sobota, 20 grudnia 2014

XXIV

Z okazji początku przerwy świątecznej mam dla Was mały prezent - dłuższą notkę. 
Tak, wiem, nic wielkiego, na Gwiazdkę postaram się dodać coś naprawdę długiego, plus może jakiś bonus, jeżeli wena będzie łaskawa. :)
Zapraszam do czytania. Mam nadzieję, że będziecie zadowoleni. 


==================

Lokaj rozejrzał się dokładnie  po wnętrzu pomieszczenia. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało zwyczajnie jednak, kiedy się przyjrzał, zauważył dwie małe dziury, zakamuflowane w ścianach. Dyskretnie wskazał je czerwonowłosej. Natychmiast poderwała się z fotela.
– Dobrze, panie doktorze! – krzyknęła.
– Co ty wyprawiasz? – zdziwił się.
– Jeśli nas obserwują, to chyba ty powinieneś siedzieć na tym krześle? Trudno będzie się z tego wytłumaczyć. – Podeszła do szafki i zaczęła udawać, że robi na niej porządek, przeszukując kolejne szuflady w poszukiwaniu wskazówek.
                Do czasu obchodu zdążyła zajrzeć w każdy zakamarek, podczas gdy kamerdyner odprężał się w siedzisku, pomijając jej herbatę z błogim i jednocześnie złośliwym uśmiechem. Wyraz jego twarzy doprowadzał ją do szału. To on powinien wszystko sprawdzać, tym czasem najlepsze wylegiwał się za biurkiem, podczas gdy ona się męczyła. Bezczelność. Niestety dla dobra przykrywki musiała to znieść, w końcu to był jej własny, niezwykle idiotyczny, pomysł.
– Doktorze Michaelis? Już czas. Proszę udać się ze mną. – Do pokoju, bez ostrzeżenia wszedł ten sam lekarz, który przyprowadził ich do gabinetu.
Dopiero teraz dziewczyna zauważyła głęboką bliznę na jego prawym oku. Wcześniej było to niemożliwe, ponieważ burza kręconych, złotych włosów, zasłaniała praktycznie całą jego twarz. Jak na człowieka, którego niewątpliwie spotkało coś strasznego, zachowywał się dosyć beztrosko. Zbyt beztrosko, jego luźne podejście do manier zaczynało ją irytować, chociaż widziała go dopiero drugi raz. Nie była jedną z tych osób, które za najmniejsze uchylenia chciały ścinać ludziom głowy, jednak nie zapukanie przed wejściem do czyjegoś pokoju, wydawało się lekko przekraczać granice dobrego smaku.
– Oczywiście – odparł z niezwykłym zaangażowaniem, jakby przez cały ten czas nie mógł się tej chwili doczekać.
– Panią też proszę z nami, po drodze pokażę pani pokój pielęgniarek. Siostra przełożona przydzieli pani zadania – zwrócił się do zirytowanej dziewczyny, jednak w jego głosie nie było tej samej sympatii, którą obdarzył lokaja.
Wyczuła niechęć i ogromny dystans, który zdecydowanie nie pasował do lekkodusznego, młodego lekarza.
– Dziękuję – odpowiedziała równie chłodno.
                Mężczyzna zaprowadził ich do drzwi pomieszczenia pielęgniarskiego. Nie zawracając sobie głowy zbędnymi konwenansami, takimi jak przedstawienie nowej pracownicy, zostawił Elizabeth naprzeciwko otwartych drzwi i szybko pognał dalej, ciągnąc za sobą obiekt swojej ekscytacji. Dziewczyna niepewnie weszła do pomieszczenia. Oczy wszystkich zebranych przeszyły ją wrogimi spojrzeniami. Nie rozumiała skąd u nich taka niechęć. Czy to z powodu koloru jej włosów, czy po prostu nie podobało im się, że ktoś z zewnątrz będzie poniewierać się po ich szpitalu? Bez względu na to, o co chodziło, musiała skupić się na swojej misji, by jak najszybciej opuścić to przedziwne, śmierdzące miejsce.
                Niska, krępa kobieta podeszła do szlachcianki, przysuwając swoją twarz niebezpiecznie blisko niej, niemal dotykając jej nosa. Spojrzała prosto w jej błękitne oczy, pełnym pogardy wzrokiem.
