środa, 8 kwietnia 2015

Tom 2, XVII

Wiem, że późno! Wybaczcie, ale uczelnia bezczelnie postanowiła wznowić zajęcia już od dziś. >< Nie wiem, co oni sobie wyobrażają, że niby mam czas tam chodzić. :P
A tak poważnie... Po prostu kiepsko spałam i przed wyjściem nie dałam rady się zmobilizować. Na szczęście się udało i to całe 3 godziny przed deadlinem.
Także miłego czytania i do zobaczenia w sobotę. 
Mam nadzieję, że rozdział Was nie zawiedzie.

=========================

Zagrała to wręcz doskonale. Nie pozostawiła najmniejszych złudzeń, wzbudziła ogarniający serce niepokój i współczucie, które przejęło władzę nad młodymi umysłami. Wiedziała, że po takim wprowadzeniu nie zapytają o nic, bojąc się nadszarpnąć jej psychikę. Mina zbitego psa, którą opanowała do perfekcji lata temu, jak zwykłe nie zawiodła. Usiadła na podłodze, przy łóżku Bennyego, opierając plecy o ścianę. Przyciągnęła kolana pod brodę i uśmiechnęła się niewyraźnie. Niezręczną ciszę, którą za sobą przywlekła, przerywało jedynie miarowe tykanie zegara, odliczające sekundy do kolejnych lekcji.

                – Umiesz grać w karty? – Ben zebrał całą odwagę mieszczącą się w jego cherlawym ciele i zwrócił się do nowego członka paczki, wyciągając spod poduszki pudełko z talią Piatników.

Szlachcianka delikatnie kiwnęła głową i z zainteresowaniem przyglądała się zręcznym, podrapany dłoniom chłopca, które zdawały się zaklinać prostokątne kartoniki.

                – Skąd masz Piatniki? – zapytała, kiedy podał jej pięć sztywnych kartek.

                – Ukradłem matematykowi. Zeszłorocznemu – zaśmiał się, odpowiadając z niezwykłą lekkością, jakby kradzież była dla niego tak samo naturalna, jak oddychanie.

Nie towarzyszyły mu ani wstyd, ani poczucie winy. Z wysoko podniesioną głowa, zdawał się chełpić swoim czynem. Oczekiwał na gratulacje, zdziwienie, podziw. Hrabianka nie doświadczyła żadnej z tych emocji, jedynie żal tlił się gdzieś na dnie jej chłodnego serca. Przez chwilę poczuła się wręcz winna. Ile takich samych paczek zmarnowało się w jej rękach, służąc za budulec papierowych budynków, które układała zamiast wypełniać dokumenty? Coś, co dla niej było bardziej niż zwyczajne, dla blondyna posiadało wystarczającą wartość, by kradnąc ją, ryzykował wyrzucenie z ośrodka.

                Grali na zapałki. Dziecięca wersja hazardu uprawianego przez prawie cały dorosły świat, pożerająca czas, pieniądze i zdrowy rozsądek słabych psychicznie, wzbudzała w chłopcach wiele emocji. Licytowali się, walczyli, chwilami nawet denerwowali, nie zdając sobie sprawy ze zgubnych konsekwencji zabawy.

                – Sebastian pewnie by powiedział, że to nie przystoi – zaśmiała się w duchu Lizz, zgarniając wygraną.

Lubiła karty, nawet bardziej od szachów. Wydawały jej się ciekawsze ze względu na wartką akcję, którą w szachach ciężko było uświadczyć. Szachy – gra polegająca na walce umysłów, prześcigających się w niekończących się spekulacjach, przewidywaniu do kilkunastu ruchów na przód, gdzie na przesunięcie pionka o jedno pole można było czekać nawet parę godzin. Zdecydowanie wolała starcie na poziomie emocjonalnych pozorów. W pokerze liczyła się kamienna twarz, odrobina szczęścia i dobry blef. Uważała, że demon byłby mistrzem tej gry na światowym poziomie, gdyby tylko nie traktował jej, jako prostackiej rozrywki dla pustogłowych. Szachy były eleganckie, zaś karty… Na pewno nie pasowały do obrazu bogacza na poziomie.

