sobota, 3 stycznia 2015

XXVIII

Dzisiaj stosunkowo krótko, bo niestety bolą mnie oczy ("zgaga oczu" :P) i nie jestem w stanie zbyt długo ślepić w tekst na ekranie. Mam nadzieję, że zrozumiecie. 
Dodam tylko, że OCZY SIĘ ŚMIEJĄ - to zostało naukowo udowodnione, to nie logiczny błąd tylko wykorzystanie wiedzy! ^^
Mam nadzieję, że kolejna porcja mhrocznego angstu Was nie zrazi. Życzę miłej lektury :)

===================

                Przestronne pomieszczenie udekorowane było jedynie regałami ustawionymi pod ścianami, przepełnionymi antycznymi przedmiotami kolekcjonerskimi. Oprócz tego, koło okna z szerokim parapetem, otoczonego bordowymi firanami, znajdował się jedynie nieduży kominek. Hrabianka stanęła na środku pomieszczenia, zamknęła oczy i wzięła kilka głębokich oddechów. Po chwili otworzyła je, przyjęła pozycję wyjściową i zaczęła wyprowadzać w przestrzeń serię ciosów. Odtwarzała w głowie przebieg ostatniego treningu, dając z siebie wszystko próbowała naśladować ruchy, które jej zaprezentował. Mimo tego, że ćwiczyła już od dwóch lat, wciąż nie była wystarczająco silna by się obronić, by obronić jego…  Chociaż wiedziała, że nigdy by jej o to nie poprosił, chciała czuć, że jest w stanie zrobić coś więcej, niż wskoczyć między niego, a przeciwnika, w formie żywej tarczy. Popatrzyła na swoja dłoń i prychnęła ze złością. Nie zważając na ból i krwawienie kontynuowała trening brnąc w coraz bardziej skomplikowane serie ciosów. Z coraz większą siłą, intensywnie przelewała w uderzenia złość i odrazę do samej siebie. Wyobrażała sobie, że rani samą siebie, za wszystkie błędy, które doprowadziło do tej sytuacji. Za każde wahanie, każde uczucie strachu, które przeszyło jej serce. Czuła, że za słabość musi ponieść karę. Jej winy nie mogą zostać zapomniane.
Nagle przed oczami ujrzała czerwonowłosego Shinigami. Stał wspierając rękę na biodrze, uśmiechając się do niej obleśnie. Krzyknęła obłąkańczo i rzuciła się w jego stronę. Chciała go rozszarpać, sprawić mu ból. Taki sam, jaki czuł Sebastian, gdy kosa Boga Śmierci rozrywała jego ciało. Postać zniknęła nim zdążyła jej dotknąć. Zdyszana, ociekająca potem, pośliznęła się w biegu na kroplach własnej krwi i boleśnie upadła na zimną posadzkę. Stęknęła z bólu. Po jej policzkach zaczęły płynąć gorzkie łzy. Nie miała siły dłużej ich powstrzymywać. Pozwoliła, by rozpacz pociągnęła ją na samo dno. Była słaba – czy nie tak właśnie postępowali słabi ludzie? Poddawali się, rozpaczając nad swoim losem, nie próbując robić nic, by go zmienić?
– Dlaczego to zawsze kończy się w ten sposób? Czemu jestem taka bezużyteczna? –zapytała się w myśli. – Jaki sens ma dalsza walka, jeśli za każdym razem przegrywam z własnymi ograniczeniami?
– Właśnie, poddaj się. W końcu udowodnisz mu, że na niego nie zasługujesz. – Usłyszała za plecami znajomy, ginący pośród własnego echa, głos.
– Czego ty do cholery chcesz? – warknęła rozwścieczona, odwracając się. Ciemna, niewyraźna plama zadrżała z rozbawienia.
– Czuję to! Czuję, jak staje się mój. Dzięki tobie, żałosna dziewczynko, będzie należał już tylko do mnie! – zaśmiała się i zniknęła, pozostawiając po sobie jedynie niepewność w sercu Elizabeth.