– Nie myśl sobie, że będziesz traktowana szczególnie. To nie twój szpital i nie twoje wypaczone zasady. Tutaj wszyscy są równi i uczciwi wobec siebie – mówiła powoli, stanowczo.
Wzbudzała szacunek, a może raczej strach. Z ust śmierdziało jej czosnkiem. Czerwonowłosa zrobiła krok w tył, by nie wdychać nieprzyjemnego odoru.
– Pracujesz z Magdą. Zaczynacie za piętnaście minut – dodała pogardliwie i odwróciwszy się na pięcie, zniknęła w głębi pomieszczenia.
Zdziwiona nieprzeciętnie niemiłym przywitaniem, Lizz niepewnie próbowała wmieszać się w tłum, jednak nieprzychylne spojrzenia kobiet nie odstępowały jej ani na krok. Próbowała nawiązać z pielęgniarkami nić porozumienia, ale żadna nawet nie odpowiedziała na jej przywitanie. Zrezygnowana stanęła pod ścianą, naprzeciwko wiszącego nad drzwiami zegara, i wbiła wzrok w jego wskazówki. Oby chociaż w trakcie prac udało mi się czegoś dowiedzieć.
– Nie przejmuj się nimi. Do obiadu im przejdzie. – Melodyjny, uprzejmy głos dotarł do jej uszu.
Spojrzała na ciemnowłosą dziewczynę o wielkich, zielonych oczach. Wyglądała na niewiele starszą od niej.
– Nie wiem nawet, o co tak naprawdę im chodzi – burknęła pod nosem, spoglądając na jedyną osobę, która zechciała z nią porozmawiać.
– To nic takiego. One uwielbiają plotkować. Monitor widział cię w pokoju doktora Michaelisa, siedzącą w jego fotelu. Dopowiedziały sobie co trzeba i wyszło na to, że masz z nim romans i jedynie dlatego trzyma cię przy sobie – wyjaśniła brunetka, z niewiarygodną lekkością.
Czerwonowłosa patrzyła na nią z lekko otwartymi ustami. Wychodziło na to, że tego typu sytuacje były zupełną normą w tym miejscu, ale nie to ją zaciekawiło.
– Monitor? – zapytała po chwili.
Młoda pielęgniarka zerknęła w prawo, w stronę pełnej książek szafki. Stanęła tyłem do niej i odpowiedziała, konspiracyjnym szeptem:
– Cały budynek jest obserwowany przez tajemniczą osobę, lub kilka osób, nie wiadomo. Nazywamy to zjawisko „Monitorem”. Wie o wszystkim, co się tutaj dzieje, i według własnego uznania dzieli się informacjami z resztą szpitala.
– W jaki sposób?
– Zostawia kartki z maszynopisu w widocznych miejscach lub podrzuca je pojedynczym osobom, to zależy. Z reguły są to zwykłe plotki, które wzbudzają chwilowe oburzenie, ale czasami są to naprawdę poważne rzeczy. To właśnie Monitor wskazał policji trop w sprawie kradzieży leków z zeszłego roku – powiedziała nie kryjąc chwilowego przypływu uznania, co chwila oglądając się przez ramię. – Dlatego ludzie w obawie przed kompromitacją i skandalem zachowują się jak maszyny, unikają wszystkiego, co mogłoby przykuć uwagę, dokładnie uważając na każdy swój ruch, z nadzieją, że nie padną obiektem zainteresowania Monitora. Jednak niezbyt im to wychodzi – zaśmiała się głośniej. – Są też tacy, którzy w ogóle nie przejmują się tymi plotkami i żyją swoim życiem, ale to zdecydowana mniejszość.
– I ty do nich należysz?
– Masz rację. Niewiele mnie to obchodzi. Nie mam też nic do ukrycia. Po prostu jestem sobą. – Jej szczerość wydawała się podejrzana.
Hrabiance ciężko było uwierzyć w słowa zielonookiej, szczerość powoli stawała się luksusem bliskim wyginięcia, a ludzie, którzy ją posiadali – zagrożonym gatunkiem.
– Codziennie pojawia się kilka nowych informacji, więc nie martw się, do obiadu nikt już nie będzie pamiętał o twoim domniemanym romansie – dodała, klepiąc dziewczynę w ramię.
– Nie obchodzi mnie to, co o mnie myślą, długo tutaj nie zabawię – odpowiedziała, ostentacyjnie odsuwając się do niej, urażona samym domysłem, jakoby miała przejmować się czczym gadaniem znudzonych kobiet rządnych ekscesów. – Jak ten cały Monitor obserwuje wszystkich na raz? Przecież szpital jest ogromny.
