środa, 6 maja 2015

Tom 2, XXV

Na początek, chciałabym Wam wszystkim podziękować. Stuknęło 10000 wyświetleń! 
Także: DZIĘKUJĘ!!! <3
A jeśli chodzi o notkę... Robię sobie betę, robię i robię i nagle czytam takie coś:
"
Skinął głową i bez słowa zniknął na rogiem wąskiego korytarza, zostawiając dziewczynę z jeszcze większym majndfakiem niż dotychczas"
Pamiętam, że tamtego dnia, kiedy powstała ta część opowiadania, a było to na kilka dni przed sylwestrem, byłam już zmęczona i nie miałam pomysłu, co tam wstawić. "Poprawię później" w końcu nadeszło, ale nie powiem, żebym się nie uśmiała czytając o majndfakach. :)
Miłej lektury.

======================

                – Dlatego, kiedy przebijemy się przez linię wroga, Ben i Benny ruszą z obu stron odwracając uwagę pozostałych za murem, wtedy zaatakujemy znów frontalnie i rozgromimy ich nędzny obóz! –krzyczała Elizabeth, z zaciśniętymi pięściami tłumacząc swojej grupie taktykę.

Sam pomysł nie należał do specjalnie oryginalnych, czy nad wyraz przebiegłych. Właściwie, był dosyć idiotyczny, ale stwarzał przy tym wiele okazji do konfrontacji, do obrywania ciężkimi, śnieżnymi bryłami po twarzy i tarzania się w białym puchu.

                – Nie podchodzisz do tego trochę zbyt poważnie? – zapytał Seth, poprawiając naciągniętą na uszy czapkę.

Lubił takie gry, ale nie potrafił zrozumieć jej zaangażowania. Mógł przyjąć, że chciała skorzystać z okazji, będąc sama pewnie nie miała zbyt wiele szans na taką zabawę, ale tworzenie całej zawiłej taktyki, jego zdaniem psuło spontaniczność i nadawało zabawie zbyt poważny charakter, który kojarzył mu się z zajęciami wychowania fizycznego, a takie czekały na nich jeszcze tego dnia.

                – No co ty! To jest wojna! – odparła entuzjastycznie, w jej tęczówkach tliły się iskierki podekscytowania.

Chłopak przewrócił oczami i odpuścił. Wiedział, że niczego nie wskóra. Reszta ich dwunastoosobowej drużyny wyglądała na równie podekscytowaną, co jego udająca chłopca koleżanka. Nie pozostawało mu nic innego jak dostosowanie się do sytuacji.

                – Zaczynamy na trzy! – krzyknął Dominik, stojący po drugiej stornie ogrodu za świeżo ulepionym, sięgającym ledwie do pasa, śnieżnym murem.

Ktoś z jego drużyny rozpoczął odliczanie. Po chwili, dziesiątki białych pocisków zaczęły lecieć w obie strony w akompaniamencie wojennych okrzyków i nerwowo wydawanych poleceń. Ciemnowłosy zaczął lepić kule i rzucać nimi w ślad za kolegami.

                Elizabeth szalała z radości. Biegała tam i z powrotem zręcznie unikając kolejnych uderzeń. Wraz z Benem i innym blondwłosym mieszkańcem przytułku, którego imienia nie pamiętała, nacierała na obóz przeciwników od lewej strony. Przeskoczyła przez barykadę i zaczęła wcierać śnieg w twarz drobnego, zielonookiego chłopca, który głośno piszcząc, zwijał się ze śmiechu. Wydawało się, że zabawa nie mogła potoczyć się lepiej. Nie chodziło nawet o wygraną. Nigdy dotąd Lizz nie brała udziału w czymś takim. Nie rzucała się na człowieka z głośnym okrzykiem, nie przewracała go jedynie dla zabawy. W jej rzeczywistości coś, co dla nich było zwyczajnie, było czymś wyjątkowym. Zawsze, gdy atakowała jakąś istotę, przyświecał jej tylko jeden cel – pobić, pojmać, zabić. Niezwykła odmiana napawała jej serce beztroską radością.