– Lizz, co się stało? – Zdenerwowana pokojówka wbiegła do pokoju.
Spojrzała na swoją panią, ze łzami w oczach klęczącą w niewielkiej kałuży własnej krwi. Podbiegła do niej, pomogła wstać i zaczęła prowadzić wycieńczoną nastolatkę do sypialni. Dziewczyna wyszarpnęła się jednak, nie mogła znieść dotyku służącej. Mimo tego, że jej ufała, nie potrafiła się przełamać. To była kolejna ze słabości, z którymi nie potrafiła walczyć. Tylko dwie osoby na tym świecie mogły ją dotknąć… Tylko mały, złotowłosy chłopiec i on. Demon, do którego należała jej dusza.
Wraz z Jeanny weszły do sypialni, z której blondynka zaprowadziła Elizabeth prosto do łazienki. Hrabianka na skraju wanny i wpatrywała się tępo na opatrywaną dłoń. Blondynka cały czas coś do niej mówiła, ale nie była w stanie skupić się na słowach. Jedynie zdenerwowany ton głosu służącej docierał do jej uszu, boleśnie przypominając o rzeczywistości, której nie potrafiła zaakceptować. Ciągle powtarzała w głowie słowa wypowiedziane przez cień. Napawały ją lekiem.
– Lizz, słyszysz? Musisz uważać na tę rękę… – Dziewczyna pochyliła się nad hrabianką.
– Przepraszam – odpowiedziała, wyrwana ze swoich przemyśleń. – Nie mów nic Sebastianowi, dobrze? – poprosiła smutno, przygryzając dolną wargę.
– Nie powiem, ale nie rób tak więcej. Martwimy się o ciebie. – Popatrzyła na nią troskliwie.
 Czerwonowłosa skinęła głową.
– Księżniczka Tomoko dzwoniła. Przyjedzie po jutrze, żeby cię odwiedzić.
– To dobrze. Co z Sebastianem? – zapytała, ignorując słowa pokojówki.
– Bez zmian. Leży w swoim pokoju. Nie wiem, czy w ogóle wstał od wczoraj z łóżka – wyjaśniła, nie potrafiąc ukryć zmartwienia.
– Ale jest przytomny, to najważniejsze – odparła hrabianka, uśmiechając się niemrawo.
Nie wiedziała, czy próbuje pocieszyć siebie, czy pokojówkę. Na dodatek złość spływająca na nią, za każdym razem, gdy Jeanny nie była w stanie w pełni usatysfakcjonować jej swoimi odpowiedziami, stawała się coraz trudniejsza do okiełznania. Wiedziała, że to nie winna dziewczyny, ale w tym, co jej przekazywała brakowało informacji. Tyle pytań chciała mu zadać, poznać tyle szczegółów. Nawet gdyby poprosiła ją, by go zapytała, na pewno by nie odpowiedział. Zakazała mu ujawniać się przed innymi ludźmi.
Jeanny widziała, że jej pani nie jest zadowolona z tego, co mówiła. Żałowała, że nic więcej nie mogła zrobić, chociaż bardzo chciała. Nigdy nie była blisko z Sebastianem. Był dla niej jedynie przystojnym, nieco przerażającym, szalenie kompetentnym zwierzchnikiem, przed którym opowiadała za wszelką, usłaną porażkami pracę. Był także częścią rodziny, którą tworzyli w piątkę. Ale on tego nie odczuwał, co do tego nie miała żadnych złudzeń. Zawsze tworzył ogromny dystans między sobą, a pozostałymi służącymi, nawet w stosunku do Lizz, mimo serdecznych uśmiechów i rzetelnej opieki, wydawał się chłodny. Mimo tego, dla nich był członkiem rodziny, nawet kiedy wiedziała, że nie zacznie się zwierzać żadnemu z nich. Dlatego, chociaż wiedziała czego pragnęła czerwonowłosa, nie wypytywała go. Szanowała jego decyzję.  Więź, jak łączyła go z Lizz, silna mimo pozornego chłodu i specyficzna, nie potrzebowała posłańca.
