sobota, 18 lipca 2015

Tom 2, LXV

Dacie wiarę, to już przedostatni rozdział tego tomu. 
Jakoś tak... Mi smutno.
Wciąż mam ledwie 100 stron trzeciego i boję się, że przyjdzie mi pisać na bieżąco. 
No ale nic, nie można tak złorzeczyć, co ma być, to będzie. :P
A pewnie i tak mnie zabijecie, więc nie będę miała czasu ubolewać, hahahaha. 
Miłej lektury :)

===============

                Elizabeth szła boso ciemnym korytarzem posiadłości Roseblack. Wnętrze rezydencji wyglądało zupełnie inaczej niż zwykle. Odrapane tapety odchodzące od ścian, pajęczyny i potłuczone szkło, które raniło jej drobne stopy – pamiętała ten widok. Pamiętała, jak całymi dniami snuła się bez celu od pokoju do pokoju, przerażona i pogrążona w smutku. Bała się opuścić mury domostwa w obawie przed tym, co czeka ją na zewnątrz. Wiedziała, że nie jest bezpieczna. Ktokolwiek sprowadził na nią tyle cierpienia, nie skończył jeszcze swojego dzieła.

Zatrzymała się, słysząc za plecami skrzypnięcie drzwi, kiedy jednak się obejrzała, nikogo nie było. Weszła do jednego z pokoi i dokładnie się rozejrzała. Jej sypialnia. Bałagan i brud wskazujący na niedawną walkę, która niewątpliwie odbyła się w pomieszczeniu, wprawił ją w przerażenie. W rogu pokoju, na zdobionym kwiatowymi ornamentami krześle ujrzała sylwetkę kobiety. Kiedy postać zorientowała się, że dziewczyna ją widzi, podniosła się i powoli zaczęła kroczyć w jej stronę.

                – Kim jesteś? – zapytała fioletowowłosa.

                – Lizzy, to naprawdę ty! – odpowiedziała kobieta.

Dopiero po chwili nastolatka rozpoznała delikatne rysy twarzy swojej matki. Poczuła wzbierające do oczu łzy. Zacisnęła pięści i z trudem przełknęła ślinę.

                – Mama? – zapytała z niedowierzaniem.

                – Córeczko. Tak bardzo za tobą tęskniłam. Chodź do mnie – odparła Susane, rozkładając ręce.

Elizabeth bez chwili namysłu podbiegła do matki i wtuliła się w nią. Pozwoliła, by łzy spływały po jej policzkach, zaczęła łkać, co chwilę szepcząc nerwowe „mamo”.

                – Lizzy, musimy porozmawiać – rzekła kobieta, kiedy młoda szlachcianka odrobinę się uspokoiła.

Odsunęła się od córki i popatrzyła na nią poważnie.

                – Nie mamy wiele czasu, jesteś w ogromnym niebezpieczeństwie – zaczęła.

                – Niebezpieczeństwie?

                – Piekielne siły dybią na twoje życie. Potężny demon chce odebrać twoją duszę. Lizzy… Musisz skontaktować się z Esmerą, tylko ona może ci pomóc – tłumaczyła pospiesznie długowłosa kobieta.

                – Mamo… – jęknęła hrabianka, pochylając głowę. – Musze ci coś powiedzieć. Ja… Ja sprzedałam swoją duszę, by zemścić się na ludziach, którzy zgotowali nam to piekło – wyjawiła swoją najmroczniejszą, skrzętnie skrywaną przed światem tajemnicę.

Susane chwyciła dłonie córki i lekko uniosła je w górę na wysokość swoich ust.

                – Lizzy, wiem o tym, rozumiem cię – powiedziała ciepło, jednak w jej głosie słychać było niewyobrażalny ból.

                – Nie płacz mamo – poprosiła dziewczyna, widząc stróżki łez na porcelanowej cerze kobiety. – Sebastian jest dla mnie dobry. Obiecał pomóc mi ich zabić. Chcę oddać mu duszę, gdy to wszystko się skończy.

                – Nie chodzi o… Aaa!