                Podczas, gdy ciemnowłosi chłopcy z pokorą znosili przegraną, traktując grę, jako sposób spędzania czasu, Ben nie potrafił bagatelizować swoich potknięć nawet w czymś tak drobiazgowym. Z każdą straconą zapałką zaczynał nabierać rumieńców i coraz bardziej kląć pod nosem.

                – Dajmy już spokój, nudzę się – krzyknął nerwowo Benny, rzucając karty na podłogę.

Seth poszedł w jego ślady. Elizabeth przyglądała im się z zainteresowaniem, przez chwilę zastanawiając się, o co im chodzi. Kiedy ponownie popatrzyła na jedynego ze współlokatorów, który kurczowo trzymał przez sobą Piatniki, gnąc je w złości, rzuciła zebranym fulem w resztę kupki. Chociaż złotowłosy przez moment patrzył na nią z chęcią mordu, doszedł do siebie niezwykle szybko i śmiejąc się z zażenowaniem, przyznał kolegom rację.

Wybuchli śmiechem. Szczerym, głośnym i niekontrolowanym. Dopiero po kilku minutach, gdy od kakofonii głosów poczerwieniały im uszy, uspokoili się i zaczęli komentować minione zajęcia.

                – Mogę o coś zapytać? – Przysłuchująca się dotąd fioletowowłosa zdecydowała się zadać współlokatorom nurtujące od kilku godzin pytanie.

                – Dajesz! – Ben spojrzał na nią zaciekawiony.

                – Czy ofiary... Znaczy, czy zmarłych coś łączyło? – powiedziała nieśmiało, spoglądając na całą trójkę przez opadające na twarz kosmyki.

                – Wszyscy byli chłopakami i mieszkali w sierocińcu, o to ci chodzi? – Rezolutność Benny’ego zwaliła ją z nóg.

Uśmiechnęła się serdecznie i pokiwała przecząco głową, starając się zachować, jedynie zaciekawiony, ton głosu, by nie dawać im żadnych powodów do podejrzeń.

                – Nie o to mu chodziło, idioto! – Ben uderzył bruneta w tył głowy otwartą dłonią.

Chłopak zmrużył oczy i zaczął masować obolałe miejsce, jęcząc coś pod nosem. Między dwójką nastolatków wyniknęła niewielka sprzeczka. W tym czasie Seth, który badawczo przyglądał się nowemu członkowi ich grupy, odezwał się ledwo słyszalnie, nieznacznie przysuwając się do ciemnowłosego kolegi.

                Uczucie znajomego gorąca rozeszło się po całym ciele szlachcianki, gdy krzyżując nogi otarł jedną z nich o jej kolano. To nie było to samo nieprzyjemne uczucie, jakiego doświadczyła w drodze na stołówkę, skąd więc je znała?

Chłopak cały czas coś do niej mówił, ale nie mogła skupić się na jego słowach. Wciąż próbowała przypomnieć sobie, skąd znała przedziwne uczucie ciepła.

                – Sebastian! – powiedziała zaskoczona lekko podniesionym głosem, za sprawą którego oczy wszystkich chłopców zwróciły się ku jej bladej twarzy. – To znaczy… Chciałem wiedzieć, bo wiecie. Nie chcę być kolejną ofiarą.

                – Nikt cię nie wytypował… – mruknął Seth, wyraźnie obrażony.

W końcu o tym jej mówił przez cały czas, kiedy wbijała nieprzytomne spojrzenie w drewnianą podłogę.
                – Nie wytypował? – powtórzyła bezmyślnie.

                – Wszyscy trzej mieli ciemne włosy. Po śmierci Matta… – Głos Bennyego zadrżał, stając mi w gardle.

                – Po jego śmierci zgadywaliśmy, kto będzie następny. Jedynym warunkiem był kolor włosów. To była jedyna charakterystyczna rzecz w tym debilu. – Wsparł go Ben.

                – Nie powinieneś tak mówić o zmarłym – zwrócił mu uwagę złotooki, przepraszająco spoglądając na hrabiankę, starając się ukryć wstyd wstępujący na twarz.