– Wiem, że cię zawodzę – powiedziała skruszona.
– Jeanny, to nie tak…
– Nie szkodzi, rozumiem. Staram się jak mogę, ale chyba naprawdę będzie lepiej, jeżeli sama do niego pójdziesz i o wszystko zapytasz – przerwała swojej pani. Po chwili uśmiechnęła się i dodała. – Na pewno się ucieszy.
– Nie. Tak jest dobrze… – Pomieszczenie wypełnił pełen żalu głos młodej szlachcianki.
~*~
Było już dobrze po północy, kiedy dziewczyna zdecydowała, że musi się przejść. Bezsensowne leżenie na łóżku nijak nie przybliżało jej do snu. Doskwierający ból karku pojawiał się coraz częściej i zdawał się być coraz silniejszy. Snuła się w zupełnej ciemności po długich, ciemnych korytarzach posiadłości, pogrążona w depresyjnych myślach. W domu panowała całkowita cisza, służący prawdopodobnie już spali. Zatrzymała się na środku korytarza, dostrzegając docierające spod drzwi światło. Podniosła wzrok i zorientowała się, że podświadomość doprowadziła ją do miejsca, w którym chciała się znaleźć.
Będzie lepiej, jeśli sama do niego pójdziesz. – Przypomniała sobie słowa pokojówki.
Przez chwilę stała w miejscu, prowadząc wewnętrzną walkę pomiędzy uczuciami i rozumem. Wzięła głęboki wdech i zdecydowanym ruchem chwyciła klamkę. Światło, które widziała przy podłodze nagle znikło. Opuściła drżącą dłoń i cofnęła się kilka kroków, opierając plecy o zimną, szarą ścianę.
– Co ja robię, nie mogę tam wejść… – szepnęła, przywołując się do porządku.
Zacisnęła zdrową dłoń i wróciła do swojej sypialni.
                Wciąż nie mogła zasnąć. Ból karku wciąż nie dawał jej spokoju. Zaczęła się martwić, że ciemna postać, którą ostatnio widywała, jej niezrozumiałe słowa oraz ten ból mają ze sobą związek. To, co mówiła o odebraniu jej Sebastiana, wzbudzało w niej ogromny lęk. Na samą myśl, że mógłby odejść, jej serce przyspieszało z przerażenia. Dwie doby, tylko tyle go nie widziała, jednak z trudem znosiła każdą kolejną godzinę. Jakby ktoś wyrwał jakąś cząstkę niej. Bez demona przy swoim boku była niekompletna. Stracić go? Nigdy wcześniej nie zastanawiała się nad tym, co właściwie ich łączyło. Przyjmowała to, że ciągle był u jej boku i uznawała za pewnik. Nie przeszło jej przez myśl, że to mogłoby się zmienić. Ta stabilność była jej kotwicą w tym świecie, jedyną rzeczą, która pomogła pozbierać się małej, przerażonej dziewczynce po horrorze, który przeżyła. Wsparła się na nim, by stanąć o własnych siłach, ale teraz zrozumiała, że nigdy do końca tego nie zrobiła. Nigdy nie puściła go i nie ruszyła samodzielnie. Wciąż kurczowo się go trzymała. Czuła, że nie jest w stanie kroczyć ścieżką swojej zemsty bez niego, nie tylko, dlatego że był jej siłą. Był również fundamentem, na którym odbudowała swoje życie. Fizycznie potrafiłaby sobie poradzić, nauczyć się gotować, dbać o swoje obowiązki i lekcje, jednak emocjonalnie była od niego uzależniona. Gdy to zrozumiała, fala ciepła zalała jej ciało. Wstała i podeszła do wiszącego przy drzwiach płaszcza. Z jego kieszeni wyciągnęła piórko, które schowała tam parę dni wcześniej.  