sobota, 16 maja 2015

Tom 2, XXVIII

Tak Was tylko ostrzegę, że jest tu jeden obrzydliwy moment, więc nie jedzcie, tak na wszelki wypadek.
Dodam także, że ta obrzydliwa wizja sponsorowana jest tylko, co mi mózg pokazywał parę miesięcy temu, kiedy zamykałam oczy. Tak więc, to nie tylko moja wyobraźnia :P 
Endżojcie^^ 

PS Dziś pojawi się również tłumaczenie 103 chaptera na FP, więc wypatrujcie. ^^

=================

Podeszła do Setha i wręczyła mu swoje nakrycie głowy łagodnie się uśmiechając. Nie czuła panującego chłodu, za to doskonale widziała, jak przerażony chłopak drży niemal zamarzając z zimna.

                – Co…co się stało z tymi pięknymi, krwistymi lokami? Co z nimi zrobiłaś? Jak mogłaś! Moje serce krwawi. O zgrozo, ta bezmyślna dziewczyna pozbawiła świat… Nie! Pozbawiła mnie tak majestatycznego widoku. Och Sebuś, trzymaj mnie. Czuję, że umieram! – Czerwonowłosy zaczął rozpaczać, teatralnie krzycząc i wymachując rękami.

                – Panie Sutcliff – jęknął blondyn, jednak współpracownik zupełnie go zignorował, wciąż deklamując tragiczny monolog.

                – Też jesteś jednym z nich? – Elizabeth spojrzała na przedziwną broń dzierżoną przez młodego mężczyznę w garniturze.

Ten, twierdząco skinął głową. Schylił się i wziął do ręki nóż, którym dogorywający, półprzytomny mężczyzna przygnieciony kosiarką zadał śmiertelne rany dwójce nastolatków.

                – Zawiodłeś Arturze. – Głęboki głos ponownie rozniósł się echem, niesiony otaczającą ich mgłą.

                – Ronaldzie! – Grell opamiętał się nagle.

Chłopak dołączył do nich, chowając nóż w tylnej kieszeni spodni.

                – Nie, to nie może się tak skończyć! Proszę, pozwól mi ją odzyskać! – Brunet z trudem wydobywał z siebie głos krztusząc się krwią.

                – To wszystko, co ode mnie dostaniesz. – Ciemny pył zadrżał i rozmył się przywracając rzeczywistość do poprzedniego stanu. – Nie martw się, to dopiero początek. – Groźba rozbrzmiała cicho, poprzedzając nonszalancki śmiech.

                – Co? Nie, wracaj! Kimkolwiek jesteś, wracaj tu! – Sutcliff krzyczał w przestrzeń wymachując bronią we wszystkich kierunkach.  – Will mnie zabije!

                – Panie Sutcliff, wracajmy… – jęknął zrezygnowany Ronald.

Żniwiarz przeklął pod nosem i spojrzał na demona.

                – Do zobaczenia, Sebuś słonko! – Dotknął ustami palców i dmuchnął w nie, spoglądając na kamerdynera, po czym wraz z towarzyszem, jednym susem wskoczył na dach budynku znikając z ich pola widzenia.

                – Co to było? – szepnęła zszokowana Elizabeth.

Nie do końca docierało do niej, co się wydarzyło. Od wybicia północy minęło kilka minut, chociaż była pewna, że było to kilkanaście sekund. Rozejrzała się wokół. Ciemność nocy rozjaśniały kolejne efekty świetlne. Spojrzała na leżących na ziemi przyjaciół. Podbiegła i padła u ich stóp. Sebastian zbliżył się do niej i schylił się, by spojrzeć w jej twarz.


                – Czyżby było ci ich żal, panienko? – zapytał, uśmiechając się beztrosko.

Popatrzyła na niego z pozbawionym emocji wyrazem twarzy. Milczała. Nie umiała zebrać natłoku skumulowanych myśli. Nie wiedziała, co czuje. Żal? Czym był żal? Czym było to gorąco, które przeszyło jej serce?

