sobota, 7 lutego 2015

Tom 2, I

Kilka osób dało znać, że nie chce przerwy, kilka osób zagłosowało w ankiecie, którą niezgrabnie udało mi się umieścić. Postanowiłam więc, że przerwy nie będzie, ale prawdopodobnie w którymś momencie notki zaczną pojawiać się raz w tygodniu - nie wiem kiedy, raczej nie w przeciągu najbliższego miesiąca, ale istnieje kiedyś taka ewentualność.
Bez zbędnego biadolenia:
Oddaję w Wasze ręce pierwszy rozdział drugiego tomu + art na samym końcu. Nie jest najlepszy i nie do końca oddaje to, co chciałam przedstawić, ale na razie brakuje mi umiejętności, żeby narysować lepiej. Zdjęcia są dwa, na drugim lepiej widać kolory. 
Miłej lektury i dziękuję za wszystkie miłe słowa. ;)

========================

Śnieżny puch otaczał mury ogromnej posiadłości niedaleko Londynu. Ogromny teren, otoczony, pokrytym bielą, lasem tworzył kameralną atmosferę tego urokliwego miejsca. Na pozór wydawało się opustoszałe, nie mieszkała w nim żadna wielopokoleniowa rodzina, jednak nie dało się powiedzieć, by to miejsce było oazą spokoju. Tętniące życiem, za sprawą trójki roztrzepanych służących oraz ich nastoletniej pani, właścicielki tej wielkiej rezydencji, głowy rodziny Roseblack – panienki Elizabeth – i jej wiernego kamerdynera, czasami zdawała się bardziej przypominać park rozrywki. Ciągłe krzyki i wybuchy każdego by przekonały, że nie było to miejsce przeznaczone do odpoczynku. Na szczęście, ściany budynku były wystarczająco grube, by tłumić większość niepokojących dźwięków.
                Szlachta dzieliła się na dwa rodzaje. Pierwszy z nich – uwielbiający towarzystwo i wszelakie bale, spędzał możliwie najwięcej czasu w swoich rezydencjach w mieście, uczęszczając na wszelkie wydarzenia. Szlachetnie urodzeni traktowali je jako rozrywkę i okazję do ubicia interesu. Drugi rodzaj zamożnych anglików cenił sobie spokój, przebywając na terenach podmiejskich, gdzie tworzyli w swych posiadłościach muzea zbieranego przez wszystkie generacje dobytku. Elizabeth Roseblack nie należała ściśle do żadnej z grup. Co prawda, wolała mieszkać pod miastem otaczając się względnym spokojem, jednak dbanie o dzieła sztuki nie należało do jej kręgu zainteresowań. Najbardziej ceniła sobie możliwość stronienia od ludzi, którzy przytłaczali ją swoją obecnością, nudzili rozmowami i denerwowali powierzchownym zachowaniem. Lubiła zaszyć się w swoim gabinecie lub w bibliotece i zagłębić się w lekturze. Biblioteka była jedynym miejscem, które liczyło się dla niej pod względem ilości zebranych arcydzieł. Często spędzała też czas wraz ze służbą, przeważnie uprawiając sport. Grali w baseball, piłkę nożną, rzadziej w krokieta. Dziewczyna odbywała sporo lekcji, które miały na celu zapewnićenie jej obycia i odpowiedniej wiedzy, niezbędnej szlachciance. Ćwiczyła także wszelakie sztuki walki. Od szermierki po zwyczajne, brutalne mordobicie – wszystko, by była w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwo, gdyby u jej boku zabrakło wiernego lokaja.
To on dbał o wszystko, poczynając od zaserwowania jej porannej herbaty, poprzez troszczenie się o terminarz zajęć, spełnianie obowiązków, naukę, na wieczornej kąpieli kończąc. Mężczyzna wiecznie miał pełne ręce roboty. Jego pani nie należała do ludzi pokornych, bez słowa skargi wypełniających swoje powinności . Uwielbiała spać do południa i zarywać noce, beztrosko błąkając się ciemnymi korytarzami ogromnego domu. Przysparzała mu wielu problemów. Czasami czuł się jak jej ojciec, a nie służący. Z biegiem lat zdążył jednak przywyknąć do trudnego charakteru dziewczyny, co więcej, odnajdywał w nim sporo pozytywów. Była uparta i zawzięta, ciężko było ją do czegokolwiek zmusić. Jeśli coś sobie postanawiała, żadna siła nie była wstanie powstrzymać jej od osiągnięcia celu. Cechowała ją również ponadprzeciętna inteligencja, dziedziczna w rodzinie od wielu pokoleń. Zdawała sobie z tego sprawę i często wykorzystywała zdolności, by dodatkowo denerwować czarnowłosego mężczyznę.