                Z cudownego świata normalności, młodą szlachciankę wyrwał przerażający, gardłowy wrzask. Poczuła przypływ adrenaliny. Momentalnie ruszyła w stronę leżącego w śniegu, wątłego chłopca. Czerwień wsiąkająca w jasny puch zszokowała ją. Rozbita beztroską ciemność ponownie chwyciła jej ciało w szponiaste objęcia. Uczucie było wyjątkowo dotkliwe, mogłaby przysiąc, że doświadczyła fizycznego bólu towarzyszącego wizualizacji umysłu. Drżąc, upadła na kolana tuż obok chłopca z rozszerzonymi źrenicami wpatrując się w karmazynowe kryształki rozprzestrzeniające się wokół głowy chłopaka.

                – Co się stało? – krzyknęła roztrzęsiona.

Sieroty popatrzyły po sobie szemrając po cichu.

                – W śnieżce był kamień – krzyknął ktoś ze środka tłumu.

Powiodła wzrokiem po najbliższym otoczeniu. Niecałe pół metra od głowy jęczącego spazmatycznie nastolatka, w bryłce śniegu, błyszczał zakrwawiony, ciemnoszary kamień.

Hrabianka podniosła się w kolan i ciężkim, powolnym krokiem podeszła do znaleziska.

                – Zawołaj Michaelisa – warknęła, spoglądając na Setha.

Chłopak skinął głową i pobiegł do wnętrza budynku.

Szlachcianka stanęła tuż nad bryłą, schyliła się i chwyciła ją w dłoń.

                – Kto to zrobił? – wycedziła przez zęby, wyciągając rękę przed siebie.

Wszyscy odwracali wzrok, zarówno od narzędzia zbrodni jak od wijącego się z bólu kolegi, przy którym klęczał Benny, drżącym głosem szepczący słowa otuchy.

Rozwścieczona nastolatka rozglądała się morderczo, zaciskając palce na kawałku skały.

                – Ja – usłyszała znajomy, niski głos.

Dominick wystąpił z tłumu. Patrzył na nią z kpiną, zupełnie nie przejmując się tym, co zrobił.

                – To wojna, wszystkie chwyty dozwolone – zaśmiał się szyderczo.

Nie wytrzymała. Wyrzuciła trzymany w dłoni przedmiot i podeszła do wyrośniętego chłopaka. Zamachnęła się i z całą siła uderzyła go w brzuch. Osiłek zgiął się wypluwając ślinę z ust. Objął dłońmi obolałe miejsce i przeciągle syknął. Nim zdążył się wyprostować, dziewczyna wyprowadziła kolejny cios, celując w jego szczękę. Chwiejnie zrobił kilka kroków w tył. Splunął krwią, przetarł usta i warknął niczym rozjuszony pies.
Z impetem powalił ją na ziemię, boleśnie uderzając pięścią w kość policzkową przeciwniczki. Z rozcięcia na skórze zaczęła obficie sączyć się krew. Ben dopadł do chłopaka. Próbował go odciągnąć, jednak ten zapachnął się energicznie odpychając blondyna w tył. Upadł z cichym jękiem.

                – Jesteś żałosny – wycharczała szlachcianka.

Zwinnym ruchem, którego nauczyła się podczas jednego z treningów, wyswobodziła się z uścisku Dominicka. Odskoczyła w tył przyjmując pozycję obronną w oczekiwaniu na jego kolejny ruch. Ruszył na nią bez zastanowienia, wystawiając się na szybkie, celne uderzenie w zgięcie kolana. Ukląkł. Po chwili znów stanął na nogi zaskakując hrabiankę uderzeniem od boku. Cios rozjuszył ją jeszcze bardziej. Przestała czuć pulsujący policzek, piekące dłonie, których rozcięcia musiała nadwyrężyć, również ginęły w miarę jak dudnienie w jej głowie stawało się coraz bardziej nieznośne. Zamknęła oczy, próbując je uciszyć.

                – Eddy, uspokój się! – Usłyszała stanowczy głos, dobiegający z oddali.