                – Czyżbyś zamierzała płakać nad ich zwłokami jak małe dziecko? Zależało ci na nich? Obdarzyłaś ich zaufaniem, od którego tak stronisz? – dopytywał kpiącym tonem. – Czy teraz się siebie brzydzisz? Wiecznie samotna odpychasz każdego, kto próbuje się do ciebie zbliżyć, a z taką łatwością pozwoliłaś, by stali się dla ciebie ważni. Panienko. Czyżbyś stawała się słaba? – szepnął, zbliżając usta do jej ucha.

                – Dosyć. Zamknij się – odpowiedziała hardo, odsuwając się od demona. Wstała i otrzepała kolana. – Poza tym, nie masz racji. Oni nic dla mnie nie znaczą, to tylko pionki. Bezużyteczne już pionki. Skończmy tę niestosowną konwersację, robota czeka – dodała zirytowana.

Artur wlókł się w kierunku muru zostawiając na śniegu krwawą smugę. Dziewczyna stanęła tuż nad nim i przyglądała się jego żałosnym zmaganiom.

                – Co robisz? – zapytała drwiąco.

                – Madeline, Madeline. Proszę, zajmij się nią – wydukał, wskazując dłonią niskiego iglaka, przy którym leżała dziewczynka.

Ubrana w szary płaszczyk i czerwoną czapkę, leżąca na śniegu postać zaczęła się powoli podnosić. Zaparła odziane w wełniane rękawiczki dłonie na twardym śniegu i ze spuszczoną głową z trudem stanęła. Burza ciemnych loków zasłaniała jej twarz. Elizabeth zrobiła kilka kroków naprzód, by dokładnie przyjrzeć się zmartwychwstałemu dziecku. Madeline podniosła głowę i odgarnęła włosy z czoła wbijając puste spojrzenie wprost w twarz szlachcianki. Otworzyła usta, by coś powiedzieć. Wtem jej dolna szczeka zaczęła opadać, ciągnąc za sobą połać gnijącej skóry pozszywanej grubymi nićmi. Hrabianka widziała przez rozpięty płaszcz, pod którym dziecko nie miało na sobie nic, jak puszczają kolejne szwy. Jak płat skóry uderza o stwardniały śnieg zmieniając swoja konsystencję w półpłynną, czerwonobrązową maź. Kolejna warstwa ciała niemal spłynęła ze szkieletu dziewczynki, ciągnąć wraz ze sobą jej ubranie. Przez chwilę szkielet dziecka stał wstrzymywany na resztkach mięśni, by po chwili runąć w obrzydliwą breję.

                Lizz zatkała usta tłumiąc krzyk. Zaczęła się cofać drżąc w spazmach przerażenia. Makabryczna scena przypomniała jej przeszłość. Oderwane kawały ludzkiego mięsa, ciała jej rodziców, wrzucane do klatki, w której ją przetrzymywali zmuszając, by dopuściła się aktu kanibalizmu. W imię chorych wierzeń każdego dnia karmili ją najbliższymi osobami, ich coraz bardziej pleśniejącym mięsem. Na siłę wpychali do gardła gnijące zwłoki, śmiejąc się nieludzko.

                Sebastian stanął tuż za hrabianką i oparł dłonie na jej ramionach. W popłochu nie docierało do niej, że to on. Odwróciła się z mocnym zamachem, uderzyła go i upadła podczas biegu, potykając się. Wsparła się na rękach wbijając wzrok w ubity śnieg, jednak przed oczami wciąż widziała breje ludzkiej padliny. Czuła w ustach paskudny smak spleśniałego mięsa. Zwymiotowała.

                – Panienko! – Demon dobiegł do niej, pochylił się i objął drżącą nastolatkę ramieniem.

                – Nie dotykaj mnie! Nie dotykaj mnie, zostaw! Nie chcę! – krzyczała, zupełnie oderwana od rzeczywistości.

Lokaj zamknął oczy i chwycił ją obiema rękami, przypierając drobne ciało Elizabeth do klatki piersiowej.

                – Panienko, to ja, Sebastian, jestem tutaj. Jesteś w Londynie, na dworze, jest zima. Pierwszy stycznia dziewięćdziesiątego siódmego roku, chwilę po północy. Nie musisz się bać. Jesteś bezpieczna, nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić – mówił łagodnym, monotonnym głosem.

