sobota, 8 października 2016

Tom IV, LXII

Ej, ostatnio wyświetlenia spadają. W sensie wyświetlenia całego bloga, bo te notek mniej więcej trzymają poziom. I zastanawiam się, o co chodzi. W sumie to tak, jak gadam ze znajomymi z różnych gałęzi blogosfery, to mają u siebie to samo, ale jestem ciekawa, czym to jest uwarunkowane. Czyżby czytało mnie tak wielu znudzonych życiem studentów? xDDDD
Ej, jeśli są tu jacyś studenci, dajcie o sobie znać. Jestem ciekawa, czy jesteście!
I w sumie to chyba tyle na dzisiaj. Zbliżamy się powoli do pewnej istotnej sceny (z kilku powodów!).
Także życzę miłej lektury i dawajcie znać, co tam myślicie o rozdziale^^.

Miłego! :*

========================

Elizabeth odwzajemniła uśmiech Sebastiana. Nie miała mu za złe tego, co robił. Domyślała się, że w jakiś sposób będzie próbował przywrócić ją do normy. Już miesiąc tego zauważyła, że sukienki przestały na niej tak straszliwie wisieć. Nie wspomniała o tym, bo na samym początku miała ochotę skarcić za to służącego. Dopiero po kilku godzinach oswajania się z sytuacją doszła do wniosku, że to dobrze i powinna być wdzięczna. Wyglądało na to, że zaczęła dojrzewać. Jej dziecięca strona natury stawała się powoli tą kobiecą i coraz częściej zgadzała się z poważną osobowością, która była nie mniej dumna ze swojej młodszej siostry, co demon ze swej pani.
— Gruba sukienka. Jest dziś aż tak zimno?

środa, 5 października 2016

Tom IV, LXI

Uwierzycie, że tak się naprzedmawiałam ostatnio, że dziś nie mam pomysłu, co napisać? Studia się zaczęły. Nie powiem, że jestem jakoś nieprzeciętnie zajęta, ale zajęcia trochę rozwalają mi dzień i przez to siłą rzeczy mam mniej czasu. Jak dotąd cierpią na tym tylko kolorowania, wiec możecie być spokojni o blogusia. W wakacje udało mi się naskrobać 53 strony zapasu! Co, biorąc pod uwag publikowanie przez dwa miesiące po dwa pięciostronicowe rozdziały w tygodniu i przez miesiąc po dwa razy w tygodniu czterostronicowe rozdziały, daje całkiem zadowalający wynik. Sami możecie policzyć, ile stron napisałam. Jestem usytasy.
Poza tym chciałabym podziękować Airze Arii za jej komentarz do poprzedniego rozdziału. Odważnie przyznała, co jej nie leży w opowiadaniu, podała argumenty i jej opinia na pewno mi się przyda. Piszę o tym, żebyście wiedzieli, że cenię sobie takie wytykania (jak robi to też Andatejka, ale to już klasyka :*). 
To chyba tyle na dziś. Lecimy z rozdziałem, piszcie, jak Wam się podobał, co się nie podobało, co podobało, i tak dalej... Swoją drogą, bawimy się w te fanarty z okazji urodzin blogusia? Nie daliście znać i nie wiem, co z tym fantem zrobić xD.

Miłego! :*

==============

Kobieta burknęła jedynie pod nosem i ustąpiła mężowi miejsca. Stworzyła sobie dodatkowe krzesło i wepchnęła je pomiędzy to Kruka a to, na którym zasiadał Anasi. Miała ochotę zrobić demonowi awanturę. Odkąd wyznał jej prawdę, ani razu nie pojawił się w domu. Nie poinformował nawet, czy wybiera się na spotkanie, a gdy już się zjawił, był spóźniony. To było do niego niepodobne. Zawsze doskonale wypełniał swoje obowiązki, a teraz wydawał się tak niepoprawny i beztroski jak jakiś ludzki śmieć. Winą za jego karygodne zachowanie obarczała oczywiście Elizabeth. Nikt inny, żaden demon, nie byłby w stanie przekonać go do tak niepoważnego zachowania.
— Przede wszystkim nie możemy traktować się jako dwie osobne rasy. Wiem, że to prawie niewykonalne, sam się dziwię, że to mówię, ale chcąc wygrać tę wojnę, musimy myśleć o sobie jak o jednej armii. Gabriel jest najlepszym taktykiem, dlatego to on powinien podejmować najważniejsze decyzje na polu bitwy — westchnął Kruk, pobieżnie przejrzawszy leżące przed nim papiery.