Delikatnie położyła je na dłoni i przytuliła do niego twarz. Pozwoliła, by uczucia wzięły nad nią górę. Złość, smutek, przywiązanie… Myśli swobodnie przepływały przez jej umysł, nietłumione strachem przed uświadomieniem sobie prawdy. W końcu dopuściła ją i mimo strachu, jaki odczuwała, dała jej także ulgę. Wróciła do łóżka, schowała pióro pod poduszkę i położyła na niej głowę. Dopiero poczucie, że chociaż maleńka cząstka demona była blisko niej, pozwoliło, by zmęczony umysł wreszcie zapadł w sen.
                Następnego dnia, na dwie godziny przed obiadem, zjawiła się japońska księżniczka Tomoko, w towarzystwie swojego lokaja. Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna o znudzonym wyrazie twarzy, wiernie dotrzymywał jej kroku, zupełnie się nie odzywając. Hrabianka dziwiła się, co ktoś taki jak on, robił u boku jej radosnej przyjaciółki, nie zamierzała jednak pytać. W przeciwieństwie do czarnowłosej. Od razu rzucił jej się w oczy brak Sebastiana i nie zwlekała z dociekaniem przyczyny.
– Gdzie twój lokaj? – zapytała zawiedzionym głosem, rozglądając się wokół.
– Ma wolne – odparła krótko, z nadzieją, że przyjaciółka nie będzie zadawała więcej pytań.
 Nie chciała po raz kolejny jej okłamywać. Poczucie winy wystarczająco dotkliwie  dawało o sobie znać.
Na szczęście Elizabeth, dziewczyna była już po obiedzie, więc nie było potrzeby, by Thomas musiał przygotowywać jedną ze swoich przypalonych potraw. Ona sama, wciąż nie miała ochoty nic jeść. Kilka godzin spędzonych na plotkowaniu o londyńskiej szlachcie dało czerwonowłosej chwilę wytchnienia. Na krótki czas udało jej się zapomnieć o uporczywym poczuciu winy. Bandaż na swojej dłoni zakryła rękawiczką, więc nawet nie musiała się z niego tłumaczyć. Przez chwilę było tak, jak dawniej. Siedziały w pokoju zabaw, rozgrywając partię szachów, jakby ostatnie kilka lat nigdy nie miało miejsca. Księżniczka śmiała się z wymowy japońskich słów przyjaciółki, a ona odwzajemniała się angielskimi łamańcami językowymi, z którymi Tomoko od zawsze miała niesamowity problem. Spotkanie dobiegło końca wczesnym wieczorem. Księżniczka zaprosiła dziewczynę do swojej rezydencji w mieście i z uśmiechem na twarzy zniknęła wewnątrz karety. Gdy tylko odjechała, zarówno ból karku, jak i uciążliwa pustka, ponownie zaczęły nawiedzać zmęczoną szlachciankę. Wróciła do swojej sypialni, przebrała się w ulubioną, luźną męską koszulę pachnącą delikatną różaną nutą i poszła do biblioteki. Chciała odnaleźć zagubioną książkę o demonicznym stworzeniu świata. Wszystko, by tylko zając czymś umysł.
                Na dłuższy czas utknęła między regałami, przeszukując dokładnie każdy z nich, w poszukiwaniu tego jednego tytułu, który magicznie zniknął, chociaż Sebastian zapewniał ją, że odstawił książkę na właściwe miejsce. Przemierzając półki natknęła się na wiele kodeksów, które znała z dzieciństwa. Melancholijnym spojrzeniem obdarzyła grzbiet „Baśni Braci Grimm”, które matka czytała jej do snu. Delikatnie pogładziła pozłacane litery palcami. Miała ochotę wyjąć ją i przypomnieć sobie dawne czasy, jednak powstrzymała się. Nie po to tu przyszła, wciąż nie osiągnęła celu, nie miała prawa porzucić postawionego sobie celu. Zanim się zorientowała, wybiła północ. Cały wieczór spędzony wśród półek nie dał żadnych rezultatów. Zrezygnowana, opadła na stojący pod oknem fotel. Przymknęła oczy i głęboko westchnęła.