Słowa, które powtarzał tyle razy, w pewnym momencie stały się jego mantrą. Każdej nocy, kiedy krzyczała przez sen, kiedy budziła się z krzykiem uciekając przed własnymi koszmarami, przychodził do pokoju, obejmował ją i mocno przyciskając do piersi powtarzał w kółko te kilka zdań, dopóki do niej nie dotarły dając odrobinę ulgi. Teraz robił dokładnie do samo. Jakby wszystko, co dotąd osiągnęli zniknęło, zostało wymazane, na nowo rozbudzając traumatyczne wspomnienia.

                Klęczał trzymając drżącą nastolatkę, delikatnie kiwając się w przód i w tył, by ukołysać jej zszargane nerwy. Słyszał jak łka po cichu chowając twarz pod jego marynarką. Czuł łzy przemaczające materiał koszuli. Położył dłoń na głowie dziewczyny i wciąż szepcząc, głaskał ją czule prosząc w myślach, by okropne uczucie wreszcie ją opuściło.

                Seth stał w miejscu. Przerażenie na jego twarzy ustąpiło miejsca całkowitej obojętności. Zdawał się na powrót normalny. Z pogardą spoglądał na kamerdynera przytulającego jego koleżankę, z obrzydzeniem zmierzył wzrokiem ciała współlokatorów. Wyglądał, jakby zupełnie nie przejmował się tym, co działo się wokół. Podszedł do zwłok przyjaciół i przykucnął przy nich. Wpatrywał się w zasychającą krew z dzikim zainteresowaniem. Przerażająca fascynacja pchnęła go dalej. Wyciągną rękę zanurzając ją wewnątrz rany Bena. Wzdrygnął się czując galaretowatą strukturę obślizgłych wnętrzności, ale nie zrezygnował. Poczuł ciepło bijące z wnętrza klatki piersiowej chłopaka. Jego źrenice rozszerzyły się, niemal całkowicie przysłaniając nietypowy kolor tęczówek. Oddychał szybko, w rytm dudniącego z podniecenia serca. Wysunął rękę z wnętrza blondyna i przysunął ją do twarzy, jak zahipnotyzowany wpatrując się w szkarłatne krople spływające powoli w dół nadgarstka. Ginęły w głębi rękawa płaszcza, przyjemnie łaskocząc skórę przedramienia. Na ułamek sekundy jego oczy rozbłysły. Nagle ocknął się i przerażony spojrzał w stronę kamerdynera. Odetchnął z ulgą widząc, że ten wciąż jest zajęty dziewczyną. Wstał i starł krew z ręki wycierając ją wewnętrznym płatem okrycia. Uspokoił oddech, powoli zaczął zbliżać się w stronę kamerdynera, kiedy zachrypnięty jęk odwrócił jego uwagę. Zerknął z obrzydzeniem na dogorywającego zabójcę.

                –  Zawiodłeś, Arturze – wysyczał namiętnie, pochylając się nad nim. – Profesorze Michaelis, to ścierwo dalej żyje – krzyknął, prostując się.

Podbiegł do klęczącego lokaja i wbił wzrok w roztrzęsioną dziewczynę.

                – Sebastian, wypełnij rozkaz – wymamrotała z trudem, obdarzając Setha mglistym spojrzeniem.
Demon skinął głową i odsunął się, gestem ręki prosząc chłopaka, by zajął jego miejsce. Brunet kiwnął i kucnął obok szlachcianki dotykając dłonią jej ramienia.

                – Seba… Seth? – zapytała zdziwiona.

Chłopak uśmiechnął się promiennie i wyciągnął dłoń w jej stronę. Chwyciła ją i wspierając się na nim, chwiejnie stanęła na nogach. Rozejrzała się wokół. Widziała, jak lokaj zadaje Arthurowi śmiertelny cios. Poczuła ulgę, widząc jak odwraca się w jej stronę, jak wraca, by znów obdarzyć ją opieką. Odsunęła się od chłopaka i ledwo wlekąc nogami ruszyła w jego stronę.

                – Sebastian, wracajmy do domu – jęknęła i straciła równowagę wpadając wprost w jego ramiona.

                – Yes, my lady – odparł pokornie.

Podniósł ją, przytulił do piersi i ruszył w stronę bramy.