– Nikt tego nie wie, ale ma swoje sposoby. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby kłamał. Wszystko co nam przekazuje jest prawdą, a jeśli czyjaś tajemnica lub pomyłka nie została od razu rozpowiedziana, to znaczy, że jest w tym jakiś cel.
– Rozumiem. Ktoś musi się nieźle bawić. – Nastolatka skrzyżowała ręce na piersi i zaczęła się zastanawiać. W takim razie, jeżeli uda nam się odkryć tożsamość tego kogoś, może  dowiemy się, kto zabija ludzi.
– W każdym razie, jestem Magda. – Brunetka wyciągnęła dłoń w jej stronę. – Będziemy dziś razem pracować.
– Tak – odpowiedziała wyrwana z przemyśleń i delikatnie uścisnęła jej rękę. – Lizzy .
 – przedstawiła się zażenowana.
~*~
– Doktorze Michaelis, co pan sądzi o naszej nowej metodzie? – Złotowłosy lekarz, emanujący ogromnym entuzjazmem, zaczął skakać wokół swojego nowego obiektu kultu.
Sebastian wiedział, że jego przykrywka była dobra i dawała mu wiele możliwości, by węszyć po szpitalu, ale uwielbienie, jakim darzyli go medycy było wręcz nienaturalne. Sama jego obecność wywoływała poruszenie wśród personelu.
– Bardzo pomysłowe wykorzystanie surowców, jestem pod wrażeniem – odpowiedział, siląc się na pochwałę, która w gruncie rzeczy była zbędna.
Nawet bez pochlebnych komentarzy byli w niego zapatrzeni i żadnemu nie przyszło do głowy, że nie jest prawdziwym lekarzem. Bawiła go ta prostota ludzkiego umysłu.
– Proszę dalej. To bardzo ciekawy przypadek rzadkich powikłań po zapaleniu płuc. Pacjent obecnie znajduje się w stanie śpiączki pooperacyjnej, jednak wciąż nie zdecydowaliśmy, co zrobić z nim dalej. Proszę spojrzeć. – Siwy mężczyzna z ciężkimi, grubymi szkłami na nosie, ordynator oddziału, podał demonowi wyniki badań oraz zdjęcia pacjenta.
Sebastian wziął je do ręki i zaczął przeglądać ze skupieniem, teatralnie poprawiając okulary. Trójka lekarzy patrzyła na niego, oczekując na decyzję. Nie miał zielonego pojęcia, co było temu człowiekowi – był wprawdzie niezwykle inteligentny i posiadał podstawowa wiedzę medyczną, ale dokładna znajomość biologii ludzkiego ciała nie była niezbędna kamerdynerowi, dlatego nigdy się w nią nie zagłębił. Czytając niezrozumiałe zapiski zdecydował, że będzie musiał to zmienić.
– Ciekawe… Doktorze Blake – zwrócił się do blondyna. – Jakie działania pan proponuje? – Wybrnął z sytuacji obronną ręką.
Tak jak się spodziewał, młody lekarz, upojony zaszczytem możliwości wystawienia swojej opinii przed znanym autorytetem, wpadł w słowotok. Pozostała dwójka zaczęła z nim polemizować, zupełnie zapominając, że pierwotnie oczekiwali opinii od kogoś zupełnie innego niż oni sami. Zadowolony z siebie, kamerdyner wykorzystał chwilę ich nieuwagi, by dokładnie rozejrzeć się po sali. Znów czuł, że ktoś go obserwuje, jednak tym razem nie wiedział skąd.
– Panowie, uspokójcie się – przerwał dyskusję, która powoli zaczynała się przeradzać w kłótnię, gdy uznał, że w tym miejscu nie dowie się niczego przydatnego.
– Blake, Tatcher, uspokójcie się! – krzyknął ordynator, ukrywając zażenowanie. – Chcecie zostać kolejną nowinką Monitora?
– Przepraszam
– Proszę o wybaczenie. – Uspokoili się, słysząc niejasny demonowi tytuł, chociaż blondyn wydawał się czuć pogardę do wspomnianego „Monitora”. To słowo wzbudziło zainteresowanie Sebastiana. Reakcja lekarzy wskazywała, że był kimś istotnym w ich szpitalnej społeczności.
