piątek, 7 listopada 2014

VI

                Stukot końskich kopyt wybijał przyjemny, niemal usypiający rytm. Słońce powoli znikało za horyzontem, zaczynało się robić chłodno. Czerwonowłosa zadrżała, czując powiew wiatru na karku. Widząc to, lokaj zdjął z siebie czarny prochowiec i okrył nim jej ramiona.
– Pamiętasz, jaki jest plan? – zapytała, spoglądając na niego kątem oka.
– Oczywiście – odpowiedział dumnie.
Machnęła ręką, dając znak, by go przedstawił.
– Udaję panienki wuja, Nilesa Leytona. Idziemy na bal, pozwalam się uwieźć i przeszukuję jej posiadłość.
– Potem dasz mi znać i jeśli będzie trzeba, wprowadzisz mnie do środka i zakończymy tę szopkę.
– Tak jest.
– Nie ciesz się tak, to okropne – powiedziała ze skrzywioną miną na widok jego rozbawionego oblicza.
Otuliła się płaszczem i zaczęła wyglądać przez okno na malownicze, zielone widoki. Nie było jej zimno, ale nie miała nastroju, by ponownie prowadzić z demonem tę samą, bezproduktywną potyczkę słowną.
~*~
Drogi w Londynie o tej porze nie były zbyt ruchliwe, jednak tego dnia były nieprzeciętnie opustoszałe. W obawie o swoje życie, ludzie woleli siedzieć w domach i czekać aż władze złapią porywacza. W końcu kto ryzykowałby swoją przyszłość, skoro można było ryzykować cudzą? Taki był ten świat, ludzie martwili się tylko o siebie. Żadnego poczucia obowiązku. Lepiej schować głowę w piasek i się nie narażać. Mimo, że policja robiła, co mogła, wciąż nie mieli żadnych dowodów. Utknęli w martwym punkcie. Nie pierwszy zresztą raz. W takich chwilach Królowa wysyłała kogoś, kto brał sprawy w swoje ręce. Kilka bliskich jej sercu rodzin, które od pokoleń zajmowały się brudną robotą. Ratowały sytuację tam, gdzie zawodzili inni. Hrabianka zastanawiała się czasem, czy udałoby jej się wkupić w to towarzystwo, gdyby nie była niejako zobligowana do tego przez swoje pochodzenie. Pewnie byłoby ciężko, w końcu wśród prywatnej, podziemnej armii Królowej byli prawie sami mężczyźni. Taka chuda, delikatna dziewczyna jak ona zapewne nie wzbudziłaby zaufania Jej Królewskiej Mości.
Powóz zatrzymał się przed wielkim budynkiem z białej cegły. Ze środka dobiegały odgłosy rozmów, przyjemne dźwięki muzyki odgrywanej przez jedną z najlepszych orkiestr w mieście oraz śmiechy rozentuzjazmowanych gości. Wieczór zdążył się już zacząć. Tak, jak zaplanowała. Mieli wejść do środka, nie zwracając na siebie uwagi. Nie mogła ryzykować, że ktoś znajomy rozpozna ich już na samym wejściu. Sprawa była zbyt ważna. Od powodzenia ich misji prawdopodobnie zależało życie mnóstwa niewinnych dziewczyn.
Kto wie, co ta wredna poczwara z nimi robi… – pomyślała Elizabeth, wysiadając z karoty.
Złapała lokaja pod rękę i eleganckim krokiem, z podniesioną głową, weszła do środa. Wewnątrz, posiadłość Madame Holme atakowała przepychem. Gdy się bliżej przyjrzeć, wyglądało to zbyt protekcjonalnie, wszechobecny przesyt wyglądał niesamowicie tandetnie, kto by jednak zwracał uwagę na takie szczegóły. Wszyscy goście odgrywali swoje towarzyskie role. Ci mniej ważni próbowali zdobyć aprobatę wyżej postawionych. Kobiety chichotały idiotycznie, mrużąc oczy do przystojnych bogaczy z kieliszkami w ręce.
– Elizabeth! – Dziewczyna ze zgrozą usłyszała znajomy głos.
Złotowłosy chłopak ubrany w granatowy kostium podbiegł do hrabianki i ucałował jej dłoń.
– Ech, Eliott… – mruknęła.
– Lizzy! Tak długo cię nie widziałem. Od dawna powtarzam sobie, że muszę cię wreszcie odwiedzić. Powinienem częściej wpadać do swojej narzeczonej, nieprawdaż? – Ekscytował się.
Wysoki głos chłopaka ranił jej uszy, a wypowiadane w przewrotnym tempie słowa zlewały się w jeden, niezrozumiały bełkot.