Prowadzili zawziętą grę złośliwości, subtelnie ukrywaną pod pozorami kulturalnych stosunków, jakie panować powinny pomiędzy panią, a jej służącymi. Mimo bliskości, jaka niepodważalnie między nimi istniała, dającej się zauważyć nawet postronnym obserwatorom, uparcie tworzyli między sobą dystans. Demon zawsze powtarzał nastolatce, że nie powinna spoufalać się z podwładnymi i chociaż nie przestrzegała tej zasady w stosunku do ogrodnika, kucharza i pokojówki, dbał o to, by między nimi panowała profesjonalna atmosfera. Z biegiem czasu z coraz większym trudem.
 Przez ostatnie miesiące wydarzyło się wiele rzeczy, które bezpowrotnie zmieniły jego stosunek do młodej hrabianki. Czy żałował? Trudno było jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Jak z każdą rzeczą – taki obrót spraw miało swoje plusy i minusy. Gdyby wszystko było tak proste i ograniczało się jedynie do tego, co myśli na ten temat… Wiele rzeczy uległo zmianie, na pozór nie wydawały się jednak widoczne. Zdawał sobie sprawę z ciążącego na nim brzemienia, które musiał samotnie dźwigać każdego dnia. Godził się z tym. Obowiązkiem kamerdynera jest spełnianie rozkazów i zachcianek swojej pani, dbanie o jej szczęście i komfort. Bez względu na to, jakich rzeczy nie dotyczyłoby to w jego przypadku, musiał trzymać się zasad.
Stał przy kuchennym oknie obserwując trójkę podwładnych, którzy głośno komentując swoje poczynania, usiłowali odśnieżyć kolejne drzewo. Gdyby sam się za to zabrał, wszystkie drzewa od dawna byłyby odśnieżone, jednak cóż byłby z niego za lokaj, gdyby całą pracę wykonywał sam? W końcu jednym z obowiązków dobrego kamerdynera było zlecanie pracy podlegającej mu służbie. Nie mógł o tym zapominać, choć czasami miał ochotę wyrzuć całą trójkę za ogrodzenie i wreszcie mieć święty spokój. Ciągłe renowacje kuchni tak bardzo weszły już w jego krew, że był w stanie robić to z zamkniętymi oczami. Listę zakupów wiecznie wypełniały wzmianki o nowej zastawie stołowej, przyrządach kuchennych, meblach, sztućcach. Cóż… Musiał przyznać, że ostatni punkt pojawiał się tam z jego winy. Co mógł na to poradzić? Noże i widelce były niezwykle poręczną bronią, szczególnie te ze srebra wysokiej próby.
Przełożył talerz ze śniadaniem na wózek i mijając go, dołączył do służących przed posiadłością.
– Nieźle wam idzie – zakpił patrząc na chwiejąca się, ludzką piramidę.
– Prawa? Jeszcze tylko tamte. – Młody brunet wskazał ręką rząd drzew ciągnący się wzdłuż murów ogradzających posiadłość.
Widocznie nie zrozumiał ironii. Demon westchnął i jednym kopnięciem w pień zrzucił cały śnieg prosto na ich głowy.
– Panie Sebastianie, to było niesamowite! – przemówiła jedna z zasp.
Po chwili wyłoniła się z niej blondwłosa dziewczyna. Otarła twarz i podniosła się z ziemi. W ślad za nią podążyły kolejne góry śniegu.
– Sebastian, może sam byś się tym zajął, skoro tak dobrze ci to wychodzi? – zapytał cwany kucharz, krzyżując ręce na piersi.
Michaelis popatrzył na niego złowrogo, dając do zrozumienia, że takie rozwiązani nie wchodzi w grę. Thomas zamierzał się kłócić, jednak zanim zdążył ponownie otworzyć usta głośny krzyk, dobiegający ze środka budynku, całkowicie odwrócił od niego uwagę demona.
– Sebastian! – donośny głos dziewczyny odbijał się echem w całym domu.
Mężczyzna bez chwili zwłoki pobiegł do sypialni swojej pani, przy okazji zabierając ze sobą śniadanie. Skoro się obudziła, będzie musiała zjeść – po co miał chodzić dwa razy? Wiedział, że nie groziło jej żadne niebezpieczeństwo, dlatego pozwolił sobie nadłożyć kawałek drogi.
– Sebastian, co to jest?! – wrzasnęła, patrząc na niego z przerażeniem, kiedy otworzył drzwi jej sypialni.
Popatrzył na nastolatkę trzymającą w dłoniach pasmo swoich, długich do połowy pleców, włosów. Cała była poczochrana, a na jej twarzy malowało się osłupienie i strach. Z trudem opanował śmiech. Zakrył usta dłonią, odchrząknął i zapytał:
– Czy coś nie tak, panienko?
Jej wielkie, błękitne oczy wpatrywały się w niego niczym w kosmitę. Machnęła parę razy ręką, w której trzymała pukiel włosów pewna, że służący zrozumie przesłania. On jednak wciąż patrzył na nią z rozbawieniem, zdając się w ogóle nie zauważać problemu.
