślała, przypominając sobie bieganie za piłką sprzed kilkunastu minut.
Dlaczego Pan Sebastian z nami nie gra? – Usłyszała w głowie echo głosu blondynki.
– No właśnie… Dlaczego? – zapytała, kierując słowa w przestrzeń.
– Dlaczego co, panienko? – Znajomy, kąśliwy głos zza pleców wyrwał Elizabeth z rozmyślań.
– Hm? – mruknęła. – Dlaczego herbata jeszcze nie jest gotowa? – zapytała rozkojarzona, próbując brzmieć na zniecierpliwioną.
W rzeczywistości wcale nie myślała o herbacie, właściwie, nie miała na nią w ogóle ochoty. Wciąż była jeszcze rozgrzana po grze. Lokaj podszedł do niej i nachylił się, by spojrzeć z bliska na bladą, porcelanową twarz nastolatki, przyozdobioną rumieńcami. Przyglądał się, marszcząc brwi, czym wzbudzał w szlachciance lekkidyskomfort.
– Co robisz? – burknęła zirytowana.
Demon odsunął się z uśmiechem na ustach i zajął się przygotowywaniem napoju.
– Proszę wybaczyć, ale wydaje mi się, że szlachciance o panienki statusie nie wypada pokazywać się z takimi wypiekami i bez makijażu, a tym bardziej nie wypada spoufalać się ze służbą. To może bardzo źle wpłynąć na panienki pozycję w towarzystwie. Proszę pomyśleć, co by się stało, gdyby Lady Cartwright się o tym dowiedziała, mogłaby na tym ucierpieć firma – wygłaszał swoją tyradę niezwykle wyniosłym tonem.
 Dokładnie tak, jak się spodziewała. Z każdym kolejnym słowem miała wrażenie, że czerwienieje od stóp do głów, a z jej uszu zaraz zacznie lecieć para, jak z czajnika z zagotowaną wodą.
– Zamknij się – wycedziła przez zęby.
Miała zamiar powiedzieć coś jeszcze, ale świszczenie ją wyprzedziło. W sumie i tak nie wiedziała, co mogłaby dodać, bo prawda była taka, że demon znów miał rację. Jak zwykle, gdy tyczyło się to manier. Jednak kamerdyner przywołujący do porządku swoją panią? – tak nie powinno być.
– Co na to powiedziałaby Lady Cartwright? - przedrzeźniała go w myślach.
– Wypije panienka tutaj, czy zanieść herbatę w inne miejsce? – zapytał Michaelis, zmieniając ton głosu na niezwykle uprzejmy. Jak zawsze.
– Wypiję tu. Idź przygotować kąpiel – rozkazała, okazując mu największy brak szacunku, jaki tylko potrafiła wyrazić głosem. Sebastian spojrzał na nastolatkę z ukosa i uśmiechnął się szyderczo.
– Yes, my lady. – Pokłonił się i wyszedł.
– Assam, hę? – szepnęła sama do siebie, wdychając aromat gorącego naparu.
Słońce już zupełnie zaszło. Nie zwróciła nawet uwagi, kiedy mężczyzna zapalił świecę na stole. Przez chwilę patrzyła na przyjemny, ciepły blask emanujący od szczytu woskowego walca, jednak zgasiła go, zanim zaczął się topić. Uwielbiam ten zapach. Zrobiło się zupełnie ciemno.
~*~
Elizabeth siedziała na łóżku, czekając aż lokaj dopnie guziki jej nocnej koszuli. Z pochyloną głową spoglądała to na błyszczącą, drewnianą podłogę, to na swoje blade stopy. Światło świec przebijało się przez jej gęste włosy, zostawiając na twarzy ledwie widoczne cienie, przypominające blizny. Ciemność ukazywała prawdę, odsłaniała prawdziwe oblicze zranionej dziewczyny, wnętrze porozrywanej na strzępy duszy. Czuła się dziwnie. Przez cały ten dzień jakby nie do końca była sobą. Przeszłość odciskała w jej pamięci coraz większe piętno, nadwyrężając zmęczony materiał ducha.
Nie chciała spojrzeć na służącego. Jego delikatny dotyk sprawiał, że po jej ciele przechodziły dreszcze. Coś się zmieniało, czuła to, ale nie była w stanie tego powstrzymać. Wzbierające z każdą chwilą uczucie niepokoju i osamotnienia, ucisk w okolicach karku, delikatne pieczenie, niemal nieodczuwalne; teraz, gdy się wyciszyła, uderzył w nią ze zdwojoną siłą. Koniuszkami palców dotknęła znaku. Ból ustał. Demon dopiął ostatni guzik koszuli, pokłonił się i wstał, przypadkowo muskając dłonią kolano czerwonowłosej. Czując jego dotyk, wzdrygnęła się i nerwowo odsunęła. Pali…
– Co się stało? – zapytał zdziwiony, bacznie przyglądając się hrabiance.
Siedziała skulona na łóżku, z podciągniętymi do piersi nogami, chowając twarz we włosach. W tej chwili niczym nie przypominała wysoko postawionej, dumnej arystokratki. Wyglądała jak małe, przestraszone dziecko, kulące się przed zimnem. Trzęsła się. Nie mogła się opanować. Powinna, ale to okropne uczucie, którego nie potrafiła nazwać, przepełniło jej duszę i ciało, kontrolowało ją.
Ludzie. Zawładnięci uczuciami i wspomnieniami. Tak delikatni i bezbronni. Własne demony pożerają ich słabe dusze, a mimo to… Dążą do celu po trupach, nie zważając na konsekwencje. Nie dbają o nic, nie obchodzą ich ofiary. Zaprzedają się, by zdobyć to, czego pożądają… Wciąż jednak jest w nich coś interesującego – pomyślał demon, patrząc na dziewczynę z przymrużonymi oczami.