Energiczne pociągnięcie w tył przerwało  Susane w połowie zdania. Niewidzialna siła ciągnęła ją w nieprzeniknioną, czarną otchłań, która pojawiła się za jej plecami. Elizabeth kurczowo trzymała rękę matki, jednak była zbyt słaba. Z każdą chwilą ciało kobiety zanurzało się coraz głębiej w nieprzeniknionym mrok.

                – Sebastian! Sebastian, pomóż mi! Sebastian! To jest rozkaz! – krzyczała rozpaczliwie nastolatka.

                – Lizzy, pamiętaj. Musisz skontaktować się z Esmerą – powtórzyła Susane, nim całkowicie zniknęła w ciemności.

Szlachcianka upadła na kolana i z całej siły zaczęła uderzać dłońmi w podłogę.

                – Oddaj mi mamę! To niesprawiedliwe! Sebastian! – wrzeszczała, zdzierając sobie gardło.
Przepełniony rozpaczą, zachrypnięty głos dziewczyny odbijał się echem w całej posiadłości.

                – Sebastian! – krzyknęła ponownie.

Ujrzała ciemny, materiałowy baldachim swojego łóżka. Oddychając ciężko, przetarła zapłakane oczy i rozejrzała się wokół. Zobaczyła leżącego obok demona. Przypomniała sobie, że w nocy poprosiła go, by położył się obok niej. Tylko, dlaczego leżał tu całą noc? Dlaczego miał zamknięte oczy i zdawał się nie słyszeć jej wołania?

                – Sebastian? – szepnęła, trącając jego ramię.

Nie zareagował. Wciąż leżał nieruchomo z zamkniętymi oczami.

                – Sebastian? – powtórzyła głośniej, siadając.

Demon wciąż nie odpowiadał. Lizz pochyliła się nad nim, by sprawdzić czy oddycha. Słyszała miarowe bicie serca i spokojny świst nabieranego i wydychanego powietrza. Więc jednak śpi. Zamachnęła się i uderzyła go w twarz. Po chwili mężczyzna wydał z siebie przeciągłe mruknięcie i leniwie otworzył oczy. Ze zdziwieniem popatrzył na zaczerwienione policzki i zapuchnięte oczy swojej pani.

                – Płakałaś, panienko? – zapytał troskliwie.

                – To nieważne – zbyła go. – Co ty wyprawiasz?

Kamerdyner usiadł i przeczesał dłonią włosy, po czym beztrosko uśmiechnął się do dziewczyny, lekko mrużąc oczy.

                – Wygląda na to, że zasnąłem. Proszę mi wybaczyć – rzekł zakłopotany.

Elizabeth spojrzała na niego podejrzliwie. Nie wyglądał tak źle, jak poprzedniego ranka. Był wypoczęty i nic nie wskazywało na to, by coś mu dolegało. Westchnęła z ulgą i bez słowa wyjaśnienia przytuliła go.

                – Panienko?

                – Śniła mi się mama… – szepnęła i ukryła twarz w materiale jego koszuli.

Lokaj objął ją i zaczął gładzić dłonią puszyste włosy wtulonej w niego istoty.

                Dziewczyna zastanawiała się, co najlepszego wyprawia. Nie dość, że pozwoliła, by służący spał z nią w jednym łóżku, to teraz przytulała się do niego, całkowicie łamią wszelkie zasady trzymające w ryzach ich relację. Nie rozumiała też, dlaczego się na to zgadzał. Jeszcze niedawno byłoby to nie do pomyślenia, a teraz bez słowa trzymał ją w ramionach i nie wskazywało na to, by zamierzał ukrucić ten niezwykły moment. Było jej dobrze. Przyjemne ciepło męskiego ciała działało uspokajająco, uciszając szalejące emocje. Po kilku minutach odsunęła się i zażenowana spojrzała w jego krwiste tęczówki.

                – Pamiętasz wiersz, który kiedyś dla ciebie napisałam? – zapytała cicho.

                – Oczywiście. „I znów unikając spojrzenia oczu Twych krwistych

Zatapiam się w myślach boleśnie rzeczywistych.

Coś się zmieniło, coś się skończyło.