– A to kto? – Blondyn przysunął się do demona i zmierzył go wzrokiem.
– Eee… To jest, no wiesz… – zaczęła się jąkać, nerwowo skubiąc dłonią koronkowy mankiet sukienki.
– Niles Leyton, jestem wujem Lizzy. Nie mieliśmy przyjemności poznać się wcześniej. – Sebastian podał chłopcu rękę, a hrabianka odetchnęła z ulgą.
Jak zwykle idealnie odgrywał swoją rolę. Eliott chwycił przynętę.
Co za idiota… – pomyślała i uśmiechnęła się lekko.
– Eliott Ericson – przedstawił się szlachcic.
Widmo spędzenia całego wieczoru u boku upierdliwego narzeczonego szlachcianki, nie uśmiechało ani jej, ani Sebastianowi, na szczęście ktoś go zawołał i blondyn pobiegł do niego ile sił w nogach, całkowicie ignorując narzeczoną.
– Uratowani przez Edwarda Ericsona… – westchnęła, dziękując czuwającej nad nią opatrzności.
– Panienko, nie wiedziałem, że masz narzeczonego. – Na twarzy lokaja pojawił się wredny uśmiech.
– Pewnie, dlatego że staram się go unikać jak ognia. To był pomysł rodziców. Osobiście nie cierpię tego gówniarza. Zachowuje się jak niedojrzały smarkacz…
– Racja, ogłada nie jest jego mocną stroną, Lizzy… – odparł, pastwiąc się nad zirytowaną dziewczyną, dosadnie akcentując jej imię.
– Zamknij się! Idziemy, musisz zbliżyć się do Holme…
– Oczywiście.
Przez kolejne dwie godziny Elizabeth i jej lokaj, obecnie wuj Niles, rozmawiali z zapatrzonymi w siebie arystokratami, o kompletnych błahostkach. Hrabianka nienawidziła takich małostkowych konwersacji. Chwalenia się majątkiem i przygodami. Czego-to-ja-nie-widziałem-i-robiłem, żenujące. Na dodatek, wokół Sebastiana wciąż kręcił się wianuszek młodych dam, chętnych oddać się w jego ręce, a on nieskrępowanie korzystał z ich zainteresowania, zachowując się dokładnie tak, jak reszta płytkiej szlachty. Lizz, praktycznie przez cały czas stała pomiędzy jego adoratorkami, unikając mężczyzn jak ognia . Gdy tylko zostawała gdzieś sama, natychmiast u jej boku pojawiał się jakiś mężczyzna, proponując drinka za drinkiem. W końcu trzymała w ręce pełen kieliszek, by zabrać im pretekst do rozpoczęcia krępujących zalotów – miała ich serdecznie dość. Jednak najbardziej złościła ją radość lokaja, jaką bezwstydnie czerpał z zabawiania młodych dam. Kokietował każdą po kolei, rzucając na nie swój demoniczny urok. Mógłby zacząć je wyzywać, a i tak patrzyłyby na niego maślanymi oczami.
Rozpoczęły się tańce. Lizz miała nadzieję, że uda jej się spokojnie porozmawiać z Sebastianem. Może dowiedział się z rozmów czegoś dotyczącego sprawy; jednak nie miała szansy nawet do niego podejść. Adoratorki wręcz biły się, by z nim zatańczyć.
– Drogie panie, nie ma się, czym martwić. Noc jeszcze młoda. Każda z was dostanie swój taniec – mówił czule, przeczesując dłonią włosy.
Tego było już za wiele. Zdenerwowana hrabianka, ciężkim krokiem podeszła do jednego ze stolików. Usiadła i przysunęła w swoją stronę kilka kieliszków szampana. Szybko wypiła dwa z nich i machnęła na kelnera, by zaserwował kolejne.
– Czy zechciałaby panienka…
– Spadaj! – warknęła na młodego hrabiego, syna właściciela największej londyńskiej gazety, który nieśmiało zbliżył się do niej z propozycją.
– Cholerny Sebastian. Co on wyrabia? Jesteśmy w pracy, nie na zabawie – prychnęła pod nosem.
Opróżniła kolejny kieliszek i poczuła, że bąbelki zaczęły uderzać jej do głowy. Powinna była przestać pić, przed nią jeszcze długi wieczór. Mimo to, nie oparła się ostatniej, stojącej na stoliku, lampce. Orkiestra skończyła grać kolejny utwór. Czerwonowłosa rozglądała się po sali, szukając czegoś podejrzanego. Przynajmniej jedno z nich powinno wykonywać zadanie. W przeciwieństwie do demona, ona zamierzała to robić. Jak dotąd, poza zabawianiem głupich dziewczyn, nie zrobił nic, by rozwiązać sprawę. Co gorsza, nigdzie nie było widać Madame Holme.