– Naprawdę, jak można zgubić książkę… – jęknęła.
Głuchy dźwięk tuż obok jej ramienia, zmusił dziewczynę do spojrzenia na niewielki, okrągły stolik. Na jego środku leżała czarna księga. Jej okładka zdawała się pochłaniać światło niczym czarna dziura. Mogłaby przysiąc, że przez moment złote litery tytułu błysnęły do niej, jakby zachęcały do czytania. Sięgnęła po kodeks i otworzyła go na stronie tytułowej. Poza wielkim napisem „Prawdziwa historia powstania świata” nie było nic więcej. Żadnego autora, roku, czy miejsca wydania. Zdegustowana, przekartkowała pobieżnie zawartość. Wciąż zdecydowana większość zawierała jedynie puste strony. Na końcu również nie było nic, co w jakikolwiek sposób pomogłoby jej w zdobyciu kompletnego egzemplarza.
– „Jaka książka”? Nie dziwię się, że nie zwróciłeś na nią uwagi, to jakiś bardzo kiepski żart i tyle – powiedziała do siebie, wspominając słowa demona.
Odłożyła książkę na stolik i niepocieszona poszła do swojej sypialni.
                Wciąż nie czuła się śpiąca. Mimo zmęczenia, a wręcz wycieńczenia, prawdopodobnie spowodowanego nierozsądną głodówka, za którą lokaj karciłby ją przez długi czas, jej umysł nie był przygotowany, by odpocząć. Zastanawiała się, czy w ogóle będzie do tego zdolny, jeśli dłużej nie będzie mogła go zobaczyć. Ostatnia wiadomość od Jeanny była tak samo niesatysfakcjonująca jak wszystkie poprzednie.
Założyła szlafrok i z trudem wyszła przez okno na dach. Usiadła na skraju budynku, w tym samym miejscu, gdzie siedziała, kiedy była tu ostatnio. Z nim.
– Jedno z Twoich ulubionych miejsc? Nie dziwię się…
Usiadła na kremowym gzymsie i spoglądała w niebo, na tysiące błyszczących gwiazd. Nocną ciszę przerywały jedynie podmuchy zimnego wiatru, zbliżała się zima. Im dłużej przyglądała się odległym, srebrzystym punktom, tym bardziej czuła się jak jedna z nich. Należąca do miliardów innych, zajmująca konkretne miejsce w obrazie całości, jednak w gruncie rzeczy była samotna. Samotna w tłumie. Podciągnęła nogi pod brodę.  Jak idiotycznie skonstruowany był świat, na którym przyszło jej żyć, że dopuszczał do tego, by wśród tylu myślących, czujących istot, mogły znaleźć się takie, które odczuwały w sercu pustkę nie do zapełnienia? Przeszywającą samotność, której nikt nie potrafił, albo nie chciał dostrzec.
– Przeziębisz się. – Ciepły i tak boleśnie znajomy głos sprawił, że na moment jej serce stanęło w miejscu. Nie była pewna, czy słyszała go naprawdę, czy wyobraźnia zaczęła płatać jej figle. Obejrzała się przez ramię. Głębokie, czerwone oczy przyglądały jej się, uśmiechnięte . Podmuchy wiatru rozwiewały jego ciemne włosy. Tak bardzo brakowało jej tego widoku. Miała ochotę rzucić się w jego ramiona, uścisnąć go i powiedzieć, jak bardzo za nim tęskniła. Jednak nie poruszyła się nawet o milimetr.