Kiedy otworzyła oczu, zobaczyła twarz Sebastiana. Dopiero po chwili zorientowała się, że leżała przyparta do ziemi. Demon krępował jej ręce mocnym uściskiem.

                – Co się stało? – zapytała nie zważając na srogi wyraz jego twarzy.

                – Straciłaś kontrolę – szepnął, przeszywając ją chłodnym spojrzeniem. – To chyba ty powinieneś mi wyjaśnić, młody człowieku? – warknął teatralnie.

Pomógł protegowanemu wstać i chwycił materiał jego okrycia. Drugą ręką chwycił Dominicka i zaciągnął oboje do swojego gabinetu, prosząc wcześniej wszystkich pozostałych o dyskrecję.

~*~

                – Co z dzieciakiem? – dopytywała, próbując wyrwać rękaw marynarki z żelaznego uścisku kamerdynera.

Milczał, ignorując pytania i jęki obojga z nich. Wepchnął ich do wnętrza pokoju i z głośnym hukiem zatrzasnął drzwi.

                – Jak myślicie, co teraz zrobię? – zapytał ze srogim wyrazem twarzy, siadając za biurkiem.
Splótł dłonie i oparł na nich podbródek.

                – Pobije nas pan? – zapytał osiłek, zachowując pełną powagę.

Demon westchnął. Widząc jego reakcję, dziewczynie chciało się śmiać. Wiedziała jednak, że nie był to czas, ani miejsce na takie zachowanie. Był zły. Był wręcz rozwścieczony. Tym razem nie miała szansy wyłgać się, ani uciec. Gdy tylko odegra scenę surowego nauczyciela, zacznie się prawdziwe piekło.

                – Pobiliście się wystarczająco – odparł. – Nie mogę tego tak zostawić, dlatego każdy z was przez kolejny miesiąc w trakcie przerw będzie pomagał obsłudze – zarządził.

Dominick wstał, gdy tylko usłyszał werdykt. Odwrócił się w stronę drzwi i ruszył naprzód, nie pytając o pozwolenie. Nauczyciel ani myślał go zatrzymywać. Szlachcianka przez chwilę chciała zrobić to samo, lecz chłodne spojrzenie kamerdynera powstrzymało ją nim zdążyła drgnąć. Drzwi zamknęły się z trzaskiem. Zapanowała niezręczna cisza.

                – Nie powinnaś zaniedbywać treningów. Takie są skutki – mówił spokojnie Michaelis, nie spuszczając wzroku ze swojej poobijanej pani.

Jego srogie spojrzenie zatrzymało się na czerwonych policzkach dziewczyny. Wiedziała, co próbował zrobić. Chciał wzbudzić w niej poczucie winy, jednak ona nie czuła się niczemu winna. Zrobiła to, co powinna – ukarała zbira za nieczyste zagranie. Łamanie zasad powinno być karane, co z tego, że wymierzenie sprawiedliwości również nie było zgodne z regulaminem, pobudka była szlachetna.

                – Daruj sobie – burknęła, kiedy otworzył usta. – Mów lepiej, co z dzieciakiem – dodała rozkazującym tonem.

Demon uparcie wpatrywał się w nią nie zamierzając odpuścić. Jego ojcowskie podejście niesamowicie irytowało nastoletnia hrabiankę. Czy przypadkiem nie ona była tutaj panią? Zdawało jej się, że brunet zapomniał o swojej prawdziwej roli, za bardzo wczuwając się w odgrywaną postać nauczyciela.

                – Doprawdy, czego ty chcesz? Mam przepraszać? Nie zamierzam. Jeśli nie powiesz mi, co z chłopakiem, dowiem się tego sama – powiedziała hardo, próbując go sprowokować.

Westchnął.

                – Nic mu nie jest, to była powierzchowna rana – wyjaśnił niechętnie. – Jeśli następnym razem nie załagodzę sytuacji, co zrobisz? Zabijesz przypadkowego dzieciaka?  Z więzienia będzie ci się ciężko zemścić, panienko… – wycedził.