sobota, 1 października 2016

Tom IV, LX

Okej, wygląda na to, że się poprzednio nie zrozumieliśmy, więc wyjaśnię niejasności, bo nie chcę, żebyście mieli błędy obraz sytuacji.
1. Copernicon: Nie było mnie tam, o ich "skarżeniu się" (specjalnie cytuję, żeby nie przeinaczać) usłyszałam od kogoś, kto tam był. Ale ani ten ktoś, ani tym bardziej ja, nie słyszeliśmy, co dokładnie mówiły. Wobec tego, PROSZĘ, nie nazywajcie ich hejterkami bez powodu. Możliwe, że mówiły z sensem, nie wiadomo, ale nie można nazywać ludzi hejterami bezpodstawnie, to niewłaściwie. Wiem, że to Wasz sposób na wspieranie mnie i dziękuję, ale naprawdę nic tu się strasznego nie wydarzyło i nie ma sensu nikogo oskarżać. Moim celem nie było nastawianie Was przeciwko jakimś dwóm dziewczynom, tylko namawianie do wyrażania konstruktywnych, negatywnych opinii na blogu, żebym mogła ewentualnie poprawić coś w opowiadaniu. Nie chciałabym, żebyście z tego powodu reagowali nadmiernie emocjonalnie. 
Jeśli macie wśród znajomych ludzi, którzy znają Róże i im się nie podoba, proszę, ich też nie nazywajcie bez potrzeby hejterami. Każdy ma prawo do swojego zdania, o ile jest ono poparte argumentami, najpierw trzeba ich wysłuchać potem oceniać. 

2. Seksy: To nie tak, że ja szykanuję ludzi, którzy się nimi jarają. Jak wspomniała jedna z komentatorek: seks jest taką samą częścią życia, jak każda inna. Jedyne, co mi się nie podoba, to ludzie, którzy na co dzień olewają bloga, a kiedy widzą grafikę z półnagimi postaciami to lecą na blogusia z nadzieją, że wreszcie coś, co im się spodoba. Bo albo się lubi historię całą, albo się jej nie lubi. Gdybyście szaleli tak na punkcie samego jedzenia, też by mnie to smuciło. Co nie znaczy, że z tego powodu też ktoś ma kogoś przezywać hejterem. Nie. Mój absmak do seksu argumentuję tym, że jestem aseksualna i mnie on nie jara, a nawet brzydzi czasami. Dlatego w moich wypowiedziach na ten temat można wyczuć niechęć. No cóż, nie poradzę, tak mam. Ale to nie powód, żeby kogoś obrażać i nie zrobiłam tego (no, przynajmniej świadomie xD). Jeśli jednak ktoś się poczuł dotknięty, to przepraszam. 

Mam nadzieję, że to rozwiało już wszelkie wątpliwości. Naprawdę nie sądziłam, że poprzednia przedmowa będzie brzmiała jak jakiś atak na kogoś xD. Kurczę, przez to ta jest strasznie długa, no ale czasem trzeba. Bo ja jestem złym, wstrętnym, okropnym i złośliwym człowiekiem, ale nie zwykłam krytykować ludzi bez powodu. A to, że czasem powodu nie widać, no to już jest życie. Nie każdy wszystko zrozumie, a całego świata zbawić się nie da. Zresztą mnie też by się zbawienie przydało, tylko nikomu nie spieszno mnie zbawiać xD. 