– Jeżeli się nie pojawi, wszystko na nic! – Martwiła się w duchu.
Znów zabrzmiała muzyka. Znajome dźwięki, nazbyt znajome. Był to ten sam utwór, do którego tańczyła dzisiejszego przedpołudnia na lekcji z Sebastianem. Zdenerwowała się jeszcze bardziej.
– Czy zechciałaby… – Usłyszała tę samą, powtarzaną w kółko frazę.
Już miała kazać natrętowi iść w diabły, kiedy zobaczyła, że był to Sebastian.
Nie poznałam jego głosu? Zdziwiła się. – Chyba naprawdę za dużo bąbelków.
– … panienka ze mną zatańczyć? – zapytał, wyciągając dłoń w jej stronę.
Popatrzyła na niego obrażona, jednak nie zaprotestowała. Przynajmniej będziemy mogli wreszcie porozmawiać…
Michaelis zaciągnął partnerkę na parkiet i zaczął delikatnie prowadzić w znanym jej tańcu. Zrozumiała, dlaczego tak uporczywie zmuszał ją do ćwiczeń tego ranka. Ze zdolnościami, jakie posiadała i wrodzonym zamiłowaniem do tańca, trzeba było prawdziwego cudu, by nauczyć ją samych podstaw. Czyżby wiedział wcześniej, że tylko tak będą mieli szansę, by się porozumieć?
Delikatnie trzymał nastolatkę w pasie, asekurując każdy ruch. Zdecydowanie sunęli po parkiecie, jakby całe życie ćwiczyli, czekając na tę chwilę. Wzbudzali podziw wśród przyglądających się ludzi. Młode szlachcianki patrzyły na czerwonowłosą z zazdrością. Lokaj zerknął na jej naburmuszoną twarz i urocze, szkarłatne wypieki na policzkach, prawdopodobnie spowodowane alkoholem. Widok zdenerwowanej i skupionej na krokach Lizzy, wprawił go w dziwny, radony nastrój. Obdarzył ją promiennym uśmiechem, a ona pamiętając o tym, co mówił jej parę godzin wcześniej, niechętnie go odwzajemniła.
– Dowiedziałeś się czegoś, czy tylko zabawiałeś te idiotki? – burknęła, nie przestając szczerzyć się w sztucznym grymasie zadowolenia.
– Czyżbyś była zazdrosna? – zapytał złośliwie. – Holme pojawi się prawdopodobnie za chwilę. Jest dziś w dobrym nastroju, a to bardzo nam sprzyja. Wciąż jednak nie znalazłem potencjalnej ofiary, wybacz mi. – Lekko pochylił głowę.
– Ta, w porządku. W takim razie, gdy tylko się pojawi, masz się nią zająć, zrozumiałeś? Koniec tych żałosnych podrygiwań, niedobrze mi się robi, gdy na to patrzę – rozkazała głosem przesączonym irytacją.
Orkiestra skończyła grać walca. Młoda hrabianka podziękowała partnerowi za taniec i trzymając się jego ramienia opuściła parkiet. Przez dłuższą chwilę nie grała żadna muzyka. Nagle drzwi do Sali balowej otworzyły się z impetem. Wzrok wszystkich zebranych skupił się na mężczyźnie w białym garniturze, który zaanonsował swoją panią, pokłonił się i odsunął na bok. Zaraz za nim do środka weszła dorosła kobieta, ubrana w przepiękną błękitną suknie. Jej długie jasne włosy, poupinane spinkami z lazurowymi różami, błyszczały w blasku setek świec. Głośno stukając obcasami, zrobiła parę kroków wprzód.
– Serdecznie witam na dzisiejszym balu. Mam nadzieję, że wszyscy bawią się wyśmienicie. – Rozejrzała się wokół, jakby czegoś szukała.
Zebrani goście zaczęli klaskać, orkiestra powróciła do gry. Uwagę Madame Holme zwrócił wianuszek adoratorek Sebastiana, który nie wiadomo kiedy, ponownie zebrał się wokół mężczyzny, odcinając go od Elizabet. Ten, z serdecznym uśmiechem na twarzy zabawiał młode damy, wbrew temu, co nakazała czerwonowłosa. Dziewczyna przyglądała się tej żenującej scence, mając coraz większą ochotę rzucić się na wielbicielki lokaja i zedrzeć z nich drogocenne suknie.
– Co ten idiota wyprawia! – wycedziła przez zęby.