Mężczyzna zdjął z siebie frak i okrył nim wychłodzone ciało szlachcianki. Jak zwykle, ubrała się nieadekwatnie do temperatury, jak zwykle marzła, nie będąc tego świadoma. Przyglądała mu się, sprawiając wrażenie, jakby chłonęła wzrokiem każdy kawałek jego ciała. Po ranach nie było ani śladu. Nawet, gdy jego koszula zatrzepotała na wietrze, przywierając do klatki piersiowej, nie ujrzała nawet cienia blizny. Przyjemne ciepło rozeszło się po jej ciele. Demon stanął na skraju gzymsu i wziął głęboki oddech. Skierował wzrok w to samo miejsce, w tę samą gwiazdę, na którą hrabianka patrzyła chwilę wcześniej.
– Jesteś pewny, że już możesz się ruszać? – zapytała w końcu, przerywając ciszę.
Zaśmiał się pod nosem.
– Oczywiście, że tak. Inaczej nie byłoby mnie tu – odpowiedział z uprzejmym uśmiechem. – Za to ty nie powinnaś tu być sama o tej porze, w takim stroju – skrytykował ją.
Zorientowała się, że nawet tego jej brakowało. Mruknęła pod nosem i zadarła głowę, ponownie spoglądając w niebo. Chciała zapytać go o tyle rzeczy, miała tak wiele do opowiedzenia. Nie wiedziała od czego zacząć. Wszystko zdawało się zbyt mało istotne, nie potrafiła odnaleźć odpowiednich słów, by wyjaśnić mu ogrom emocji, które nią targały.
– Zależy ci na mnie? – powiedziała półszeptem, po kilku kolejnych minutach wypełnionych jedynie dźwiękami chłodnych podmuchów wiatru. Nietypowe pytanie dziewczyny, zdziwiło go.
– Jeśli to, co czuję można tak nazwać, to owszem – odparł po chwili.
– Na mnie, czy na mojej duszy?
– Czy to nie to samo? – zapytał, patrząc na nią ze szczerym zaskoczeniem.
– Nie – warknęła stanowczo. – Moja dusza to po prostu twój posiłek, a ja… Ja to ktoś unikalny, jedyny w swoim rodzaju. W całej historii świata nigdy wcześniej nie było nikogo takiego, jak ja i nigdy więcej nie będzie. Każdy człowiek jest niepowtarzalnym, jedynym w swoim rodzaju kompleksem myśli, uczuć i osądów. Kiedy umrę i skonsumujesz, co do ciebie należy, stracisz mnie na zawsze. Ty, i wszyscy inni, na których kiedykolwiek mi zależało. Głód będziesz mógł zaspokoić po raz kolejny, ale mnie nie będziesz w stanie zastąpić, nie znajdziesz idealnej repliki, dlatego pytam cię. Czy zależy ci na mnie? – Nie były to słowa, które pragnęła wypowiedzieć.
Pociąganie trudnego tematu, zadanie pytania, na które odpowiedź była boleśnie oczywista, było na końcu jej listy, jednak z jakiegoś powodu jej usta same zaczęły się poruszać i wypowiadać je. Sebastian przyglądał się zszokowany, kiedy uświadomiła mu coś tak oczywistego, nad czym się wcześniej nie zastanawiał. Ta ludzka istota, chociaż znał ją już kilka lat, wciąż potrafiła go zadziwić swoimi niezwykłymi myślami i nieobliczalnym zachowaniem. Spuścił wzrok i przez chwilę milczał. Ona także nie potrafiła na niego spojrzeć w obawie przed tym, co ujrzy na jego twarzy.
– Powinnaś wracać do środka, rozchorujesz się… – Zwyczajne słowa, wypowiedziane obojętnym tonem, niosły ze sobą niewyobrażalną moc, która momentalnie uderzyła w jej zbolałe serce. Natychmiast podniosła się i skierowała w stronę okna, zanim zdążył dostrzec zalewające ją uczucia.
– Masz rację – burknęła na odchodne, starając się zabrzmieć najobojętniej, jak tylko potrafiła.