PS Dla wszystkich fanów pikantnych scen: Pisałam o tym w komciach, więc i tu by wypadało, żeby nikt się nie czuł poszkodowany. Ich liczba się zwiększa, i jak zapewne wiecie, nie bez powodu. To Róża, tu wszystko ma jakiś cel (przynajmniej stara się udawać, że tak jest xD). Więc takich scen będzie jeszcze trochę, a potem jeszcze trochej xD. Nie wiem, jak ja to wszystko napiszę, ale mam wizję, którą zamierzam spełnić. Tak więc widzicie, że nie dyskryminuję fanów seksu, bardziej cierpi mój komfort psychiczny xD.

Dobra, starczy gadania. Mam nadzieję, że wszystko jest jasne. 
A teraz zapraszam na kolejny rozdział.

Miłego! :*

=============================

Odkrycie, którego dokonała Enepsignos, zmusiło ją do tego, by na nowo przemyślała sobie całą sytuację. Nie było to łatwe, buzujące emocje wciąż przeszkadzały jej w skupieniu się na tym, co naprawdę istotne: na prawdzie. W końcu jednak doszła do wniosku, że kochała Kruka. Nie mogła nawet udawać, że było inaczej. Tak samo nie było sensu wmawiać sobie, że nie zrobi dla niego wszystkiego. Chociaż od stuleci nie czuła się bardziej poniżona, to jednak nawet ta zdrada nie przyćmiewała całego szczęścia, jakie spłynęło na nią dzięki ukochanemu. Nie kochał jej tak, jakby tego chciała, ale powiedział, że ją kocha, a przecież on nie kłamie… Z reguły. Właściwie nie była już pewna, czy może w to wierzyć. Dotąd nigdy jej nie oszukał, a gdy to zrobił, przyznał się, ale czy to coś zmieniało? A jeśli kłamał cały czas, a każdy kolejny wymysł tylko czekał na odpowiedni moment, by ujrzeć światło dzienne?

środa, 28 września 2016

Tom IV, LIX

Dowiedziałam się ostatnio, że jakieś dwie cosplayerki "skarżyły" się na Różę podczas Coperniconu. Nie, nie przeszkadza mi to, uważam nawet, że fakt, iż ktoś w ogóle rozmawiał o moim blogu na konwencie i słyszał to ktoś inny, kto też zna mojego bloga i mimochodem mi o tym powiedział, świadczy o tym, że Róża stała się hmm... Odrobinę rozpoznawalna xD. Czuję zalążki fejmu. Pomijam fakt, że nie jestem pewna, jak się z tym czuję – nie o tym chciałam.
W komciach z reguły piszecie, że było super, fajnie, cudownie – to oczywiście miłe, dziękuję, doceniam :*. Ale pewnie znajdą się tacy, którzy widzą wady, coś im się nie podoba i takie tam. Jeśli więc tu jesteście, Wy, którym coś się nie podoba, dajcie znać. Napiszcie w komciach, co jest nie tak, ja bardzo chętnie poczytam i wyciągnę wnioski. Oczywiście mówię o konstruktywnych opiniach, bo jak ktoś mi powie, że robię z siebie gwiazdę Internetów w przedmowie, a rozdziały są do dupy "bo tak i już", to na takie opinie nie będę zwracała uwagi. Chodzi mi o coś konstruktywnego, np.:
"Zbędne przecinki przy  wymienianiu rzeczowników o różnym stopniu wartości. Niespójność fabularna, bo *przykład*." Takie tam, no wiecie. Hejcić, ale z sensem :P. Bo to, że ktoś porozmawia sobie na konwencie, jaką jestem złą autorką, nie sprawi, że stanę się lepsza. A przecież historia ma się Wam podobać, więc no. Dawajcie znać. Ja naprawdę nie mam nic przeciwko konstruktywnej krytyce, nie ugryzę xD.

Tak dla pewność: NIE mam bólu dupy, NIE chcę zabić dziewczyn, które to mówiły. NIE jest mi smutno/źle/okropnie/depresyjnie i NIE czuję się gwiazdą Internetów xDDDD. Mam dobry nastrój i chęci do pisania tyle samo, co zwykle, ale wolałam wyjaśnić, tak na wszelki wypadek. 