Ktoś przepadł, ktoś zginął” – wyrecytował z dumą, jakby kilka prostych słów ułożonych przez dziecko było dla niego prawdziwym literackim dziełem.

– Byłam głupia myśląc w ten sposób. – Uśmiechnęła się. – Myślałam, że mogę żyć z demonem i okiełznać jego naturę. Myślałam, że uda mi się uniknąć zabijania, dopóki nie stanę twarzą w twarz z człowiekiem odpowiedzialnym za moje cierpienie. Myliłam się. Teraz wiem, że to niemożliwe. W końcu to zrozumiałam. W końcu zaakceptowałam to, jaki jesteś naprawdę i pogodziłam się z tym.

– Panienko, co chcesz przez to powiedzieć? – zapytał kamerdyner, całkowicie zaskoczony nagłym wyznaniem dziewczyny.

– Chcę powiedzieć, że… – Niepewnie chwyciła jego lewą dłoń. – Kocham cię, Sebastianie – szepnęła i delikatnie pocałowała widniejący na jego ręce znak łączącego ich kontraktu.

Lokaj nie wierzył własnym uszom. Nie przypuszczał, że kiedykolwiek nadejdzie ten dzień, że dziewczyna przypomni sobie o wszystkim, co był zmuszony jej odebrać. Czuł, że nie zasługuje na te słowa, ale rozpierająca go radość była silniejsza niż poczucie winy. Chociaż zdawał sobie sprawę z konsekwencji, musiał zaryzykować. Musiał mieć pewność, że fioletowowłosa dowie się o jego uczuciach, nawet, jeśli za chwilę go straci. Wiedział, że kiedy umrze, jej życiu nie będzie zagrażało chociaż to jedno niebezpieczeństwo – przynajmniej tyle mogła przynieść jego śmierć.
Odsunął dłoń i z powagą spojrzał głęboko w błyszczące oczy swojej pani. Jej źrenice były tak rozszerzone, że ledwo dostrzegał soczysty błękit tęczówek. Widział niepokój, widział, jak zżera ją od środka i czuł nieopisaną radość, wiedząc, że za moment rozwieje jej niepewność i sprawi, że choć przez chwilę będą wspólnie dzielić szczęście.

                – Hm… – mruknął pod nosem, uśmiechając się do niej.

Zadrżała, spodziewając się najgorszego, ale wtedy mężczyzna ponownie się odezwał.

                – Ja także cię kocham, moja… Elizabeth – powiedział spokojnie, patrząc na nią lśniącymi szkarłatem oczami.

Szlachcianka mrugnęła kilka razy z niedowierzaniem. Przez chwilę badawczo przyglądała się demonowi, ale nie dostrzegła w nim nawet najmniejszej nuty kpiny. Mówił szczerze. Nieśmiało przytuliła się po raz kolejny i delikatnie pocałowała mężczyznę w policzek.

                – Powiedz to jeszcze raz, proszę – szepnęła.

                – Kocham cię, Elizabeth – odparł przejmująco ciepłym głosem i dotykając podbródka dziewczyny, lekko uniósł jej głowę, składając delikatny pocałunek na jej wąskich, bladych ustach.

                Czując jego miękkie wargi, subtelnie muskające skórę, Elizabeth miała wrażenie, że to kolejny sen, że to nie działo się naprawdę. Nie potrafiła uwierzyć, że demon odwzajemniał jej uczucia. Po tylu latach, tylu wspólnych dniach, przesączonych złośliwościami i zimnym dystansem, kamerdyner odkrył przed nią wstydliwą tajemnicę, która mogła przynieść mu zgubę. Zgodnie z tym, co zapisane zostało w diabelskiej księdze – wyznając uczucia, oddał swoje życie w jej władanie. Teraz, gdy miała świadomość, kim dla niego jest, posiadła nad nim całkowitą kontrolę. Mógł ją zabić, nim się dowiedziała, mógł złamać zasady kontraktu, poświecić jedną duszę w imię wiecznej wolności, ale nie zrobił tego.

Nagle zdała sobie z czegoś sprawę. Odsunęła się od lokaja i popatrzyła na niego groźnie.