Po chwili zrozumiała, do czego zmierzało jego irytujące zachowanie, lub do czego udało mu się przypadkiem doprowadzić. Dla  własnego dobra, lepiej, żeby to był zaplanowany zwrot akcji. Właścicielka posiadłości podeszła do grupki młodych dam i przechodząc pomiędzy nimi, dotarła wprost do bruneta.
– Witaj młodzieńcze, chyba nie mieliśmy jeszcze przyjemności się poznać. – Zalotnie zatrzepotała rzęsami.
Demon spojrzał na nią nęcąco, przeczesał dłonią, ciemne jak noc, włosy i pokłonił się, całując jej dłoń.
– Cóż za okropne przeoczenie ze strony przeznaczenia, że spotykamy się dopiero teraz. Niles Leyton.
– Jaki dobrze wychowany młodzieniec, Madame Joanie Marlyn Holme. – Zachichotała, oczarowana mężczyzną.
Zanim zdążyła ponownie otworzyć usta, wyciągnął ją na parkiet. Przez resztę wieczoru Sebastian nie odstępował hrabiny  ani na krok. Przynosił jej szampana, przekąski, tańczył i zabawiał ją ciekawymi anegdotami z jego wyimaginowanego życia. Hrabianka patrzyła na niego z oddali, umierając z nudów.
– Niles, kochany?
– Słucham, my lady?
– Znasz tę piękną młódkę, która obserwuje nas przez cały wieczór? – zapytała, korzystając z okazji, by się do niego zbliżyć.
Oczywiście nie zaprotestował, a nawet pozwolił sobie objąć ją w pasie, z czego była niezmiernie zadowolona. Wszystko zmierzało w dobrą stronę.
– Ach tak, to moja siostrzenica, Elizabeth Roseblack – wyjaśnił lekko.
– Chciałabym z nią porozmawiać. Mógłbyś ją zawołać? – poprosiła szeptem, niemal muskając ucho adoratora rubinowymi ustami.
– Ależ oczywiście – odparł zalotnie.
Przystawił dłonie do twarzy i krzyknął:
– Lizzy! Podejdź tu! – Pomachał do niej, szczerząc się złośliwie.
Hrabianka, cała poczerwieniała ze złości, spuściła wzrok i ciężkim krokiem podeszła do pary. Posłała lokajowi spojrzenie, mówiące „zamorduję cię” i delikatnie dygnęła przed kobietą.
– Elizabeth Roseblack. – Przedstawiła się, uprzejmie skinąwszy głową.
– Czy to nie ty jesteś właścicielką firmy odzieżowej Little Rose? – Dziewczyna kiwnęła pokatująco. – Bardzo cenią sobie suknie twojej firmy. Ta, którą mam na sobie jest jednym z najnowszych modeli. – Spojrzała na swoją kreację, a potem na obojętną minę młodej szlachcianki. – Ahahaha, ale ty oczywiście o tym wiesz! – Zachichotała.
– Właściwie… – zaczęła Elizabeth – to nie jest nasz najnowszy model. To jedna z sukni z zeszłego miesiąca. Szybko zaprzestaliśmy produkcji, większości znaczących klientów wydała się zbyt protekcjonalna. – Kobieta wzdrygnęła się, zszokowana.
Widząc jej reakcję, hrabianka uśmiechnęła się szyderczo, podobnie jak lokaj, i chętnie kontynuowała.
– Cieszę się jednak, że nasze odrzucone produkty także znajdują swoich zwolenników. Podobno wiele kobiet średniej klasy kupuje odrzuty na stoiskach pod miastem. Powinniśmy się tym zająć i zwolnić ludzi, którzy biorąc łapówki, by „z niedopatrzenia zgubić towar” przeznaczony do zniszczenia, jednak zyski z produktów są tak wysokie, że firma nie odnosi widocznych strat na tych drobnych incydentach.
– Eee… Tak. Wydaje mi się, że to bardzo wspaniałomyślne z twojej strony – wybełkotała Madame i chwyciła Sebastiana pod rękę, szukając w nim wsparcia.
– To nie ma nic wspólnego ze wspaniałomyślnością. Te resztki po prostu nie mają dla mnie żadnego znaczenia – wyjaśniła Lizz, wbijając kolejny gwóźdź do kobiecej trumny.
Miała zamiar powiedzieć coś jeszcze, jednak mężczyzna nie dał jej dojść do głosu.
– Lizzy… – powiedział powoli ,rozkoszując się każdym dźwiękiem jej imienia i każdym ułamkiem sekundy, który podnosił ciśnienie jej młodzieńczej krwi. – Może poszukasz swojego narzeczonego? Eliot pytał o ciebie niedawno. Powinnaś z nim zatańczyć.