Na jego twarzy pojawił się cień niepokojącego uśmiechu. Nagle nastolatka zaczęła się śmiać, coraz głośniej i głośniej, jakby coś ją opętało. Impulsywnie podniosła głowę i spojrzała przeszklonymi oczami prosto w żarzące się czerwienią źrenice demona.
– Żyję tylko w jednym celu. By dokonać swojej zemsty. Sprawić, by ci, którzy zadali mi cierpienie, umierali ze strachu. Błagali o litość. To żałosne plugastwo. Pożałują, że odważyli się zbliżyć, dotknąć mnie. Będę patrzeć jak ich płonące ciała zwijają się z bólu z cierpiętniczym wrzaskiem. Dopóki nie roztopią im się struny głosowe. A ty… – Wstała i podeszła do Michaelisa tak blisko, że poczuła na skórze jego spokojny, ciepły oddech. – Ty Sebastianie jesteś moim pionkiem. Moim narzędziem zemsty. – Chwyciła go za ręce i przecięła nimi linię ich wzroku. – Twoje dłonie wydrą serca z ich gnijących piersi.
Przez moment kamerdyner patrzył na nią zszokowany, jednak z każdą chwilą zdziwienie ustępowało wyrazowi brutalnego, rządnego krwi zadowolenia, z wolna podbijającego jego twarz. Uśmiechnął się i uwolnił dłonie z uścisku. Klęknął przed nastolatką, położył dłoń na piersi i pochylając głowę, wypowiedział słodkie słowa:
– Yes, my lady.
~*~
– Um? – Elizabeth przekręciła się w łóżku. Ze snu wyrwał ją irytujący dźwięk.
– Sebastian? – zapytała, otwierając zaspane oczy, jednak nie dostrzegła nikogo w ciemności.
Coś uderzyło w okno.  Leniwie podniosła się z łóżka, okryła plecy leżącym na krześle ponczo i powoli podeszła do źródła dźwięku, jednak wciąż nikogo nie widziała. Wcisnęła klamkę i odchyliła skrzydło okna. Wychyliła się przez nie, niepewnie spoglądając w dół, a potem w górę.
– Sebastian? – zapytała ponownie, jednak nikt jej nie odpowiedział. – Eh… 
Stanęła na parapecie, wysunęła się, chwyciła dłońmi zewnętrzną okiennicę i wdrapała na dach. Rozejrzała się dokładnie, ale nawet tam jej oczy wciąż nie dostrzegały żadnej sylwetki, ani nawet podejrzanego cienia na kamiennej ścianie. Czuła jednak, że ktoś tam był. Gdy tylko usłyszała kolejne, nienaturalne skrzypnięcie, impulsywnie się odwróciła. Zobaczyła niewyraźną sylwetkę człowieka. Tajemnicza postać stała nieruchomo, jakby zapraszała ją, by podeszła.
– Kim jesteś? – zapytała cicho, zbliżając się ostrożnie, by nie wystraszyć nieznajomego.
– Jestem tym, kim ty teraz jesteś. – Rozbrzmiało z oddali echo kilku głosów.
Zdziwiona przetarła oczy, nie dowierzając w to, co widzi i słyszy. Wciąż, jak zahipnotyzowana, szła w stronę czarnej łuny. Jakby przestała kontrolować swoje własne ciało, jakby coś pchało ją w objęcia nieznajomego bytu.
– To znaczy kim?
Kolejne parę kroków. Światło księżyca przenikało przez szczupłą, otuloną ciemnością sylwetkę.
– Musimy porozmawiać… – zabrzmiało ponownie echo, zupełnie ignorując pytanie dziewczyny.
Była już tylko kilka metrów od bytu, ale wciąż nie mogła dostrzec jego twarzy. Z każdym jej kolejnym krokiem wzbierał coraz większy wiatr. Nagle straciła równowagę, przeleciała przez gzyms i zaczęła zsuwać się z dachu. Powstrzymując krzyk, spróbowała chwycić się czegoś, by nie spaść na sam dół.
Cóż za żałosna byłaby to śmierć – pomyślała, łapiąc się okiennicy.
Wisiała na niej, czując jak drzazgi ranią jej dłonie. Zadarła głowę, spoglądając w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą majaczyła sylwetka nieznajomej istoty. Zniknął! Machnęła głową, by przywołać myśli do porządku. Kopnęła w okno, które otworzyło się z głośnym hukiem. Wskoczyła do środka pomieszczenia, po drodze zadzierając koszulę. Upadła na podłogę i przeturlała się parę metrów, uderzając głową w półkę z dokumentami. Była lekko poobijana, ale prawie nie czuła bólu. Był tak odległy jak echo, które słyszała  znikał gdzieś w ciemnej otchłani. Podniosła się, zamknęła okno i wyszła z biblioteki, w której wylądowała. Szła ciemnym korytarzem, kierując się w stronę sypialni. Nie zapaliła świec, nie mogła znaleźć zapałek. Poza tym i tak nie potrzebowała ognistego blasku, by dotrzeć do celu. Wciąż doskonale widziała w ciemności. Mijając kolejne drogocenne obrazy, wytyczające drogę do sypialni, chwyciła się za kark.
– Ał! – krzyknęła, czując palący ból na dłoni.
Nie wiedziała, co się działo. Jeśli nic się nie zmieni, będzie musiała powiedzieć o tym Sebastianowi. Może on będzie wiedział, co działo się z kontraktem. W końcu sam zostawił na niej znamię – jeśli coś się z nim dzieje, to jego wina!