– Zgłupiałeś, czy oślepłeś? – zapytała zdenerwowana.
– Czuję się doskonale, jeśli o to chciałaś zapytać… – droczył się.
Mrugnęła parę razy i popatrzyła w lustro, przez chwile zastanawiając się, czy jej się nie przewidziało. Były tam, nijak nie wyglądając na złudzenie – fioletowe, błyszczące w świetle słońca, długie włosy. Jej włosy. Musiały być jej, bo czyje inne miałaby na głowie? Ponownie obróciła się w stronę rozbawionego lokaja.
– Powiedz, że też to widzisz – zabrzmiała niemal błagalnie.
Widząc ogarniający nastolatkę strach, nie mógł dłużej się nad nią znęcać. Przeszedł parę kroków i staną tuż za nią, spoglądając w jej odbicie w lustrze. Zmarszczył czoło i wydał z siebie charakterystyczne chrząknięcie.
– Rzeczywiście, wyglądają trochę inaczej – powiedział spokojnie.
– Trochę inaczej?! One są fioletowe! – krzyknęła do lustra.
Odeszła od niego i nadąsana usiadła na łóżku. Cieszyła się, że nie miała omamów wzrokowych, ale nagła zmiana koloru włosów była tak szokująca, że nie miała pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Skąd ten kolor wziął się na jej głowie? Czy to miało jakiś związek z kontraktem? Czy ten kolor w ogóle jej się podoba? Masa pytań zaczęła pojawiać się w jej biednej, małej głowie koloru dojrzałego bakłażana. Demon, z delikatnym uśmiechem na twarzy obserwował przez chwilę wewnętrzne zmagania hrabianki. Bawiła go jej nieświadomość, zaskoczenie i to, jak kręciła nosem, próbując wyciągnąć jakiś konstruktywny wniosek. Niestety im dłużej się starała, tym bardziej czułą się zagubiona.
– Wyjaśnisz mi to jakoś, czy będziesz tak stał i się ze mnie nabijał? – zapytała niezadowolona.
– Nie wiem, co się z nimi stało, za to mogę cię zapewnić, że ci w nich do twarzy – odparł z błyskiem w oku.
Machnęła ręką i głośno jęknęła, po czym podniosła się z łóżka, by ponownie stanąć przed lustrem. Dokładnie przyjrzała się ciemnofioletowemu kolorowi, który w słońcu błyszczał wrzosowymi refleksami. Unosiła pasemka do góry i puszczała, by bezwładnie opadały na ramiona. Obróciła się jednym bokiem, potem drugim, a następnie tyłem. Niepoważny wyraz twarzy kamerdynera zaczynał  wzbudzać w niej coraz większą irytację.
– Naprawdę myślisz, że wyglądają dobrze? – zapytała z nutą niepewności w głosie.
– Tak sądzę. Nie spodziewałem się jednak, że coś takiego, jak kolor włosów wzbudzi w tobie tyle emocji, panienko. Czy nie mówiłaś, że wygląd ma drugorzędne znaczenie? – odparł prowokująco/
Elizabeth zalała się rumieńcem. Zmarszczyła brwi i wydęła usta.
– Bo jest drugorzędna, po prostu mnie to zaskoczyło – burczała pod nosem. – Skoro mówisz, że wyglądają dobrze, to niech tak będzie. Chciałabym tylko wiedzieć, skąd one się w ogóle wzięły. Czy to ma jakiś związek z kontraktem?
– Najprawdopodobniej – odpowiedział wymijająco.
Bardzo dobrze zdawał sobie sprawę, że podjęta przez nią decyzja będzie niosła ze sobą pewne konsekwencje. Poza oczywistą, możliwe było kilka drobniejszych, ale nigdy nie przeszłoby mu przez myśl, że zmieni się jej kolor włosów. Ten obrót spraw wcale go nie zmartwił, nowy odcień zdecydowanie bardziej pasował do burzliwego charakteru dziewczyny. Oddawał prawdziwy urok jej duszy – niebezpieczny, tajemniczy, zarazem czysty i niewinny. To jego zdaniem reprezentował ten kolor, od zawsze. Gdyby wierzył w przeznaczenie, pewnie dostrzegłby w zmianie pewną prawidłowość jednak, jako demon nie łudził się, że takie zabobony istnieją naprawdę.
                Dziewczyna zrezygnowała z dalszych pytań, widząc, że nic z niego nie wyciągnie. Cokolwiek wiedział na ten temat, nie był skory do dzielenia się informacjami.
– Ciekawe tylko, jak ja to wytłumaczę ludziom? – zastanawiała się, idąc w stronę okna.
– Mógłbym coś zasugerować? – zapytał.
– Tak?
– Szlachcianka o twojej pozycji społecznej nie musi tłumaczyć się ze zmian w swoim wyglądzie. Pewnie nikt nawet nie będzie cię o to pytać, a jeśli zapyta… Wystarczy, że popatrzysz na tę osobę tak, jak teraz patrzysz na mnie. – Mrugnął do niej. – Wtedy temat pójdzie w niepamięć.