12 komentarzy:

  1. Waa *^* cudowne <3 moim zdaniem doskonale opisujesz cierpienie i wszysko inne. Już myślałam że na końcu się pocałują czy coś :D ale trzeba czekać c:cud miód malina- zekam na ciąg dalszy, pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekam na dalsze. I niech w końcu, do jasnej cholery zacznie się coś między nimi dziać. Czytając, tak gdzieś w połowie, miałam ochotę wrzasnąć : Lizz, zbieraj swoją cholerną dupę w troki i idź do niego!
    Ale udało mi się powstrzymać.

    Kocham Twój styl pisania :) potrafisz świetnie opisywać uczucia. Na serio, niech między nimi coś się stanie, bo oszaleję z tej niepewności.
    Pozdrawiam, meimichaelis

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale Lizz postanowiła być silna i nie pójść, haha.
      Dzięki za komplement :) Uwielbiam opisywać uczucia, szczególnie te smutne. Właściwie, mogłabym robić tylko to :P
      Obecnie jesteśmy na 180 stronie z 225 pierwszego tomu, w końcu coś się wydarzy, przynajmniej powinno, nie? :)

      Usuń
    2. Nie ma za co :)
      Jak ty liczysz te strony??
      Właśnie według mnie ta siła Lizz to było zwykłe tchórzostwo, ale mniejsza, sama na pewno nie jestem lepsza. Jakoś ostatnio mam chwilowe odrzucenie od mojego bloga. Cóż chyba dobija mnie fakt, że kończy mi się wolne, a tym samym widzę, że wciąż jestem na niskim etapie w tworzeniu mojej mangi...
      No, ale, dosyć gadania o czym innym :)
      Pozdrawiam

      Usuń
    3. Normalnie. Ja mam napisany 1 tom i prawie cały drugi. Wszystko jest w Wordzie i on mi pokazuje ilość zapisanych stron :P
      Z jej perspektywy była silna, powstrzymując się, by nie zrobić tego, co chciała :P
      Niech Cię nie odrzuca od bloga, ja czekam na romans! ^^

      Usuń
    4. A co to, nie ma rpmansu? Czego ty chcesz tam? Co?? :) zapraszam

      Usuń
  3. Cholerka, czemu on nie powiedział, że mu na niej zalezy ?;x
    Co prawda, nie pasowałoby to do niego, ale jestem ciekawa jak rozegrała by się wtedy cała akcja. Mieszanka uczuć, wywarła na mnie pozytywne wrażenie. W zasadzie, nic dodać, nic ująć. Gdzieś wkradło się jedno powtórzenie, ale czytając ponownie tekst nie mogłam go juz dorwać xd Czekam na next, całuję :*

    PS - u mnie nowa noteczka :D [dirty-crystal.blogspot.com]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeee, cieszę się, uwielbiam czytać kuroszowe opowiadania w wannie <3 Dziękuję za informacje :)

      Usuń
  4. „Hrabianka na skraju wanny i wpatrywała się tępo na opatrywaną dłoń.” — Hrabianka usiadła/stanęła/zatańczyła.

    Świetny wpis. Ciągle odnoszę wrażenie, że tym prześladowcą Lizz jest Ciel. Nie podoba mi się to, wolałabym, żeby si3 zaprzyjaźnili, ale tak jest ciekawiej ^^ Zgadzam się z przedmówczyniami — opisy emocji w twoim wykonaniu są o wiele lepsze niż moje (pff, ja w ogóle tego nie potrafię :P).
    Heques

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rok ponad minął, a ja duszonej klamki dalej nie ogarnęłam. Dzięki za błędy - w końcu się za nie wezmę. I weź mi nie mów, że mam więcej nie prawie zabijać Sebcia, bo nawet gdybym tak zrobiła dalej, to już i tak nie mogę poprawić xD.
      Dobrze, że wróciłaś, już myślałam, że tajemniczo zaginęłaś w akcji xD.

      Usuń
    2. Jestem, jestem, żyję, czytam :) Mam całe dwa miesiące, więc myślę, że starczy mi czasu i we wrześniu będę już na bieżąco ;P

      Usuń
    3. Ciekawa jestem, czy we wrześniu będzie jeszcze cswarty tom czy już piąty, ale ciężko ocenić xD.

      Usuń

.