– Więc, doktorze Michaelis, co powinniśmy zrobić z pacjentem? – Siwy mężczyzna powrócił do pierwotnego pytania.
– Uważam, że zaproponowana przez doktora Tatchera metoda powinna odnieść najlepszy skutek. – odrzekł pewny siebie.
Jego decyzja bazowała jedynie na wieku lekarzy i sposobie, w jaki odniósł się do niego szef oddziału. Wydawało mu się, że darzył go pewną dozą zaufania, dlatego poparcie jego opinii było bezpieczniejsze zarówno dla jego kamuflażu, jak i życia pacjenta.  
                Reszta obchodu wyglądała identycznie. Przy każdym przypadku, trójka podekscytowanych mężczyzn, bardziej niż na samym pacjencie, skupiała się na zaimponowaniu gościowi. Bawiło go to, a jednocześnie przerażało, jak łatwo było zmanipulować cały lekarski światek. Nie świadczyło to najlepiej o ich inteligencji, jak więc musiało się przekładać na zawodowe kompetencje? Nie chciał się nawet zastanawiać. Sama myśl o tym, że którykolwiek z tej, niewzbudzającej zbytniego zaufania, bandy, miałby dotykać gołymi rękami, rozpłatanego na operacyjnym stole, ciała jego pani, wzbudzała w nim odrazę. Obiecał sobie dbać o nią tak, by nigdy nie trafiła pod ten rzeźniczy nóż. Z zebranych przez niego informacji, niezbędnych do odpowiedniego odgrywania swojej roli, wynikało, że niewielki odsetek operacji zakańcza się całkowitym sukcesem – to jest, przeżyciem pacjenta. Za częściowy sukces uznawało naprawienie urazu, nawet jeśli pacjent nie dotrwał żywy do jego końca. Gdyby hrabianka straciła życie, oddała nie w pełni przygotowaną duszę z takiego powodu, nie mógłby sobie wybaczyć.
                Zupełnie inną, zastanawiającą go rzeczą było ciągłe uczucie, nie… Ciągła świadomość tego, że był obserwowany. W każdym pomieszczeniu ogromnego molocha, na każdym korytarzu, ktoś go śledził, jednak robił to tak zmyślnie, że nie potrafił go zidentyfikować. To sprawiało, że musiał uważać jeszcze bardziej niż zwykle na swoje ludzkie zachowania. Wiązało się to z koniecznością jedzenia, picia i udawanie zmęczenia czynnościami, które nie były w stanie pozbawić go energii. Myśl, że będzie musiał stać się jeszcze bardziej podobny do nich, niesamowicie go irytowała. Nie mógł się już doczekać końca dnia, powrotu do posiadłości i zrzucenia ludzkiej maski.
Gdy tylko obchód dobiegł końca, udał się do swojego tymczasowego gabinetu, zaczepiając po drodze jedną z pielęgniarek z prośbą, by przysłała do niego Lizz. Uprzejma kobieta, onieśmielona jego urodą, kiwnęła głową i pobiegła w głąb korytarza. Znużony obowiązkami, wszedł do pomieszczenia, usiadł w fotelu i wyciągnął się.
Na co dzień nie robię sobie przerw w środku dnia. Całkiem przyjemne uczucie. – Luźna myśl wywołała uśmiech na jego twarzy.
Udawanie prawdziwego człowieka, tym bardziej wysoko postawionego, miało także swoje dobre strony.
~*~
– Zaczniemy od rozdania leków pacjentom na tym piętrze. – Zielonooka pchała przed sobą wózek pełen kubeczków z kolorowymi tabletkami w środku. – Jesteś strasznie spięta, Lizzy – zauważyła, widząc jej zaczerwienione, od mocnego ściskania kartek, dłonie.
– Przepraszam. – odpowiedziała, gorączkowo przeglądając listę.
Martwiła się, że popełni błąd, który wyda ją przed młodą pielęgniarką. Teraz, gdy miała pierwszy trop w sprawie Wampira, na dodatek taki, który mógł jej zaszkodzić, musiała dawać z siebie wszystko. Nie spodziewała się jednak, że zwykła rozpiska z lekami dla chorych może być tak skomplikowana. Im dłużej przyglądała się oznaczeniom, tym mniej jej rozumiała. Zbitek cyfr i skrótów, niemal niemożliwych do rozszyfrowania dla kogoś, kto z leków znał jedynie morfinę oraz kilka rodzajów narkotyków, których nielegalną sprzedaż na terenie miasta ukróciła jakiś czas temu, wyglądał niczym starodawne pismo.