                – Czy teraz mnie zabijesz, Sebastianie? – zapytała śmiertelnie poważnie.

Demon spojrzał na nią pobłażliwie i zaśmiał się pod nosem.

                – Oczywiście, że nie, panienko – odparł rozbawiony.

                – Ale jeśli mnie nie zabijesz, będę mogła cię wykorzystać. Będę mogła zrobić z tobą wszystko, co będę chciała. Możesz przez to zginąć. Jesteś słabszy i nierozważny. A poza tym… – zawahała się – Poza tym do końca życia będziesz czuł, a przecież ja kiedyś umrę. Nie chcę, żebyś cierpiał z mojego powodu do końca swoich dni – wyrzuciła z siebie nerwowo na jednym oddechu.
Widząc niezmieniony wyraz twarzy demona, chwyciła poły jego koszuli i energicznie zaczęła je szarpać.

                – Dlaczego zachowujesz się tak, jakby cię to nie obchodziło? Co jest z tobą nie tak?! O co ci chodzi! – krzyczała przez łzy.

Mężczyzna milczał, cierpliwie czekając, aż szlachcianka się uspokoi. Kiedy pierwsza fala złości minęła, ujął jej dłonie i musnął je ustami.

                – Ponieważ jesteś moją panią, Elizabeth. W dniu zawarcia naszego kontraktu stałem się twoim narzędziem. Obiecałem spełnić każdą twoją prośbę i nigdy nie złamię danego słowa.

                – Ale będziesz przeze mnie cierpiał – kłóciła się, nie mogąc zaakceptować jego decyzji.

                – Ufam ci – odparł twardo pełen powagi. – Czy i ty nie powinnaś mi ufać?

                – Oczywiście, że ci ufam! – uniosła się. – Ja tylko chcę, żebyś był tak samo szczęśliwy, jak ja… – dodała po chwili, spoglądając na ich złączone dłonie.

                – Jestem.

Jedno słowo wypowiedziane z niezachwianą pewnością wprawiło serce młodej hrabianki w zawrotne tempo. Była tak niesamowicie szczęśliwa. Nie myślała, że cokolwiek będzie w stanie zniszczyć tę chwilę. Odnalazła miłość, której nigdy nie szukała. W kimś, komu całkowicie ufała, kto był przy niej zawsze, bez względu na to, co się działo. Ulokowała swoje uczucia w piekielnej istocie, która okazała więcej ciepła i ludzkiego serca niż większość ludzi, których spotkała na swojej drodze.

                – Nareszcie. Już myślałem, że nigdy jej tego nie powiesz. – Radosną chwilę przerwał znajomy głos.

Do wnętrza sypialni nastolatki wszedł Seth, krzywiąc się na widok obiektu swojego zainteresowania siedzącego na łóżku w towarzystwie znienawidzonego demona.

                – Seth?! O co ci chodzi? – krzyknęła zszokowana Elizabeth, ale chłopak całkowicie ją zignorował.

Zbliżył się do łóżka i usiadł na stojącym naprzeciwko krześle.

                – Wiesz, dopóki nie mieliśmy pewności, nie mogliśmy zacząć działać. Ale teraz, kiedy przyznałeś otwarcie jak bardzo splugawiłeś się tym ludzkim gównem, dałeś nam wolną rękę – mówił z kpiną w głosie.

Sebastian zasłonił szlachciankę ramieniem i powoli przesunął się na skraj łóżka.

                – O czym mówisz? – zapytał.

                – Błagam cię, bracie! Naprawdę jeszcze się nie zorientowałeś? Myślałem, że prezent, który ci zostawiłem, był wystarczająco sugestywny. Doprawdy. Bela prawie szlag nie trafił, kiedy cię odnalazł i zobaczył, co ze sobą zrobiłeś. W rzeczy samej, to niezwykle obrzydliwe. Pozwolić, by pomiatało tobą dziecko. Chociaż nie powiem, ta mała jest niezwykła. Dlatego wybrałem ją na swoją nową towarzyszkę – zaśmiał się Seth, patrząc pożądliwie na zdezorientowaną Elizabeth. – Oparła się nawet moim sztuczkom, pomyślałbyś? – cedził kolejne, złośliwe słowa, patrząc jak kamerdyner gotuje się od środka świadomy swojej bezradności.