                – Weźmy go ze sobą – szepnęła, spoglądając przez przymknięte powieki na śniadą twarz jedynego z jej nowych przyjaciół, któremu udało się ujść z życiem.

Mężczyzna prychnął niezadowolony i niechętnie spojrzał na chłopaka.

                – Moja pani, Lady Elizabeth Roseblack pragnie zaoferować ci prace w swojej posiadłości. Żywi szczerą nadzieję, że zgodzisz się przyjąć ofertę i zostaniesz jednym ze szlachetnych służących posiadłości Roseblack – rzekł oficjalnie, niezwykle podniosłym tonem.

Chłopak zesztywniał, patrząc na czarnowłosego z zaskoczeniem. Po chwili milczenia zacisnął pięści i krzyknął, robiąc krok na przód.

                – Oczywiście! Proszę przyjąć mnie do swojej służby! – odparł zdeterminowany, kłaniając się przed nimi.

                – W takim razie chodź. – Głos demona wyrażał niechęć, jednak chłopak zdawał się tego nie zauważać.

Posłusznie ruszył za eleganckim mężczyzną sprężystym krokiem przemierzającym ogród. Wiatr rozwiewał połacie jego paszcza, mierzwił włosy. Przez chwilę Sethowi zdawało się, że nie patrzy na człowieka, lecz na dostojnego anioła, mistyczną postać, którą zesłano na ziemię, by naprawiła błędy ludzkości.

~*~

                Nic nie denerwowało Sebastiana tak, jak przeraźliwy krzyk Jeanny z samego rana. Nim dzień zdążył się zacząć na dobre, nim jego pani wybudziła się ze snu, ta nieporadna pokojówka musiała coś zniszczyć. Bał się myśleć, co takiego wydarzyło się tym razem. Usilnie próbował ignorować wrzaski, licząc na to, że jeśli nie przyjdzie, służący poradzą sobie sami. Jednak po kilku minutach, nieustępliwy głos dziewczyny zaczął doprowadzać go do szału bardziej, niż wizja naprawiania jej kolejnych błędów.
Ruszył w kierunku źródła krzyków. Blondynka stała w drzwiach jednego z pokoi dla służby, wydzierając się na kogoś.

                – Jeanny, co tu się dzieje? – zapytał znudzony.

Młoda pokojówka nerwowo odwróciła się na pięcie i z zaciętym spojrzeniem wskazała kamerdynerowi łóżko, w którym, głośno pochrapując, leżał śniady chłopiec.

                – Przyszłam, żeby umyć podłogę i wtedy go zobaczyłam! – wyjaśniła. – Panie Sebastianie, to bezczelne! Żeby bezdomny włamywał się do posiadłości panienki Elizabeth i spał w łóżku! – ekscytowała się, wymachując rękami.

Zirytowany jęk demona nie zrobił na niej wrażenia. Mężczyzna dotknął opuszkami palców podstawy nosa i głęboko westchnął.

                – Jeanny, wystarczy – zabrzmiał złowrogo.

Niebieskooka zamarła w bezruchu momentalnie się uciszając. Z zaciekawieniem spojrzała w oczy przełożonego oczekując wyjaśnienia.

                – To jest Seth, nowy służący, którego panienka Elizabeth przygarnęła z sierocińca. Od dziś będzie z nami pracował. Ale na razie pozwólmy mu się wyspać, dobrze? – wyjaśnił spokojnym tonem.

                – Tak jest, panie Sebastianie! – wrzasnęła stając na baczność i salutując.

                – To znaczy, że wszyscy troje macie być cicho i tu nie wchodzić, zrozumiałaś?

                – Tak jest!

                – Zrozumiałaś? – powtórzył posyłając dziewczynie spojrzenie, które wzbudziło w niej strach.
Bez słowa wybiegła z sypialni i zniknęła w głębi korytarza. Sebastian spojrzał na śpiącego chłopaka i również opuścił pokój.

                – Doprawdy, co ona sobie myśli. Jakbym miał mało problemów – burknął pod nosem wymownie się krzywiąc.

~*~

                Blade światło dnia zagościło w pokoju szlachcianki dopiero koło dwunastej. Leniwie przetarła oczy, kiedy lokaj odsłaniał grube, ciemnoczerwone zasłony. Odwróciła się w jego stronę, krzywiąc się z niechęcią.