– No dobrze, zajmę się tymi po prawej. – Pielęgniarka wzięła do rąk kilka kubeczków i podchodziła kolejno do pacjentów.
Elizabeth stała w miejscu, wciąż próbując rozszyfrować listę. 
– Lizzy, co ty robisz? – zapytała zaskoczona Magda, widząc wciąż stojące na swoim miejscu leki.
– Ja… Przepraszam, nic z tego nie rozumiem – odpowiedziała skruszona.
Na przekór wszystkiemu, czego się spodziewała, brunetka zareagowała jedynie szczerym rozbawieniem.
– Może ty naprawdę masz z nim romans? – Spojrzała na nią tajemniczo.
– Nie, to nie tak, ja… – przerwała. – Prędzej bym sobie strzeliła w łeb!– dodała w myślach, tłumiąc nieodpartą chęć wypowiedzenia tych słów na głos.
– Porozmawiamy o tym przy obiedzie, teraz chodź, wyjaśnię ci to. – Wskazała dłonią trzymaną przez Elizabeth rozpiskę. – Musimy rozdać wszystkie leki przed obiadem. Sama nie dam rady. – Stanęła za czerwoną ze wstydu koleżanką i patrząc jej przez ramię, tłumaczyła jej, jak odczytywać zapisane informacje. Okazało się, że to wcale nie było trudne, gdy ktoś się zlitował i zechciał wyjaśnić.
– Zrozumiałaś?
– Tak, dziękuję – Odpowiedziała z wdzięcznym uśmiechem na twarzy.
– Nie ma za co, chodźmy dalej.
Pośród zdziwaczałego, ponurego personelu, młoda pielęgniarka świeciła przyjemnym blaskiem. Była pełna energii, uprzejmości i ogromnej chęci do pracy. Uśmiech nie zniknął jej twarzy nawet wtedy, gdy jeden z pacjentów zwymiotował na jej uniform. Całym sercem pragnęła nieść pomoc potrzebującym. Cóż za naiwne podejście. Mimo głupoty, jej czyste intencje i ogromna determinacja imponowały szlachciance. Mało było na świecie takich ludzi jak ona, pozbawionych negatywnych uczuć, widzących we wszystkich wokół jedynie dobro. Zrobiło jej się żal pielęgniarki – tacy jak ona wiodą trudne, pełne wyrzeczeń życie, w zamian nie otrzymując nawet pochwały . Poczuła do niej sympatię. Tacy ludzie byli potrzebni światu, dzięki nim dobro jeszcze nie do końca opuściło ten świat. Odrobinę przypominała ją samą, z dawnych czasów, kiedy wiodła beztroskie życie otoczona miłością, życie, które siłą zostało jej wyrwane.
– Kiepska dziś pogoda. Myślisz, że będzie padało? – Zielonooka zatrzymała się na środku korytarza, zerkając przez okno na gęste, ciemne chmury zmierzające w ich stronę.
– Bardzo możliwe – odpowiedziała Lizz, bez większego zainteresowania. – Co za różnica, skoro i tak spędzimy tu cały dzień? – pomyślała po chwili.
                Dziewczyny weszły do kolejnej, ostatniej już sali. Magda była zadowolona z postępów współpracowniczki. Cieszyła się, że miała kolejną okazję do pomocy. W pewnej chwili, do środka pokoju wpadła zdyszana pielęgniarka w średnim wieku, przerywając przyjemną ciszę.
– Nowa, doktor Michaelis cię wzywa! – wysapała, łapiąc oddech.
Czerwonowłosa spojrzała na nią pogardliwie.
I biegłaś przez cały szpital, żeby mi to powiedzieć i przypodobać się komuś, kto już nawet nie pamięta, że istniejesz? Żałosne… – parsknęła pod nosem.
– Powiedz mu, żeby sam tu przyszedł, jeżeli czegoś chce. Jestem zajęta – burknęła skupiając się na pracy. We łbie mu się poprzewracało!
W Sali zapanowała niezręczna cisza. Obie pracownice wpatrywały się w nią osłupiałe. Dopiero po chwili zorientowała się, że popełniła fatalną gafę.
– To znaczy… Proszę mu powiedzieć, że za chwilę przyjdę – poprawiła się, pochylając delikatnie głowę.