Złotooki bardzo dobrze wszystko przemyślał. Osłabił bruneta tak, by ten nie był w stanie mu zagrozić. Zresztą i tak by nie mógł, zbyt wiele mocy wkładał w kontrakt, by stanowić dla chłopaka jakiekolwiek wyzwanie. W tym momencie był dla niego równie bezwartościowy jak ludzki robak.

                – Właściwie, jestem zazdrosny. Nie rozumiem skąd u ojca ta słabość do ciebie. Odwróciłeś się od niego, zniknąłeś na kilkaset lat i upadłeś na samo dno, a on wciąż chce cię z powrotem. – Śniady nastolatek skrzywił się z obrzydzeniem i splunął pod nogi lokaja.

                – Saamed. Czy nie mówiłem ci o tym tysiąc dwieście lat temu? On nigdy nie doceni takiego ścierwa, jak ty. Tchórzliwy dzieciak, który nigdy nie stanął na froncie. Czego byś nie zrobić, nigdy nie będziesz mógł się ze mną równać – odparł Sebastian.

Uśmiechnął się złośliwie i wstał z łóżka.

                – Kurwa – zaklął Seth, uderzając dłonią w oparcie krzesła, które skruszyło się od siły jego ciosu. – To nieważne. I tak już jesteś trupem. Zawarłem z nim umowę. Dostanie, czego chce, a ja wezmę dziewczynę i tron. Nie pozwolę ci przeżyć, nędzny śmieciu – warknął zdenerwowany.

Poderwał się z siedzenia i w mgnieniu oka znalazł się tuż przy czarnowłosym, uderzając pięścią w jego brzuch. Kamerdyner zgiął się w pół. Z kącika jego ust zaczęła spływać strużka ciemnej krwi. Starał się blokować kolejne ciosy Saameda, jednak był zbyt słaby, by nadążyć za jego tempem.

                – Dałem mu dowód. A teraz, zabiję cię i zdobędę wszystko, o czym marzyłem! – Młody demon zaśmiał się przerażająco i po raz kolejny uderzył przeciwnika w twarz.

                – Sebastian! – krzyknęła przerażona Elizabeth, kiedy mężczyzna osunął się na ziemię.

Podbiegła do niego i uniosła mu głowę, rękawem koszuli ścierając krew z twarzy.

                – Elizabeth, odsuń się – warknął, uderzając w jej dłoń.

                – Co tu się dzieje? Wyjaśnij mi! To jest rozkaz! – krzyknęła.

                – Tak, bracie. To rozkaz, wyjaśnij jej. – Opętańczy, nieludzki chichot wydobył się z gardła złotookiego nastolatka.

Powoli zbliżał się do siedzącego pod ścianą przeciwnika i osłaniającej go, wątłej dziewczyny.

                – Panienko, ta osoba to demon. Saamed, anioł ciemności. Prawa ręka naszego stwórcy, pana piekieł. Podał mi truciznę, na którą nie istnieje lekarstwo.

                – Co to znaczy? – zapytała drżącym głosem.

                – To znaczy, że to ścierwo umrze nim ponownie wzejdzie księżyc – wtrącił Seth.

                – Zamknij się! – wrzasnęła nastolatka.

W przypływie złości rzuciła się na chłopaka, próbując go powalić. Mimo kilku lat treningów, walka na poważnie z demonem znacznie przerastała możliwości szlachcianki. Na nic zdały się zwinne ruchy i nienaganna defensywa, szybkość i siła ciosów Setha była na zbyt wysokim poziomie. Zrozpaczona, zaczęła uderzać na oślep, modląc się, by stracić nad sobą panowanie. Tylko w ten sposób miała szanse, by chociaż trochę pomóc Sebastianowi. Jednak jej uśpiona, agresywna natura za nic nie chciała użyczyć swej mocy.