                Weszła do swojego pokoju i zobaczyła stojącego przy otwartym oknie lokaja. W dłoni trzymał świecznik. Słysząc kroki, odwrócił się i obdarzył dziewczynę pełnym troski spojrzeniem. Podszedł bliżej, postawił świece na nocnym stoliku i zaprowadził szlachciankę do łóżka. Milczał. Ona również nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Spojrzała tylko w jego oczy. Zdawało jej się, że dostrzegła w nich wcześniej nutę… Strachu? Aż tak bardzo martwił się o swój obiad? Demon przykrył ją kołdrą, pokłonił się i wyszedł, a wtedy Elizabeth zamknęła zmęczone oczy i wsłuchując się w echo oddalających się kroków Michaelisa, ponownie pogrążyła się we śnie. 

======================

Kolejna, trzecia już część ląduje na blogu, czekając na Wasze opinie. Nie wstydźcie się szczerze mówić, co o tym sądzicie, nie obrażę się, trochę pocisków nawet mi się przyda, więc śmiało! Poprawiając to, zastanawiałam się, co ja miałam w głowie, kiedy to pisałam. Tyle powtórzeń, ile tam znalazłam... Taki obciach. I pomyśleć, że taką żałosną wersję wysłałam kilkorgu znajomych. Wybaczcie! To tyle, ode mnie. :)