Oburzona kobieta prychnęła pod nosem i bez słowa wyszła.
– Zająć ci miejsce na stołówce?
– Nie trzeba, chodźmy tam razem – odpowiedziała i zaczęła pchać pusty wózek.
– Ale doktor…
– Znajdzie mnie. No chodź, musisz mi pokazać, gdzie jest ta stołówka – Poganiała ją.
Nie widziała potrzeby zgrywania się przed dziewczyną. Po tych paru godzinach, które z nią spędziła wiedziała, że jest tak niewinna i pozbawiona najmniejszej chęci sprawiania ludziom kłopotów, że na pewno nic nikomu nie powie. Zamierzała nawet wyjawić jej podczas obiadu, po co tak naprawdę tutaj jest – przy odrobinie szczęścia jej przykrywka wcale nie musiała ucierpieć, a sprzymierzeniec wewnątrz tej społeczności ogromnie by jej pomógł. Wszystko miała już dokładnie zaplanowane. Wspólny, zbliżający do siebie posiłek, granie osamotnionej ofiary Monitora, głośne miejsce, gdzie ciężko będzie podsłuchiwać rozmowę. To był idealny moment i nie zamierzała porzucać swojego planu z powodu sebastianowej zabawy w lekarza. Poza tym, po raz pierwszy od bardzo dawna poczuła prawdziwy głód. Praca w szpitalnych warunkach wysysała z niej olbrzymie ilości energii. Gdyby demon usłyszał burczenie jej brzucha, prawdopodobnie umarłby ze śmiechu – kolejny dobry powód, by nie pokazywać mu się na oczy.
~*~
Kiedy szła na stołówkę z uśmiechem na twarzy, nie mogąc się doczekać aż coś zje, nie spodziewała się zobaczyć tam czegoś takiego. Z jakiegoś powodu słysząc „obiad”, wyobrażała sobie pięknie przystrojone, idealnie podane potrawy, przygotowywane przez Sebastiana z prawdziwym zaangażowaniem, godnym artysty. To, co zobaczyła, gdy z głośnym plaskiem wylądowało w wyszczerbionej misce, którą trzymała w ręku, wyglądało jak sterta odpadów powstałych w trakcie tworzenia dzieła, które zawisnąć może jedynie w szemranych gospodach. Szarozielona maź, chlubnie nazywana zupą, śmierdziała brudnymi skarpetami. W jej wnętrzu pływały kawałki czegoś bliżej nieokreślonego, prawdopodobnie warzyw, ale nie odważyła się zapytać. W bardzo brutalny sposób sprowadzona na ziemię, wzięła kawałek chleba, by chociaż trochę zapchać żołądek. Razem z brunetką usiadły przy stoliku w samym centrum pomieszczenia.
– Smacznego! – Magda ochoczo chwyciła łyżkę i zaczęła zajadać się wyblakłą breją.
Hrabianka patrzyła na nią z obrzydzeniem. Chwyciła w dłoń swój posiłek i powoli przeżuwała kolejne kęsy.
– Tu możemy normalnie porozmawiać. Więc, co chciałaś mi wcześniej powiedzieć? – zapytała pielęgniarka między kolejnymi machnięciami łyżką.
– Pewnie już zauważyłaś, że nie do końca radzę sobie z pracą.
Pokiwała głową. Trudno było tego nie zauważyć, a zielonooka nie wydawała się tak głupia, by tego nie dostrzec.
– Tak naprawdę jestem tutaj z polecenia królowej. Pracuję nad rozwiązaniem sprawy Wampira, słyszałaś o nim?
– Ten, który wysysa ludzką krew i rozrzuca ciała po całym Londynie? – powiedziała z pełnymi ustami.
– Tak. Dowiedziałam się, że sprawca może być związany ze szpitalem.
– Dlatego doktor Michaelis wziął cię ze sobą mimo tego, że nic nie potrafisz?
Lepiej niż się spodziewałam! – Hrabianka ucieszyła się w myślach. To było prostsze niż przewidywała. – Tak, zgodził się mi pomóc. W ten sposób mogę swobodnie się rozejrzeć. Jeśli mogłabyś zatrzymać to dla siebie…
– Oczywiście. Pomogę ci, jak tylko będę mogła – odparła ochoczo.– Poza tym dobrze, że mi o tym powiedziałaś, po przerwie miałyśmy założyć parę kroplówek. Wyobrażasz sobie, co by było, gdybym ci to zostawiła? – zaśmiała się.