                – Był idiotą. To, że teraz jest martwym idiotą, niczego nie zmienia – bronił się blondyn, z obrażoną miną odwracając głowę od przyjaciela.

                – Kto wytypował zwycięzców? – zapytała pewniejsza siebie hrabianka, podtrzymując konwencję rozmowy przywódcy.

                – Mały Martin – wyjaśnił zazdrośnie, jakby sam chciał być prorokiem śmierci, albo jakby żałował, że nie umarł wybrany przez niego kolega.

Elizabeth spojrzała na niego pytająco i wzruszyła ramionami.

                – Niski, ciemnowłosy chłopak, z którym nikt nie chce mieć nic wspólnego. Często siedzi u medyka, tylko on chce z nim rozmawiać.

                – Pasują do siebie, dwa przerażające dziwadła, brrr. – Benny zadrżał teatralnie.

                – Mały Martin, medyk… To na razie wystarczy – postanowiła w myślach i zmieniła temat, prowokując żartobliwą sprzeczkę.

Przebywanie wśród osieroconych chłopców, z każdą chwilą coraz bardziej na nią oddziaływało. Miała wrażenie, że otaczający jej serce mrok blednie przy blasku ich szczerych, prostych uśmiechów, nie prowadzących do niczego więcej, jak do dobrej zabawy. W towarzystwie demona też zdarzało jej się śmiać, nie mogła powiedzieć, by całe życie spędziła ze skwaszoną miną, użalając się nad swym tragicznym losem. Ale z nim było inaczej. Zawsze czuła niewidzialną blokadę, trzymającą w ryzach nawet jej nastrój. Sebastian oceniał ją, wychowywał, pilnował, karcił, a wreszcie bronił i oczekiwał, że kiedyś wreszcie odda się w jego szpony. Oczekiwał na dzień, kiedy będzie mógł pozbyć się cielesnej powłoki, skrywającej jedyną wartościową dla niego materię. Poza tym, Sebastian był tajemniczy. Nigdy się po prostu nie uśmiechał. Każdy, nawet najdrobniejszy, ruch mięśni na jego twarzy zawsze niósł ze sobą ukryte znaczenie. Chociaż uwielbiała odkrywać jego myśli i intencje, czasami była tym zmęczona. Marzyła, by kiedyś na gładkiej, bladej twarzy demona pojawił się prosty uśmiech, którego jedynym przesłaniem byłby wyraz zadowolenia. Mogła być to także kpina, Lizz nie była wybredna. Każdy jednowymiarowy, niewerbalny sygnał byłby wystarczająco dobry.

                Rozłąka, chociaż tylko pozorna, i towarzystwo ludzi, którzy potrafili zrozumieć niektóre jej zachowania lepiej, niż kamerdyner byłby kiedykolwiek w stanie, nawet gdyby przeczytał wszystkie naukowe publikacje na temat emocji, dawała hrabiance zupełnie nowe spojrzenia na relacje, ją z nim łączyła. Wciąż była ważną, jeżeli nie najważniejszą, więzią w jej życiu, ale zobaczyła, z jak wielu składała się niedociągnięć, o których istnieniu wcześniej nawet nie pomyślała.

                Skrzeczący głos z korytarza, niesiony wraz z tonem dzwonów po wąskich korytarzach budynku, oznaczał początek kolejnych zajęć.

                – Co teraz? – Głupio było jej się przyznać, ale nie przywiązała zbytniej uwagi do planu lekcji.
Chociaż wcale nie musiało być jej głupio, była tutaj tylko z powodu Jej Wysokości Królowej! Chyba zaczynam się za bardzo wczuwać.

Będziemy malować, albo rysować, coś takiego – wyjaśnił blondyn.  

Wstała wraz z kolegami, by wspólnie spotkać się z resztą wychowanków pod drzwiami sali plastycznej.
                Lekcję prowadziła młoda, piękna kobieta. Brunetka o wielkich oczach kasztanowego odcieniu. Miała na sobie szarą tunikę przepasaną czarną wstęgą, która podkreślała jej ponętne, kobiece kształty. Wszyscy chłopcy patrzyli na nią pożądająco, z uchylonymi ustami, nie zwracając uwagi na jej słowa, za to doskonale widząc pełne, rubinowe wargi, które delikatnie przygryzała, zastanawiając się nad końcówką kolejnego zdania.