– Ty… – wysyczała, próbując opanować rządzę mordu. – Tak zrobię, dziękuję wuju. – Dygnęła i odeszła, przeklinając go w myślach. Co ten idiota sobie wyobraża?! Tylko wrócimy do domu, będzie żałował, że w ogóle wyroił się z tego swojego piekła, by łazić za mną po świecie! 



=========================

Tak kończy się, szósta już część opowieści. Chciałabym się z Wami podzielić moją dumą - powoli zbliżam się do końca "pierwszego tomu". Prawdopodobnie uda mi się go zamknąć w przewidywanych 200 stronach, ale nigdy nic nie wiadomo, jeśli znów poniesie mnie wena. W każdym razie, pomysły na tom drugi już są, tak szybko nie dam sobie z tym spokoju, nie martwcie się :) 
Jeszcze prośba na koniec: Jeśli podoba Wam się moje opowiadanie, podzielcie się nim ze znajomymi. Nienawidzę się reklamować ani narzucać, dlatego właściwie tylko na fanpejdżu w ogóle wspominam o istnieniu bloga. Jestem bardzo wdzięczna za każde wyświetlenie i mam nadzieję, że kiedyś będzie ich zdecydowanie więcej, ale to w głównej mierze zależy od tego, czy mi pomożecie. Dziwny ze mnie człowiek, wiem o tym :)

9 komentarzy:

  1. Salve!
    Wybacz, ale zbytnio się cofnęłam i bez zamiaru pod poprzednim rozdziałem komentarz opublikował się ponownie. Tylko dlaczego nie ten, który naprawdę był ostatni...? Nigdy nie zrozumiem telefonów...
    Haha, Elizabeth sama się wcześniej cieszyła - a teraz to Sebastianowi zabrania.
    Jeśli o przetrwaniu traktujemy oczywiste, że ludzie troszczą się głównie o siebie i nie nazwałabym tego ujmą. Nie ryzykowałabym życia dla kogoś, kogo ledwo znam. Tak w ogóle, gdy widzisz, że ktoś pali, masz ochotę przetworzyć go na miazgę? Bo ja wielką. :)
    Cóż, w innych okolicznościach Elizabeth musiałaby być bardzo znanym oraz doskonałym detektywem, by zabłysnąć przed królową, ale czego nie dałoby się zrobić z pomocą Sebastiana...
    Ooo, zapamiętałam, że Madame Holme się właśnie tak nazywa. Nigdy nie miałam dobrej pamięci do imion i nazwisk oraz tym podobnych. Chyba jednak zaczyna się to zmieniać, odkąd mam codziennie do zapamiętania jakieś słowa. ;)
    W zasadzie Sebastian nie zachował się wtedy idiotycznie. Najwyżej później wyjaśnią, że prowadzili sprawę i dla przykrywki demon grał wujka dziewczyny.
    Hahah, zachowanie Sebastiana... nie, huahah.
    A u mnie "Gravity of Love" Enigmy na liście.
    Hm, nie wiem, do czego Elizabeth rano tańczyła. Pamiętam jedynie, że ostatnio grała coś Bacha, a przedtem miała lekcje walca, no ale "dziś" chyba nie zostało opisane.
    I tak pewnie ledwie patrzyły na Elizabeth podczas jej pobytu na parkiecie z powodu obiektu bardziej interesującego. Pochwalam plan obiektu. ;D
    Oohoho, to jednak walec. Dużo ćwiczyć musieli definitywnie.
    O tak, pochwalam plan obiektu. (;
    Dlaczego fragment tekstu jest na żółtym tle? Czyżby komputer zawalił? Też kiedyś przypadkowo zrobiło mi się coś takiego.
    Haha, niezła akcja, Elizabeth! I kurde, w końcu sama demona wywołała, aby za nią łaził. ;)
    Powiem Ci, że lepiej jest z rozdziałem na rozdział, chociaż mam wrażenie, że czas gonił Cię, gdy go przepisywałaś.
    Edycja by się przydała, huaha. Ty nawet do środka pierwszego tomu nie doszłaś.
    Eii tam, każdy się musi zareklamować, bo inaczej nikła szansa, że ktoś tu wejdzie. Cóż, nie mam pojęcia, komu miałabym powiedzieć o Twym blogu. Większość ludzi, których znam, jest bardzo zajęta. Na razie musisz zadowolić się mną i liczyć, że może ktoś tu zajrzy w podobnym do mnie stylu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam pojęcia, czemu się taki zrobił i nie chciało się naprawić. A z betą bywa różnie, jak mam gorszy dzień, to pomijam błędy, a ogólnie robię mnóstwo literówek, mam swoje powody.
      Co do palenia, to... sama palę, ale nie widzę powodu, żeby robić komuś krzywdę, bo się truje. To sprawa każdego z osobna co robi, póki to coś nie zabija innych. Czyli palenie na otwartej przestrzeni pozostaje sprawą palącego. Co innego alkohol, albo narkotyki.