Widziała złość płonącą w jego przymrużonych oczach. Młoda, rozluźniona twarz przystojnego anglika, zwieńczona głębokim, dojrzałym spojrzeniem, które zdawało się przeszywać jej duszę. Zaparcie przystawała przy swoim, dopowiadając na niepokojący wyraz twarzy służącego zacięta miną. Skrzyżowane na piersi dłonie delikatnie drżały, nieznacznie się pocąc. Denerwowała się, jednak nie zamierzała dać mu wygrać. Była pewna swojej racji bez względu na konsekwencje. Nie mogła pozwolić na taką niesprawiedliwość.

                – To dobrze, widzimy się wieczorem, na razie – powiedziała z udawaną lekkością, wstając z krzesła.

Demon uderzył dłońmi w blat również stając na nogi. Ogarnęła go furia. Lizz popatrzyła na niego zszokowana. Już kiedyś widziała ten wyraz na jego twarzy, dawniej. Kilkakrotnie, kiedy jej życiu zagrażało niebezpieczeństwo. Tak wyglądał, kiedy rzucał się na przeciwnika rozrywając jego ciało na strzępy. Zupełnie inne demoniczne oblicze zamknięte w cherlawym ludzkim ciele. Ten widok napawał ją grozą. Zawsze dziękowała w duchu, że nigdy nie obdarzył jej tym nienawistnym spojrzeniem. Do tej chwili.

                – Sebastian! – podniosła głos, nieudolnie odgrywając rolę oburzonej pani.

Mężczyzna pochylił się w jej stronę. Napięte mięśnie na jego twarzy drżały delikatnie obnażając ogarniającą go furię.

Odsunęła się w tył, zrzucając wszelkie skrywające uczucia maski. Drżała nie wiedząc, czego powinna się spodziewać. Niepewność, która ogarnęła jej serce, przypomniała bolesne wspomnienia. Miała wrażenie, że tonie w ciemnej głębi szkarłatnych oczu.

                – Przestań zachowywać się jak rozwydrzony bachor. Jestem oddanym arystokratce demonem, do cholery, nie niańką pięciolatki. Nie wyobrażasz sobie za wiele, dziewczynko? – sączył powoli nienawistne słowa.

Była nieostrożna i porywcza. Wiedziała, czym może grozić utrata świadomości. Wiedziała, że każde zachowanie ma swoje konsekwencje, a jednak mimo to, wciąż potrafiła zachować się tak idiotycznie. Jakby wydawało jej się, że lokaj załatwi za nią wszystko. Naprawi każdy błąd, pobije każde dziecko, które zabierze jej zabawkę i wytrze zakatarzony nos. Nie darzyła go najmniejszym szacunkiem. To nie dlatego… Ale cóż innego mógł jej rzecz? Że jego serce zabiło szybciej, czując zapach jej krwi? Że obawiał się najgorszego? Że odetchnął z ulgą widząc jak na oczach kilkunastu świadków, w morderczym amoku okłada pięściami nieprzytomnego nastolatka?

                Otworzyła usta, usiłując wydobyć z siebie głos. Jego słowa zdawały się ranić delikatną duszę. Przeszywające igiełki przebijały zastygłe ze strachu serce. Bała się go. Chociaż nie potrafiła przyznać nawet przed samą sobą, napięte mięśnie przygotowujące ciało do ucieczki nie kłamały. Jeden nagły ruch był w stanie wywołać natychmiastową reakcję. Czysty instynkt – uciekać przed drapieżnikiem. Nie dostrzegała tego wcześniej, tego jak bardzo mógł być niebezpieczny. Chociaż nie raz myślała, że szarga się na jej życie, podświadomie czuła, że to nie było to. Ale tym razem było inaczej.

                – Zawiodłam cię… – szepnęła, nie odważywszy się na pytający ton.

Nie była pewna, o co tak naprawdę mu chodziło, za kipiąca w mężczyźnie wściekłość była bardziej niż boleśnie oczywista.

                – Ty – warknął, jednak ściskające uczucie w gardle powstrzymało kolejne słowa.