                – Zbędny trud – westchnęła fioletowowłosa.

Nie ukrywała zniechęcenia. Poza wyglądem, który przykuwał wzrok mężczyzn i wzbudzał zazdrość, jej wiedza o sztuce była porażająco niska. Gdyby Elizabeth nie była zmuszona udawać nieobytej sieroty, już po pierwszym zdaniu doprowadziłaby kobietę do płaczu. Deyton – zabawne nazwisko. Nastolatka była ciekawa, czy lektorka miała jakiś dyplom, potwierdzający jej kompetencje, chociaż to było właściwie nieistotne. Kobieta zwyczajnie ją denerwowała.

                Kiedy nauczycielka wreszcie przestała mówić, machnęła kilka razy rękami, przywracając świadomość zahipnotyzowanym chłopcom i zleciła im szkicowanie martwej natury. Sztalug było jedynie pięć, dlatego wszyscy rysowali na trzymanych w dłoniach kartkach, bez żadnego podparcia, wątpliwej jakości przyrządami. Szlachcianka nie była mistrzynią rysunku, ale nie zamierzała się błaźnić. Kobieta wzbudzała w niej złość, musiała jej więc pokazać, że jest dobra. Że nie może jej lekceważyć, że nie może zbliżać się do JEJ kolegów, do JEJ kamerdynera.

                – Zaraz, że co? – Potrzasnęła głową z niedowierzaniem. –  O czym ja myślę? – dziwiła się, krzycząc na kłębiące się w umyśle słowa.

Ciche głosy szeptały, jeden przez drugi, słowa zazdrości. Tylko, dlaczego miała odczuwać coś tak irracjonalnego? Nie zależało jej na chłopakach, na pewno nie w takim sensie. A Sebastian? Jego nie interesowały ludzkie romanse, jedynie dusza kobiety mogłaby wzbudzić w nim jakiekolwiek zainteresowanie. Mogłaby? Czy cycata nauczycielka była dla niej konkurencją?

                – Masz na imię Eddy, prawda? – Jej wewnętrzne rozterki przerwał ten sam, słodki głos, który wcześniej, przez parę minut, bezcześcił pamięć najwybitniejszych malarzy.

Podniosła wzrok znad kartki i posłała kobiecie zirytowane spojrzenie.

                – Tak – odparła krótko, tonem głosu dając nauczycielce do zrozumienia, że nie ma ochoty rozmawiać, jednak ona wydawała się tego nie zauważać. Albo bezczelnie to ignorowała.

                – Masz wielki talent – kontynuowała, dokładnie przyglądając się kilku jabłkom skąpanym w głębokim cieniu firany, które nakreśliła hrabianka.

Na pochwalę Elizabeth zareagowała zakryciem swojego obrazka. Burknęła pod nosem, że praca nie jest jeszcze skończona i odwróciła się tyłem do kobiety, czekając aż odejdzie. Ta zaśmiała się rozbawiona, do reszty wyprowadzając nastolatkę z równowagi.

                – Jesteś bardzo nieśmiały i wrażliwy. Prawdziwa dusza artysty – dodała blondynka, krocząc w głąb pomieszczenia.

                – Nic dziwnego że tak sądzisz, skoro tylko ja tu rysuje, zamiast gapić się na twój tyłek – prychnęła, zakańczając myśl.

Skupiła się na rysunku, póki rany na dłoniach znów nie zaczęły dotkliwie piec. Któraś z sierot zaproponowała, że zaprowadzi ją do medyka. Odmówiła. Nie zamierzała rozczulać się nad tak powierzchownymi skaleczeniami.  Nie chciała też rzucać się w oczy mężczyźnie, który prawdopodobnie mógł mieć związek z morderstwami.