Czerwonowłosa nie widziała w tym nic zabawne, raczej niebezpiecznego, ale także zaczęła się śmiać, by zbliżyć się do niej jeszcze bardziej. Przez resztę posiłku Magda opowiadała jej mało istotne historie z życia szpitala, których Lizz cierpliwie wysłuchiwała udając, że naprawdę ją interesują.
Kolejną opowieść przerwał, krzyk lekarki z końca stołówki.
– Z pacjentką z dziesiątki? Nie masz za grosz wstydu, to jest koniec! – Rzuciła zwiniętą kartkę papieru w twarz jakiegoś mężczyzny i wybiegła z płaczem.
– No i już, kolejna gorąca plotka. – Zielonooka wzruszyła ramionami zupełnie obojętna.
 Szlachcianka zastanawiała się, dlaczego plotki przekazywane przez Monitora w ogóle jej nie obchodziły, za to historie, które sama usłyszała, chociaż także były pewnego rodzaju plotkami, wydawały jej się ciekawe.
                Cała sala zaczęła wrzeć. Ludzie szeptali za plecami mężczyzny. Wstał, cisnął zgniecioną kartkę do kosza i wyszedł, nie mogąc dłużej znieść ich oceniających spojrzeń. Gdy tylko zniknął, Elizabeth podbiegła do śmietnika, pod pretekstem wyrzucenia serwetki, i wyciągnęła z jego wnętrza papierową kulkę. Wróciła do stolika i rozwinęła zdobycz.
– „Doktora Malcolma Bradforda widziano wielokrotnie na spoufalaniu się z pacjentkami. Ostatnio obrał sobie za cel Glorie Bloxam z sali numer dziesięć. Nie ładnie doktorze, co na to pańska żona.” Naprawdę? – Hrabianka z zażenowaniem przeczytała zapisane słowa, które wywołały tak ogromne poruszenie.
– Hm?
– Z powodu takiej bzdury wszyscy poszaleli? T tylko idiotyczna plotka, co kogo obchodzi życie jakiegoś małżeństwa… – burknęła, całkowicie nie rozumiejąc poruszenia personelu.
– W tym miejscu znaczy to ogromnie dużo. Sama tego nie rozumiem, widać oni tego potrzebują.
– Pójdę pokazać się Michaelisowi. Spotkamy się w pokoju pielęgniarskim za 15 minut? – zapytała czerwonowłosa, chowając notkę do kieszeni.
– Dobrze.
~*~
– Lizzy, wzywałem cię ponad dwadzieścia minut temu! – Kiedy przekroczyła próg jego gabinetu, demon wyglądał na zirytowanego. Widząc go, prychnęła pod nosem.
– Chyba ci się naprawdę coś poprzestawiało, jeśli myślisz, że przybiegłabym…
                – Lizzy, uważaj na słowa! – podniósł głos i dyskretnie wskazał jej dziurę w ścianie. Skrzywiła się, ubolewając nad swoim losem. – Wypisz mi na tej kartce listę popołudniowych zadań. – Zadowolony z siebie przesunął papier na skraj biurka.
Ciężkim krokiem podeszła do niego i chwyciła pióro w dłoń. Pochyliła się nad kartką i przeczytała, co było na niej napisane. „Ktoś ciągle mnie obserwuje, nie możemy tu swobodnie rozmawiać.” Przewróciła oczami. „Brawo, geniuszu. Ten ktoś to Monitor. Myślę, że dzięki niemu dowiemy się, kto stoi za atakami wampira. Mam coś dla Ciebie. Dowiedz się o tym wszystkiego, czego zdołasz. Spotkamy się na stołówce w porze kolacji. Jeszcze jedno, umieram z głodu. Zrobiłeś jakiś obiad?”  Wyciągnęła z kieszeni zwiniętą kulkę i podała mu wraz z notatką. Przeczytał jej treść, wstał i otworzył drzwiczki jednej z szafek. Wewnątrz, na zdobionym, porcelanowym talerzu leżał pachnący kawałek pieczonego kurczaka. Podeszła do niego, wyszarpnęła mu z dłoni sztućce i stojąc przed komodą, szybko wcisnęła w siebie pyszne, ciepłe jedzenie.
– Żarcie z tej stołówki to jakaś kompletna porażka – jęknęła, wycierając usta chustką.