Odchrząknął, rozluźniając się. Jej żal momentalnie rozwiał całą wrzącą w nim złość. Miejsca ustąpiła jej frustracja. W stosunku do dziewczyny nie potrafił być stanowczy. Wszystkie błędy, cała jej lekkomyślność, wszystko było jego winą. Ciążył na nim obowiązek wychowywania jej, dobrze zdawał sobie z tego sprawę już pierwszego dnia, kiedy chwycił drobną, pełną krwawych śladów dłoń, rozpaczliwie błagającego o pomoc dziecka.

                Nie żałowała. Przynajmniej nie tego, co zrobiła. Jedynie sposób, na który się zdecydowała mógł podlegać pod wątpliwość, bo słuszności swojego czynu była równie pewna, co istnienia piekielnego demona. Mimo wszystko, czuła żal. Żal i rozgoryczenie. Zawód? Niepewność? Nie potrafiła określić targających nią emocji. Palące policzki, szczypiące oczy – dobrze wiedziała, do czego prowadzą. Odwróciła się na pięcie i bez słowa opuściła jego gabinet, nim słone krople zdradziły jej słabość. Przeszła ledwie kilka metrów, kiedy mieszanka niezrozumiałych myśli i uczuć zalała roztrzęsione serce, pozbawiając ciało siły, by kroczyć dalej. Oparła się o ścianę i powoli osunęła na podłogę. Podciągnęła kolana pod brodę i pochyliła głowę, ukrywając niechcianą reakcję organizmu.

Stanęła w obronie krzywdzonego, zachowała się dobrze. Nie ważne za jaką cenę. Mogliby ją zamknąć w więzieniu, nie żałowałaby. Więc dlaczego płakała? Czemu kamerdyner tak strasznie się tym przejął? Miała wrażenie, że w pewnym momencie straciła jakąś część siebie, nie mogła już dłużej dojrzeć pełnego obrazu sytuacji. Nie rozumiała zarówno swoich reakcji, jak pobudek pchających ją i demona do zachowania zupełnie przeczącego logice. Jej logice – czyżby w tym leżało źródło problemu?

                Poczuła na sobie czyjś wzrok. Denerwujące uczucie bycia obserwowanym – chciała obrócić w proch tego, kto wprawiał ją w dodatkowy dyskomfort.

                – Wcale nie płaczę! – krzyknęła, nie podnosząc głowy.

Zamiast tego napięła mięśnie kurczowo przyciskając kolana do klatki piersiowej oplecionymi wokół nich rękami.

                – Rozumiem – odparł ciepły, wyrozumiały głos.

                – Czego jeszcze chcesz? Przyszedłeś się nade mną znęcać? – burknęła hardo.

Mężczyzna klęknął przed nią i delikatnie ujął dłońmi rozpaloną twarz nastolatki, zmuszając ją, by spojrzała w czerwone tęczówki pochłaniające ją wzrokiem.  

                Nie przyszedł z niej kpić. Nie potrafiła odczytać z jego twarzy żadnych uczuć. Pozwoliła, by odziane w białe rękawiczki, smukłe dłonie demona wytarły dowody upokarzającego wyrazu słabości.

                – Pozwól, że poprawię ci fryzurę – poprosił uniżonym tonem, jakby sytuacja sprzed kilku minut w ogóle nie miała miejsca.

Wstała i odwróciła się do niego plecami.

Grał, więc ona grała wraz z nim. Nie rozumiała, co się działo, ale to nie miało znaczenia. Bez względu na wszystko, przedstawienie musiało trwać dalej. Podjęła wyzwanie, odrzucając prawdziwe uczucia. Tak było prościej – zwyczajnie ignorować fakty.

                Wiedział, że gra będzie korzystna nie tylko dla niego. Wiedział, a mimo tego, nie potrafił zachować się inaczej. Musiał ją zobaczyć, upewnić się, że swoim wybuchem nie wyrządził jej krzywdy. Chociaż jak coś takiego mogłoby ją zranić? Znów się gubił. Kilka ostatnich dni uśpiło jego czujność, pozwolił odpocząć od ciągłego kontrolowania samego siebie. Zgubne efekty niedopatrzenia, zostawiające obrzydliwą skazę na jego wyobrażeniu o samym sobie, napawały go obrzydzeniem.