A teraz życzę Wam miłego rozdziału! :*


=============

W końcu Sutcliff nie dowiedział się niczego pomocnego. Zrezygnował. Przyczaił się za rogiem jednej z kamienic i co chwilę zerkał na zegarek, oczekując odpowiedniej chwili. Równo o trzeciej zabiły dzwony. Chwilę potem z wnętrza kaplicy zaczęli wyłaniać się ludzie. Wokół było gwarno, kolorowo i tłoczno. Wszystkim towarzyszył dobry nastrój. Radosne twarzy ludzi mieniły się w limonkowych czach boga śmierci, który starał się znaleźć tego, którego miał zabrać. Nie chciał ominąć momentu jego śmierci. Pragnął obserwować ten proces od samego początku do końca, być świadkiem tej niezwykłej chwili, napawać się nią i docenić, że był jej częścią.

sobota, 24 września 2016

Tom IV, LVIII

Spędziłam ostatnie dni na byciu wrzodem na dupie, bo miałam gorączkę. Ale już jest lepiej, stałe 37 to tylko o stopień więcej, niż mam zazwyczaj. Momentalnie poskutkowało czterema stronami jednego dnia. Za to dwóch poprzednich trochę się boję, no ale cóż. Od tego jest beta. Zawodna nieco, bo tekst nie ma czasu odleżeć, no ale życie. Dlatego mam czujnych Was :*. 

Za miesiąc Róża będzie obchodzić drugie urodziny. Wypadałoby coś z tej okazji zrobić. Myślałam nad jakąś galerią fanartów, tylko musicie dać znać, czy chcecie takie stworzyć :P. Mogą być tradycyjne, digitale, muzyczne, fanowskie oneshoty. Cokolwiek byście tam chcieli. No, tylko dajcie znać, czy się na to piszecie, bo jak zorganizuję takie coś i nie dojdzie żaden urodzinowy prezent dla Sebcia i Lizzy, to będzie trochę słabo xD. 

Gdybyście się zdecydowali, to prace wysyłajcie na priv na fp: Czarna Róża Demona.
Albo  na maila: czarnarozademona@wp.pl

Miłego! :*



==================

— Co. Za. Idiotyczny. Pomyyysł! — krzyczał Grell Sutcliff, przekopując się przez stos ksiąg dzielących go od korytarza.
Przez ostatnie kilka tygodni nie robił nic innego oprócz szukania informacji. Cholerna nastolatka wymogła na nim obietnicę, a on z niewiadomego powodu nie chciał jej złamać. Zdawał sobie sprawę, że to kwestia przyjaźni, o której oboje milczeli, ale czuł się z samym sobą dużo lepiej, udając, że nie zna przyczyny swojej nienaturalnej wierności.
Siedział w Bibliotece Shinigami – w dziale z księgami, których nikt o zdrowych zmysłach nigdy nie przeglądał, co doskonale pokazywała gruba warstwa kurzu nieodzownie towarzysząca ciemnemu odcieniowi drewna merbau’u sprowadzanego specjalnie z terenów Indonezji. Położona na strychu czytelnia odpychała nie tylko pyłem, ale również straszną duchotą. Malutkie, okrągłe okno przy złączeniach spadzistego stropu nie wystarczało, by zapewnić świeże powietrze. A jakby tego wszystkiego było mało, w żadnej z ksiąg żniwiarz nie znalazł przydatnej informacji.

środa, 21 września 2016

Tom IV, LVII

Zgadnijcie co! Wczoraj o 20.50 blog osiągnął 140 tysięcy wyświetleń! Serdecznie Wam dziękuję! Nie sądziłam, że to minie tak szybko! Kiedy dobił do 100 tysięcy miałam ambicje zebrać 150 do końca roku, a tu taka niespodzianka! Jesteście wspaniali!!! <3 <3 <3

W ogóle dowiedziałam się w sobotę, że robię z siebie naukowca, bo użyłam w komciu sformułowania "jednostka czasu" w odniesieniu do man i der xDDDD. MÓWCIE MI: DOKTORKO NAMI PRZENAJMĄDRZEJSZA. Nie no, jaja sobie robię, gorączkę mam, zignorujcie tę część przedmowy najlepiej. Skupcie się na rozdziale i wyrażaniu swoich wrażeń po jego przeczytaniu xD. Loffki :*

PS Zwracam Waszą uwagę, że w tym rozdziale jakoś wybitnie dużo moralizowałam. Taka misja otwierania oczu na pewne, zdawałoby się - oczywiste, sprawy xD.