– Nie wiem, czy powinnam ci podziękować, czy cię zatłuc. Nieważne. Przygotuj mi jakieś ubrania. Co w ogóle mamy dzisiaj w planach? – zmieniła temat.
– Po śniadaniu lekcja literatury, po obiedzie spotkanie z przedstawicielem gazety. Chce przeprowadzić z tobą wywiad – referował.
– Gazeta? – podniosła głos. – Będą chcieli robić zdjęcia… – mruknęła niezadowolona.
Po chwili dotarło do niej, że tak naprawdę nie miało to znaczenia. Tak, jak mówił Sebastian – nie musiała się z niczego tłumaczyć. Pewnie nikt nawet nie będzie pytać. Po prostu musiała zaakceptować zmianę, na którą nie miała żadnego wpływu i skupić się na istotnych rzeczach. Zbliżający się wywiad  miał być jej pierwszym. Dotąd była zbyt młoda, by samodzielnie reprezentować firmę, jednak niedawne urodziny wprowadziły ją w wiek do tego odpowiedni.
Podeszła do okna i zaskoczona, energicznie nabrała powietrza w płuca.
– Śnieg? – powiedziała cicho.
Mężczyzna przerwał przygotowywanie ubrań i wychylił się zza skrzydła szafy.
– Spadł niedawno – wyjaśnił.
– Wiesz, co to oznacza? – zaśmiała się z podekscytowaniem klaszcząc w dłonie.
Wzruszył ramionami i powrócił do swojego zajęcia. Podbiegła do niego i stając na palcach pochyliła  się, by spojrzeć mu w twarz.
– Jak ten pismak sobie pójdzie, to wszyscy ulepimy ogromnego bałwana! – oświadczyła przyciszonym, uwodzicielskim głosem przymykając oczy.
Wiedziała, że nie tolerował takie zachowania – wspólnej zabawy pani ze służbą – jednak każdego roku, pod jej ogromnym naciskiem, na to jedno musiał się zgadzać. Dawno temu pogodziła się z tym, że niewidoczna zasłona, która ich oddzielała, nie opadnie. Że nie będzie grał z nimi w piłkę, chowanego, czy cokolwiek innego, z uśmiechem na twarzy czerpiąc z tego przyjemność. I akceptowała to. Nie mogła przecież zmuszać go do robienia czegoś wbrew sobie, przynajmniej nie cały czas i nie w stosunku do tak nieistotnych spraw. Upierała się jedynie przy bałwanie. Kiedy była dzieckiem, każdego roku, kiedy tylko pojawił się pierwszy śnieg wraz z rodzicami, guwernerem i pozostałą służbą wychodzili do ogrodu, by lepić całe armie śnieżnych grubasów. Podtrzymywanie tej tradycji przywoływało przyjemne wspomnienia beztroskiego życia, było częścią niej, jak daleko sięgała pamięcią. Pragnęła kontynuować zabawę, czcząc poprzez nią pamięć o kochającej matce, stanowczym i spontanicznym ojcu. O małej czerwonowłosej dziewczynce, której wiecznie towarzyszył uśmiech. Bez względu na to, co się wydarzyło zawsze będzie ich córką, zawsze będzie dziedziczką rodu Roseblack, który właśnie tak świętował nadejście zimy.
                Mężczyzna westchnął ciężko i podszedł do łóżka. Elizabeth pobiegła za nim i z gracją usiadła na skraju materaca. Nie interesowało ją, w co zostanie ubrana, zapomniała także o niespodziewanej zmianie. Jej myśli w całości skupiły się na bałwanie.
Lokaj popatrzył na zadowolony wyraz jej twarzy czując przyjemne ciepło przechodzące przez całe jego ciało. Lubił widzieć szczery uśmiech na jej twarzy, nawet wtedy, gdy wywołanie go kosztowało bruneta sporo nerwów i wysiłku. By dać szlachciance chwilę szczęścia, warto było się poświęcić, chociaż ten raz na jakiś czas. Bez względu na wszystko, świat się nie skończy, gdy pomoże jej zbudować śnieżnego potwora. Tak samo, jak nie skończył się w zeszłym roku.
Dziewczyna pochyliła głowę, kiedy dłoń demona dotknęła kołnierza jej koszuli. Nagle zorientowała się, że na jej szyi brakuje ametystowego wisiorka, który dostała od niego na urodziny. Wzdrygnęła się nerwowo i przesunęła w tył. Sebastian poczuł nieprzyjemne ukłucie, za które momentalnie się zgani. Zdawał sobie sprawę, o co jej chodziło. Dziwił się, że dopiero teraz zauważyła brak naszyjnika, jednak jakiś uporczywy głos w jego głowie, próbował przekonywał, że to nie był prawdziwy powód jej nagłego odsunięcia się.
–  Już ci nie ufa. Już nie możesz jej dotknąć, straciłeś szansę.– Słyszał wewnętrzne echo swojego umysłu.