13 komentarzy:

  1. Tajemniczo *-* lubię takie klimaty :) Lizzy taka psycholka xd
    Lecę dalej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To naprawdę bardzo miłe z Twojej strony, że komentujesz tak po kolei :) Dziękuję

      Usuń
  2. Omg! Co to za postać? XDDD Zaczynam sie bać xD

    OdpowiedzUsuń
  3. Takie tajemnicze klimaty :-D Kocham <3 Serio jestes geniusz xD jeszcze ta postac :D Aha i jeszcze jedno to wcale nie była żalosna wersja tylko genialna. Dobra nie ma co sie rozpisywac lece dalej ^^

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja...Ja jestem w szoku. To jest tak genialne, że aż brak mi słów! Wiem, że to opowiadanie sprzed dwóch lat...i że prawdopodobnie nigdy nie zobaczysz tego komentarza...ale traiłam tu przez FB niedawno i jestem dopiero w tym miejscu, no po prostu musiałam Ci napisać jak bardzo jestem pod wrażeniem. xDDD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ oczywiście, że widzę ten komentarz. Co więcej, miło mi, że historia Ci się spodobała i zapraszam do dalszej lektury. Blog ma właściwie póltora roku i piszę go dalej na bieżąco. Jesteśmy pod koniec trzeciego tommu, ma ich powstać 5, więc będziesz miała, czym się zachwycać^^

      Usuń
    2. Wow, nawet nie wiesz jak się cieszę *-* Na chwile obecną zbliżam się do końca 1 tomu i niesamowite wrażenie nie znika, do tego z każdym rozdziałem wręcz się potęguje :3 Weny, weny, weny i jeszcze wiecej weny!!! *3*

      Usuń
    3. Hehe, dzięki. Na pewno się przyda, bo mam do napisanja jeszcze 2 pełne tomu i końcówkę trzeciego. Szkoda, że pisanie nie idzie tak szybko jak czytanie. Miałabym już ten pięcioksiąg w kieszeni. Przez brak zapasu zaniedbuję drugie opowiadanie TT_TT

      Usuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  6. Salve!
    Tia, dziś witam się inaczej. (; W końcu trzeba się jakoś wyróżniać czasem, haha.
    Hahyhua, ja nigdy nie wybiegałam ze szkoły jako dziecko. Coś było najwyraźniej ze mną nie tak...
    Sebastian - demon z kilkusetletnim stażem, huehue. Gratias! (;
    Tak, Elizabeth to podszywający się za kobietę Ciel. Albo przeszedł reinkarnację i przydarzyły mu się nieco podobne zdarzenia, że chce się mścić.
    Upadek z dachu, cóż za śmieszna śmierć...
    No, powiem Ci, że teraz zaczyna się robić ciekawie - zatem bez obaw, zostaję i nigdzie się nie wybieram. ;)
    Kurde, tu Ciebie geniuszem nazywają a ja na razie zbytnią liczbą pochwał torta nie przyozdobiłam. Jeszcze nie pora.
    Vale! (;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tortu :P
      Cieszę się, że zostajesz <3.
      No i tak samo się cieszę, że nie słodzisz mi bez sensu. Komplementy są fajne, ale szczera, konstruktywna krytyka jeszcze fajniejsze. Dlatego zawsze postuluję o komcie - nie, żeby mnie chwalono, ale wyrażano swoją opinię, żebym wiedziała, co się podoba, co nie, co zmienić, a co jest dobrze. Jest dużo łatwiej, kiedy ludzie dają znać. Dochodzenie do wszystkiego samemu trwa dłużej :P.

      Usuń
  7. Witam,
    tajemnice i jeszcze raz tajemnice... co się dzieje z kontraktem, czyżby miało się coś wydarzyć...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń

.