                – Jak mogłeś to zrobić! – krzyczała Elizabeth. – Wszystkie obietnice! Wszystkie wyznania! Naprawdę uważałam cię za przyjaciela! Jak mogłeś mnie tak okłamać!

Uderzała z całą siłą, coraz bardziej niechlujnie. Demon nie musiał już nawet blokować jej uderzeń. Z lekkością unikał zwarcia. Trzymając ręce w kieszeniach zaprasowanych w kant spodni, odskakiwał niedbale, uśmiechając się ironicznie.

                – Jak mogłem cię okłamać, pytasz? – Parsknął śmiechem, kiedy szlachcianka niesiona siłą własnego ciosu uderzyła głową w ścianę. – A jak ty mogłaś okłamać Bena i Bennyego? Jak myślisz, jak oni się czuli… – odchylił głowę na bok, unikając kolejnego uderzenia.

Prawą ręką chwycił nastolatkę za ramię, krępując jej ruchy, drugą ścisnął podbródek, zmuszając ją, by na niego spojrzała. Widok czerwonej ze złości twarzy i zbierających się w oczach łez wściekłości niesamowicie go pobudzała. Przysunął głowę do jej policzka i zlizał kroplę potu spływającą przy uchu.

                – Jak oni się czuli, kiedy pozwoliłaś im umrzeć? – szepnął i rzucił dziewczyną o ścianę, przy której z trudem utrzymywał się na nogach jej służący.

Zamarła. Pozwoliła, by jej ciało bezwładnie osunęło się na ziemię. Złotooki demon trafił w najczulszy punkt. Na nowo rozbudził poczucie winy, które Elizabeth ledwie dała radę zepchnąć w otchłań umysłu.

                – Jak to się stało? Jakim cudem się tu znaleźliśmy? Ja… Pozwoliłam, by umarli. Zraniłam tyle niewinnych istot. Co ja tu robię? O co walczę?

                – Panienko! – wycharczał lokaj, padając przed nią na kolana.

W jej oczach zobaczył ciemną pustkę. Coś zupełnie innego niż dotąd. Traciła nad sobą kontrolę, ale w sposób, którego dotąd nie widział. W tych wielkich, błękitnych oczach… W ich wnętrzu nie było już Elizabeth. Jej świadomość została wchłonięta przez rozpacz. To, czego się obawiał, czemu próbował zapobiec, ucząc ją kontroli – wszystko poszło na marne.

                – Co ja tu robię? Dlaczego uważam, że mam do tego prawo? Kto mi je nadał? Tyle ludzi, tyle żyć, tyle błędów. To wszystko moja wina. 

3 komentarze:

  1. Kochana, za co miałabym Cię niby zabić?! Przecież tego oczekiwałam- lof forewa, Lizzy i Sebi- jest. Prawdziwa tożsamość małego gnoja- jest. Lizz nienawidzi Setha- jest. Kurcze, wszystko na swoim miejscu...tylko jeden cholerny błąd...- TO JUŻ KONIEC TOMU! :'''(
    Sebusiu- dasz radę, trzymam kciuki. Będzie dobrze, słodko i różowo;)

    Znalazłam tylko jedną literówkę- "łamią", zamiast "łamiąc". Haha!

    Pisz, pisz i pisz! Weny, czasu i ochoty!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bo, eee.... Bo... No, tego... Jezu, nie czytajcie następnego rozdziału, bo ja się boję o swoje życie, serio Oo
      Anyway. Cieszę się, że udało mi się odhaczyć wszystkie niezbędne checkpointy :P To chyba ostatni raz hahahahaha xD

      Usuń
  2. Dobra xDD
    żyję :) SebLizz takie kyaaa ~~ Tylko trochu sztucznie. No bo noe rzucili się sobie w ramiona :( A ja na to czekałam :33 I przekaż Sethowi, że znalazłam dla niego świetnego murarza. Suficik się spostuje hehe xDD
    Czy moja teoria się sprawdzi? Hm, możliwe. Ale tp się okaże.

    Btw, odpowiedziałam na Twój koment u mnie. Dopiero :P

    OdpowiedzUsuń

.