      Usuń
    2. Nie chciało się. ;D Wiadomo, naprawa zajmuje jedynie chwilę, ale człowiekowi się nie chce. Oczywiście, i ja tak czasem mam, tak więc nieskazitelna nie jestem. Eh, przypomniało mi się, jak nam ksiądz kiedyś opowiadał, że ktoś mu powiedział, że nie grzeszy. A ksiądz na to, żeby dał swoje zdjęcie do kościoła i ludzie się będą przed nim modlić. Hah, nikt nie jest bez grzechu - wobec społeczeństwa przynajmniej, bo to, czy ktoś wierzy czy nie, uczynek nieuczciwy czy jakkolwiek to nazwać, nadal jest grzechem, chociaż nie jestem pewna, czy ta nazwa jest adekwatna.
      Każdy posiada inne zdanie, to naturalne, ale dla mnie trucie się - bez względu na to, czy powolne czy nieco szybsze - jest bez sensu. Nie po to życie było nam dane, abyśmy je skracali. Dobre jest to, że na początku tak się mówi, że to nic, bo czujemy, że życie długie przed nami, a potem dopiero docierają do nas błędy. Gdybyś wiedziała, kiedy umrzesz, posiadając ewentualną późniejszą datę do dyspozycji, jeżeli z czegoś zrezygnujesz, na co byś przystała? Wiem, zapewne masz to gdzieś, co mówię, ale naprawdę ubolewam nad tym, że młodzi ludzie często sięgają po coś, po co nie powinni. Nie wspominając już, że są lekkomyślni i jeszcze nie wiedzą, czego od życia chcą.
      Ale się rozgadałam.

      Usuń
    3. Być może. Każdy ma prawo do swojego zdania, ale ja uznaję autonomiczność jednostki. Każdy ma prawo decydować o sobie, swoim życiu i decyzjasz, tak długo, jak nie zaszkodzi tym innym (mówię o poważnym szkodzeniu, bezpośrednim, nie no. Depresji matki po samobójstwie dziecka). Tak więc w myśl tej zasady, każdy uważam, że jeśli ktoś chce sie truć, to niech się truje. Ktoś chce się zabić - jego decyzja. Może próbowałabym przekonać, by się nie zabijał, ale w ostatecznym rozrachunku to decyzja tej osoby i nic mi do tego.
      Nie wierzę w Boga, boga, ani w inne metafizyczne byty, nie uważam, że życie zostało mi ofiarowane, więc rzeczy takie jak grzech nie robią na mnie wrażenia. Sporo z tych, które za trzech uchodzą, są moralnie uzasadnionymi decyzjami - zasady religi są przestarzałe i nie pasują do naszych czasów.
      No, ale powracając, jak gówniarz lat 13 zaczyna palić - to jego sprawa, ale robi głupio i mu o tym powie, ale jeśli ktoś dorosły, jak ja, pali, bo lubi, to nic mu nie powiem, bo mając pełną świadomość konsekwencji swoich czynów, robi to, co chce i nje mi oceniać, czy to ma sens.
      To tak w skrócie xD. Jestem po całym dniu zajęć i nie mam siły na zbyt ambitne tematy :P.

      Usuń
  2. Jee! Będzie zabawa! Będą mordy i porwania! Jee!(Ta, to ta zua strona mnie).
    Lizzy, jak chce, to potrafi być naprawdę wredna :P A ta zazdrość, ach, fantastyczne! Chciałabym umieć opisywać uczucia jak ty! *zazdrość*
    Lecem dalej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I chcem do tamtych czasów, kiedy nastolatki też mogły się upijać! :D

      Usuń
    2. Nie tylko ty B)

      Usuń
  3. Witaj. ! Piszę dopiero w tym rozdziale bo dopiero dorwałam laptopa, wcześniej czytając wszystko na telefonie. Szczerze powiedziawszy jestem zauroczona, ale mam parę zastrzeżeń. czasami jest to ortografia, czasami kontekst zdania, ale w tym wypadku wydaje mi się, że na tak szykownym bankiecie nie przystoi dorosłemu mężczyźnie wołać przez pół sali swoją podopieczną. poza tym bardzo mi się podoba. gratulację. ! przesyłam moją aprobatę i wsparcie! lecę czytać dalej. !

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam,
    cudownie, ale złośliwy Sebastian ;] Lizzi bardzo się nudzi na tym przyjęciu...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń

.