– Spodziewałaś się przysmaków? – odparł, zostawiając dla siebie zdziwienie powstałe na widok jej nienawidzącej jedzenia, kruchej pani, która żarłocznie wpychała w siebie mięso.
– Spodziewałam się jedzenia, a nie lepkiej, szarej brei – mówiła, nie ukrywając niezadowolenia. Głodna, niezadowolona dziewczyna, która nie potrafiła się odnaleźć w świecie prostych ludzi –wzbudzała w nim niesamowite rozbawienie.
– Nie wiem jak długo będę w stanie to znosić. Jeszcze ten smród, to straszne.
– Rozumiem, Lizzy, że w domu karmią cię samymi przysmakami z górnej półki? – droczył się.
– Nie są aż takie wyśmienite, ale na pewno lepsze niż to. Doktorze Michaelis. – Ostatnie słowa z trudem przeszły jej przez gardło.
Najwyraźniej demon doskonale się bawił, podczas gdy ona zapracowywała się na śmierć.
– Dobrze, wracaj już do pracy. Nie jesteśmy tu na wakacjach! – polecił jej, ledwo powstrzymując śmiech na widok jej czerwonej z oburzenia twarzy.

– Pożałujesz tego… – warknęła pod nosem i wyszła z gabinetu. 

8 komentarzy:

  1. Tego mi właśnie było trzeba! Cuuudna notka !:) Już się nie mogę doczekać aż znowu coś napiszesz:D Muszę przyznać, że owy szpitalny wątek wyjątkowo mnie wciągnął. Ciekawe kim jest ten cały ' monitor', nie wiem dlaczego ale mam wrazenie, że jest on związany z tą młodą pielęgniarką, aleee to już moje małe skromne domysły. Pozdrawiam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
  2. Notka świetna, jak zwykle! ;D
    Chociaż mam jedno małe "ale", chodzi mi o sens jednego zdania, a raczej trochę tak jego brak, a mianowicie: "Znów czuł, że ktoś go obserwuje, jednak tym razem nie miał nie wiedział skąd." Nie wiem, może tylko ja tego nie rozumiem ^ ^" W każdym razie to tak, żebyś wiedziała .__.
    Nooo, ta ja czekam niecierpliwie na część dalszą i oby Ci wena sprzyjała w napisaniu bonusiku ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Z chwile to poprawię, musiałam się zagapić podczas betowania, bo to zdanie rzeczywiście nie ma sensu :P

      Usuń
  3. Świetne, czekam na następne. Jakoś nie umiem sobie wyobrazić żeby 'Doktor Michaelis' i .pielęgniarka Liz' mogli mieć romans. Jakoś chce mi się śmiać jak to widzę.
    Tymczasem, pewnie się obraziłaś za długi brak rozdziału? W związku z tym przepraszam i zapraszam do mnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie martw się, nie mam zwyczaju obrażać się za takie rzeczy - już nie. Ewoluowałam i zadziwiająco dużo rzeczy jestem w stanie przyjąć w godny sposób :P
      Jak tak o tym mówisz, to na myśl o tej dwójce w tych uniformach, w dwuznacznej pozycji na kozetce w gabinecie wydaje się... Tak epicko abstrakcyjne :P

      Usuń
    2. Ponownie zapraszam na nowy rozdział. Dzisiaj dzieje się dużo :D
      Wesołych Świąt!

      Usuń
  4. Witam. Kiedy przeczytałam zdanie ''Monitor widział cię w pokoju doktora Michaelisa'' od razu odniosłam wrażenie, że pomyliły Ci się daty...''Hmm? Jaki znowu monitor? To przecież XIX wiek! W końcu będzie można się do czegoś przyczepić, to było zbyt idealne, w końcu Nami musiała coś namieszać.''-Nie zwróciłam uwagi na wielką literę. Ale przy kolejnych fragmentach wszystko się wyjaśniło. I nie mam się do czego w końcu przywalić. To jednak jest idealne, i idealne będzie, jestem tego pewna. Pozatym wyobrażanie sobie Sebastiana jako lekarza rządzącego Lizzy sprawia, że odczuwam jakąś nieuzasadnioną satysfakcję :b Pozdrawiam serdecznie :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahahaha <3
      W końcu uda Ci się znaleźć jakiś błąd, wierzę w Ciebie xD

      Usuń

.