Próbował odgonić myśli, które niewiele miały wspólnego z prawdą. Nie rozumiał, skąd wzięło się w nim to typowo ludzkie powątpiewanie. Gardził sobą za to, jak słaby się przy niej stał. Patrząc w lustro nie widział bezwzględnego, logicznie analizującego fakty demona. Ten, którego sylwetkę dostrzegał obecnie był piekielnym wynaturzeniem, miękką imitacją krwiożerczej bestii. Cieszył się tylko, że był jedyną osobą, która dostrzegała tę zmianę, bowiem na pozór zachowywał się raczej normalnie.
– Co się stało? – zapytał troskliwie, cofając dłoń.
Dziewczyna spojrzała na niego spłoszona. Nie chciała się przyznać, że zgubiła medalion. Był dla niej bardzo ważny i obiecała, że zawsze będzie mieć go przy sobie. Nie chciała złamać obietnicy, zawieźć wiernego lokaja.
Odchrząknęła i uśmiechnęła się niewyraźnie.
– Sama się dzisiaj ubiorę – wyjaśniła. – Zanieś śniadanie do jadalni, za chwilę przyjdę – dodała po chwili.
Służący skinął głową i posłusznie wyszedł z pokoju, pchając przed sobą srebrny wózek z posiłkiem. Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, dziewczyna zaczęła nerwowo przeszukiwać sypialnię. Przetrząsnęła cały pokój, jednak nigdzie nie znalazła medalionu. Była na siebie niesamowicie zła. Przez cały ten czas pilnowała go, ciągle miała na sobie. Cieszyła się, że Sebastian coś jej podarował, ten niepozorny kamień stał się dla niej szczególnie ważnym symbolem wzajemnego zaufania i jej przywiązania do lokaja. Jak więc mogła go tak po prostu zgubić? Gdyby chodziło o cokolwiek innego, poprosiłaby, żeby przeszukał posiadłość. Jeśli w niej był, na pewno by go znalazł. To był jednak urodzinowy prezent od samego mieszkańca piekła, od jej demona. Co by o niej pomyślał, gdyby dowiedział się, że była tak nieuważna i go straciła? Wyśmiałby ją, zapewne i stwierdził, że nie dba o to, co ma.
Zrezygnowana usiadła na łóżku i przebrała się. Straciła cały zapał do życia, zgubienie prezentu strasznie ją przybił. Nawet kreacja, którą Sebastian dla niej wybrał nie była w stanie zmienić przytłaczającego uczucia smutku i żalu, który poczuła. Niedbale związała włosy, przewiązała szyję chustką, by choć trochę opóźnić moment, gdy dowie się o wisiorku, i zeszła do jadalni.
Kiedy wkroczyła do środka, zdziwiony wzrok lokaja zawisł na granatowym kawałku materiału, nieumiejętnie przewiązanym przez jej kark. Zignorowała spojrzenie i w ciszy usiadła przy stole.
– Na śniadanie przygotowałem delikatny omlet z warzywami – poinformował ją, ani słowem nie odnosząc się do nietypowej dekoracji jej ciała.
Chwyciła sztućce i powoli zaczęła jeść. Nie dość, że jedzenie z reguły było dla niej przykrym, przywracającym okrutne wspomnienia obowiązkiem, to podły humor i przytłaczające spojrzenie lokaja dodatkowo obrzydzały posiłek. Wmusiła w siebie połowę omletu. Odsunęła krzesło i obróciła się w stronę lokaja.
– No już, wyduś to z siebie – rozkazała.
Demon podszedł do niej i delikatnie pochylił się, by dokładnie przyjrzeć się chustce.
– Nie wiedziałem, że zaczęłaś podążać za modą, panienko – skomentował złośliwie.
– Nie muszę ci się z niczego tłumaczyć – burknęła pod nosem.
– Pozwól chociaż, że ją poprawię – powiedział, wyciągając ręce w jej stronę.
– Nawet nie próbuj mnie dotykać! – podniosła głos odchylając się od niego, cudem powstrzymując się przed utratą równowagi.
Złośliwy głos w głowie Sebastiana znów zaczął powtarzać swoją mantrę.
– Już nie możesz jej dotknąć – powtarzał, niemal się z niego śmiejąc.
Coraz bardziej zaczynała przerażać go myśl, że mogła to być prawda. Czy możliwe było, by tak bardzo unikała jego dotyku jedynie z powodu głupiego medalionu?
– Jak sobie życzysz – odparł krótko i wrócił na swoje miejsce.
Dziewczyna westchnęła z ulgą. Poprawiła szal, podniosła się z krzesła i bez słowa wyszła, zostawiając go sam na sam z niedojedzonym posiłkiem.
Nie powinienem się tym przejmować – tłumaczył sobie, przekładając naczynia na wózek, czując jak myśli godzą zażenowaniem w jego dumę. – Te irytujące myśli. Te całe… uczucia. Najwyższa pora, bym o nich zapomniał.