                Pod koniec zajęć nauczycielka zebrała wszystkie rysunki. Zamierzała je przechować do kolejnej lekcji, która miała się odbyć za dwa dni. Szlachcianka zdążyła skończyć szkic. Wizja spędzenia kolejnej godziny na rysowaniu od nowa tego samego, podczas gdy chłopcy będą walczyć z instynktem, próbując skupić się kartce zamiast na ciele nauczycielki, nie napawała jej optymizmem. Co gorsza, następne zajęcia prowadził Sebastian, co oznaczało, że po raz kolejny będzie zmuszona słuchać, jak z wyższością wymawia przepełnione syczeniem słowa w języku, z którego nikt normalny już przecież nie korzystał. Będzie się chełpić i patrzeć na nią ze złośliwym uśmiechem, a ona nawet nie będzie mogła go zwyzywać – przerażająca wizja.

                – Eddy, co jest? – zapytał Seth, pochylając się nad kolegą z szerokim, głupawym uśmiechem przyklejonym do twarzy.

Jej wyraz twarzy zupełnie nie pasował do tego, co dotąd sobą prezentował. Zdawał się typem cichego myśliciela, uważnie przebierającego w słowach. Tym czasem, obecnym zachowaniem przypominał nieudolne skrzyżowanie Bena i Benny’ego.

                – Nie cierpię łaciny – odparła zgodnie z prawdą, cedząc słowa przez zaciśnięte zęby.

                – Ja też, ale uwielbiam sztukę! Przez te zajęcia zawsze mam dobry humor, dlatego jakoś udaje mi się znieść ten bełkot – mówił jak nakręcony.

                – Sztukę, czy muzę, pannę Deyton? – zakpiła.

Chłopak wydał się lekko oburzony, ale uśmiech nie zniknął z jego twarzy.

                – Oczywiście, że sztukę. Nauczycielka mnie drażni. Tak jak ta pieprzona łacina… Po co uczyć języka, którego nikt normalny nie używa? – zapytał oburzony, podnosząc głos.

Elizabeth popatrzyła na niego zaskoczona, po czym roześmiała się. Nie rozumiał, ale udzielił mu się jej zaraźliwy chichot.

                – Zawsze to powtarzam! – wyjaśniła mu, kiedy odrobinę się uspokoiła.

Byli już pod drzwiami. Ciemnowłosa poczuła na sobie zainteresowane spojrzenie demona. Przyglądał się uważnie, ze zmarszczonymi brwiami, obdarzając Setha nieprzyjemnym grymasem. Poprawił okulary i wskazał dłonią wejście.

                Gdy wszyscy znaleźli się w środku, nauczyciel zamknął drzwi z głośnym hukiem, stanął na katedrze i uderzył dłońmi o stół. Wszyscy zamilkli, słychać było jedynie nerwowe przełykanie śliny. Napawał się ich przerażonymi spojrzeniami.

                – Ufam, że nie muszę przypominać, jaka czeka was kara na złe zachowanie? – zapytał, uśmiechając się w niepokojący sposób, który u dorosłego człowieka był w stanie wywołać ciarki.

Co robił z ciałami dzieci, strach było pomyśleć. Tylko jeden uczeń, będący w gruncie rzeczy uczennicą, zachował całkowity spokój, ostentacyjnie poprawiając bandaż na lewej dłoni. Dziewczyna dawała mu znać, że przez najbliższe półtorej godziny ma dać jej spokój. Skorzystała z niepewności, w której trzymała go od poprzednich zajęć – wiedziała, że to był dobry ruch. Uśmiechnęła się pod nosem i czekała na jego kolejne słowa.

                Uparty, niezwykle bezczelny wzrok nastolatki, jednoznacznie przekazywał mu prostą wiadomość. Dlaczego pozwalał sobie na takie traktowanie? Ludzkie dziecko powinno drżeć przed nim w spazmach strachu, a nie mierzyć go kpiącym spojrzeniem z ironicznym uśmiechem na wąskich, bladych wargach. Bił się w myślach z mieszanką irytacji i poczucia winy, które opanowały jego umysł. Po chwili, zorientowawszy się, że bezczynnie stoi, trzymając zaciśnięte w dłoni narzędzie tortur, odchrząknął i zwrócił się do grupy zaniepokojonych sierot.