                – To takie proste! – Uderzyła w niego orzeźwiająca myśl. – Jako kamerdyner jestem zobowiązany dbać o nią bez względu na wszystko. Nie musimy znowu grać. – Skończył zaplatać błyszczące fioletem włosy i spojrzał groźnie w wielkie, błękitne oczy hrabianki.

Widział jak ginie w nich nadzieja, równie szybko jak się pojawiła. Równie szybko, jak wzrastała w nim satysfakcja.

                – Jak za dawnych lat – pomyślał zadowolony.

Skinął głową i bez słowa zniknął na rogiem wąskiego korytarza, zostawiając dziewczynę samą, zagubioną jeszcze bardziej niż dotychczas.


~*~

                – Będziecie dzisiaj kończyć szkice martwej natury, które zaczęliście ostatnim razem – oświadczyła radośnie długowłosa kobieta, poprawiając zsuwającą się z ramienia szatę. – Na stole leżą wasze prace. Weźcie je i zabierajcie się do dzieła! – Irytujące podekscytowanie w jej głosie, drażniło rozjuszoną szlachciankę.

Zastanawiała się, kiedy kobieta zda sobie sprawę. Czy w ogóle się zorientuje? Stała naprzeciw pustej sztalugi, wzdychając teatralnie z coraz większym zniecierpliwieniem. Nie zauważyła – tego można było się spodziewać po kimś tak beztrosko zdekoncentrowanym. Bardziej niż na zajęciach, zdawała się skupiać na hebanowych refleksach własnych włosów delikatnie unoszących się za każdym razem, gdy energicznie obracała się na boki, lawirując między stołami.

W końcu zatrzymała się, mrugnęła kilka razy i bezwstydnie wbiła spojrzenie we fioletowowłosą, rozdziawiając usta ze zdziwienia.

                – Dlaczego nie rysujesz ee…

                – Eddy – dokończyła za kobietę, nie mogąc znieść sposobu, w jaki przeciągała samogłoskę.

                – Racja, Eddy! – Dayton zaśmiała się nerwowo. – Czemu nie pracujesz?

Dłoń nastolatki drgnęła w złości. Miała ochotę z całej siły uderzyć się w czoło. Może spowodowałaby jakiś uraz mózgu, który zmniejszyłby jej inteligencję, żeby głupota nauczycielki nie wzbudzała w niej chęci mordu.

                – Skończyłem szkic martwej natury na poprzednich zajęciach – wycedziła przez zęby, powstrzymując się, by na końcu zdania nie dorzucić adekwatnej inwektywy.

                – Ach, racja! Przepraszam! W takim razie… – zamyśliła się, dotykając smukłymi palcami wyrazisty podbródek. Nagle drgnęła, rażona piorunem oświecenia. – Narysuj coś, co jest dla ciebie najważniejsze! – krzyknęła niezmiernie zadowolona z pomysłu.

                – Dobrze.– Elizabet skinęła posłusznie głową.

Chwyciła ołówek i przysunęła jego końcówkę do ust. Wpatrywała się szarą kartkę. Tonąc w wirze własnych myśli miała wrażenie, że traci równowagę. Stanęła w lekkim rozkroku i na chwilę zastygła w myślicielskim bezruchu.

                – Coś, co jest dla mnie najważniejsze… Co jest istotą mojego życia? Zemsta? 

2 komentarze:

  1. OMG, kiedy Sebastian dostał szału, tak mi podskoczyła drenalina, że nadal się trzęsę. Kocham takie napady. Tylko szkoda, że potem Lizz się na niego nie fochnęła xD
    Rozdział genialny, a mindfak pasowałby idealnie xDD

    Dużo weny i chęci! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Łoooo
    Super, tylko co dalej? xD nie to, że coś, ale chyba cierpię na jakiś brak mocnej akcji :3
    Albo nie. nie wiem. Wybacz. To po powrocie xD

    OdpowiedzUsuń

.