Wiedział, że w tym momencie była to najlepsza decyzja, jaką mógł podjąć. Zepchnięcie w odmęty podświadomości tego, co było niewygodne. Praktyka, której jego pani była mistrzynią. Chciał się wreszcie uwolnić od rozpraszających, wadliwych przemyśleń. 

 Elizabeth po metamorfozie ^^

7 komentarzy:

  1. Chcę więceej x3
    Bardzo fajnie napisane, wprowadza napięcie i będę odliczać dni i ogodziny do kolejnego rozdzialu ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja snie.... taki obrot sytuacji... xD Jednakze, cudowne! <3 Czekam na kolejny rozdzial z niecierpliwoscia <33

    OdpowiedzUsuń
  3. Było ciekawie. Jednak jedna uwaga. Tam, na samym początku napisałaś, że grali w krokieta. Muszę Cię poinformować, że owa gra zwie się krykiet :)

    Plus, nie rozumiem jednego. Dlaczego Lizzy szuka tego medalionu, skoro Sebastian go zniszczył, aby odnowić kontakt? Czy ona bie pamięta tamtego dnia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nazwa gry się zgadzam, jest taka gra jak krokiet :)
      Na resztę pytań nie odpowiem, bo to byłby spoiler :P

      Usuń
  4. Jaka śliczna Lizzy! *-* Nami, starasz się :D Idę czytać dalej, bo jestem tu nowa. Pozdrowionka!

    OdpowiedzUsuń
  5. Odpowiedzi
    1. Nieprawda! Jezu, teraz na to patrze i... Kiedyś mi się to podobało TT_TT. Teraz to chociaż umiem kolorować xD.

      Usuń

.