                – Terencjusz – zaczął słowami, które nie wzbudziły na twarzach chłopców nawet cienia zrozumienia. – Rzymski komediopisarz, tworzący fabula palliata. Jego dzieła zdominowała tematyka miłosnych przeżyć, rozłąka, odnajdywanie i rozpoznawanie siebie. Proszę wymienić tytuły jego prac – ciągnął dalej, czując, że jego zadanie przerasta kilkukrotnie nikłe umiejętności prostych dzieci.

Nie mylił się, na twarze młodzieńców wstąpiło przerażenie i pustka. Sebastian westchnął opuszczając ramiona, gotowy w swej rezygnacji zwyczajnie dać im do tłumaczenia krótki kawałek utworu, porzucając ambitny plan zaszczepiania odrobiny klasycyzmu w ich nieoczytanych umysłach.

Jeden z uczniów nieśmiało podniósł rękę. Demon nawet nie śmiał mieć nadziei, że pragnie odpowiedzieć na pytanie. Raczej chciał wyjść do łazienki, ewentualnie narazić się na brutalną reprymendę.

                – Słucham Fredricku? – powiedział spokojnie, przyglądając się otyłemu, rudemu chłopcu.
Nastolatek poprawił zsuwające się okulary.

                – Przepraszam, profesorze Michaelis, ale co to znaczy … – przerwał na chwilę, spoglądając na notatki – fabula palliata? – dokończył.

Przez chwilę, lokaja ogarnęło niesamowite zdziwienie. Nie przypuszczał, by wśród bandy nieokrzesanych nastolatków myślących jedynie o zabawie, znalazł się młody umysł rządny prawdziwej wiedzy.

                – To niewiele więcej, niż rzymska odmiana greckich sztuk nowej komedii – wyjaśnił, pozwalając sobie na uśmiech zadowolenia.

Chłopak podziękował cicho i zapisał coś na arkuszu szarego papieru.

                – Dziewczyna z Andros, Eunuch, Bracia – to tylko kilka przykładów – kontynuował poprzedni wątek, czując, że po raz pierwszy od kilku lat kogoś szczerze interesowało, co miał do powiedzenia na ten temat. – Za chwilę rozdam wam kawałek jednej ze sztuk. Do końca zajęć macie przetłumaczyć tekst i wychodząc z sali, złożyć kartki na biurku – oznajmił stanowczo.

Z dolnej szuflady drewnianego mebla wyciągnął plik kart zawierających słowa, przy których spisywaniu osobiście uczestniczył. Uśmiechnął się, wspominając drżącą dłoń autora ogarniętego euforią, kiedy kończył tworzyć swój pierwszy tekst.

Po wnętrzu pomieszczenia rozniosło się echo niezadowolonych szeptów. Demon podszedł do pierwszej ławki i spoglądając złowrogo na siedzącego przy niej Dominicka, uderzył kartką o pulpit jego stolika. Wszyscy zamilkli, dławieni kolejną falą strachu.

                Kiedy mijał siedzenie swojej pani, dostrzegł słowa, napisane koślawymi, dużymi literami, które obróciła przodem do niego. „Następne zajęcia są jutro. Myślę, że możemy zgodnie uznać, że zaliczyłam pracę na maksymalną ilość punktów?” Spojrzał na twarz szlachcianki, ozdobioną krnąbrnym uśmiechem. Skinął głową w niemocy, potwierdzając jej przypuszczenia i wrócił na swoje miejsce zwyczajnym, sprężystym krokiem, jakby wszystko było normalnie.

~*~

                – Jezu, ten człowiek się nad nami znęca! – jęczał zdenerwowany blondyn, gdy głośno tupiąc, wraz z kolegami zmierzał do ich małego pokoju.

                – Nie zaliczę tego… – burknął pod nosem przybity Seth, spuszczając wzrok. Przymknął błyszczące złotem oczy i nerwowo przygryzł dolną wargę. – Mam nadzieję, że nie będzie nas bić, jak ten poprzedni – dodał, wzbudzając zainteresowanie fioletowowłosej, która beztrosko kroczyła obok nich, bawiąc się w kieszeni spodni metalowym guzikiem. – Jego ciosów możemy zwyczajnie nie przeżyć… – szepnął, jakby bał się, że jego słowa nabiorą mocy, a krótkie życie zakończy się za niecałą dobę.
Elizabeth poklepała go po plecach, po chwili dziwiąc się sama sobie, z jaką łatwością dotknęła jego ciała, nie czując obrzydzenia.