Miłego <3. 

======================

Po niespełna dwudziestu minutach zorientował się, że wszystkie białe plamy na niebie skojarzeniami w jakiś sposób nawiązywały do jego pani. Koło wózka inwalidzkiego, ametystowy medalion, który zawsze nosiła na szyi, a z którym łączyło się jedno z istotniejszych wydarzeń ich wspólnej historii, lodowy deser, który przygotował w ostatni piątek. Nie mógł przestać o niej myśleć. Martwił się, że służba nie podoła zadaniu, że Enepsignos postanowi po raz kolejny opuścić piekło i uprzykrzyć jej życie, a nawet, że zwyczajnie stanie się coś nieoczekiwanego, czemu nie sprosta żaden z domowników. Chciał jak najszybciej wrócić do domu, a jednak musiał siedzieć pod drzewem i czekać na jakiegoś podrzędnego wojskowego. Niesamowicie go to irytowało. To Samarel powinien czekać na niego, nie odwrotnie.

sobota, 17 września 2016

Tom IV, LVI

Jak pewnie zauważyliście, po półrocznej przerwie dodałam rozdział Kuroshitsuji Making Of. Nie jest to opowiadanie priorytetowe, dlatego je zaniedbałam. Mam mnóstwo innych zajęć, a to powstało właściwie pewnego letniego wieczora, kiedy miałam niezłą bekę. Dlatego nie spodziewajcie się częstych aktualizacji, bo po prostu jestem jedna, a i tak już robię zbyt wiele rzeczy. Jak się zaczną zajęcia, to będę musiała nieco przystopować. W każdym razie prawie udało mi się osiągnąć cel: przetłumaczyć wszystkie Kuroszowe DJ dostępne w necie w wersji angielskiej (poza tymi, które już zostały przetłumaczone - z małymi wyjątkami). 
Wiem jednak, że KMO Wam się podoba, widzę to po wyświetleniach i reakcjach na FP. Jeśli jednak chcecie, żeby pojawił się nowy rozdział, to tym razem będę atencyjną szują i powiem tak: jeśli ma być nowy rozdział, to muszą się pojawić komcie. Tak wiem, to zue i okropne, ale to moje "opko dorywcze", wiec co sobie będę żałować xD. Wszystko w Waszych rękach :*

PS Stworzyłam w Róży osobny upływ czasu w piekle, a Wy się do tego nie odnieśliście! Smutam! Tak się starałam stworzyć coś nieco bardziej oryginalnego, sensownego i nieszufladowego... Miałam nadzieję, że chociaż jedna osoba doceni, noooo. Dobra, koniec, pora na rozdział xD.

Miłego! :*

===========================

— Jo, panie. On to tak dba, panie, że jok żem chciał łod niego siekarke zagarnąć, to mje natłukł jego pies i tyle mje pomógł! — krzyknął barman.
— Te, Ed, ty se nie strzęp jęzora, ino browara mje podaj! Bzdur nie godoj laluni, bo i ucieknie i po sianie za nocleg będziesz jojczył cały księżyc! — odpowiedział siedzący przy oknie grubasek.
Jego stół zastawiony był pustymi kuflami i talerzami po jakimś tłustym jedzeniu, najprawdopodobniej dziczyźnie – sądząc po zapachu i kolorze resztek. Twarz mężczyzny przybrała lekko czerwony odcień, a jego błędny wzrok wyraźnie wskazywał na to, że miał już dosyć alkoholu. Nie przeszkodziło to jednak Edowi w doniesieniu mu kolejnego piwa – chęć wzbogacenia się wygrywała ze zdrowym rozsądkiem.

.