                – Czemu mnie budzisz? – burknęła ochryple.

Jej zmieniony głos przykuł uwagę eleganckiego mężczyzny, na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. Bez słowa zbliżył się do łóżka dziewczyny, ściągnął rękawiczkę  i przyłożył dłoń do jej czoła.

                – Na szczęście nie masz gorączki. Panienko, tyle razy prosiłem, żebyś się ciepło ubierała. Nie możesz się rozchorować. Przez ostatnią sprawę znacznie zaniedbałaś lekcję i firmę. Jeżeli tego nie nadrobisz…

                – W sierocińcu się nie uczyłam? – przerwała mu, naburmuszona.

Przy każdym oddechu czuła lekkie drapanie w gardle, które irytująco dawało odczuć, że jak zawsze, Sebastian miał rację. Wiedziała również, iż poziom nauczania w przytułku był dużo niższy niż jej zwyczajowe lekcje, ale niedobudzony umysł nie był w stanie wymyślić niczego innego, by chociaż na chwilę sprawić, żeby zamilkł.

                – Dziś po południu odwiedzi nas właściciel pasażu handlowego w celu renegocjacji kontraktu – wyjaśnił i podszedł do szafy, by przygotować ubrania.

Fioletowowłosa dźwignęła się na rękach, usiadła i podniosła stojącą na etażerce filiżankę, wypełnioną  gorącą herbatą.

                – Powinniśmy zabić tego Shinigami – mruknęła odsuwając porcelanę od ust.

Wydarzenia poprzedniej nocy przywołały wiele wspomnień, z którymi nie chciała się zmagać, dlatego usilnie odwracała od nich swoją uwagę. Temat czerwonowłosego Boga Śmierci był zdecydowanie łatwiejszy do zniesienia niż obraz brei z ludzkiego ciała powoli wsiąkającej z zlodowaciały śnieg.

                – Nie warto zawracać sobie głowy tym osobnikiem. Zapewniam cię, jest niegroźny. – Demon zamknął drewniane skrzydło drzwi i ponownie podszedł do łóżka, układając ubrania na skraju materaca.

                – Próbował mnie zabić i prawie zabił ciebie, nie pamiętasz? – zapytała zirytowana.

Odstawiła filiżankę na nocką szafkę i przekręciła się pozwalając, by jej nogi swobodnie zwisały z łoża.
Sebastian nie odpowiedział, jedynie zaśmiał się lekko stękając. Wiedział, że zmieniłaby zdanie, gdyby przypomniała sobie, co Grell dla nich zrobił. Byłaby wdzięczna, porzuciłaby nienawiść. Sam w pewien sposób się tak czuł, jednak nigdy, bez względu na wszystko, nie przyznałby tego. Na samą myśl o przerysowanej reakcji natręta, po jego plecach przechodziły ciarki.

Ubrał dziewczynę w prostą, wełnianą sukienkę z długimi rękawami. Jej granatowy kolor podkreślała biała kokarda na szyi nastolatki oraz koronkowe wykończenia tej samej barwy. Zwężana w pasie suknia do kolan idealnie układała się na jej chudym ciele. Czarne podkolanówki dodatkowo wyszczuplały ledwie zarysowane łydki. Lokaj zawiązał sznurówki butów na lekkim obcasie i pomógł szlachciance wstać.
Podeszła do toaletki i zmierzwiła włosy dłonią, po czym uśmiechnęła się sama do siebie, wyraźnie zadowolona ze swojego wyglądu. Jakby demon specjalnie wybrał ten strój, czytając jej w myślach. Nie, to nie dlatego. Zwyczajnie połączył dbałość o jej zdrowie z dobrą prezencją, niezbędną na służbowym spotkaniu. Chociaż pierwsza myśl dziewczyny niosła ze sobą dużo ciekawszy scenariusz.

                – Sebastian – zaczęła słodkim, pełnym ciepła głosem.

Zdziwiony demon stanął tuż za nią i spojrzał w oczy jej odbicia w lustrze.

                – Co z nim?