                – Na pewno nie. Nie wygląda na takiego – podtrzymywała chłopaka na duchu, zapamiętując sobie, by dobitnie wytłumaczyć lokajowi, czego ma NIE zastosować, jako kary na jej nowych znajomych.

Dotarli do sypialni. Rozsiedli się na materacach, by chwilę odpocząć, widocznie mając w planach coś interesującego. Szlachcianka posłała nienawistne spojrzenie górnemu posłaniu, na które nie odważyła się wdrapać od samego rana i opadła na krzesło udając, że nie potrzebowała odpoczynku.

                – Nie lubisz spać na górze? – zauważył Benny, który dzielił z nią dolne łóżko piętrowej konstrukcji.

                – Nie bardzo… – przyznała skruszona. – Mam lęk wysokości. – Mam? Sama nie wiem. Właściwie… po prostu przeraża mnie spanie tak wysoko, na dodatek to takie niewygodne.

                – Okej, zamienię się z tobą. – Chłopak zaśmiał się, chwytając oburącz brzuch, by podkreślić, jak bardzo bawił go lęk kolegi.

Normalnie, Elizabeth byłaby zła, uniosłaby się dumą i odmówiła pomocy, ale w tym wypadku stawka była zbyt wysoka – chodziło o jej komfort psychiczny, a koledzy, właściwie członkowie tajemnego paktu, nie mieli pojęcia, kim była naprawdę, więc wstyd właściwie nie należał do Elizabeth Roseblack, a do sieroty Eddy’iego.

                – Dziękuję – odpowiedziała, delikatnie pochylając głowę.

Chłopak natychmiast zeskoczył z materaca. Machnął dłonią i zaczął zrzucać świeżą pościel wprost w ręce hrabianki. Złapawszy, ułożyła ją w rogu swojego nowego posłania i podała brunetowi tę, która należała do niego. Po kilku chwilach, dziewczyna relaksowała się na bezpiecznej wysokości, czując jak sprężyny materaca wbijają się w jej chude plecy. Warunki panujące w sierocińcu były diametralnie inne od tych, do których przyzwyczaiła się przez ostatnie lata. Wciąż jednak miała w pamięci skąpane w ciemności wspomnienia z czasów, kiedy śpiąc na zimnej, kamiennej podłodze, każdą chwilę poświęcała modląc się o śmierć. Do Boga, który nigdy nie istniał, bo jak ktoś mógł zostawić dziecko w takim stanie, być głuchym na rozpaczliwe błagania o ratunek? W porównaniu z bólem, który wtedy przeżywała, kilka metalowych sprężyn było niczym.

                – Na co czekacie? – zapytała w końcu, nie mogąc dłużej znieść narastającej niepewności.

                – Na przesyłkę od znajomego z zewnątrz – odparł tajemniczo Ben.


                – Przesyłkę? – drążyła, nie dając za wygraną. 

3 komentarze:

  1. He heeeee! Pierwsza! XD Nie no, ja chcę więcej!!!
    Aż taki pewien pomysl mi strzelił do głowy...
    I Lizzy zaczyna sobie przypominać! Ja chce romans. Tak mi brakuje tego czasu, jak Seba był z nią w posiadłości :(
    Do soboty!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ooooo, robi się ciekawie *^*
    Rozwala mnie zachowanie Elisabeth na lekcjach z Sebastianem xD Serio: takie; Pamiętaj, gdzie twoje miejsce. Mrr
    Coś mi się wydaje, że to jej kolegowanie się nie skończy się dobrze... Seth coś już chyba podejrzewa, a tajemniczość reszty też jest dziwna. Ale pewnie nadinterpretuję ^^
    Nie mogę się już doczekać kolejnej części! :D

    Powodzenia na uczelni, duużo weny i spania :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe dziękuję. Uczelnia jest zua, bo kradnie czas xD
      Nic Ci fabuły nie zdradzę, trzeba czekać :P
      A Seba nie może się nazbyt panoszyć, bo jakby to tak!^^

      Usuń

.