                –Jeszcze śpi. Tak jak poleciłaś, nie budziłem go – poinformował, idąc w stronę drzwi, zupełnie tracąc zainteresowanie rozmową.

4 komentarze:

  1. Co mogę powiedzieć...Naprawdę ciekawy rozdział. Wreszcie mam odpowiedź na to, dlaczego Lizzy nie chce jeść. Obrzydliwe. Następnym razem, jak będzie pisało "więc nie jedzcie" to się posłucham i nie będę. Tak, Seth. Sebastian jest aniołem, który ma naprawić błędy ludzkości swoją srebrną zastawą stołową (złota jest dla snobów). Btw. Seth nowym służącym? Zastanawiam się co z tego wyjdzie i czy on w końcu jest tym bratem Elizabeth, czy nie? To mnie naprawdę zastanawia. Niby nie było nic, co by mogło mi chociaż pozwalać mieć nadzieję, że tak jest, ale tak jakoś, gdyby był, to bym się nie obraziła. Naprawdę. Pozostaje czekać na kolejny rozdział i życzyć Ci weny.
    P.S. Podczas czytania naszło mnie pytanie, które mam zamiar zadać. Gdyby na podstawie Twojego opowiadania zrobiono anime, to jakby wyglądał opening i ending?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O cholera, toś mi zadała klina. Szczerze mówiąc, nigdy się nad tym nie zastanawiałam, dlatego będę improwizować :P
      Piosenka byłaby jakaś stosunkowo mroczna, może bardziej refleksyjna, grałoby pianino. Pokazywałaby coś na zasadzie wyciągnięcia Lizzy z ciemności przez Sebę, obmycie z krwi, a potem, może jakaś metafora jej wewnętrznego połączenia dziecka z dojrzałą osobą, Trochę szpanowania Seby, krótkie przedstawienie radosnej służby. Hmmm... No i ujęłabym tam medalion i czarną różę, bo mam do tych motywów sentyment. Ach, no i jakaś bardzo zawiła przenośnia dotycząca więzi łączącej Sebe i Lizzy, tej spoza kontraktu.
      A cod o endingu, postawiłabym na coś lżejszego, pokazującego tę radosną stronę Lizzy (bo opening miałby pokazywać bardziej tę mroczną dojrzałą stronę i w skrócie streszczać fabułę), za to ending byłby hołdem dla jej wewnętrznego dziecka. Radosne sceny typu bitwa na śnieżki, zirytowany Seba, który pod koniec endingu zaczyna również odnajdywać radość w takich prostych, dziecinnych rzeczach, w jej uśmiechu. Piosenka również radosna, nawiązująca do dziecięcych klimatów, jednak tekst traktowałby o odnalezieniu szczęścia, nawet gdy wszystko zdaje się być złe.
      Tak, myślę, że na tę chwilę to byłoby coś takiego. oczywiście, dla każdego tomu osobno byłoby łatwiej i na pewno by się różniły. Wymyślałam to teraz w trakcie pisania, dlatego możliwe, że sporo by się zmieniło, gdybyś zapytała za miesiąc, bo naprawdę nigdy się nad tym nie zastanawiałam.
      Dziękuję za Twój komentarz i za pytanie, było niezwykle ciekawe :)
      Co do fabuły... W sprawie Setha niedługo wszystko się wyjaśni. A ja muszę w końcu napisać licencjat i wrócić do pisania trzeciego tomu, bo jeszcze 200 stron i będę pisała na bieżąco, a ta perspektywa nieco mnie niepokoi, bo jestem z natury leniwcem :P

      Usuń
  2. Wizja była znośna xD
    A, nie, czekaj, to dlatego, że takie coś nie robi na mnie wrażenia. Dobra, zapomnij :P
    Ogółem to było całkiem, całkiem. Tylko tak nie do końca zrozumiałam ten fragment z rannym "zabójcą".
    Yesss, wreszcie wrócili do posiadłości :3 Ciekawe, co dalej. Ze wszystkim. I z Sethem (bo to głównie z nim nie załapałam tamtego momentu).
    Weny :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Trzy razy próbowałam to przeczytać i za każdym razem jak na złość coś jadłam hahaha :D Wyszło super, tajwmnica Elizabeth po części odkryta

    OdpowiedzUsuń

.